Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Zaginione parafie Urzecza

ksunder

Miesiąc temu minęła 70 rocznica największej w powojennej historii Polski wiślanej powodzi i jednocześnie najbardziej tragicznej. Gwałtownie topniejące śniegi przyniosły zagładę większości domostw między Wisłą a Puszczą Kampinoską, gdzie w okolicach Leoncina i Kazunia gospodarstwa dawnych olęderskich osadników przestały istnieć. Film dokumentalny „Powódź” uwiecznił tamte chwile, podobnie kronika filmowa. Na południe od Warszawy wylew nie był tak tragiczny w skutkach, lecz właśnie z tamtych dni pochodzą zamieszczone poniżej zdjęcia zalanego Wilanowa i ewakuacji. Woda wezbrała w Wilanówce, do której wówczas wpadała jeszcze Jeziorka. Cofka spowodowała zalanie wilanowskich pól, na Kępach i w Zawadach. Wały wzdłuż Wisły wytrzymały, lecz zapewne powyższe spowodowało całkowitą przebudowę istniejącego systemu ochrony przeciwpowodziowej, powstałego w połowie XIX wieku. W latach pięćdziesiątych ponownie przekopano ujście Jeziorki do Wisły, zasypane podczas obwałowywania Niziny Moczydłowskiej. Tym razem wzniesiono wzdłuż niej wały i dokonano jej regulacji, zaś pozbawiona dopływu Wilanówka zmieniła się w wątły strumyczek, nie przypominający obecnie w niczym wezbranej rzeki jaką była w roku 1947. Powodzie na Urzeczu przeszły do historii, choć tamta sprzed 70 lat wciąż żywa jest w pamięci mieszkańców Zawad. Od starych gospodarzy wciąż można usłyszeć jeszcze opowieść o tamtych dniach, podobnie jak opowiadane na południe od Jeziorki historie o wielkiej powodzi z końca XIX wieku, która zalała dobra oborskie.

Powódź w roku 1947 w Wilanowie i Zawadach

Nikt nie pamięta już jednak wylewu z roku 1713, trudno także znaleźć cokolwiek na jego temat w dawnych dokumentach. Jednak była to jedna z najbardziej tragicznych powodzi jaka wydarzyła się w tych stronach. Swego czasu dr Łukasz Maurycy Stanaszek stawiał ciekawą tezę, iż na bogactwo i rozwój regionu Urzecza wpływ miało bogactwo Warszawy, dla której swoistym spichlerzem stały się żyzne wiślane mady i tutejsze uprawy. Swoistym potwierdzeniem powyższego jest fakt, iż latem 1713 w Warszawie zapanował głód, którego przyczyną była jak chcą ówczesne wzmianki katastrofalna powódź.

Zniszczeniom uległy tutejsze miejscowości, niektóre spośród nich całkowicie. Niektóre rodziny w tymczasie opuszczają swe rodzinne wsie i zamieszkują w innych, co prześledzić możemy w księgach parafialnych. Inne osady znikają z kart historii na dobre, jak choćby Kozłów położony nad Wisłą, w miejscach obecnych Piasków, jeszcze w połowie XVII wieku największa z tutejszych wsi, granicząca z Dudą, Karczewem i Cieciszewem. Piaski to zresztą pozostałość tamtej właśnie powodzi, nazwę swą wywodzą od osadu naniesionego wówczas przez Wisłę. Pierwsze osadnictwo w Piaskach wzmiankowane jest dopiero w roku 1734. Jednak powódź była katastrofalna dla całej Niziny Moczydłowskiej. Dostrzeżemy to jeśli zauważymy, iż Urzecze jest geograficzno-społeczną całością, a Wisła nie dzieli obu brzegów, lecz łączy, będąc dla nich zszywającą je nicią. Nic nie dzieje się tu przypadkiem, losy ludzkie są powiązane, choć od ponad pół wieku historie otwockie czy konstancińskie spisuje się rozdzielnie. Nie bez powodu w tym samym okresie budowano dwór w Oborach i pałac w Otwocku Wielkim, wznoszono kościoły w Słomczynie i Karczewie czerpiąc wzajemnie inspiracje oraz konkurując wzajemnie. Podobnie jest z powodzią. Czy ktoś dotąd zauważył, że analogiczny los dotknął parafie w Radwankowie i Cieciszewie? Obie są zaginionymi parafiami Urzecza, obydwie zniszczone zostały w tym samym roku 1713, kiedy wielka woda zabrała tutejsze kościoły, pozostawiając jedynie ruiny.

 

Pisałem niegdyś o „churchingu” łurzyckim, gdzie wskutek zmieniania przez Wisłę koryta zarówno wierni jak i duchowni przestawali wiedzieć do jakiej parafii przynależą tutejsze wsie, a do niektórych z nich, jak choćby Nabrzeża, przyznawał się odległy o wiele kilometrów Osieck. Innym z nadwiślańskich fenomenów są zniszczone przez wodę kościoły, w XIX wieku los Cieciszewa i Radwankowa podzielił jeszcze Ostrówek. W każdym z tych trzech przypadków świątynie przenoszono w inne miejsce, wznosząc od początku, tam gdzie powódź nie mogła ich dosięgnąć. Jednak zaginione parafie w Cieciszewie i Radwankowie ukazują nam coś jeszcze – jak niszczycielska musiała być powódź roku 1713, nawet w skali Urzecza, gdzie wysoka woda była przecież czymś normalnym. Nie na darmo w książce „Nadwiślańskie Urzecze” autor poświęca jej cały rozdział, stanowi bowiem ważny element tutejszej tożsamości kulturowej.  W ciągu roku normą były trzy przybory wody – Krakówki lub Marcówki w marcu, Janówki czy też Świętojanki w czerwcu i Jakubówki w lipcu. Nie mniej niebezpieczne były zatory lodu, przed którymi chroniono się wbijając w Wisłę kafary i pale, by woda nie rwała bokami, przez tamy i wały budowane od co najmniej XVIII wieku. Dopływy Wisły jak Świder, Wilanówka czy Jeziorka także powodowały podtopienia, jak choćby we wspomnianym roku 1947, jak mawiano na Urzeczu Wisła chodziła. Oj żeby na Łurzycu a woda nie topiła, oj to by Łurzycunka da we złocie chodziła. Oj, ale na Łurzycu co roku woda topi oj, to się Łurzycunka da nigdy nie dorobi, notowała w Cieciszewie Zofia Krasuska. Dość więc, iż życie z powodzią stanowiło tu codzienność, co po dziś dzień można usłyszeć w wielu z tutejszych opowieści, a rodzinne historie przekazywane są z pokolenia na pokolenie, choć świadomość życia w cieniu wielkiej wody powoli zanika. Jednak powódź roku 1713 musiała być czymś niespotykanym, niszcząc większość tutejszych miejscowości i dwa kościoły. Zwróćmy uwagę, iż doświadczenie to nie doprowadziło do ich odbudowy, choć przecież w tym samym miejscu wznoszono je po choćby po pożarach w XV wieku jak w Cieciszewie, czy też po tym jak kościół zabrała powódź, co w Radwankowie miało miejsce w roku 1618. Tym razem jednak zdecydowano się przenieść oba kościoły. Świątynię cieciszewską odbudowywać rozpoczęto w roku 1719 na wysokiej skarpie w Słomczynie, by nigdy już nie zagroziła jej niszczycielska siła wody. Kościół w Radwankowie odbudowany został w Warszawicach, z dala od Wisły, gdzie w roku 1736 jego fundacji dokonał marszałek koronny Franciszek Bieliński, pan na Otwocku Wielkim. Jak chce legenda, świątynię w jeden dzień wznieść mieli parafianie. Wkrótce przeniesiono tam siedzibę parafii, z kolei jeszcze do końca XIX wieku proboszcz ze Słomczyna używał pieczęci o treści „parafia cieciszewska z siedzibą w Słomczynie”.

Trzy kościoły, spośród których dwa zabrała jedna i ta sama powódź, dziś już całkowicie zapomniana, choć zmieniła mapę tutejszych ziem, niszcząc nie tylko świątynie, lecz wiele spośród tutejszych miejscowości, sprawiając iż ich mieszkańcy przenieśli się z dala od rzeki, z którą byli przecież na co dzień związani.  Powódź z czasem zniknęła z pamięci, zatarta przez kolejne, następujące w wieku XIX, stanowiące stały element cyklu życia na Urzeczu, w czasach przed usypaniem wałów.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci