Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

W PRL-u

Tropem czerwonego osiedla: Podanie do MBP

ksunder

wpis o liście pewnego robotnika, napisanym w roku 1955

W listopadzie zaniedbałem tradycyjny wpis zawierający dokument źródłowy, więc w ramach odpoczynku od tekstów o średniowiecznej ziemi czerskiej i warszawskiej, Wiśle oraz Urzeczu, nadrobimy to dzisiaj przy okazji Królewskiej Góry. W roku 1952 teren osiedla rządowego powiększono, co już wzmiankowałem, usuwając dotychczasowych mieszkańców i zajmując wille dotychczasowych właścicieli, zazwyczaj ignorując stan prawny i nie opłacając zaległych podatków. Do tego tematu jeszcze powrócę, na razie ciekawe podanie skierowane do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w roku 1955. Pewien robotnik postanowił upomnieć się o sprawiedliwość. Przed wojną majstrzy ze swych oszczędności budowali często domy – część wsi Słomczyn leżąca przy drodze do Góry Kalwarii powstała właśnie wówczas, gdy domostwa postawili tam robotnicy z Papierni. Wielki kryzys nie dla wszystkich przybierał negatywne oblicza, ten robotnik kupił sobie mianowicie kawałek lasu. Jednak dwadzieścia lat później...

Siedziba Wydziałów Bezpieczeństwa

Warszawa ul. Puławska nr 156

Podanie

Przeszło 20 lat temu z pracy rąk ja robotnik nabyłem ½ posiadłości willowej w osadzie Królewska Góra gmina Skolimów-Konstancin przy ul. Oborskiej 10. Od 1952 roku willę tę i teren w całości zajęły władze państwowe.

Jestem dawnym członkiem PPS a od 1948 roku członkiem PZPR (leg. Nr 110147) i liczyłem się, że za moje groszami uzbierane pieniądze wybudowana chałupka przydała się Państwu Ludowemu.

Obecnie aczkolwiek jestem już starszym wiekiem pracuję w Zakładach Wytwórni Aparatów Wysokiego Napięcia W-wa Kałuszyńska 4/6.

Zarobki moje nie wystarczają na dostateczne utrzymanie. Żona również jest w starszym wieku, córka chora na gruźlicę. Ani ja, ani żona moja nie mamy na zbliżającą się zimę ciepłego ubrania i obuwia. Wyżej podane warunki zmuszają mię prosić o zapłacenie mi 50% zysku dzierżawnego od 1952 roku za użytkowanie domu i terenu, a następnie dzierżawy co miesiąc.

Ze względu na to, że żona moja jest obecnie chora, prosiłbym o jak najszybsze załatwienie mej prośby.

Podpis

lyst

Pominąłem dane osobowe. Nie dowiemy się niestety jak wyglądała posiadłość willowa, na której stała chałupka. Ówczesna ulica Oborska obecnie nosi nazwę Gąsiorowskiego, na podstawie ówczesnego planu ewidencji i spisu mieszkańców stwierdzić mogę, że obecnie w tym miejscu znajduje się CKR. Zatem chałupka, o której pisze petent jest zapewne starą gajówką należącą do dworu w Oborach, stojącą w tym miejscu, a w której rezydował gajowy lasu oborskiego służący Potulickim. I to od nich około roku 1935 zakupił ten teren autor listu. Jeszcze w latach pięćdziesiątych większość terenów przy obecnej ulicy Gąsiorowskiego należała do rodziny Potulickich. List pochodzi z roku 1955, stalinizm w Polsce zaczął się powoli sypać, choć jeszcze rok pozostał do ujawnienia słynnego raportu Chruszczowa. Ale rysy już się pojawiają, ludzie piszą i o dziwo, w MBP zostaje sporządzona opinia, że w roku 1952 teren odebrano petentowi bezprawnie. Okoliczności życiowe opisywane w treści listu w owych latach są codziennością polskich robotników.

Prośbę uwzględniono. W roku 1956 zostaje zawarta umowa dzierżawy. Ale to już koniec osiedla na Królewskiej Górze, do władzy dochodzi Władysław Gomułka, nadchodzą nowe czasy.

Tropem czerwonego osiedla (2): Wokół Julisina

ksunder

wpis o zburzonej willi, zamieszkiwanej przez hitlerowskiego urzędnika i komunistycznego prezydenta

Zapowiadałem wpis o granicach komunistycznego osiedla na Królewskiej Górze, na razie musimy go jednak odłożyć, bo nie udało mi się dotrzeć jeszcze do kolejnych materiałów, na których ślad w międzyczasie natrafiłem. Zamiast tego pozostańmy w okresie instalowania się komunistycznych dygnitarzy na Królewskiej Górze, na czym ostatnio zakończyliśmy.

Nie tak dawno prasa doniosła o uprawomocnieniu kolejnego wyroku nakazującego odbudowę Julisina. Julisin to najbardziej znana willa położona na terenie opisywanego niedawno komunistycznego osiedla, a także jeden z najbardziej znanych przykładów samowoli deweloperskiej. Po jej zburzeniu w roku 2008 pod pretekstem katastrofy budowlanej deweloper rozebrał obiekt, planując na działce budowę innego domu, tym razem jednak zamiast zalegalizowania samowoli Sąd polecił przywrócenie stanu zastanego. Oczywiście w międzyczasie właściciel działki się zmienił, a kolejne odwołania trwają, lecz wyrok podtrzymywany jest przez kolejne instancje. Co oczywiście niewiele w praktyce oznacza, skoro do jego wykonania nikt się nie kwapi. Choć metoda zakupu działki z zabytkowym obiektem i jego rozbiórka z uwagi na zły stan (bo jeśli nie da się go uratować właściciel ma takie prawo) zwana jest na tym terenie„systemem konstancińskim”, z racji faktu, iż los Julisina stał się udziałem wielu innych willi w Konstancinie, sam system nie jest polskim wynalazkiem. Stosowano go z powodzeniem w Toskanii od lat siedemdziesiątych, gdzie w zakupionych palazziach i willach robiono przysłowiową dziurę w dachu, a po kilkunastu miesiącach opadów obiekt można już było rozebrać. Gąszcz przepisów uniemożliwiał pociągnięcie sprawców do odpowiedzialności. Obecnie na terenie Konstancina stoi wiele pięknych willi takich jak choćby Zameczek, czy spalony kilka lat temu Zbyszek, które oczekują wyraźnie na zawalenie. Nawet jeśli odzyskali je potomkowie dawnych właścicieli, wyraźnie najważniejsza wydaje się tu atrakcyjna lokalizacja działki, pomijając horrendalne koszty remontu i użytkowania zabytków, na które niewiele osób stać… Choć z jednej strony żądania oddania obiektów takich jak Pałac w Wilanowie przez potomków Branickich czy akt archiwalnych potomkom rodzin nie powinny moim zdaniem zostać uwzględnione, choćby z racji faktu, iż stanowią dobro narodowe, a obecnie trudno utrzymać je z prywatnych środków, pamiętać należy o bezprawnych okolicznościach w jakich je zabierano. Możemy przyjrzeć się temu na przykładzie choćby Julisina.

Julisin przed wojną (zbiory WMK)

Julisin należał do Gustawa Wertheima, w roku 1939 wprowadził się tam Ludwig Fischer. Pełną historię willi przeczytać można choćby na stronie WMK, skupmy się na tym co było po wojnie. Wiele willi było opuszczonych, więc zajmowały je władze samorządowe na podstawie dekretu z 1945 o obiektach poniemieckich i opuszczonych. Czas ugruntowywania władzy komunistycznej w Polsce był jeszcze tym dziwnym okresem, kiedy radzieccy generałowie uczestniczyli w mszach wojskowych sprawowanych przez kapelanów na etatach Ludowego Wojska, więc odbywało się to początkowo w majestacie prawa. Z czasem Królewską Górę upatrzyli sobie komuniści. W roku 1947 do Polski wrócił wybitny kardiolog Tomasz Wertheim i podjął starania o odzyskanie rodowego majątku. Ponieważ Julisin wyraźnie był już przeznaczony do innych potrzeb, do walki z nim zaangażowano machinę propagandową, a tygodnik „Szpilki” jego starania o odzyskania grafik należących do ojca kwitował jako „Cierpienia młodego Wertheima”. Ale w systemie stanowiącym jeszcze powiązanie ustroju II Rzeczpospolitej i PRL wszystko odbywało się początkowo na bazie obowiązujących przepisów, z czasem grzęznąc w machinie biurokracji. 11 lipca 1947 roku Tomasz Wertheim przedstawiwszy dowody na dziedziczenie majątku swego ojca, na mocy wyroku Sądu Rejonowego w Piasecznie uznany został właścicielem Julisina, w którym działało wówczas liceum Reytana. Te przeniesiono do Skolimowa, bowiem gmina Skolimów-Konstancin, jako właściciel obiektu użyczanego kuratorium warszawskiemu, miała już wyraźnie inne wytyczne. 31 lipca kuratorium zrezygnowało z dzierżawy na rzecz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, któremu scedowano Julisin, mimo iż w gminie doskonale wiedziano o wydanym wyroku. Tomasz Wertheim początkowo korespondował dalej z tą istytucją, zwodzony obietnicą przyznania w ramach rekompensaty trzypokojowego mieszkania w Warszawie, aby mógł sprowadzić do kraju rodzinę, bowiem nocował w lecznicy w Śródmieściu, w izbie w której przyjmowano w ciągu dnia pacjentów. I zyskał niewiele, bowiem wyrok Sądu wydany na podstawie przedstawionych przez niego dowodów, iż jest spadkobiercą Gustawa Wertheima całkowicie zignorowały gmina Skolimów-Konstancin i MBP. Ostatecznie Tomasz Wertheim został wywłaszczony w dniu 27 stycznia 1954 roku na podstawie dekretu z 1945 o przejęciu budynków na cele użyteczności publicznej. Dekret ten dotyczył mienia poniemieckiego i pozbawionego właścicieli. W tym wypadku prokuratoria uczyniła długi wywód, że nieruchomość znajdowała się w 1948 roku we władania skarbu państwa, zatem de facto jest państwowa. Było to całkowicie sprzeczne z obowiązującymi wówczas przepisami, a wyrok Sądu w Piasecznie po prostu przemilczano.

Dla porównania: brama prowadząca do Julisina wówczas...

W przypadku Królewskiej Góry sprawa Julisina stała się swego rodzaju wyłomem. O ile jeszcze w roku 1947 część willi dzierżawiono (jak w przypadku willi Jakuba Fryde), w roku 1952 władza nie miała już takich skrupułów ani nie musiała liczyć się z kapitalistami będącymi właścicielami budowli. W księgach katastralnych notowano, że właścicielami znacznej części działek na tym obszarze są Potuliccy-Łatyńscy, jednak zajmowano je kompletnie ignorując ten fakt, nakazując im wciąż opłacać podatki, mimo iż użytkownikiem stało się MBP. Lokatorów komunalnych wywożono wozami wraz z dobytkiem do niewielkich mieszkań w całym województwie, aby zwolnić wille dla powiększanego osiedla. Większość z nich miała na spakowanie kilkanaście godzin i pozostawić musiała na miejscu wyposażenie lokali.

... i obecnie.

Wracając do Julisina; nie trzeba być jurystą by dostrzec, że kwestia odebrania willi Tomaszowi Wertheim w tym wypadku nie miała nic wspólnego z nacjonalizacją lub nawet obowiązującym wówczas prawem. Nie ma się więc co dziwić, że obiekty takie obecnie oddawane są potomkom dawnych właścicieli. Co oczywiście nie zmienia faktu, tego co dzieje się z nimi dalej.


część pierwsza wpisu o Królewskiej Górze dostępna w tym miejscu: Narodziny enklawy

Źródła i literatura:

Treść dzisiejszego wpisu powstała w dużej mierze w oparciu o akta odnalezione w IPN przez użytkownika forum miłośników historii Konstancina-Jeziorny o nicku: stefek08. Dokumenty udostępnił w tym miejscu

  • APW Oddz. Grodzisk Mazowiecki, Akta Gminy oraz MRN Skolimów-Konstancin

Tropem czerwonego osiedla (1): Narodziny enklawy

ksunder

wpis o narodzinach komunistycznego osiedla na Królewskiej Górze, istniejącego w latach 1947-56

Pierwsza setka wpisów za nami, za jedno z najciekawszych znalezisk dokonanych w tym okresie uważam relację dziennikarza, który uciekł w roku 1952 na zachód i opisywał stosunki panujące na terenie Konstancina i Skolimowa pod rządami komunistów (wpis do poczytania w tym miejscu). Już wówczas wspominałem, że nie do końca należy dawać wiarę wszystkiemu co opisał autor, bowiem skądinąd wiemy, że w „Julisinie” mieszkał Bierut, a nie Cyrankiewicz. Zapewne relacjonujący pomylił wille bowiem, jak wynika ze wspomnień tutejszych mieszkańców, premier miał mieszkać przy ulicy Gąsiorowskiego, w willi zajmowanej następnie w latach 1957 – 2003 przez dom dziecka. Sporo należy także złożyć na karb czarnej legendy osiedla i opowieści, które krążyły w okolicy – jak pisał młody Tadeusz Buczkowski – „ogromna część Konstancina o nazwie Królewska Góra otoczona była w tych czasach budkami wartowniczymi. Terenu pilnowało wojsko. W środku była rezydencja Bieruta, ale nie tylko. (Tego Bieruta widziałem wiele razy, jak go wozili. Tylko czubek głowy był widoczny w wielkiej, czarnej limuzynie). Tam też wyrywali ludziom paznokcie, rozpruwali brzuchy... Jeżeli ktoś,zbierając grzyby, przybliżył się za bardzo do ogrodzenia,to miał wielkie szczęście, jeżeli został tylko postrzelony... To był kolosalny kombinat z wszelkimi akcesoriami i rekwizytami ówczesnego reżimu. Ojciec mojej koleżanki szkolnej (nazwijmy ją Marysia) był szefem "security" tego giganta.”. Nie wydaje mi się, żeby w miejscu, będącym enklawą wypoczynku i zamieszkania elity władzy torturowano ludzi, zwłaszcza, że siedziba UB znajdowała się w tymczasie w Białym Dworku poza terenem osiedla i rzeczywiście dopuszczano się tam podobnych czynów. Teren osady dobrze chroniono, znajdowała się tam także strategiczna infrastruktura komunikacyjna, umożliwiająca oficjelom łączność z Moskwą. Tak naprawdę jednak po raz kolejny mogę napisać, że o życiu na samym osiedlu niewiele wiemy, w zasadzie jedynie tyle co cytowane we wspomnianym wpisie wspomnienia Julii Minc i wzmianki czynione przez Józefa Światło, który po ucieczce opisywał życie w „getcie rządowym”, jak kolonię zwali komunistyczni oficjele (zapewne nie wszyscy znają to głośne nazwisko, więc zamiast opisywać jego historię odsyłam do biogramu w wikipedii). Niniejszym zacznę więc cykl wpisów na temat odkrywania historii tej enklawy, bo zaskakującym jest, iż nikt dotąd nie pokusił się o próbę opracowania tego epizodu z historii Polski i Konstancina; wpisy te mają charakter dyskusyjny, więc jeśli ktoś pragnie sprostować jakiś fragment, bądź wnieść do tekstu swe uwagi – zapraszam. Nie ukrywam, iż każda z nich będzie cenna.

 

Lipiec 1947: Początek.

Lokalizacja była niezwykle prestiżowa i atrakcyjna. Już przed wojną siedziby swe w Konstancinie mieli brytyjski i amerykański konsul, którzy po wojnie wprowadzili się Królewską Górę. Ambasada USA rozważała nawet wynajęcie Julisina, a rozmowy na ten temat prowadziła z Tomaszem Wertheimem, spadkobiercą Gustawa, który w roku 1947 wrócił do Polski. Wille na Królewskiej Górze przetrwały w dużej mierze nietknięte rosyjskie bombardowanie w sierpniu 1944, które skupiło się na konstancińskich willach. Zajęte zostały w roku 1945 przed przedstawicieli gminy Skolimów-Konstancin na podstawie dekretu o zajmowaniu mienia poniemieckiego i opuszczonego, a siedzibę swą prócz osób przewijających się przez Konstancin po zawierusze wojennej znalazły również rozmaite organizacje. Początkowo jeszcze nim działający z namaszczenia ZSRR aparatczycy przejęli w pełni władzę w Polsce, władza działała w rękawiczkach. Willę przy Wareckiej 21, tytuł do której własności posiadał Tadeusz Witwicki, wynajęto na podstawie umowy dzierżawy. Z kolei willa przy Żółkiewskiego 34 należąca przed wojną do Jakuba Fryde przejęta została w myśl wspomnianego dekretu, bowiem była opuszczona. W trakcie wojny mieszkali w niej Niemcy, a później wprowadzono lokatorów.

Obecne wnętrze willi Jakuba Fryde.

Co zdecydowało o wyborze Królewskiej Góry na prestiżową lokalizację zamkniętego osiedla? Zapewne adres, stosunkowo nietknięte przez wojnę obiekty, legenda Konstancina… Nie bez znaczenia był fakt, iż mieszkali tu wspomniani konsulowie, a willę „Słoneczna” na swą siedzibę wybrał ambasador ZSRR.  Towarzysz Józef Światło  podawał inną przyczynę, wspominając przy okazji faktu posiadania willi przez rosyjskiego Marszałka Polski Konstantego Rokossowskiego: „Ochrona Rokossowskiego składa się z 18 ludzi - wszyscy Rosjanie. Ma to swoją wymowę. Kierownictwo sowieckie daje w ten sposób dygnitarzom do zrozumienia, że mimo setek tysięcy żołnierzy i agentów bezpieki, którymi rozporządzają wystarczy jeden telefon z Moskwy, aby każdy z nich, zamiast do willi w Konstancinie, wyjechał wprost na Łubiankę.”. Skoncetrowaną wierchuszką polskiego rządu łatwo sterować i nadzorować w kompleksie, w pobliżu którego zamieszkuje radziecki ambasador. Przypomnieć należy, że mowa tu o czasach Stalina, gdy samodzielność polskich władz rzeczywiście była mocno ograniczona, a na grupę zamkniętą w jednym miejscu łatwo wywrzeć nacisk…

Prawie 70 lat później...

Skupmy się na razie jednak na historii, a nie na rozważaniach socjologiczno-politycznych. Niestety przyczyny i osób podejmujących decyzję zapewne nie poznamy już nigdy, choć jak łatwo się domyślić w dużej mierze zdecydowała tu piękna lokalizacja i relatywne oddalenie od ówczesnych domów. MBP przejmować wille zaczęło w połowie roku 1947, już w lipcu wyprowadzono z Julisina liceum Reytana, które znalazło swą nową siedzibę w Skolimowie. Osiedle rozszerzało się powoli, początkowo były to wybrane wille przy Żółkiewskiego i Wareckiej. W imieniu skarbu państwa MBP przejmowało bądź dzierżawiło obiekty od gminy Skolimów-Konstancin. Eksmisje odbyły się w drugiej połowie 1947 roku, jak pisał przywoływany już na blogu dziennikarz: „Większość domów musiała zostać odnowiona przez władze nim można było w nich zamieszkać. Eksmitowani dostawali dwa lub trzy tygodnie na opuszczenie willi. Odmawiających usuwało wojsko, zaś ci którzy zgadzali się, byli przeprowadzani przy użyciu wojskowych wozów i również w asyście wojska. Meble rekwirowano rzadko i wyłącznie wtedy, gdy ich właścicieli nie było w Polsce. Cudzoziemcy jak angielski konsul mieszkający na Szkolnej i personel amerykańskiego konsulatu opuścili swe wille z własnej woli.” Jak wspominał autor, ludzi przesiedlano w mocno uwłaczające warunki, a chcąc znaleźć cywilizowane lokum, należało dać łapówkę „burmistrzowi Adamiakowi”, czyli wójtowi Mieczysławowi Adamiakowi z gminy Skolimów-Konstancin, który zastąpił na tym stanowisku Antoniego Jankowskiego. Zachowane dokumenty w dużej mierze potwierdzają relację dziennikarza, iż wille poddano kompleksowemu remontowi, połączonemu z rozbudową działających tu cieplarni, lodowni, dozorcówek. W przypadku Julisina (w jednym z dokumentów nazwanym „Jurysinem”) odmówiono wydania Tomaszowi Wertheimowi rzeczy w rodzaju świeczników i kinkierów oraz szaf, stwierdzając iż stanowią one trwałe wyposażenie lokalu. Nie czyniono jednak problemów z innymi rzeczami, zgodnie z relacją dziennikarza o rzadkich rekwizycjach. Tomasz Wertheim wnosił jeszcze o wydanie XVI wiecznych drzwi, które miały znajdować się na terenie willi, jednak brak informacji czy udało mu się je odzyskać, bowiem drzwi nie było na liście rzezy, na których wywiezienie uzyskał zgodę od Wojewódzkiego Urzędu Kultury i Sztuki w październiku 1947. Jeśli pozostały w willi to zapewne uległy zniszczeniu w roku 2008 gdy została zburzona. Osiedle narodziło się i z czasem miało się powiększyć.

W kolejnym wpisie dotyczącym „getta” zastanowimy się nad przebiegiem jego granic. Aby nie być monotematycznym wpisy na ten temat rozdzielać będę artykułami o innej tematyce.

 


Źródła i literatura:

Treść dzisiejszego wpisu powstała w dużej mierze w oparciu o akta odnalezione w IPN przez użytkownika forum miłośników historii Konstancina-Jeziorny o nicku: stefek08. Dokumenty udostępnił w tym miejscu

  • BŁAŻYŃSKI Zbigniew, Józef Światło. Za kulisami bezpieki i partii 1940-1955, Warszawa 2003

W sprawie maszyny do pisania

ksunder

Dziś krótka notka, przyznam iż nieco brak mi ostatnio czasu na napisanie dłuższego tekstu. Zamiast zwyczajowego wpisu zastąpimy go tradycyjnie pochodzącym z minionych lat dokumentem, tym razem z roku 1951.

Przy okazji bitwy o handel w latach 1946-49, podczas której starano się wyeliminować sektor prywatny i zastąpić go siecią państwowego handlu, ugodzono w drobnych rzemieślników. Oczywiście wielu z nich przetrwało przemykając się przez oczka zarzuconej sieci, nastawionej na schwytanie większych detalistów, jednak zasadniczy cel został osiągnięty, a kapitalizm w powojennej Polsce zdławiony. Ci, którzy przetrwali, do końca istnienia PRL-u walczyć musieli z oporem materii w postaci trudności z zakupem towaru lub surowca i licznymi kontrolami związanymi choćby z domiarem. Niektórzy zrzeszali się w spółdzielnie pracy, bowiem była to dopuszczalna forma prowadzenia działalności. Jedna z takich spółdzielni powstała w gminie Jeziorna, w ten sposób zrzeszyli się miejscowi szewcy, a aby prowadzić działalność bez utrudnień nadali spółdzielni imię Henryka Rutkowskiego (kto zacz można doczytać choćby na wikipedii, i dowiedzieć się z jakiego powodu stał się patronem ulicy w Warszawie zwanej przed wojną i obecnie Chmielną). Swoją drogą jak mawiał nieżyjący już profesor Paweł Wieczorkiewicz święta trójca polskiego komunizmu czyli Hibner, Kniewski i Rutkowski została przez PZPR „beatyfikowana” z braku istnienia innych rodzimych bohaterów ruchu komunistycznego, po tym jak w panice zabili usiłującego wylegitymować ich policjanta i bogu ducha winnego studenta, co przez lata przedstawiano jako nieudaną próbę zaplanowanego zamachu.

Wracając do tematu – spółdzielniom i tak nie było łatwo, nie patrzono na nie tak przychylnie jak na zakłady państwowe. W swej działalności borykać się musiały z różnymi bolączkami. Poniżej wymowny w swej treści dokument.

Młodszym wyjaśnić należy, że w owych czasach maszyna do pisania była towarem deficytowym i równie niezbędnym do prowadzenia codziennej działalności gospodarczej jak obecnie internet czy telefon. Bez niej nie dało się sporządzić urzędowego pisma, gdyż pismem ręcznym pisać można było sporządzić co najwyżej życiorys lub podanie, ale nie występować do Prezydium, bądź o surowce niezbędne do robienia i naprawy butów. Bez maszyny do pisania spółdzielnia mogła całkowicie upaść i zakończyć swą działalność.

Spółdzielnia jednak ciężką tę próbę przetrwała, a kredyt został najwyraźniej przyznany, bowiem istniała jeszcze kolejne kilkadzesiąt lat, pod koniec prowadząc działalność zupełnie inną niż szewska, w nieistniejących już barakach obok Hugonówki. I w Konstancinie-Jeziornej, bo w międzyczasie wiejską gminę zastąpiło miasto.

Na allegro natrafić można na grę "Samotnik", produkowaną przez spółdzielnię w latach osiemdziesiątych. A powyższa fotka pożyczona STĄD - album na fejsbuku pamiątek kultury masowej zbieranych przez Adama Zyszczyka, gdzie obejrzeć można inne ciekawostki produkowane niegdyś w tych stronach.

Inka

ksunder

W dniu dzisiejszym wyjątkowo ustępuję miejsca na blogu innemu autorowi, jednocześnie prosząc aby niniejszy udostępnić jak największej ilości osób, w szczególności związanych z Konstancinem, czy to za pomocą facebooka, czy tez w inny sposób. Dlaczego? Od dłuższego czasu mieszkańców tych stron rozpala dyskusja związana z nadaniem jednemu z rond imienia Inki – Danuty Siedzikówny… Jak łatwo się domyślić wiąże się z dużymi emocjami dla obu stron, a podstawowa kwestia sprowadza się do odpowiedzi na pytanie – kim była Inka i jaki jest jej związek z Konstancinem? Na pytanie to odpowiada dzisiejszy artykuł, który nie stara się nikogo przekonać do tego jakim imieniem należałoby rondo nazwać, ale opowiada o podróży autora śladami Inki do jej rodzinnych stron, o ludzkich decyzjach i postawach, o tym że nie żyjemy w świecie, który pozwala na łatwe oceny. Artykuł wykracza poza suchy encyklopedyczny zawierający życiorys Inki. Mam nadzieję, że po lekturze tego tekstu, nikt nie będzie już zastanawiał się kim była Danuta Siedzikówna, bo w ostatnich czasach bardzo łatwo przypinamy ideologiczne łatki, co nie jest to do końca słuszne, a rzutuje na nasze postępowania. Stąd też moja prośba o udostępnianie tekstu jak najszerszej liczbie osób – abstrahując od lokalnej dyskusji, artykuł przedstawia nam postać Inki bez zabarwienia i nastawienia ideologicznego, a wiedzieć kim była warto, nieważne czy jest się z Piaseczna, Karczewa, Warszawy czy z innych miejscowości…

Dla jasności informuję, że nie jestem w żaden sposób związany z akcją nadania rondu imienia, ani w żaden sposób nie uczestniczę w działaniach którejkolwiek ze stron z tym związanych. Pozwolę sobie jedynie wyrazić nadzieję, że dzięki artykułowi możliwa będzie merytoryczna dyskusja.

Inka, na zdjęciu pierwsza z lewej.

INKA – DANUTA SIEDZIKÓWNA (1928-1946)

Przed kościołem w Narewce stoi pomnik Inki. Około 40 metrów dalej początek bierze ulica Aleksandra Wołkowyckiego, nauczyciela-komunisty, który miał wydać matkę Inki w ręce Gestapo (według nadal niepotwierdzonych przez IPN relacji). Jego imię nosi także miejscowa szkoła podstawowa. „Wołkowycki wierzył, że Narewka i jej okolice staną się po wojnie częścią ludowego państwa białoruskiego”

W centrum wsi stoi też inny pomnik, na którym po lewej stronie znajdują się nazwiska mieszkańców zamordowanych przez hitlerowców, po prawej zaś zastrzelonych za zdradę ojczyzny w dniu 17 kwietnia 1945 przez żołnierzy 5 Brygady Wileńskiej AK dowodzonej przez majora Zygmunta Szendzielarza - „Łupaszkę”, na podstawie wyroku bielskiego obwodu AK. Prócz Wołkowyckiego, zastrzelono wówczas także wójta, sekretarza Gminnej Rady Narodowej oraz gajowego. „Żołnierze „Łupaszki”, wywodzący się w znacznej części z Wileńszczyzny, wierzyli, że przez walkę przywrócą swoją ziemię rodzinną Polsce.

Pomnik „utrwalaczy” w Narewce: po lewej stronie nazwiska mieszkańców zamordowanych przez hitlerowców; po prawej – nazwiska osób zastrzelonych przez oddział majora „Łupaszki’ z wyroku sądu podziemnego w kwietniu 1945 roku (zdj. autora)

Półtora miesiąca później, w dniu 6 czerwca, jeden z patroli majora „Łupaszki” uwolnił z konwoju UB grupę pracowników nadleśnictwa, aresztowanych za współpracę z niepodległościowym podziemiem. W tym transporcie znajdowała się również 16-letnia Inka, która dołączyła do brygady „Łupaszki” jako sanitariuszka. Na początku września 2013, w kościele w Narewce świętowano 85 rocznicę urodzin Inki. Uroczystości te wywołały kolejną falę gwałtownych dyskusji.

„Trzeba nie mieć sumienia, aby w tym rejonie urządzać takie świętowanie. A gdzie pamięć o ofiarach Inki i jej kompanów: niewinnych starcach, kobietach i dzieciach bestialsko przez nich pomordowanych w puszczańskich wioskach?” - pyta anonimowy internauta.

„Patronem szkoły jest konfident wszelkich możliwych służb okupacyjnych. Współpracował bowiem z NKWD i Gestapo” - tłumaczy katecheta ze szkoły w Narewce, podczas gdy prawica demonstruje przed Urzędem Wojewódzkim, żądając zmiany patrona miejscowej szkoły na... Inkę – Danutę Siedzikównę.

Na zachód od Narewki ulica Wołkowyckiego wiedzie do jego rodzinnej wsi. Na wschód droga prowadzi wprost do rodzinnej wsi Inki, obok milczącego wzgórza kryjącego cmentarz, na którym pochowano miejscowych Żydów, stanowiących w przedwojennej Narewce zdecydowaną większość mieszkańców. Jeśli zapytamy w jednym z okolicznych domów o Wołkowyckiego usłyszymy, że był bohaterem, Łupaszka zaś bandytą i zbrodniarzem. Zadając to samo pytanie sąsiadowi dowiemy się, że to Łupaszka był bohaterem, a Wołkowycki zdrajcą i konfidentem. Tak przedstawia się świadomość historyczna na wschodnim Podlasiu w roku 2013.

 

Olchówka (białorus. Alichouka) – wieś rodzinna Inki. Całkowicie spalona przez Niemców w 1944, odbudowana po wojnie.   Od 2004 roku, w pierwszą niedzielę czerwca, odbywa się tu ekumeniczne święto, podczas którego mieszkańcy obu wyznań: prawosławni i rzymscy katolicy modlą się wspólnie o pomyślność ich wsi. (zdj. autora)

Kim była Inka?  „Wychowana przez rodziców i babkę na fanatyczną patriotkę Siedzikówna - duża i niezbyt urodziwa dziewczyna podążająca za oddziałem” (z internetowego forum). W 1969 roku ukazała się książka napisana przez byłego szefa UB w Kościerzynie Jana Babczenkę oraz dziennikarza Rajmunda Bolduana zatytułowana „Front bez okopów”. W tej popularnej publikacji Inka - sanitariuszka „Łupaszki” – jest „kruczoczarną” i „krępą” kobietą ze „szramą na twarzy”, strzelającą z „sadystycznym uśmiechem” do funkcjonariuszy UB. W spektaklu Teatru Telewizji "Inka 1946" Wojciecha Tomczyka z roku 2006, Karolina Kominek, delikatna, smukła blondynka grająca rolę Inki, opatruje milicjantów i ubeków rannych w potyczce z oddziałami „Łupaszki” - tych samych, którzy później w procesie gdańskim będą świadczyć przeciwko niej. Na nielicznych zachowanych fotografiach widzimy niepozorną szatynkę o łagodnych, dziewczęcych rysach z opaską sanitariuszki na mundurze, pozującą do zdjęcia z oddziałem.

Inka spędziła niemal całe swoje życie we wsi Olchówka, zwanej przez miejscowych „Alichauką”, w leżącej na jej skraju gajówce swego ojca, leśniczego Wacława Siedzika. Dziś 85% mieszkańców gminy stanowią prawosławni Białorusini. Przed wojną było podobnie; Polacy (często pracownicy leśni) stanowili zdecydowaną mniejszość. Większe miejscowości zamieszkiwała głównie ludność żydowska, wsie zaś zasiedlone były przez Białorusinów, przeważnie o nieugruntowanej tożsamości narodowej. Inka ukończyła czteroklasową szkołę powszechną w rodzinnej wsi; większość jej koleżanek mówiła białoruskim dialektem i chodziła do cerkwi. W pierwszych latach wojny rozpoczęła naukę w katolickim gimnazjum Sióstr Salezjanek w Różanymstoku. Ojciec Inki spędził trzynaście lat na Syberii, gdzie został zesłany jako student Politechniki w Petersburgu. W lutym 1940 roku Sowieci ponownie wywieźli go do łagru. Z armią Andersa dotarł do Teheranu, gdzie zmarł z wycieńczenia. Matka, Eugenia z domu Tymińska, należała do siatki terenowej AK na Podlasiu. Aresztowana przez Niemców w listopadzie 1942 roku, po ciężkim śledztwie i torturach została zamordowana w lesie pod Białymstokiem. Z przekazywanych z więzienia grypsów wynika, iż została wydana przez członków Komitetu Białoruskiego z Narewki. W jednym z ostatnich grypsów przesłanym córkom napisała: „Dziewczynki, zemstę zostawcie Bogu”.

Danusia i jej siostry zostały pod opieką babki. Na przełomie 1943/44 roku, Danuta wraz z siostrą Wiesławą złożyła przysięgę w AK, gdzie odbyła szkolenie medyczne. Po ponownym wejściu Sowietów pracowała jako kancelistka w nadleśnictwie Hajnówka. Uwolniona z konwoju UB, służyła jako sanitariuszka w oddziałach 5 Brygady (m.in. w oddziale porucznika "Nowiny", później znanego polskiego historyka Pawła Jasienicy). Po przejściu oddziałów „Łupaszki” na Kaszuby wysłana po zaopatrzenie medyczne do Gdańska; Wskutek zdrady łączniczki aresztowana przez bezpiekę i umieszczona w pawilonie V więzienia w Gdańsku jako więzień specjalny. W więzieniu bito ją i poniżano, jednocześnie obiecując uwolnienie i pomoc w kontynuacji nauki w zamian za wskazanie miejsca pobytu oddziałów „Łupaszki”. Mimo fałszywych zeznań skierowanych przeciwko Ince, funkcjonariuszom nie udało się udowodnić, że kiedykolwiek użyła broni w potyczce. Skazana na śmierć wyłącznie za przynależność do „bandy”, odmówiła podpisania adresowanej do prezydenta Bieruta prośby o ułaskawienie. Prośbę w jej imieniu złożył obrońca; Bierut jednak nie przyznał prawa łaski. Inka została zastrzelona przez dowódcę plutonu egzekucyjnego 28 sierpnia 1946 roku, na pięć dni przed swymi osiemnastymi urodzinami. Wraz z nią rozstrzelano też jednego z żołnierzy majora Szendzielarza. Według relacji ks. Mariana Prusaka - świadka egzekucji - przed śmiercią krzyknęła: „Niech żyje Polska! Niech żyje "Łupaszka"!”. W 1991 roku zrehabilitowana wyrokiem Sądu Okręgowego w Gdańsku. W 2006 roku Prezydent RP pośmiertnie odznaczył ją Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Dziś Inka ma swój symboliczny grób w Gdańsku, kilka pomników w całej Polsce (krakowski zbezczeszczono w tym roku) oraz park i żeńską drużynę harcerską swego imienia w Sopocie. Jej imię nadano także gimnazjum w Ostrołęce i Szkole Podstawowej w Podjazach na Kaszubach. W Konstancinie-Jeziornie radni omawiają projekt nadania jej imienia jednemu z rond w centrum miasta, w miejscu, w którym za czasów stalinowskich strzeżona brama prowadziła do zamkniętej dzielnicy zamieszkanej przez funkcjonariuszy komunistycznego rządu i MBP, poprzednika UB.

Unikalna kostka, którą wyłożona jest droga w miejscu gdzie niegdyś było osiedle. Wspomina o niej Julia Minc w wywiadach Teresy Torańskiej w książce "Oni". Metalowy element pośrodku to pozostałość dawnej bramy (zdj. Trapera)

W Klarysewie mieszka rówieśniczka Inki – pani Barbara Kulińska, podobnie jak Inka wywodząca się z patriotycznej polskiej rodziny, łączniczka i sanitariuszka Batalionu NSZ „Mączyński”, uczestniczka Powstania Warszawskiego w Mirkowie. Po wojnie wydana UB przez członka leśnego oddziału, jako 17-latka torturowana w ówczesnej siedzibie organów w konstancińskiej willi „Biały Dworek”; oskarżona o szpiegostwo, cudem uniknęła procesu pokazowego i wyroku. Jakże podobne są losy tych dwóch kobiet. I podobnie, jak w przypadku Inki, oprawcy pani Kulińskiej żyją do dziś, unikając odpowiedzialności za swoje czyny. Konstancin-Jeziorna także posiada milczących bohaterów. Stąd pomysł nadania imienia Żołnierzy Batalionu NSZ „Mączyński” mostowi na rzece Jeziorce, nieopodal miejsca, gdzie zdobywcy Papierni w Mirkowie stoczyli bitwę podczas przeprawy przez rzekę na Błotnicy w dniu 1 sierpnia 1944 roku, gdzie poległ ich dowódca. Na nowym placu sportowym nieopodal mostu umieszczone zostaną – jeśli gmina wyrazi zgodę - tablice informujące o przebiegu Powstania Warszawskiego w Mirkowie. Młodzież odpoczywająca po meczu czy jeździe na rolkach będzie mogła poczytać, zeskanować kody QR i za ich pomocą odnaleźć kolejne bogate ilustrowane materiały na stronach internetowych. W ten sposób historia NSZ-AK, zamiast jak dawniej dzielić - połączy mieszkańców, a most stanie się bramą wprowadzającą w świat przeszłości naszej małej i większej ojczyzny.

Olchówka - wieś rodzinna Inki. Ekumeniczne święto wsi, obchodzone wspólnie przez mieszkańcy obu wyznań - prawosławnych i rzymskich katolików - w pierwszą niedzielę czerwca (źródło: www.siemianowka.pl)

W październiku 2013 roku odbyłem z dziećmi z VI klasy Szkoły Podstawowej No Bell Montessori w Konstancinie-Jeziornie rajd rowerowy śladami Danuty Siedzikówny. Rozmawialiśmy z mieszkańcami rodzinnej wsi Inki, którzy pamiętają ją i jej rodzinę. W odbudowanej po wojnie ze zgliszczy Olchówce odbywają się co roku wspólne ekumeniczne procesje katolików i prawosławnych.  Uczyliśmy się także białoruskich pieśni i wierszy podczas spotkania z mieszkańcami Narewki, z których zdecydowana większość przyznaje się dziś do podwójnej narodowości: polskiej i białoruskiej. Byliśmy pod pomnikiem Inki, zaś z dziećmi ze szkoły im. A. Wołkowyckiego odbyliśmy wspólne warsztaty plecenia „krajek”.

Podczas rajdu pytałem 12-letnich uczestników, czy Inka może być dzisiaj dla nich wzorem do naśladowania. Odpowiadali różnie. Jedni, że wojna dawno się skończyła i że nikt już nie musi umierać za ojczyznę. Inni, że nie da się dziś pogodzić różnych wersji historii i ustalić ponad wszelką wątpliwość, kto był bandytą, kto zdrajcą, a kto bohaterem. Mówiono także, że Inka pozostała do końca wierna sobie i swoim ideałom – i że to właśnie jest w tej postaci najważniejsze. Można powiedzieć, że dzieciństwo, wychowanie, losy obojga rodziców - w ogromnym stopniu przyczyniły się do nieugiętej postawy Inki podczas późniejszego śledztwa oraz przed egzekucją. W jednym z ostatnich grypsów do przyjaciół Inka napisała: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”. Pytałem zatem dzieci, czy sądzą, że Inka postąpiła słusznie wybierając śmierć zamiast zdrady, która dałaby jej szansę rozpocząć życie na nowo. To pytanie okazało się jednak za trudne.

 

Dom rodzinny Inki - leśniczówka na skraju Puszczy Białowieskiej pod Olchówką. Tutaj Inka spędziła z rodzicami i dwiema siostrami niemal 12 lat swego życia. Widoczne budynki odbudowano ze zgliszczy po wojnie. Stoją one dokładnie w miejscu domu państwa Siedzików. (zdj. autora)

Odbudowana gajówka, w której Inka spędziła dzieciństwo, stoi wtulona w ścianę Puszczy Białowieskiej. Za nią, w kierunku wschodnim, przez kilkadziesiąt kilometrów ciągnie się już tylko puszcza - dziś przedzielona w poprzek białoruską „sistiemą” graniczną, przez którą ponoć nie prześlizgnie się łoś, żubr ani dzik. Ze wspomnień Brunona Tymińskiego dowiadujemy się, że Inka w dzieciństwie kochała wspinaczki po drzewach. Była dzieckiem lasu, wiejską dziewczyną z Olchówki-Alichauki, córką sybiraka i patriotki-szlachcianki, bawiącą się z białoruską dzieciarnią w stogach siana. Mogłaby dzisiaj stać na przystanku na rozstaju dróg obok dawno już nieczynnej szkoły w Olchówce: zgarbiona, w chustce na głowie. Podobna do innych staruszek, które jechały z nami pekaesem na tej trasie.

Czy gdyby nie uwolnienie z konwoju UB przez oddział leśny, Inka zostałaby kiedykolwiek „żołnierzem wyklętym”? Takich pytań historii się nie zadaje.

Tomasz Zymer

Artykuł przygotowano pierwotnie do drugiego numeru „Zeszytów Historycznych”, gdzie miał nastąpić jego pierwodruk. Numer niebawem będzie dostępny w dystrybucji internetowej.


Choć w tekście jedynie wzmiankowano istnienie zamkniętego osiedla elit partyjnych dodam, iż znajdowało się ono właśnie w pobliżu wspomnianego ronda, podobnie jak "Biały Dworek", siedziba tutejszych organów bezpieczeństwa, w którym torturowano p. Barbarę Kulińską. Stąd wybór ronda nie jest przypadkowy i ma wymiar mocno symboliczny. Na blogu przeczytać można dwa teksty o funkcjonowaniu i likwidacji owego osiedla, do czego zachęcam aby w pełni zrozumieć powyższą ideę.

- Raport z oblężonego miasta - opis życia codziennego w Konstancinie lat pięćdziesiątych autorstwa dziennikarza, któremu udało się uciec na Zachód

- Sprawy do załatwienia - artykuł o sprawiedliwości dziejowej i zlikwidowaniu osiedla po objęciu rządów przez Władysława Gomułkę

Ponadto w internecie do przeczytania lub darmowego pobrania dostępna jest pięknie ilustrowana publikacja Piotra Szubarczyka o Ince - "Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba" przygotowana w gdańskim oddziale IPN - LINK

Na zakończenie - Rondo. Biała tablica na słupie to informacja o akcji związanej z nadaniem imienia Inki.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci