Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Na Urzeczu

Ciołkowie

ksunder

W odkrywaniu historii Turowic i Kawęczyna uczyńmy niewielkie interludium, bowiem dotarliśmy w niej do punktu gdy ziemie te zakupił Mikołaj Turowski, co miało miejsce w roku 1514. Tymczasem uświadomiłem sobie, że opisując dotąd średniowieczne dzieje tych okolic, wielokrotnie odnosiłem się do losów potomków Stanisława z Cieciszewa z rodu Pierzchałów herbu Roch, którego potomkowie jako Oborscy i Cieciszewscy władali ziemią na południe od Jeziorki, gdzie obecnie położony jest Konstancin. Tymczasem jedynie wzmiankowałem ród Ciołków, przy okazji opisywania początków poszczególnych wsi, podczas gdyzasługuje on na oddzielny wpis. Bowiem aż do początków dziejów nowożytnych posiadał on tereny stanowiące obecnie znaczną część gminy Konstancin-Jeziorna.

730pxPOL_COA_Cioek.svg

Najstarsza poświadczona obecność Ciołków w tych stronach miała miejsce tuż za miedzą, w roku 1283 biskup kujawski Albert przekazał ziemie Powsina kasztelanowi z rodu Ciołków. Jego potomkowie władali Powsinem wraz z przyległościami do roku 1677, kiedy to odkupił go od nich Jan III Sobieski, kładąc podwaliny pod budowę majątku wilanowskiego. Dla historii tych ziem jednym z najistotniejszych wydarzeń była budowa drewnianego kościoła w Powsinie w roku 1398. Fundowała go Elżbieta, wdowa po kasztelanie czerskim. Świadkiem erygowania świątyni był Bolesta, pleban parafii leżącej po drugiej stronie Jeziorki. W ten sposób do historii przeszło imię najstarsze znane nam imię proboszcza z Cieciszewa, których od powstania parafii w roku 1236 musiało być niemało. W roku 1410 biskup poznański przychylił się do próśb mieszkańców Jeziorny Królewskiej, Lisów i Powsina i z parafii Wilanowskiej wyłączył Powsin jako nową parafię, która w niezmienionym kształcie przetrwała aż po wiek XX. Ciołkowie z czasem przybrali nazwisko od miejscowości którą posiadali i do roku 1677 zamieszkiwali te strony jako Powsińscy. Ta gałąź rodu wywodziła swe korzenie z północnej części ziemi sandomierskiej. Jej dzieje od pewnego czasu w „Wiadomościach Powsińskich” opisuje Krzysztof Kanabus, kto ciekaw, niech zajrzy do numerów marcowego, kwietniowego oraz październikowego z roku 2016.

Inna gałąź rodu pieczętująca się herbem Ciołek przybyła z Rożniszewa. W roku 1368 Mikołaj z Rożniszewa zakupił ziemie leżące na terenie parafii Cieciszewskiej – Chabdzin (Habdzin) wraz z Chabdzinkiem (Habdzinkiem) i Opaczą oraz Brześce, w skład których to dóbr wchodziły również Łubna oraz Baniocha. Jak wielki to był obszar ukazuje nam poglądowa mapka, którą zamieszczałem w ostatnim wpisie. Choć rozdzielona pasem ziem należącym do Pierzchałów była znacznie większa, zaznaczyć należy jednak iż większą jej część stanowiły leśne nieużytki. Dochód dawały wsie położone na obszarach żyznych madów wiślanych, które z czasem przybrały miano Urzecza. Bracia Mroczek i Stanisław Pierzchałowie podzieli na przełomie XIV i XV wieku swe ziemie i wkrótce ich ród przyjął od swych siedzib nazwiska Cieciszewskich i Oborskich. Podobnie uczynili Ciołkowie, choć data podziału pozostaje niejasna. Syn Mikołaja imieniem Wojciech osiadł w Chabdzinie a jego syn noszący to samo imię stał się znany pod łacińskim imieniem Adalbert Chebdziński. W księstwie mazowieckim doszedł do godności sędziego ziemi warszawskiej i czerskiej. Jego bratem był Piotr, doczekał się synów Pawła i Jana. Tego ostatniego przewidziano do stanu duchownego, bowiem w roku 1428 odnajdujemy go wśród studentów krakowskiego uniwersytetu. Z czasem został plebanem w Rembertowie. Chebdziński jako dziedzic Wojciecha wciąż posiadał prawa do Brześcc i Kawęczyna, na równi z potomkami Mikołaja zamieszkującymi Brześcce. W późniejszych latach zdarzyło mu się zastawić zresztą swe części Kawęczyna i Łubnej u Andrzeja Ciołka z Powsina i jego brata Jana o przydomku Loss. W ten sposób jasne staje się już dlaczego w roku 1476 właścicielem Kawęczyna był Stanisław Loss, wymieniony w poprzednim wpisie, jak się okazuje także z roku Ciołków. Syn jego Paweł związany był z ziemią rawską, pozostawił jednak w swych rękach dobra. W skład Chabdzina prócz wsi o tej nazwie wchodziły wówczas Opacz, Ciszyca, Łęg oraz Lubyen. Tego ostatniego próżno szukać w późniejszych czasach, zapewne wieś zabrała Wisła. Acz jeszcze w XVIII wieku natrafiamy na wzmiankę o polu leżącym w Urzeczu o nazwie Lublin, co może być dla nas potwierdzeniem tych domysłów, choć lokalizacja tego miejsca pozostanie dla nas tajemnicą. Wisła jak zawsze prócz faktu, iż łączy oba brzegi, pozostaje źródłem niezgody, zmieniając często swe granice. W roku 1488 Dersław Chabdziński, zapewne syn Pawła, dowodził przed sądem, iż Zygmunt Świderski przekopał mu rów przez łęg chabdziński, by napełnić swe jezioro wodą z Wisły. Jeszcze z początkiem XVI wieku Chabdzin wraz z wymienionymi wsiami należy do potomków Wojciecha, dokument z roku 1524 wymienia je jako granicę z dobrami oborskimi. Jednakże stopniowo zdaje się prawa do nich zyskują Oborscy, bowiem już w roku 1502 starosta piaseczyński Stanisław Oborski zyskuje tu prawo sprawowania przewozu. Wkrótce przechodzą na własność rodu stając się częścią dóbr oborskich. Niestety daty tej transakcji nie znamy, nastąpiło to jednak w pierwszej połowie XVI wieku.

W dwóch częściach wpisu o historii Turowic i Kawęczyna opowiedziałem dzieje potomków Mikołaja, którzy posiadali je wraz z Brześccami, Łubną i Baniochą. I właśnie od tych pierwszych rodzina wywiodła swe nazwisko, w XV wieku w odróżnieniu od Chabdzińskich/Chebdzińskich zowiąc się Brzeskimi. Widzimy więc gdzie w owym czasie znajdowała się siedziba rodu. Podczas gdy Chabdzińscy sprzedali swe ziemie Oborskim, w tym samym czasie Brzescy pozbyli się swych działów na rzecz Turowskich. Jedynie w Powsinie pozostali Powsińscy, mający za sąsiadów Bielawskich herbu Gozdawa, panów w Bielawie i Falenicy.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Metryka Koronna
  • AGAD, Obory
  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa
  • Nowy Kodeks Dyplomatyczny Mazowsza, wyd. S. Kuraś i I. Sułkowska Kuraś, część III dokumenty z lat 1356-1381, Warszawa 2000

Piwo z Cieciszewa

ksunder

Równo tydzień temu miałem okazję być w Cieciszewie i powiedzieć kilka słów o historii tej miejscowości. Co bardziej zorientowani wiedzą, że w zasadzie blog ten powstał kilka lat temu niejako na marginesie pisanej wówczas książki na ten temat. A historię Cieciszew ma fascynującą, sięgającą czasów odległej historii początków Polski. W zasadzie tam leżą korzenie „konstancińskiej” części tutejszej gminy, bowiem ziemie należące to tamtejszego grodu sięgały w XIII wieku rzeki Jeziorki, na wschodzie oparte o Wisłę, na zachodzie w ich skład wchodziły Łubna i Baniocha, na południu graniczyły z Moczydłowem. Z czasem włości podzielono na część cieciszewską i oborską, później na kolejne. A na dziale oborskim powstać miał pod koniec XIX wieku Konstancin. Z obszarem dawnych włości Cieciszewa pokrywała się parafia, w XVIII wieku przeniesiona do Słomczyna, choć jeszcze długo zwała się cieciszewską. Podzielono ją w XX wieku, tworząc filie, a później odrębne parafie w Mirkowie, Konstancinie, Skolimowie, Baniosze (stąd po dziś dzień Baniocha jest w tutejszym dekanacie, choć do gminy nie należy). Wszystko to można znaleźć na blogu, dziś historia nieco mniej znana, z końcowego okresu świetności Cieciszewa.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m10Wiele osób kojarzy, iż pod koniec XVIII wieku na terenie Obór wytwarzano piwo, które cieszyło się w pewnym okresie znaczną sławą w Warszawie. Jak przywoływał Zygmunt Gloger warzono tu szczególnie dobre piwo angielskie. Browar na terenie majątku zwanego wówczas kluczem oborskim, w skład którego wchodziły wszystkie okoliczne wsie położone na Urzeczu wraz ze Skolimowem, fundował Hieronim Wielopolski. Ten sam, który wydzierżawił teren pod zakładaną Papiernię. Lecz skąd w ogóle produkcja piwa? Cofnijmy się o lat mniej więcej 150, po „Potopie” szwedzkim zniszczona Polska zaczyna tracić, to co dawało szlachcie pieniądze przez ostatnie wieki, a co jak naucza się w szkołach wynikało z „dualizmu gospodarczego Europy”. Zaczyna się spadek eksportu zboża, szukać należy nowych źródeł dochodu. Okazuje się nim propinacja, czyli sprzedaż alkoholu, przede wszystkim własnym chłopom w licznie budowanych karczmach. Lecz nie do końca było tak, jak to pokazano w pewnym filmie, iż „dziedzic rozpijał pańszczyźnianych chłopów”. Choć obowiązywał przymus propinacyjny, zmuszający do zakupu piw i gorzałki, szybko zorientowano się, że na produkcji przeznaczonej na „eksport”, czyli sprzedaż poza granicami majątku, można nieźle zarobić. Stąd pod koniec XVIII wieku świetnie prosperowały browary w Oborach, Bielawie czy Wilanowie (a ciekawą historię awantury o piwowara w tych dwóch ostatnich swego czasu opisywałem). Jednakże nim powstał browar w Oborach, pierwszą próbę jego budowy podjęto w Cieciszewie.

Wybór był jak najbardziej naturalny. Tu znajdowała się siedziba parafii, którą co niedzielę odwiedzali poddani dóbr. Tędy wiódł szlak prowadzący do Czerska i dalej, aż na Ruś. Stąd i wzniesiona tu karczma była znacznych rozmiarów, co pod koniec XVII wieku odnotował francuski podróżnik kawaler De Tende. Zatem i produkcja piwa była niemała, wyraźnie piwo wytwarzane przez karczmarza było w ilości niewystarczającej, bowiem już w roku 1700 w Cieciszewie istniał browar. W roku 1701 w browarze w Cieciszewie był kocioł piwny w tym roku kupiony, kadź wielka, od spodu reparatiey potrzebne i pobiciu tak dębowej do spuszczania piwa. Beczek piwnych 20. Jak wynika z dalszego opisu znajdowała się tam także gorzelnia, wyremontowana w tym samym roku, wyposażona w szklane okna. Inwestycja w kadź oznaczała, iż browar powstał z myślą o zwiększonej produkcji. Warto zauważyć, że budynek browaru był w lepszym stanie niż znajdujący się tuż obok dwór w Cieciszewie, który w owym czasie się rozpadał. Budynek starano się naprawiać, co wyraźnie mówi nam coś o związanych z nim planach.

Browar nie przetrwał powodzi, która około roku 1713 zniszczyła Cieciszew i okoliczne wioski sprawiając, iż kościół parafialny odbudowano w Słomczynie. Kolejny browar powstał już w oddaleniu od wiślanego starorzecza, w Oborach. W drugiej połowie XVIII wieku dochody ze sprzedaży trunków staną się podstawą ekonomii dworskiej, stąd rozwój browaru w Oborach. Korzenie browarnictwa w kluczu oborskim znajdują się jednak w Cieciszewie.

Może to i dobry moment, by ktoś znowu zaczął produkować tu lokalne piwo? Od roku 2013 nie ma już browaru w Oborach, a piwo marki „Konstancin” produkowane jest w innej części polski. Lecz skoro mamy już cydr z Czerska (podobno nawet można kupić go w Górze Kalwarii, polecam bo jest naprawdę dobry), warto o tym pomyśleć. Nazwy nie trzeba długo szukać, choćby Ciecisz, czyli założyciel tutejszego grodu...


Źródła i literatura:

  • AGAD, Archiwum Wielopolskich i Potulickich z Obór

Churching na Urzeczu

ksunder

Kilka lat temu dostrzegłem po raz pierwszy zaimplementowane na grunt polski zjawisko churchingu. Za tym terminem przeniesionym z języka angielskiego kryje się swoista turystyka kościelna, polegająca na uczęszczaniu co niedzielę do innej parafii, czasem by wysłuchać kazania księdza, zbliżonego świadopoglądem do wiernego. Niedawna lektura książki Katarzyny Surmiak-Dowmańskiej “Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” przyniosła informację, iż w 25 tysięcznym Edmonton na południu USA świątyń protestanckich jest 70, a jak wyjaśnili dziennikarce miejscowi, liczba w tak niewielkim mieście aż tak znaczna, bo każdy kto nie zgadza się ze słowami któregoś z pastorów, może uczęszczać do innego kościoła. Książka to fascynująca, bez emocji i ocen autorka opisuje tam społeczność tej miejscowości, my jednak przenieśmy się na Urzecze, gdzie pozwolę sobie użyć anachronicznego terminu “churching”, do opisania podobnego zjawiska, w wypadku jednak Urzecza, częściej niż wierni parafie, parafie zmieniały wiernych.

W historii naszego kraju przynależność parafialna związana była z życiem codziennym, wraz z porami roku i zasiewami, obrzędowość wyznaczała jego rytm i nie podlegała ona raczej przemianom, wyjąwszy zmiany kościołów parafialnych wskutek zawarcia związku małżeńskiego, w innej miejscowości, też wbrew pozorom nie tak częste. Rzecz jasna zasadom tym nie podlegali ludzie wędrowni, choćby flisacy, czy olędrzy. Ci raczej jednak z rzadka święcili nawet niedzielę, nurt Wisły nie pozwalał na odpoczynek. Jak zanotowano w wilanowskich księgach pod koniec XVIII wieku jeden z katolickich olędrów na Wiśle przebywał już od roku, nie przyjmując komunii i nie uczestnicząc w mszach. Wisła na Urzeczu jak zawsze zresztą łączyła i dzieliła, odpowiadając za to, że ludzie uczęszczali do parafii innych, niż przynależeli. Decydowała tu wygoda, dla znacznej części mieszkańców nadrzecznych wsi wygodniej było udać się do świątyni położonej nad wodą, użyć pychówki, a zimą przejść po lodzie. Stąd nadwiślańskie miejscowości od Koła i Ciszycy, wraz z Łęgiem aż po Gassy wybierały się najczęściej do Karczewa, gdzie od XVIII wieku istnieje po dziś dzień kościół Świętego Wita. Aż do XX wieku jedynym kościołem parafialnym obejmującym teren na południe od Jeziorki po Kawęczyn był Słomczyn, dopiero wraz z rozwojem Papierni i powstaniem letnisk Konstancin i Skolimów utworzono kościoły filialne. Lecz nim stały się parafiami minąć musiało jeszcze pół wieku. Po deszczach polne drogi stawały się grząskie, koleiny znikały, tonęło się w błocie. Nic więc dziwnego, iż jeśli w grę nie wchodził któryś z sakramentów, łatwiej było udać się przeprawą promową do Karczewa, zwłaszcza iż przybijało się praktycznie w samej miejscowości, we wsi o nazwie Przewóz. Popularność kościoła i jego bliskość była tak duża, że nierzadko zawierano obrządki małżeńskie w tym kościele, jeśli pochodziła z niego panna młoda, nawet jeśli młodzi zamieszkać mieli za Wisłą. Zimą szło się po lodzie wśród tyczek, co było łatwiejsze, niż brnięcie przez śniegi. O ile dzięki przeprawie dostęp na drugi brzeg był ułatwiony, paradoksalnie mieszkańcy Nabrzeża zamieszkiwali przez większość roku na wyspie odciętej przez liczne starorzecza i bagna. Stąd też mimo bliskości Karczewa, łatwiej niż do Otwocka Wielkiego przedostać im się było przez Wisłę w okolice Piasków i Cieciszewa, skąd udawali się do kościoła w Słomczynie przybijając pychówkami przy karczmie w tamtejszym starorzeczu, nim odcięła je budowa wałów. Jeszcze na początku XX wieku wśród mieszkańców Nabrzeża zachowało się przekonanie, iż przynależą oni do parafii w Słomczynie, mimo iż historia tego nie potwierdza. Do ciekawej zagadki związanej z tym faktem powrócę za chwilę, odnotujmy jeszcze, iż istniało także zjawisko odwrotne. Olędrzy z Kępy Falenickiej jako poddani dóbr Falenicy należeli do parafii w Zerzeniu i tam winni sprawować sakramenty. Ponieważ kościół położony był w znacznej odległości od lądu obowiązek ten sobie lekceważyli, wybierając kościół w Powsinie, a tamtejszy proboszcz nie czynił im najmniejszych przeszkód. Podobnie zresztą olędrom z Kępy Oborskiej, których macierzystą świątynią był wspomniany Słomczyn. Już za krótkiego pruskiego panowania urzędnicy napominali, aby olędrzy trzymali się swych świątyń, jednakże często bezskutecznie. Choć w dużej mierze katolikami nie byli, sakramentów udzielali im katoliccy księża, dopełniając dodatkowo cywilnego obowiązku i wpisując je do ksiąg.

Urzecze miało jednak inny problem, wylewy Wisły, zmieniającej koryto i tworzącej liczne Kępy, powodowały trwałe przemiany w jego geografii. Cóż, że wyłączając z olbrzymiej parafii w Milanowie (Wilanowie) na lewym brzegu Powsin, a na prawym Zerzeń na początku XV wieku jasno określono granice. Rzeka zmieniła je już wkrótce, jak wynika z zapisów tyczących się nieistniejących już wsi takich jak Narty i Grabie, zlokalizowanych w rejonie obecnych Kęp Oborskiej i Okrzewskiej, do dziesięciny przyznawały się trzy parafie. Podobnie na południu, w roku 1252 zapisano po raz pierwszy istnienie od dawna parafii w Górze Kalwarii, która zapewne podobnie jak milanowska sięgała daleko po obu stronach rzeki, bowiem notowano w niej obecność Mniszewa i Niecieczy. Być może to z niej wyłączono w roku 1236 Cieciszew. Kapryśna Wisła sprawiła, że kolejne kępy zmieniały przynależność terytorialną. W roku 1598 zanotowano, iż płacenia proboszczowi dziesięcin odmawia pan Jakub Pilichowski ze wsi Ostrowo i Jelity. Pozwano go przed Sąd Królewski, nakazując w 1604 roku płacić dziesięcinę snopową. Pilichowski odwołał się do najbliższej sesji królewskiej trybunału piotrkowskiego. Nie wiemy jak skończyła się ta sprawa, ale w roku 1678 biskup Wierzbowski fundował w Ostrówku kościół filialny, uznając iż Ostrówek podlega Górze Kalwarii. Już w roku 1576 wskazano, iż Ostrówek i nieistniejące Jelita i Żelawin należą do Góry, lecz zapewne Pilichowski, iż jego właściwą parafią jest Radwanków, któremu podlegały sąsiednie Glinki, zaś poprzez starorzecza nie sposób było przedostać się do Góry. Rzut oka na mapę podpowie nam, że zapewne kępa na której były wspomniane wsie stała się wyspą, po czym przewędrowała na prawy brzeg. Nie lepiej było w okolicach wspomnianego Nabrzeża. Po dziś dzień nie wiadomo, do jakiej parafii wieś ta należała, nie jest odnotowana ani w Karczewie, ani w Słomczynie. Niejasny zapisek z roku 1661 wskazuje, iż wraz ze zlokalizowanym na terenie części obecnego Cieciszewa fragmentem wsi Kozłów, dziesięcinę pobierał odległy Osieck. Co jest możliwe, bowiem do Wisły sięgała i ta parafia, lecz ludzie wybierali bliższe kościoły. Co ciekawe w Karczewie i Cieciszewie aż do XVIII wieku sakramenty dla Nabrzeża są niezwykle rzadkie, zupełnie jakby były sprawowane gdzie indziej, co potwierdzałoby iż spod Cieciszewa należało udać się do Osiecka, z trudem przebywając tutejsze starorzecza.

Choć trudno sobie to wyobrazić, niektóre Kępy były praktycznie odcięte od świata. Działalność Wisły wycinającej nowe koryta, tworzącej kolejne kępy i przenoszącej nieustannie spore areały z lewego brzegu na prawy i na odwrót prowadziła do sytuacji, gdy nikt już nie wiedział, jaka jest przynależność parafialna czy administracyjna poszczególnych wsi. Nie tylko wierni, lecz również proboszczowie i właściciele dóbr, na co wskazuje piękny zapis z XVIII wieku sporządzony przez ekonomów marszałka Bieliińskiego: Glinki, Żelawin, Jelita, Kempa, Kozłów czy Powiatu Garwolińskiego czy do Czerskiego należy nie można wiedzieć, parafia do Kalwaryi to bardziej do Powiatu Czerskiego należeć będą.

I taki to oto wiślany churching na Urzeczu, który dobiegł końca w połowie XIX wieku, wraz z budową wałów. Rzeka ustaliła swój bieg, którym płynie do tej pory. Wisła wszak doprowadziła do jeszcze innej sytuacji, w rejonie Urzecza zniszczyła trzy parafie. Ale o tym kiedy indziej.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, Archiwum Komierowskich
  • ASC Wilanów
  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa

Rzeka wagabundów

ksunder

Zróbmy chwilę przerwy od historii tutejszych kolonistów, na wpis dotyczący spraw nieco trywialnych. Annały Góry Kalwarii notują historię sprytnego włóczęgi, który pod miastem ukradł z pastwiska konia, który następnie przyprowadził na rynek, gdzie korzystnie go sprzedał. Jako, że od Góry prowadziła ku Warszawie droga przy której leżały rozmaite karczmy, były one miejscem rozmaitych awantur. Lecz zostawmy pijackie awantury, bowiem niezwykle obrotni i sprytni byli flisacy płynący Wisłą. Prócz swej porywczości szukali rozmaitych metod łatwego zarobku, zdarzało się, że po drodze kradli faszynę i sprzedawali ją z zyskiem w dalszych częściach rzeki. Podczas regulacji Wisły w połowie XIX wieku zdarzało się, iż spławiane przez nich drewno uderzało o sypane w poprzek rzeki tamy. Wbrew wszelkiej logice szybko uciekali, bynajmniej nie z powodu zniszczeń jakie spowodowali. Przyczyna była prozaiczna, drewno było skradzione, nawet jeśli nie udało się ustalić jego właściciela. Flisacka bezczelność była znaczna, co możemy prześledzić na przykładzie pewnej sprawy.

8 września 1845 roku Piotr Jobs, podpisujący się jako „kollonista na Kępie Okrzewskiej do Gminy Bielawa należącej” zakupił dwie spróchniałe karpy znajdujące się nad brzegiem Wisły, nieopodal Kępy Wołowej. Zakup został dokonany od oficjelistów wilanowskiego majątku, a następnie Jobs przystąpił do pracy, celem zwiezienia drewna na Kępę Okrzewską. (Dodam jedynie, że mowa tu o gminie Bielawa, bowiem działo się to w czasie gdy Jeziorna Królewska wraz z Okrzeszynem i przyległościami zakupiona została przez Henryka Wilhelma Rossmana, wchodząc w skład jego majątku. Z powyższego wynikało, że właściciel ziemski staje się jednocześnie wójtem gminy, biorącej swą nazwę od majątku będącego siedzibą dworu. Przez krótki czas Jeziorna Królewska zmieniła wówczas nazwę na Bielawską, a Kępa Okrzewska znalazła się na terenie tejże gminy.) W okolicy Piotr Jobs najął pięciu ludzi, jako że karpy musiały być sporych rozmiarów. Czymże karpy? Nie każdy musi wiedzieć, iż chodzi o pozostałość po ścięciu drzewa, czyli system korzeniowy wraz z pniakiem. Jak relacjonował Jobs by wydobyć karpy z ziemi pracował przez cztery dni, używając 10 sprzężajnych koni, usiłując podkopać je i wydobyć z ziemi przy użyciu lin. Wbrew pozorom sprawa nie jest taka prosta o czym wie każdy, kto kiedykolwiek usiłował wydobyć pień z ziemi, zwłaszcza iż w połowie XIX wieku łopata wychodziła spod ręki miejscowego kowala, podobnie inne z narzędzi. Dość, że Jobs wystawiony został na koszty nim wydobył karpy i przygotował do transportu, lecz gdy przybył, by tego dokonać, okazało się, iż zniknęły one bez śladu. Czy też raczej ślad pozostał, prowadził wprost do Wisły. Dociekliwy kolonista podążył tym tropem, wsiadł w pychówkę i popłynął wzdłuż brzegu.

Przy Kępie Zawadowskiej dostrzegł świeżo porąbane szczapy. Nieśli je właśnie ku domowi olęderscy koloniści zamieszkujący w tejże wsi, nie usiłujący się wypierać, iż właśnie porąbali na kawałki dwie karpy z drzewa topolowego, które przyniosła im woda. Gdy Jobs nie dowierzał, został przez mieszkańców Kępy Zawadowskiej pogoniony, acz miast dać tematowi spokój udał się na skargę do wilanowskiego dworu. Zarządca również nie uwierzył w jednodniowy przybór wody, szybko doszedł prawdy ustalając, iż karpy sprzedali płynący Wisłą flisacy, twierdzący że niosła wezbrana woda. Nie trudno było zorientować się co zaszło, zwłaszcza że jeszcze po ponad 150 lat tłumaczenia kolonistów z Kępy Zawadowskiej brzmią pokrętnie. Jak byśmy powiedzieli dzisiaj dopuścili się oni umyślnej paserki, następnie usiłowali udawać, że karpy same trafiły w ich ręce. Rządca Jobsowi pieniądze zwrócił, choć trwało to dość długo, bo procedura ciągnęła się jeszcze latem roku 1846 (co niech mają na uwadze ci, którzy uważają, że kiedyś sądownictwo działało szybciej i sprawniej). Tym samym mieszkaniec Kępy Okrzewskiej poniósł straty na robociźnie, choć usiłował nimi obciążyć mieszkańców Kępy Zawadowskiej, wykazując koszt pękniętej liny i zużycia 10 sprzężajnych koni. Jedynymi, którzy zarobili na tej aferze, byli oryle, którzy jak zwykle odpłynęli Wisłą w siną dal. Za tym poszła po raz kolejny kiepska opinia na ich temat, na Urzeczu jak widać w pełni uzasadniona. Jobs odzyskał część pieniędzy, którymi oczywiście Wilanów obciążył mieszkańców Kępy Zawadowskiej. Stąd mogli oni jedynie pokrzyczeć wzorem mieszkańców Podłęcza i Radwankowa:

Oryle, oryle zjidzta gówno kobyle! 

Zjidzta tez i krowie, niech wam idzie na zdrowie!


Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWIL
  • piosenkę zacytowano za książką Ł. M. Stanaszka "Nadwiślańskie Urzecze", Warszawa-Czersk 2014

Dwór w Oborach (3)

ksunder

W chwili gdy piszę niniejsze słowa trwa wyprzedaż majątku ruchomego w dworze w Oborach, zorganizowana przez zarządzającą nim Fundację. Każdy może wykupić przysłowiowy talerz czy krzesło, a z końcem listopada dotychczasowy zarządca gasi światło i przekazuje klucze do obiektu powracającej dawnej właścicielce. Teresa z Potulickich Łatyńska deklaruje, iż zamierza tu osiąść i spędzić resztę życia, w miejscu, gdzie miało miejsce jej szczęśliwe dzieciństwo, przerwane wojną i zawieruchami historii, które sprawiły, iż musiała go opuścić. Decyzję taką należy zrozumieć i uszanować, choć domniemując wysokości nakładów przeznaczonych na utrzymanie dworu, wydaje się ona trudna do wyobrażenia. Co przyniesie przyszłość jest jak zawsze nieodkrytym krajem, stąd powróćmy do przerwanej opowieści o historii oborskiego dworu.

11951593_807907565996212_5955486310585562262_o

Większa część XVIII stulecia pozostaje niewiadomą, wiemy iż za czasów Hieronima Wielopolskiego dwór tętnił życie, choć zachowała się jedynie jedna tycząca się gospodarki księga pochodząca z roku 1743. To wówczas trzymany tu na łańcuchu niedźwiedź uciekł powodując popłoch wśród gawiedzi (co opisano kiedyś w tym wpisie). Obok dworu funkcjonowały ogród włoski i oranżeria, zaś prostopadle do głównej budowli wzniesiono parterową oficynę z mieszkalnym poddaszem, przykryte mansardowym dachem. W tym czasie pokryto także plafonem strop jednego z pokoi, a autorem malowidła był najprawdopodobniej Antoni Smuglewicz. Nie sposób jednak zgodzić się z powtarzaną za Andrzejem Ziencem informacją, iż dwór doczekał się remontu w latach 1784-1796, wskutek zniszczeń spowodowanych najprawdopodobniej pożarem. Przyczyna była tu dużo bardziej prozaiczna, jak pisałem już kiedyś Zienc opracowując dzieje dworu korzystał z nieuporządkowanego jeszcze w jego czasach archiwum oborskiego, nie dotarł więc do istotnej informacji, jaką były zniszczenia spowodowane przez „wojska moskiewskie”. Miało to miejsce w roku 1794, podczas Insurekcji Kościuszkowskiej (o czym poczytać można w tym wpisie). Najprawdopodobniej zamęt związany z „rewolucją” i ucieczka ludności, pozostawiły dwór na jakiś czas opuszczonym, co spowodowało pozbawienie go przez rosyjskich żołnierzy drzwi, okiennic i innych drewnianych elementów oraz mebli. Gdy zarządca klucza oborskiego ocenił spowodowane zniszczenia udał się do Krakowa, gdzie żona Hieronima Wielopolskiego, Urszula z Potockich, zamieszkiwała na stałe, najprawdopodobniej nie powracając do Obór od roku 1779, gdy zmarł jej mąż. Uznała wówczas, że dwór wymaga bliższego nadzoru, przekazując go w bezpośrednią pieczę swego dziedzica, Michała Potulickiego (więcej o tej postaci w tym wpisie). To on przeprowadził remont i odbudowę dworu, wymieniając kominki, okiennice i drzwi, sprawiając iż pomieszczenia otrzymały fasetowe stropy z profilowanymi gzymsami. Wymieniono także więźbę dachową i zamontowano nowy mansardowy dach, urządzając na nowo wnętrza. Być może praktyczny umysł naukowca sprawił, że nie odbudowano już oranżerii, skupiając siły na rozbudowie działającego tu browaru, gdzie Michał prowadził eksperymenty.

Wiek XIX zapewne przyniósł w dworze doraźne remonty, lecz gdy rodziła się tu Marianna Konstancja, od której imienia utworzono później letnisko Konstancin, budowla była w kształcie pozostawionym przez Michała. Dopiero w roku 1893 pod kierunkiem znanego architekta Władysława Marconiego hrabia Henryk dokonał kolejnej przebudowy. To wówczas złamana została bryła budynku poprzez dobudowanie kaplicy z prawej strony obiektu, a także w części ogrodowej poprzez dostawienie ryzalitu, zawierającego klatkę schodową. Praktycznie w tym stanie dwór przetrwał do czasów dzisiejszych, jedyną zmianą dokonaną przed rokiem 1945 było zamurowanie wejścia od wschodniej strony i zastąpienie go oknem. W roku 1945 ulokowano tu przedszkole, a obiekt szybko został przejęty przez Związek Literatów Polskich. Kobiety z rodu Potulickich zabrały stąd jedynie swe osobiste rzeczy, zapewne nikt nie przypuszczał wówczas, że historia zatoczy koło.

11913882_807907559329546_7400143481771385710_n

Warto zatem odwiedzić dwór i park po raz ostatni, nim na bramie zawiśnie kłódka, a dwór zapadnie w letarg, czekając na powrót Potulickich, lub innych właścicieli. Przyjrzeć się starym drzewom oraz murom pamiętającym czasy Wielopolskich, gdy jeszcze nie było Konstancina.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • Zienc A.: Dwór w Oborach. Biuletyn Historii Sztuki 1962 nr 2, s.188-199.
  • Radziewicz J.: Dwór w Oborach – między pałacem a dworem szlacheckim - RMR (dostęp 13 11 2015)

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci