Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Początki

Europa jesienią

ksunder

Jesień zastała mnie w Europie. Znalazła mnie w Hadze, gdzie ciepła pogoda i zieleń nie zwiastowały schyłku lata. Choć właśnie się rozpoczynała, liście nie zaczęły jeszcze żółknąć w nadmorskim klimacie Holandii. Chodziłem korytarzami bogato zdobionego Vreispalais, po polsku zwanego Pałacem Pokoju zastanawiając się o czym mogli myśleć ludzie przebywający w tym miejscu ponad 100 lat wcześniej, w roku 1914. Bowiem Pałac Pokoju wzniesiono na siedzibę Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, powołanego z początkiem XX wieku. Tu miano sądzić zbrodnie wojenne, wyniki starć i potyczek toczonych z dala od Europy. Jego wybudowanie było skutkiem podpisania konwencji haskiej w 1899, wskutek którego postanowiono, iż miejsce Trybunał powinien mieć stałą siedzibę. Podjął się tego Andrew Carnegie i wydał na to 1,5 miliona dolarów, nawet jak na tamte czasy olbrzymie pieniądze. Pałac gościł w roku 1907 monarchów i władców, którzy dołożyli się do jego wyposażenia zwożąc marmury, dzieła sztuki, dekorując wnętrza i ściany gigantycznymi kobiercami. Choć Trybunał wyniósł się do innego budynku, wciąż właśnie tu odczytywane są orzeczenia.

IMG_20180918_084635Skorzystałem z uprzywilejowanej sytuacji i przyznanej swobody, bo turystów się tu wpuszcza rzadko i nie pozwala robić zdjęć. Ale również samodzielnie musiałem dekodować znaczenie tych wszystkich mozaik i obrazów, bo wszystko tam jest zaplanowane, prowadząc gościa do jedynej słusznej konkluzji. Na podłodze „Sol iustitiae illustra nos”, czyli „Oby oświeciło nas słońce sprawiedliwości”, stanowiące jednocześnie motto Uniwersytetu w Utrechcie. Schody prowadzą na półpiętro, gdzie w centralnym punkcie do środka zbiegają się mozaiki – los i gniew wojny prowadzą do mądrości ludzkiej i sprawiedliwości, które przeradzają się w pokój. Z piętra wszystko błogosławi posąg Chrystusa. Widać w tym wszystkim duch czasu i wiarę epoki, że wojny już nigdy nie będzie, bo pokój jest najwyższą wartością dojrzałej ludzkości. Mozaikowe zdobienia to jeszcze czysta secesja, belle epoque i XIX wiek, choć budowę pałacu finalizowano w roku 1913. Miał gościć trzecią konferencję haską w roku 1914, nie zdążył, choć przecież jeszcze w roku 1912 Jan Bloch i wielu innych udowodniło przekonująco, że wojna w Europie jest nieopłacalna. No a jeszcze jesienią 1914 w murach tego pałacu padło zdanie, że potrwa krótko i będzie wojną, która położy kres wszelkim wojnom.

IMG_20180919_103237Holenderski pałac pokoju wzniesiono by wojny uniknąć, Uniknąć to złe słowo, bowiem bogate zdobienia pałacu jednoznacznie wskazują, na niezachwiane przekonanie, iż wojny nigdy nie będzie, bowiem pokój i sprawiedliwość są najwyższym dobrem cywilizowanej europejskiej ludzkości. Tej samej, która niczym w słynnej książce Jana Blocha miała już nigdy nie walczyć, gdyż w Europie końca belle epoque, było to przecież całkowicie nieopłacalne.

IMG_20180918_083945Kiedy zaczęła się wojna nikt już o tym nie myślał. Wszyscy parli do zwycięstwa, ochotnicy dla chwały swych krajów maszerowali pokonać przeciwnika. Haga i Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości stały się niczym więcej niż li tylko mrzonkami. Gdy jesienią 1914 roku front dotarł do gminy Jeziorna nikt o tym nie myślał, zapewne nikt z mieszkańców Urzecza nie miał również o tym pojęcia.

Położone pod Wiedniem Schonbrunn to zupełnie inne miejsce niż Pałac Pokoju, dziecko swych czasów i licznych wojen. Stąd Maria Teresa przesuwała kolumny swych wojsk ginących szparko w imię jej porządku, tu cesarz Francuzów upokorzył Austriaków podpisując pokój, stąd Metternich strzegł porządku Europy w imieniu Świętego Przymierza. Tu zmarł Franciszek Józef i wreszcie w tych murach cesarz Karol abdykował, kładąc kres 600 latom monarchii austriackiej. To było już w innym świecie, niż cztery lata wcześniej, gdy do wojny parły wszystkie mocarstwa. I ludzie, młodzi, gniewni, przekonani o swych racjach, pragnący położyć kres upokorzeniom jakie doznawały ich kraje, udowodnić ich potęgę. Bilans tego co miało nastąpić kilka lat później, był niewyobrażalny. A przecież prawa historii są niezmienne, tak jak po wojnach napoleońskich Kongres Wiedeński określił Europę na nowo, tak samo jasnym musiało być, że każda kolejna wojna zmieni nie tylko układ sił. Z perspektywy stu lat wydaje się niewyobrażalnym, że nikt tego nie przewidział.

IMG_20181003_172252Napisałem tekst o latarniach w roku 2014, sto lat po tym gdy Europa szła na wojnę. Niewielu ludzi zdawało się przewidywać, że kontynent ogarniają ciemności. Przez cztery lata tak wiele uległo zmianie. Obecnie, ponad wiek później dzieje się podobnie, pogrążamy się w dziwacznym szaleństwie, uchodźcy, szczepionki, oskarżenia polityczne… w zaklętym kręgu emocji, z którego nie potrafimy się wyrwać, który w roku 2014 wydawał się niedorzeczny i niemożliwy. Dwie rzeczy są tylko inne niż w roku 1918 – Europa nie jest już centrum świata, a Polska jest oczywistością i codziennością. W roku 1914 jasne było, że wojna skończy się zwycięstwem, wspaniałym i triumfalnym, nikt nie przewidział tego co nadejdzie, nie tylko tego, iż zacznie się na koniu a skończy w powietrzu, narodzi się wiek totalny, w którym zapanuje technika. Kto cztery lata temu przewidział szaleństwo związane z uchodźcami, choć kryzys czaił się tuż za rogiem?. Tak właśnie wygląda przewrotność historii, jeśli spojrzymy w przeszłość do roku 2014 możemy dostrzec przynajmniej część procesów, jakie miały miejsce sto lat temu.

IMG_20181003_170013Nad Schonbrunn góruje Glorieta, można stamtąd zobaczyć panoramę Wiednia. Tu niegdyś biło jedno z serc Europy, nim zaczęła nadchodzić jesień. Lecz choć czuje się w powietrzu, wciąż panuje tu koniec lata. Cztery lata temu także było ciepło, lato dobiegało końca, moje myśli krążyły wokół mauzoleum w Maryninie, gdzie złożono żołnierzy niemieckich i rosyjskich poległych podczas ofensywy jesienią 1914 roku. Miałem nadzieję, że uda się coś zrobić z tym miejscem, dokonać jego rewitalizacji lecz rzeczywistość mnie przerosła. Opisałem je za to dokładnie, okręgi nawiązujące do dawnych megalitycznych budowli, wskazując warstwę znaczeniową, która wiele mówiła o tamtej wojnie. Ostatniej wojnie, nad którą unosił się jeszcze duch rycerstwa, jeśli wojna ma w sobie w ogóle cokolwiek z rycerskości. Ta zaczęła się na koniach, a skończyła w powietrzu. Asy przestworzy były ówczesnymi rycerzami. Bo gdy w Europie wszyscy rzucali się by popełnić samobójstwo, nie wiedzieli, ze idą na pierwszą w historii wojnę totalną. Ich pochówki nie były pogrzebami żołnierzy, lecz bohaterów. Stąd w Maryninie określono ich mianem „krieger”, wojownik, dlatego złożono ich w nekropolii, zaprojektowanej pieczołowicie, odwołującej się do zapomnianych czasów pradawnej chwały. W AustroWęgrzech do projektowania grobów zaprzęgnięto cały wydział artystów, bohaterowie mieli mieć godny pochówek. Wojna to szaleństwo, przedłużenie polityki jak chciał Clausevitz, a jednak ci którzy w niej walczą, sto lat później są dla nas tak bardzo godni chwały. W Polsce wiek później polityka państwowa krąży wokół tego samego, gloryfikuje postawę chwalebnej walki za ojczyznę. Historia nie uczy nas niczego.

IMG_20181003_174517Cztery lata temu ruszyłem szlakiem Wielkiej Wojny. Najpierw odwiedzałem nekropolie, szlakiem kampanii rosyjskiej w Prusach przemierzyłem Warmię i Mazury, zatrzymując się przy wszystkich grobach, doceniając kunszt wojennych cmentarzy, takich jak choćby Orłowo nieopodal Nidzicy. Z największych nic nie zostało, pod Olsztynkiem nie ma nawet śladu po mauzoleum Hindenburga. Rozebrano je, a kamienie wykorzystano wznosząc budynek KC w Warszawie, później zmieniony w giełdę. Niemcy podczas II Wojny w ostatniej chwili ewakuowali ciało wielkiego generała, by nie dostali go Rosjanie. I znowu to wojenne szaleństwo… Lecz wróćmy do Wielkiej Wojny. Idąc jej szlakiem odkryłem wiele innych cmentarzy i grobów, w bezpośredniej bliskości Konstancina, zwłaszcza z drugiej, tym razem zwycięskiej, niemieckiej ofensywy, z 1915 roku. Niektórzy znający ten blog towarzyszyli tej wyprawie szlakiem Wielkiej Wojny, coraz bardziej owianej mgłą niepamięci. W Górze Kalwarii natrafiłem na grób austriackiego żołnierza, który zaplątał się nad Pilicę podczas walk, gdy armia rosyjska opuszczała Królestwo. Byłem w Gorlicach i Przemyślu, który bardziej przywoływał na myśl Monachomachię Krasickiego, z powodu swych świątyń na wzgórzach, niż niezdobytą twierdzę. Wszędzie Wielka Wojna nie była już taka Wielka, bowiem po niej przyszła następna, a pamięć o niej zatarła wszystko, co było wcześniej. Miałem poczucie, że coś mi umyka, bo recepcja i pamięć tej wojny praktycznie w Polsce nie istnieją, zupełnie jak gdyby nie była nasza. A przecież toczyła się na naszych ziemiach i walczyli w niej Polacy, co mówiłem uczniom tutejszej Szkoły prowadząc ich do zagubionego wśród pól miejsca pochówku, gdzie stawialiśmy tablicę upamiętniającą rok 1914. Mówiłem im dlaczego ta wojna jest taka ważna, bo na jej końcu znajduje się Wolna Polska.

Z perspektywy czasu wydaje się to wręcz niemożliwe, że nam się udało. Nie doceniamy tego, nie rozumiemy tego procesu, choć widzą to z perspektywy zagranicy inni. Sto lat temu Lloyd George mógł udawać, że nie ma pojęcia o jaką Galicję chodzi Polsce uznając ją jedynie za bękarta traktaktu wersalskiego. Wiek później Norman Davies pisze, że to, iż udało się zszyć w całość i stworzyć jednolity kraj z trzech terytoriów, pociętych przez zaborców zakrawało na cud. Który nie miał prawa się zdarzyć, każdy z terenów miał inną walutę, prawo, rozstaw torów. Zupełnie inni byli też ludzie. Inny Anglik, pisarz Dave Hutchinson powiedział mi, że historia Polski jest dla niego niesamowita. Bowiem jak daleko sięga w przeszłość zawsze istniało jakieś królestwo na Wyspach Brytyjskich, zaś Polski przez wiele lat była nie było, istniała jedynie jako stan konspiracji, który przeistoczył się w rzeczywisty byt w sposób zakrawający na opowieść godną beletrystyki, w którą nikt przy zdrowych zmysłach nie dałby wiary.

01_05_2013_KJ+i+okolice_publKomosa_fotKwireg_b%2526w_m03Ponad cztery lata temu pisałem o znaczeniu tamtej wojny dla Anglików. 11 listopada do Dzień Pamięci, podczas którego przypinają sobie papierowe maki, a o godzinie 11 zwyczajowo zapadają dwie minuty ciszy. To zwyczaj podobny do naszego znieruchomienia o godzinie 17 w rocznicę Powstania Warszawskiego, oba miały identyczny wymiar dla naszych krajów, kładąc się traumą dla historii narodu. Brytania straciła kwiat swej młodzieży, podobnie jak Polska. Skąd maki? Najkrwawsze walki toczono we Flandrii w latach 1914-18, na ziemi niczyjej rosły właśnie te kwiaty, ponoć dodając walczącym otuchy. Kanadyjski lekarz John McCrae opisał je w swym wierszu „In Flander Fields” w roku 1915, przenosząc je do legendy. Tym właśnie jest I Wojna dla Brytyjczyków i to oznacza dla niej jej koniec. Dla nas w zasadzie koniec wojny nie istnieje, jest pierwszym dniem niepodległości.

Europa pamięta o tej wojnie na Zachodzie, była dla niej większą traumą niż następna. Na wschodzie większe znaczenia ma druga, bowiem braliśmy w niej udział jako niepodległy kraj, walczący o swa wolność, a nie terytorium zależne od trzech mocarstw. Skoro wiedziałem, co sądzą o tej wojnie Anglicy, a Niemcy odpowiadali mi zazwyczaj, że na zachodzie bez zmian i abym czytał dalej Remarque’a byłem ciekaw co sądzą inni. Wszędzie gdzie byłem pytałem o tę I Wojnę Wojnę, Wielką Wojnę, która dała początek nowej Europie.

W Wiedniu pomyślałem, że mógłbym być w tym towarzystwie wiek temu, bowiem przy wspólnym stole siedziałem z Czechem, Słowakiem, Węgrem, Serbem i Austriakiem. Sto lat temu byłoby to możliwe, choć AustroWęgry w listopadzie roku 1918 już się rozsypały, a ciężar wojny wzięły na siebie Niemcy. Franciszek Józef nie żył od dwóch lat, Karol nie miał żadnego autorytetu. Gdybym żył 100 lat temu mógłbym być w Wiedniu, bo Królestwo od trzech lat znajdowało się pod panowaniem Niemców, sojusznikiem AustroWęgrów, więc nic nie stało na przeszkodzie, bym tam przybył. W roku 1914 wojnę zacząłbym jako poddany cara Mikołaja II i zapewne cieszyłbym się z odparcia Niemców. Potem ci sami Niemcy szkolili w Hugonówce żołnierzy przygotowując organizację Polnische Wermacht, na co tutejsi mieszkańcy patrzyli nieufnie. Wbrew temu co nam się wydaje nie każdy Polak walczył o niepodległość swego kraju, większość podobnie jak dzisiaj pragnęła wieść zwyczajne codziennie życie. Nie przypadkiem na pogrzeb cara Aleksandra III w roku 1881 zebrano w Warszawie w dwa dni więcej pieniędzy, niż w całej Polsce przez poprzednie 20 lat na skarb narodowy i walkę z zaborcą.

10511407_583352495118388_2020420230535635538_o

No i przez cztery lata gdziekolwiek się nie znalazłem pytałem o tę Wielką Wojnę i jej koniec, ciekaw odpowiedzi jakich udzielą mi mieszkańcy Europy. Kogo to obchodzi, odpowiedział mi David Smrcina, pragmatyczny Czech, którego spotkałem w Austrii. Pytałem Węgrów o ich stosunek do Austriaków płynący z historii, bo w końcu byli jednym krajem a do tego mocarstwem, ale patrzyli na mnie dziwnie, nie rozumieli o co mi chodzi, choć większość Polaków pytanych o Litwinów miała zupełnie inne spojrzenie. Ale w Europie roku 2018, wbrew temu co wydaje się liberalnym mediom mało kto wiedział jaka jest jej historia, podobnie jak nikt nie wiedział kim jest Kaczyński, zresztą poza mną i Węgrami nikt z mieszkańców Europy nie miał także pojęcia kim jest Orban. Sto lat temu nikt nie wiedział czym są to kraje i narody, które eksplodowały w Europie Środkowej. Nikogo tak samo to nie obchodziło, wszyscy żyli własnym życiem i mieli inne sprawy. Niewiele się zmienia, wydaje nam się, że żyjemy wygodnym i bezpiecznym życiem, a potem nadchodzi historia, tak jak nadeszła w Sarajewie w roku 1914, na Krymie w roku 2013 i nadejdzie na pewno w każdej chwili. Wydaje nam się tak samo jak w roku 1914, że pewne rzeczy nie mogą się wydarzyć, a jednak się dzieją. W roku 1917 gdy walki na froncie zachodnim zbierały krwawe żniwo, na wschodzie od zakończenia ofensywy 1916 roku sytuacja pozostawała bez zmian. Z okresu tego pochodzi zresztą jedno z mych ulubionych tutejszych zdjęć, najlepiej oddających grozę wojny. Podczas gdy w błocie i okopach ginęli żołnierze, w konstancińskim latowisku wczasowicz wesoło macha do fotografa kapeluszem. Wojna zdaje się być odległa. Popatrzmy na zdjęcia wykonywane przez nas, podczas gdy Syria czy Ukraina płoną. Nic nie powinno nas już dziwić.

Clipboard0111Nie tylko ja przez te cztery lata szukałem tropów tamtej zapomnianej wojny. Dziennikarz Tomasz Borówka na Twitterze codziennie publikował wycinki gazet sprzed stu lat. Robił to przez cztery lata. Gdy piszę te słowa codziennie czytam o tym jak Niemcy się cofają, a Polacy domagają się niepodległości. Wygląda na to, że wojna dobiega końca, lecz nie będzie miała zwycięzców. A miało być przecież tak pięknie, gdy cztery lata wcześniej lato dobiegało końca, a kraje europejskie rzuciły się sobie do gardeł by popełnić zbiorowe samobójstwo. To co nastąpiło dało początek ciemności w jakiej pogrążył się kontynent, długofalowo spowodowało skutki w postaci kolejnej wojny i podziału Europy na lata żelazną kurtyną. Dopiero gdy wiek dobiegał końca Europa wychodziła z zaćmienia. Historia zdawała się dobiegać końca, dawne waśnie zapomniane i zagrzebane głęboko w projekcie zjednoczonej gospodarki.

10416611_622650451188592_617352395146145302_nPrzez te cztery lata oglądałem groby dawno zapomnianej wojny, pozbawionej znaczenia i pytałem o jej sens stykając się z niezrozumieniem. Miałem nadzieję, że podróż zakończę tam gdzie się rozpoczęła i dotrę do Sarajewa, ale skończyłem w Podgoricy. Zapytałem Branka o Wielką Wojnę i usłyszałem, że liczy się tylko Kosowe Pole. Może ma to sens, każdy naród w Europie żyje własnymi mitami, nie prawdziwą historią, o tej mało kto pamięta. 11 listopada to dla każdego inna data.

10277825_622650344521936_384249004409164602_n11 listopada 1918 roku w Europie jesienią było już jasne, że Polska powstanie, wszystko było wiadome, a jednocześnie tak bardzo niepewne. Niemcy cofają się na Zachodzie, nie mają pomysłu jak zakończyć wojnę, sprzymierzeni nieubłaganie postępują naprzód. Na Wschodzie zakończyli walki, pogrążona w Rewolucji Rosja zniosła carat, niczym kamień u nogi Cesarstwu ciąży coraz bardziej dawne Królestwo Kongresowe, angażujące kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. AustroWęgry powoli pogrążają się w chaosie, pojawiają się pomysły, by stały się państwem związkowym. Piłsudski wciąż przebywa w twierdzy, odmawiając jej opuszczenia, dopóki nie zostaną spełnione jego postulaty. Do Królestwa przybywa delegacja z Austrii, dla wszystkich jest oczywiste, że odrodzona Polska składać się musi z ziem trzech zaborów. Wybuchają kolejne bunty i rewolty, Rzeczpospolita odradza się tamtej jesieni wiele razy, jako tarnobrzeska, zakopiańska, nim stanie się Polską, musi minąć jeszcze kilka dni. Nim nadejdzie 11 listopada. Rok wcześniej nie było to pewne, jasne i oczywiste, choć Polska rwała się już na wolność widząc przykład Finlandii czy Ukrainy. Wojna sprawiła, że Polska narodziła się na nowo.

1268040_437031313083841_2116799072_oJesienią Europa przyjechała do mnie do domu, w postaci dziewczynki przybyłej na wymianę szkolną z odległego Denzlingen na granicy niemiecko-francuskiej. Czekając na przybycie uczniów z Niemiec wraz z innymi rodzicami zagłuszaliśmy lekkie zdenerwowanie płynące z konieczności ugoszczenia dziecka z innego kraju niewybrednymi żartami, przywołując sławetny występ Johna Cleese’a w serialu „Hotel Zacisze”, w którym ćwierć wieku po wojnie miał podjąć Niemców w swym hoteli, a wciąż żywe resentymenty wojny sprawiały, że powtarzał sobie, by nie mówić o II Wojnie. Wyszło oczywiście odwrotnie. W trakcie tych żartów pomyślałem, że to kolejny dowód jak bardzo Wielka Wojna zatarła się w naszej pamięci. Wojna totalna i to co nastąpiło jako drugi akt wydarzeń z lat 1914-18, skutecznie sprawiły, że nie możemy ich w tej chwili zrozumieć. Zapominamy, że gdy Niemcy wkraczali w roku 1939 do Warszawy czy Krakowa, początkowo nikt nie przewidywał co się stanie. Wciąż spoglądano na tę okupację przez pryzmat poprzedniej. Bo gdy Niemcy zajęli Królestwo w roku 1915, nie dokonywali żadnych okrucieństw. Odbudowywali to co zniszczyli Rosjanie, choćby komin Papierni w Mirkowie. Dokonali inwentaryzacji i przygotowali mechanizmy umożliwiające wcielenie zajętych ziem do swego Państwa. Elementem tego było uczynienie z Konstancina Uzdrowiska. To była część niemieckiego porządku administracyjnego, budowy Państwa, w skład którego wchodziły letniska o określonym statusie, kraju junkrów i urzędników. Ten element umknął podczas zeszłorocznych obchodów stulecia uzdrowiska Konstancin. Sto lat później Europa jest zjednoczona i na pewnym poziomie wydaje się być zupełnie inna. Wiek temu w Denzlingen na granicy francusko-niemieckiej nie mogło być mowy o harmonijnym współżyciu, Polska nie istniała, kontynent przedzielony był granicami, trwała wojna. Podczas obchodów nie zauważono także jednego oczywistego faktu, gdy Konstancin stawał się Uzdrowiskiem trwała krwawa rzeź rodzącej się nowoczesności. Walory i zalety tutejszej solanki doceniają pruskie władze, nadając osadzie Konstancin status uzdrowiska. Decyzja ta wpisuje się reformę administracyjną prowadzoną przez Prusaków, którzy rok wcześniej zajęli Królestwo Polskie. Decyzja co do jego dalszych losów jeszcze nie zapadła, w owym czasie nie jest do końca czy stanowić będzie prowincję cesarstwa, czy też państwo kadłubowe, do czego zdaje się skłaniać niejasna deklaracja z 5 listopada 1916 roku. Jasne jest jednak, że zajęte tereny muszą zostać poddane reformom, przede wszystkim administracyjnym, dostosowującym biurokrację carską do potrzeb nowoczesnego państwa. Skoro Prusacy zajęli te tereny nie zamierzają ich oddawać, stąd też decyzja o statusie osady Konstancin, wpisująca się w ten sam ciąg reform, jak powiększenie granic Warszawy poza okopy Lubomirskiego. Umożliwi jej to rozwój i wykroczenie poza ciasne linie demarkacyjne wytyczone przez carskie władze, ograniczające jej powiększenie. Niemcy zapoczątkują proces, który kontynuować będzie Polska, każdy skutek ma swoją przyczynę.

10391389_570532939733677_3486395595077394291_nWłóczyłem się po tej Europie ostatnie cztery lata, oglądałem groby, kraje, miejsca bitew. W Podgoricy było jak w Warszawie, europejsko, w Wiedniu w dzielnicy hipsterów pełno było starych Albańczyków grających w karty. Pomyślałem, że to jakaś ironia historii, bowiem wojna zaczęła się na Bałkanach i sprawiła, że AustroWęgry przestały być Imperium. Tymczasem na skwerze miejskim otaczali nas przybysze z Bałkanów, pijący kawę, jedzący kebaba, słuchający Cecy i obcinający nas spojrzeniami swej gniewnej młodości. Markus patrzył na nas nieco nerwowo, nie rozumiejąc naszego zachowania, czemu właśnie na tym skwerze pijemy sznapsa i popijamy piwem. Piliśmy bo wczuwaliśmy się w klimat, bo było nam wszystko jedno i dlatego, że nie było wódki. Rozmyślaliśmy o przegranej przez AustroWęgry wojnie, którą wygrała Europa Środkowa i Polska. Sto lat później nie mającej żadnego znaczenia.

Po śmierci Franciszka Józefa cesarstwo upadło. Gdy 11 listopada 1918 roku zmuszano Karola do abdykacji w zasadzie już nie istniało, Kraków był w rękach Polaków, Węgry pogrążone w rewolucji. Cesarz udał się na wygnanie na którym umarł po kilku latach, przy życiu pozostała cesarzowa Zyta. Była świadkiem tego wieku szaleństwa, kolejnej wojny, żelaznej kurtyny i wreszcie roku 1989, w którym umarła, pochowano ją z honorami w Wiedniu. Kimś innym kto widział ten wiek szaleństwa był Edward hrabia Raczyński, który w roku 1989 w Londynie spoglądał na odradzającą się Polskę. Urodzili się w innych światach, gdy niepodzielnie panował Franciszek Józef, w AustroWęgrzech, nic nie było już takie same, jak w roku 1914, gdy Europa szła na wojnę, która miała być jej końcem. Za jego życia wydarzyło się to, w co jak przyznawał nikt nie wierzył, w roku 1918 odrodziła się wolna Polska. Potem był jej urzędnikiem, ministrem i wreszcie Prezydentem na wychodźstwie. W roku 1990 patrzył jak historia zatoczyła koło, pełen obaw i nadziei, gdy orzeł odzyskał koronę.
10653544_612910762162561_9007568879013849885_n

W roku 1918 w gminie Jeziorna 11 listopada padły strzały, gdy rozbrajano Niemców, w dniu który był końcem wojny i początkiem wolności. Lecz nie dlatego jest to takie ważne, ważne z powodu tego, czego obecnie nie pamiętamy i nie rozumiemy. Powszechna wojna, której wypatrywał Mickiewicz nadeszła i dała wolność. Której obecnie nie rozumiemy i nie doceniamy. Nie wiemy co będzie dalej, nikt nie wie tego w Europie, patrzącej w przyszłość z nadzieją, jaką patrzyła w roku 1918. Patrząc wieczorem na neon na budynku nowego ratusza miejskiego czuję, że na jakimś poziomie jest to niezmiernie ważne. Sto lat później, w Europie jesienią.

45554201_1858163944303897_2807349946477445120_n

Jastrzębia

ksunder

Jak łatwo zauważyć blogowanie znalazło się ostatnio w prawie całkowitym zaniku, więc śpieszę wyjaśnić, iż jest to czas mam nadzieję przejściowy. Kwestie remontowo-przeprowadzkowe oraz rehabilitacyjne pożarły resztki wolnego czasu i praktycznie całkowicie uniemożliwiają działalność na polu blogowym. Na szczęście jest teraz blog Witka, Miniatury Historyczne, na którego łamach autor odkrywa wiele tajemnic dotyczących tutejszych okolic. Sporo czasu pochłonęło także redagowanie pięknego albumu o Czarnowie. Padło w nim ciekawe zdanie o Jastrzębiu, dotyczące polowań jakie uprawiali w tutejszych lasach książęta mazowieccy i owo chciałbym teraz poszerzyć.

28925962222_3d1c409854_kLas Oborski obecnie. Zdjęcie z serwisu zdjęciowego K-J

Las zwany obecnie Chojnowskim dzielił się w przeszłości na część oborską, należącą do dóbr położonych na Urzeczu, graniczących z częścią chylicką, jak opisywano w tutejszych dokumentach granicznych w roku 1701 „daley mimo lug należący polową do Obór, połową Chylic Dóbr Królewskich, które ługi dzieli struga, od Boru po prawey ręce Cieciszewskiego, ługi oborskie a od boru Chylickiego ługi chylickie, od Północy graniczy bór Cieciszewski z borem oborskim y jest kopiec od Ługów”. Kusi by uznać, iż struga dzieląca las to nasza rzeczka Mała lub Wiebrzbna, czule zwana do niedawna przez tutejszych mieszkańców Smródką vel Śmierdziuszką, acz w przypadku niewielkich strumyków ich historyczny przebieg nie jest tak mocno ustalony jak wielkich, spławnych rzek. Bór oborski to rzecz jasna obszar ciągnący się od Słomczyna na zachód, ku Łubnej i ku Jeziorce. Zapewne niektórych zastanowi brak informacji o granicy ze Skolimowem, acz wyjaśnienie jest bardzo proste. W owym czasie Skolimów przynależał on już do włości Wielopolskich, zatem wchodził w skład dóbr oborskich, stanowiąc ich granicę z Chylicami. Po drugie jako położony po drugiej stronie Jeziorki Skolimów znajdował się w ziemi warszawskiej, zatem w tutejszych lasach granicy z Oborami nie posiadał.

Chylice to równie stara miejscowość jak inne spośród okolicznych osad. Wspomnijmy jedynie krótko, iż w dokumentach pojawia się często w XV wieku, jako należąca do książąt mazowieckich wieś, w której wzniesiono młyn na Jeziorce. Sama osada jest jednak dużo starsza, nazwę swą biorąc jak chcą językoznawcy od wczesnośredniowiecznego imienia Chyła. W XV wieku Chylice stanowiły własność książąt mazowieckich, po inkorporacji Mazowsza zmieniając się w królewszczyznę, stąd w przywołanym wyżej fragmencie mowa o Chylicach jako dobrach królewskich. Nas jednak interesuje co innego. W XIV lub XV wieku nieopodal Chylic lokowano kolejną osadę, Wolę Chylicką. Niezwykle popularna na terenie Polski nazwa „Wola” pochodzi właśnie z tamtych czasów, „Wolą” donatora, w tym wypadku księcia, lokowano nową osadę, nadając jej prawa (często niemieckie) i przywileje, a także wolniznę, „wolę” od obciążeń na określony czas, niezbędny na rozwój osady. Na podobnej zasadzie powstała niezbyt odległa Wola Cieciszewska, przy okazji której dawno temu proces ten został opisany szczegółowo. A Wola Chylicka utożsamiona została przez profesora Adama Wolffa właśnie z Jastrzębiem, czy też z Jastrzębią, bo taka właśnie była jedna z pierwotnych nazw tej miejscowości.

Clipboard0113A tu kolejna odmiana nazwy, folwark Jastrzębiec. Już z czasów przełomu XIX i  XX wieku i parcelacji.

O ile w dokumentach nazwa Wola Chylicka pojawia się jeszcze w XVI wieku, w roku 1603 mowa jest już wyłącznie o Jastrzębi, której dziesięciny stanowią uposażenie szkoły w Piasecznie. Taka zmiana nazewnictwa nie jest niczym dziwnym, ponownie posłużmy się przykładem Woli Cieciszewskiej, która zmieniła się najpierw w Cieciszew Mały, następnie Cieciszewek, by ostatecznie jako folwark dóbr oborskich przyjąć nazwę Goździe. Nim jednak Wola Chylicka przekształci się w Jastrzębie używana będzie jeszcze nazwa pośrednia: Yastrząbya Volya jak w zapisie z roku 1540, czy też Jastrzembia Wola, w roku 1576. Z biegiem lat ta „Wola” ulegnie zagubieniu, a Jastrzębia stanie się Jastrzębiem. W XIX wieku przestanie już być wsią, stając się folwarkiem położonym w dobrach chylickich.

Wróćmy jednak do Jastrzębia, bowiem nazwa jego wyraźnie wskazuje na jej pochodzenie. Choć z biegiem lat zaszedł proces, którzy językoznawcy określają jako uniwerbizację nazwy i za pomocą sufiksa „e” miejscowość zmieniła nazwę na Jastrzębie, zgodni są co do tego, iż wywodzi się ona od określenia „miejsca, gdzie było dużo Jastrzębi”. Gdzie więc hodowano je na potrzeby polowania, dawnej myśliwskiej osadzie książąt mazowieckich. Którą to właśnie osadę, w tym celu odwiedzali, udając się na łowy w lasach chylickich, na terenie których obecnie znajdują się Czarnów czy Wierzbno, wsie założone w XIX wieku przez późniejszych właścicieli Chylic, hrabiego Skarbka czy Juliana Czarnowskiego…

Clipboard0271830. Jastrzębie i las, w którym niegdyś polowano, a na terenie którego powstaną wkrótce Wierzbno i Czarnów...

I choć Jastrzębie wraz z ulicą Ptaków Leśnych znajduje się poza granicami gminy Konstancin-Jeziorna, a od Czarnowa oddziela je obszar leśny, stanowiący pozostałość dawnego boru chylickiego, to historia Czarnowa, założonego w roku 1858 zaczyna się właśnie tam, na długo przed XIX wiekiem. W czasach średniowiecza, gdy książęta mazowieccy przybywali tu na łowy…


Źródła i literatura:

  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa
  • Metryka Księstwa Mazowieckiego z XV-XVI wieku. Wydał A. Włodarski, t.I-II,Warszawa 1918, 1930
  • AGAD, Metryka Koronna
  • AGAD, Obory
  • Nazwy miejscowe Polski: historia, pochodzenie, zmiany, t. I - VI, red. K. Rymut, U. Bijak Warszawa 1996-2007

Początki Słomczyna

ksunder

Słomczyn wydaje się pozornie brać swą nazwę od słomy, tak też sądzili jego mieszkańcy w latach trzydziestych XX wieku przygotowując informacje dotyczące opisywanej jakiś czas temu wzorcowej wsi. Tymczasem język polski ulegał przez stulecia znacznym przemianom, stąd też założenie to jest całkowicie błędne. Nazwa wsi nie uległa zmianie, jednak jej znaczenie od czasów średniowiecza zupełnie się zatarło. Słomczyn to bowiem nic innego niż Sławkowo, czyli osada Sławka.

Skąd więc ta dziwaczna zmiana nazewnictwa? Już śpieszę z wytłumaczeniem. Podeprę się tu autorytetem wybitnych językoznawców Witolda Taszyckiego i Urszuli Bijak, którzy wskazywali, iż występująca we wczesnośredniowiecznych dokumentach forma imienia Slanchone (Slanczone) jest zapisem imienia Sławka czyli Sławomira. Od tego imienia wywodzić należy więc nazwę osady, pierwotnie zapisywanej jako Slanczino. Powstała ona zatem na podobnej zasadzie jak Cieciszew od Ciecisza, Habdzin od Hebdy a Opacz od Opaka. Jako ciekawostkę podajmy, iż w akcie lokacji Woli Cieciszewskiej z roku 1363 świadkiem spisania aktu jest między innymi Slanczone Wiszniensi, czyli Sławko z Wizny. Koincydencja to bez mała ciekawa, nic jednak nie wiemy o owej postaci, ani jej związkach z rodem Pierzchałów.

Clipboard018Słomczyn, druga połowa XVII wieku

Powyższe intryguje jednak o tyle, iż Słomczyn powstał najprawdopodobniej mniej więcej w tamtym okresie, na przełomie XIV i XV wieku. Najstarsze ślady archeologiczne wskazują na XV wiek i jest to zgodne z najstarszym pojawieniem się miejscowości w dokumentach. Założono ją na terenie dóbr cieciszewskich, być może początkowo jako folwark, lub domenę jednego z potomków Stanisława Pierzchały o imieniu Slanczone, choć nie mamy przesłanek pozwalających utożsamić go ze Sławkiem z Wizny. Potomkowie Stanisława dzielili między siebie ziemię Cieciszewa, co z czasem spowoduje rozdrobnienie i powstanie kolejnych miejscowości, dawno już zapomnianych, w postaci Cieciszewka czy Cieciszewa Mniejszego. Słomczyn pojawia się po raz pierwszy w takim kontekście, w roku 1430 jego właścicielem jest Jan ze Słomczyna, mąż Katarzyny córki Jana z Sosnkowa (być może niedalekiej Sosnki), który dokonuje sprzedaży części ziemi. Ten najstarszy zapis nazwy miejscowości brzmi właśnie Slanczino.

Jako niewielka osada w granicach Cieciszewa Słomczyn pojawia się pośród średniowiecznych dokumentów niezmiernie rzadko, kolejnej wzmianki doczeka się dopiero w roku 1476, przy okazji znoszenia powinności rycerskich przez księcia Konrada II Mazowieckiego. Należy wówczas do Jakuba Cieciszewskiego, pana Cieciszewa Mniejszego, Cieciszewka, Imielina oraz Slanczyna, a zatem znacznej części majątku rodu z Cieciszewa. Jako wieś położona na terenie dóbr Cieciszewskich wzmiankowany jest kilkakrotnie w takim kontekście. Ciekawsze informacje przyniesie nam dopiero XVI wiek, kiedy bracia Cieciszewscy zaczną spisywać podziały swego majątku. I tak w roku 1563 Jakub, Piotr, Andrzej, Jan  Cieciszewscy dziedzice Cieciszewa, Łyczyna, Słomczyna i Okunina dzielą dobra. Świadkami są znani nam doskonale inni potomkowie Pierzchałów – Turowscy z Turowic (Kawęczyna) i Oborscy z Obór.

Jakuba i Jana pomińmy w tych opisach, dzielili się oni bowiem innymi niż Słomczyn miejscowościami. Andrzej otrzymał dział w Słomczynie wraz z poddanymi mu rolnymi (chłopami). Odnotowano najstarsze znane nam nazwiska tych mieszkańców Słomczyna, byli to Kuna, Roczek, Dzieska oraz Byczek. Z kolei Piotrowi Cieciszewskimu wraz z działem w Słomczynie przypisano innych mieszkańców, noszących nazwiska Pathora, Stacheta, Staszek i Czirana oraz ogrodnika Szymona Wielkiego.

Tu mały komentarz, jak widzimy w owym czasie nie sposób mówić o nazwiskach w rozumieniu jakie znamy. Nie tylko w przypadku chłopów, tradycja nazwisk kończyła się właśnie wykształcać, określenia nadawane od zajmowanych dóbr takie jak Cieciszewski czy Oborski stawały się właśnie nazwiskami. Do tego okresu możliwe było jeszcze, iż obejmując inne dobra ich właściciel zyskiwał związany z nim przydomek – jak Czosnowski od Czosnowa czy Okoński od Okunina. Przydomki stały się nazwiskami, odrywając od nazw dóbr. Kolejny wiek nazwiska przylegały do przedstawicieli niższego stanu, gdy zajrzymy do księgi parafialnej Cieciszewa z drugiej połowy XVII wieku zobaczymy, iż każdy mieszkaniec wsi posiada już nazwisko. O ile był mężczyzną, w przypadku kobiet musiało to jeszcze chwilę potrwać.

Clipboard024

Raz jeszcze Słomczyn w XVII wieku.

W ramach ciekawostki dodać można, iż potomkowie części osób wymienionych XVI wiecznych osób zamieszkują te okolice do tej pory – choćby rodzina Kopytów, których przodek Thopith zamieszkiwał w roku 1563 Kozłów, na terenie którego obecnie leżą Piaski.

Wróćmy jednak do Słomczyna, bowiem dawno to zamierzchłe i zapomniane czasy, kiedy jak odnotowano Słomczyn od Goździ oddzielała rzeka Wisła. Obecnie jej pozostałości zmieniły się w jeziora w Cieciszewie, wówczas płynęła starorzeczem w kierunku Obór, przez teren dzisiejszej Parceli. Na południu i w lesie na zachodzie Słomczyn graniczył z dobrami Kawęczyna. Jak zanotowano w roku 1603 dziesięciny ze wsi Słomczyn (po raz pierwszy pod taką nazwą) stanowiły uposażenie kościoła w Cieciszewie.

W XVII wieku wraz z upadkiem rodziny Cieciszewskich zmienił właściciela i został sprzedany. Ale o tym innym razem.


Źródła i literatura:

  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa
  • Archiwum Parafialne w Słomczynie
  • AGAD, Obory

Początki Opaczy

ksunder

Zgodnie z wakacyjną zapowiedzią pora zapełnić jedną z niewielu białych plam, jakie pozostały na tym blogu, w zakresie historii początków tutejszych miejscowości. Wsią taką jest Opacz, być może nie tak stara jak Cieciszew, lecz będąca nadal o prawie 500 lat starszą od letniska Konstancin.

Od Cieciszewa zacząć zresztą trzeba historię Opaczy, bowiem będzie on dla nas odnośnikiem, wskazującym kiedy mogła powstać. Gdy w roku 1236 erygowano parafię w Cieciszewie, był on położony nad wiślanym korytem, podobnie jak Habdzin, zwany ówcześnie Chabdzinem. Choć najstarsza wzmianka o tym ostatnim pochodzi z drugiej połowy wieku XIV, geneza jego nazwy cofa nas do czasów wcześniejszych. Podobnie jest w przypadku Opaczy, choć na karty historii trafi w wieku XV, istnieć musiała dużo wcześniej. A założono ją nad wiślanym korytem, które zmieniło swój bieg kilka razy, odsuwając się od Cieciszewa i Habdzina. Opacz powstałą gdy rzeka ustaliła swój bieg, po czym przesunęła się ponownie, tworząc wraz z Jeziorką półwysep. Być może początkowo Opacz położona była zresztą na prawym brzegu Wisły, na co wskazywać mogą najstarsze znane mapy tej miejscowości, lokujące najdawniejsze budowania właśnie z tej strony. Starorzecze zresztą powoli zanika, od lat stopniowo zarastało, gdy w latach pięćdziesiątych odcięte zostało od Jeziorki, atrofię pogłębiło zasypanie przepustu we wsi w latach dziewięćdziesiątych XX wieku.

wrzOpacz, lata pięćdziesiąte XX wieku

Opacz założona od pierwszych wzmianek pozostaje w nierozerwalnym związku z Chabdzinem, stanowiąc część podległych mu ziem. Stąd domniemywać należy, iż założono ją po tym gdy koryto Wisły od Chabdzina się oddaliło, a Wisła popłynęła w nowym miejscu. Jednym z pierwszych osadników był mężczyzna o imieniu Opak, bowiem jak chcą językoznawcy nazwę Opacz należy wywodzić właśnie od takiego imienia. Od imion pierwszych osadników pochodzi wiele tutejszych nazw, od Gasza wywiedziono Gassy, od Chebdy pochodzi Habdzin, Słomczyn od Sławka, zaś Ciecirad zwany Cieciszem założył Cieciszew. Opaka tutejsza historiia nie przechowała, jednak inny Opak zamieszkał na szlaku z Warszawy nieopodal obecnego Pruszkowa. W XV wieku właściciel tamtejszych ziem zyskał nazwisko Opackiego. W przypadku tutejszej Opaczy nie było to potrzebne, należała ona do dóbr podleglych Chabdzinowi, których właścicielem był na początku XV znany i powszechnie szanowany sędzia ziemi warszawskiej Adalbert, zwany Wojciechem Chabdzińskim.

Udokumentowana historia Opaczy związana jest rzecz jasna z ziemiami nazwanymi wiele stuleci później Urzeczem. Po raz pierwszy wieś zostaje wymieniona pod nazwą Opaka (a więc w brzmieniu jeszcze niezbyt odległym od imienia Opak) w roku 1424 przy okazji transakcji przeprowadzonych w Radwankowie. Ich stroną jest bliżej nieznany Piotr, wymieniony jako posiadacz działów ziemskich w Opace. W roku 1444 staje się już Opaczą, należąc do Alberta Chabdzińskiego, sędziego ziem czerskiej i warszawskiej. Do roku 1476 zmienia już właściciela, gdy książę Konrad II Mazowiecki nadaje mazowieckiej szlachcie przywilej, zwalniając z powinności, jako właściciela Łęgu, Opaczy i Ciszycy wymienia Pawła z Błędowa, podczaszego ziemi rawskiej. Jako czwarta z tutejszych wsi zostaje wymieniony Lubyen. To wieś całkowicie zaginiona, po której nie przetrwał żaden ślad, choć jeszcze z końcem XVIII wieku przechowała się w nazwie, gdy w jedynym z dokumentów występuje nazwa pola zwanego „Lubin” w Urzeczu.

Rok 1519 to już czas sprzedaży tych ziem. Wraz z przyległościami zostają sprzedane Oborskim, od tego czasu Opacz staje się częścią dóbr, które z czasem przekształcą się w klucz oborski i staną własnością Potulickich.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Metryka Koronna

Przewodnika po rocznicach część ostatnia

ksunder

Piaski

W ostatnim wpisie z mej pamięci umknęła ta wieś granicząca z Cieciszewem, dzieląca z nią wspólną historię. Choć pozornie historia Piasków bierze swój początek wraz z wiekiem XVIII, dzieje osadnictwa w tym miejscu są dużo starsze. Piaski założono po opisywanej niedawno powodzi, która spustoszyła Urzecze, przynosząc kres istnienia kościołowi w Cieciszewie około roku 1713. Ta sama woda zabrała miejscowość noszącą nazwę Kozłów, założoną przez Oborskich w XVI wieku nad Wisłą, która jeszcze w drugiej połowie XVII wieku rozrosła się tak bardzo, iż sięgała od Gassów po Cieciszew, a jako Kozłów traktowano nawet część tego ostatniego. Z czasem rozdzielona przez Wisłę na dwa Kozłowy, całkowicie zniknęła pod wiślanymi falami. Na naniesionych przez Wisłę piaskach wieś zaczęto odbudowywać, stąd jej nazwa – Piaski. Najstarsza odnaleziona dotąd wzmianka traktująca o istnieniu Piasków pochodzi a roku 1734. Za dwa lata doczekamy się 285 rocznicy, lecz jeśli doliczymy lata związane z istnieniem Kozłowa, założonego najprawdopodobniej w roku 1526, za 9 lat czeka nas okazja do świętowania 500-setnej rocznicy.

Z Kozłowem wiąże się zresztą jedna z największych tajemnic tych stron, którą od lat wymyka się poznaniu, ale o tym innym razem.

Skolimów

610  rocznica pierwszej wzmianki mija w tym roku, bowiem po raz pierwszy zawitał na karty historii w roku 1407. Historię ma jednak starszą i ciekawą, założony został bowiem najprawdopodobniej przez pochodzącego z Prus osadnika o imieniu Skolim, uchodzącego przed krzyżacką zawieruchą. Uchodźcę powitali książęta mazowieccy, umożliwiając założenie osady, najpewniej na przełomie XIII i XIV wieku, co potwierdzają badania archeologiczne. Więcej na ten temat we wpisie o początkach Skolimowa.

Lietuviai_kovoja_su_vokie%C4%8Diais.Lithuanians_fighting_Teutonic_Knights_(2)Dla porządku dodajmy jeszcze, iż ówczesny Skolimów położony był na północ od Jeziorki, w ziemi warszawskiej, w okolicy obecnego dworu i ulicy Kołobrzeskiej. Letnisko tworzone pod koniec XIX wieku zajęło zaś las po drugiej stronie rzeki.

Jeziorna

Jak wiedzą czytelnicy tego bloga Jeziorny były trzy, czemu niegdyś poświęciłem osobny wpis. Ta pierwsza i najstarsza, biorąca swą nazwę od rozlewiska rzeki Jeziorki, założona u jej ówczesnego ujścia do Wisły, z czasem zaczęła być zwana Jeziorną Królewską, należąc do królów Polski. Choć pierwsza wzmianka o jej istnieniu pochodzi z roku 1410, badania archeologiczne jej powstanie datują na wiek XIII. O początkach Jeziorny przeczytać można we wpisie na ten temat.

Druga, położona w dobrach oborskich, po drugiej stronie Jeziorki na wprost Jeziorny Królewskiej, była oddzielną wsią. Przez długi czas zmieniała nazwę, istniał tu bowiem młyn na Jeziorce, należący do dziedziców Obór, po raz pierwszy wzmiankowany w roku 1424 jako młyn w Jeziorze. Z czasem w jego pobliżu powstała osada, zwana przez wieki Wyględowem, Nadjeziorą bądź Przyjeziorą, od XVIII wieku określana już jako Jeziorna Oborska. Obecnie nazwę tę wyparła Grapa, osiedle w dużej mierze położone na terenie dawnej wsi, które z kolei wzięło nazwę od istniejącego tu parku letniskowego, a ten od funkcjonującego tu od lat staropolskiego określenia skarpy – Grapa. Najstarsze wzmianki o Grapie występują w wieku XVIII.

Trzecia Jeziorna powstała najpóźniej, gdy na terenie dawnej osady młyńskiej Grąd założono papiernię w roku 1776, od początku noszącą nazwę Papierni w Jeziornie. Tak powstała Jeziorna Bankowa, później zwana Fabryczną, obecnie nosząca nazwę Mirkowa, którą przynieśli ze sobą pod koniec XIX wieku przesiedleni robotnicy z Mirkowskiej Fabryki Papieru. Lecz jeśli sięgniemy w przeszłość, odkryjemy iż najstarsza wzmianka o młynie w Grądzie pochodzi z roku 1482. Doczekał się zresztą odrębnego wpisu.

Zatem dla każdej Jeziorny, choć obecnie ostała się już tylko jedna, rocznice wyliczyć należy oddzielnie.

Zaś zwycięzcą jest…

cesCieciszew

Choć w wielu miejscach nadal pokutuje informacja, iż najstarsza wzmianka istnieniu w tym miejscu parafii pochodzi z roku 1398, zaś wieś lokowano w roku 1363, nie jest to do końca prawdą. Co stwierdza niżej wymieniony, mimo iż brał czynny udział w obchodach 650-lecia wsi w roku 2013. Osadę wzmiankowano już w roku 1253 podczas odwiedzin księcia mazowieckiego w tutejszym grodzie. Jednakże zapiski dokonane podczas konsekrowania świątyni przeniesionej do Słomczyna w roku 1737 potwierdzają podejrzenia, iż parafia istniała już wcześniej i założona została w roku 1236. O czym można przeczytać choćby w tym wpisie.

Summa summarum, znając mieszkańców Cieciszewa sądzę, że za kilkanaście lat zorganizują kolejny jubileusz, tym razem 800-lecia, w roku 2036. Na co wszyscy czekamy, jak również na rocznicowe obchody nie tylko w postaci Dni Konstancina.

A komu jeszcze mało - odsyłam do tekstu, traktującego o tym, co działo się na tych terenach w starożytności i na długo wcześniej.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci