Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Na Urzeczu

Życie na granicy (1)

ksunder

Ostatni wpis o Jeziorce zatytułowany „Rzeka Graniczna” przypomniał mi, iż do dnia dzisiejszego granicę gminy Konstancin-Jeziorna stanowi Wisła. Obecnie rozdziela ją od Karczewa, niegdyś biegla nią granica majątków ziemskich, oddzielając dobra Obór, Bielawy i Jeziorny od Miedzeszyna, Falenicy czy posiadłości Bielińskich. Wisła do niedawna dzieliła jedynie umownie, łącząc mieszkańców obu jej brzegów, o czym obeznani z Urzeczem doskonale wiedzą i przeczytać mogą w jednym ze dawnych tekstów – Życie nad Wisłą. Był jednak czas, gdy Wisła w tej okolicy stanowiła granicę państwową, a tutejsze miejscowości zyskały status osad nadgranicznych.

Postanowienia rozbiorowe spowodowały, iż począwszy od roku 1795 (a de facto 1796, bowiem kilka miesięcy zajęło wprowadzenie ich w życie i wycofanie wojsk rosyjskich) obszar dawnych dóbr Bielińskich na prawym brzegu Wisły przypadł Austrii. Granica z Prusami na prawym brzegu Wisły u ujścia Świdra skręcała ku północy, kto ciekaw niech zerknie na mapę, śladem dawno zapomnianych podziałów jest choćby ulica Graniczna w Wesołej. Lewy brzeg znalazł się w całości na terenie prowincji Prus Południowych. Państwo pruskie przyniosło zupełnie nowy system administracyjny i porządek prawny, nakładający na właścicieli dóbr ziemskich nowe obowiązki. Zaś w epoce rewolucyjnej i napoleońskiej tereny nadgraniczne stały się miejscami pod szczególnym nadzorem.

Stara olęderska grobla nad Wisłą (zdj. Z. Skrok)

O ile dawna stolica Polski i jej najbliższe okolice stały się w państwie pruskim odległą prowincją, a Warszawa w ciągu niecałej dekady pruskich rządów znacznie się wyludniła, tracąc stopniowo status wielkiego miasta i przekształcając się w niewielkie prowincjonalne miasteczko, pruskie władze wkładały sporo wysiłku w przekształcenie zaanektowanych ziem. Stąd między innymi opisywana niegdyś kolonizacja niemiecka, a także nacisk na rozwój gospodarczy wywierany odgórnie na włascicieli dóbr ziemskich. Nie jest tajemnicą fakt, iż w owym czasie ziemie dawnej Rzeczpospolitej stanowiły ledwie wspomnienie po czasach gdy w XVI wieku stanowiły spichlerz Europy. Gdy w roku 1806 wkroczył tu Napoleon po raz pierwszy w Europie miał problem z aprowizacją armii. Nie wyprzedzajmy jednak faktów, jednak stąd właśnie budowa wiatraków i osuszanie bagien jakie wprowadzać zaczął pruski rząd, budując kanały i rozbudowując infrastukturę drogową. Przedstawiciel Prus za swą siedzibę obrał Czersk, gdzie wysiłki swe skupił na sekularyzacji dóbr kościelnych w Górze Kalwarii i najbliższych okolicach. Szybko jednak jego uwagę zwróciła niewielka miejscowość leżąca na terenie dóbr oborskich, nosząca dziwaczną nazwę Gassy, w której funkcjonowała przeprawa promowa, czyli przewóz.

Gwoli przypomnienia, w dawnej Polsce mostów było niewiele, bowiem im nie ufano, przez rzeki przeprawiano się właśnie przewozami. Tym samym miały one znaczenie strategiczne, umożliwiając przeprawienie armii. Jeśli uświadomimy sobie, iż najbliższe stałe mosty prócz Warszawy znajdowały się w Toruniu i Puławach uświadomimy sobie jak był on istotny. Oczywiście funkcjonowały także lokalne przeprawy takie jak w Wilanowie czy Górze Kalwarii, jednak wartość tego w Gassach była niepomierna. Po drugiej stronie rzeki znajdowało się bowiem miasto Karczew, wcześniej stanowiące punkt wymiany handlowej. Jeszcze przed rozbiorami przez Obory ze szlaku Warszawa-Czersk wiodła z niego bita droga ku przeprawie, zwana drogą do Karczewa. Teraz stało się jeszcze bardziej ważne, a to z powodu faktu iż znalazło się w Austrii, a co za tym idzie wzajemne relacje handlowe nabrały znaczenia z powodu podaży towaru i różnic cenowych, wynikających z taryf. Szczegółowe stawki wymagałyby oddzielnego zbadania, dość że Austria cliła choćby drewno spławiane z Krakowa do dobr Oborskich, z kolei Prusy przewozone płody rolne. Fakt, iż biegł tędy ważny szlak handlowy, po ustanowieniu granicy sprawił, iż jego waga wzrosła niepomiernie.

gillyGranica między Prusami a Austrią w roku 1802. Mapa sporządzona przez pruskich kartografów, prawy brzeg Wisły stanowi więc białą plamę

Karczew stał się nagle istotnym punktem na mapie, weźmy pod uwagę, iż po postanowieniach pokoju w Campo Formio w roku 1797 znajdował się w tym samym państwie, w którym leżała wówczas Wenecja, zaś pobliskie Gassy w kraju, którego stolicą był Królewiec. W zasadzie wypadałoby zacząć od działań jakie podjęli Austriacy w Karczewie, z racji faktu, iż jest on miastem, niestety w świetle braku dokumentów niewiele da się na ten temat powiedzieć. Z pewnością także ustawiono tu komorę celną, skoro analogiczne działania podjęli Prusacy.

Pruskie władze rządzić zaczęły za pośrednictwem właścicieli ziemskich, wydając im polecenia, których realizacji oczekiwały. O ile dla większości posiadaczy ziemskich na terenie dawnej Rzeczpospolitej takie rządowe wytyczne stanowiły novum, wykraczały bowiem poza obowiązujące dotychczas prawa choćby naprawy dróg, istniejące od czasów średniowiecza, hrabia Michał Potulicki jako posiadacz Potulic i innych dóbr leżących na terenie Prus, znał już powyższe obowiązki. W XIX wieku stały się one z czasem normą w późniejszym Królestwie Polskich, przyjmując postać szarwarków, jednak w roku 1796 były wzglednie nowe. Jako tytularny przedstawiciel właściciela Obór (przypomnieć należy, iż Urszula Wielopolska rezydowała na stale w Austrii, czyli w Pieskowej Skale pod Krakowem, cedując na swego siostrzeńca własność majątku, stanowiącego jego przyszły spadek) odpowiadał on za porządek na należących do niego ziemiach, stanowiąc także władzę sądowniczą dla ich poddanych. Władze pruskie czujnie monitorowały sytuację na granicy, kierując stosowne pisma do rządcy Obór, w szczególności w zakresie narastającego stopniowo przemytu, a co za tym idzie uszczupleniem dochodu z cła. Nakazywały wzmocnienia ochrony granicznej, w związku z wydarzeniami międzynarodowymi.

A jak w praktyce wyglądało życie na terenie przygranicznym w latach 1796 -1809? O tym w następnym wpisie.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • WĄSICKI JAN, Ziemie polskie pod zaborem pruskim. Prusy południowe 1793-1806. Studium historycznoprawne, Wrocław 1957

Zaginione parafie Urzecza

ksunder

Miesiąc temu minęła 70 rocznica największej w powojennej historii Polski wiślanej powodzi i jednocześnie najbardziej tragicznej. Gwałtownie topniejące śniegi przyniosły zagładę większości domostw między Wisłą a Puszczą Kampinoską, gdzie w okolicach Leoncina i Kazunia gospodarstwa dawnych olęderskich osadników przestały istnieć. Film dokumentalny „Powódź” uwiecznił tamte chwile, podobnie kronika filmowa. Na południe od Warszawy wylew nie był tak tragiczny w skutkach, lecz właśnie z tamtych dni pochodzą zamieszczone poniżej zdjęcia zalanego Wilanowa i ewakuacji. Woda wezbrała w Wilanówce, do której wówczas wpadała jeszcze Jeziorka. Cofka spowodowała zalanie wilanowskich pól, na Kępach i w Zawadach. Wały wzdłuż Wisły wytrzymały, lecz zapewne powyższe spowodowało całkowitą przebudowę istniejącego systemu ochrony przeciwpowodziowej, powstałego w połowie XIX wieku. W latach pięćdziesiątych ponownie przekopano ujście Jeziorki do Wisły, zasypane podczas obwałowywania Niziny Moczydłowskiej. Tym razem wzniesiono wzdłuż niej wały i dokonano jej regulacji, zaś pozbawiona dopływu Wilanówka zmieniła się w wątły strumyczek, nie przypominający obecnie w niczym wezbranej rzeki jaką była w roku 1947. Powodzie na Urzeczu przeszły do historii, choć tamta sprzed 70 lat wciąż żywa jest w pamięci mieszkańców Zawad. Od starych gospodarzy wciąż można usłyszeć jeszcze opowieść o tamtych dniach, podobnie jak opowiadane na południe od Jeziorki historie o wielkiej powodzi z końca XIX wieku, która zalała dobra oborskie.

Powódź w roku 1947 w Wilanowie i Zawadach

Nikt nie pamięta już jednak wylewu z roku 1713, trudno także znaleźć cokolwiek na jego temat w dawnych dokumentach. Jednak była to jedna z najbardziej tragicznych powodzi jaka wydarzyła się w tych stronach. Swego czasu dr Łukasz Maurycy Stanaszek stawiał ciekawą tezę, iż na bogactwo i rozwój regionu Urzecza wpływ miało bogactwo Warszawy, dla której swoistym spichlerzem stały się żyzne wiślane mady i tutejsze uprawy. Swoistym potwierdzeniem powyższego jest fakt, iż latem 1713 w Warszawie zapanował głód, którego przyczyną była jak chcą ówczesne wzmianki katastrofalna powódź.

Zniszczeniom uległy tutejsze miejscowości, niektóre spośród nich całkowicie. Niektóre rodziny w tymczasie opuszczają swe rodzinne wsie i zamieszkują w innych, co prześledzić możemy w księgach parafialnych. Inne osady znikają z kart historii na dobre, jak choćby Kozłów położony nad Wisłą, w miejscach obecnych Piasków, jeszcze w połowie XVII wieku największa z tutejszych wsi, granicząca z Dudą, Karczewem i Cieciszewem. Piaski to zresztą pozostałość tamtej właśnie powodzi, nazwę swą wywodzą od osadu naniesionego wówczas przez Wisłę. Pierwsze osadnictwo w Piaskach wzmiankowane jest dopiero w roku 1734. Jednak powódź była katastrofalna dla całej Niziny Moczydłowskiej. Dostrzeżemy to jeśli zauważymy, iż Urzecze jest geograficzno-społeczną całością, a Wisła nie dzieli obu brzegów, lecz łączy, będąc dla nich zszywającą je nicią. Nic nie dzieje się tu przypadkiem, losy ludzkie są powiązane, choć od ponad pół wieku historie otwockie czy konstancińskie spisuje się rozdzielnie. Nie bez powodu w tym samym okresie budowano dwór w Oborach i pałac w Otwocku Wielkim, wznoszono kościoły w Słomczynie i Karczewie czerpiąc wzajemnie inspiracje oraz konkurując wzajemnie. Podobnie jest z powodzią. Czy ktoś dotąd zauważył, że analogiczny los dotknął parafie w Radwankowie i Cieciszewie? Obie są zaginionymi parafiami Urzecza, obydwie zniszczone zostały w tym samym roku 1713, kiedy wielka woda zabrała tutejsze kościoły, pozostawiając jedynie ruiny.

 

Pisałem niegdyś o „churchingu” łurzyckim, gdzie wskutek zmieniania przez Wisłę koryta zarówno wierni jak i duchowni przestawali wiedzieć do jakiej parafii przynależą tutejsze wsie, a do niektórych z nich, jak choćby Nabrzeża, przyznawał się odległy o wiele kilometrów Osieck. Innym z nadwiślańskich fenomenów są zniszczone przez wodę kościoły, w XIX wieku los Cieciszewa i Radwankowa podzielił jeszcze Ostrówek. W każdym z tych trzech przypadków świątynie przenoszono w inne miejsce, wznosząc od początku, tam gdzie powódź nie mogła ich dosięgnąć. Jednak zaginione parafie w Cieciszewie i Radwankowie ukazują nam coś jeszcze – jak niszczycielska musiała być powódź roku 1713, nawet w skali Urzecza, gdzie wysoka woda była przecież czymś normalnym. Nie na darmo w książce „Nadwiślańskie Urzecze” autor poświęca jej cały rozdział, stanowi bowiem ważny element tutejszej tożsamości kulturowej.  W ciągu roku normą były trzy przybory wody – Krakówki lub Marcówki w marcu, Janówki czy też Świętojanki w czerwcu i Jakubówki w lipcu. Nie mniej niebezpieczne były zatory lodu, przed którymi chroniono się wbijając w Wisłę kafary i pale, by woda nie rwała bokami, przez tamy i wały budowane od co najmniej XVIII wieku. Dopływy Wisły jak Świder, Wilanówka czy Jeziorka także powodowały podtopienia, jak choćby we wspomnianym roku 1947, jak mawiano na Urzeczu Wisła chodziła. Oj żeby na Łurzycu a woda nie topiła, oj to by Łurzycunka da we złocie chodziła. Oj, ale na Łurzycu co roku woda topi oj, to się Łurzycunka da nigdy nie dorobi, notowała w Cieciszewie Zofia Krasuska. Dość więc, iż życie z powodzią stanowiło tu codzienność, co po dziś dzień można usłyszeć w wielu z tutejszych opowieści, a rodzinne historie przekazywane są z pokolenia na pokolenie, choć świadomość życia w cieniu wielkiej wody powoli zanika. Jednak powódź roku 1713 musiała być czymś niespotykanym, niszcząc większość tutejszych miejscowości i dwa kościoły. Zwróćmy uwagę, iż doświadczenie to nie doprowadziło do ich odbudowy, choć przecież w tym samym miejscu wznoszono je po choćby po pożarach w XV wieku jak w Cieciszewie, czy też po tym jak kościół zabrała powódź, co w Radwankowie miało miejsce w roku 1618. Tym razem jednak zdecydowano się przenieść oba kościoły. Świątynię cieciszewską odbudowywać rozpoczęto w roku 1719 na wysokiej skarpie w Słomczynie, by nigdy już nie zagroziła jej niszczycielska siła wody. Kościół w Radwankowie odbudowany został w Warszawicach, z dala od Wisły, gdzie w roku 1736 jego fundacji dokonał marszałek koronny Franciszek Bieliński, pan na Otwocku Wielkim. Jak chce legenda, świątynię w jeden dzień wznieść mieli parafianie. Wkrótce przeniesiono tam siedzibę parafii, z kolei jeszcze do końca XIX wieku proboszcz ze Słomczyna używał pieczęci o treści „parafia cieciszewska z siedzibą w Słomczynie”.

Trzy kościoły, spośród których dwa zabrała jedna i ta sama powódź, dziś już całkowicie zapomniana, choć zmieniła mapę tutejszych ziem, niszcząc nie tylko świątynie, lecz wiele spośród tutejszych miejscowości, sprawiając iż ich mieszkańcy przenieśli się z dala od rzeki, z którą byli przecież na co dzień związani.  Powódź z czasem zniknęła z pamięci, zatarta przez kolejne, następujące w wieku XIX, stanowiące stały element cyklu życia na Urzeczu, w czasach przed usypaniem wałów.

Ciołkowie

ksunder

W odkrywaniu historii Turowic i Kawęczyna uczyńmy niewielkie interludium, bowiem dotarliśmy w niej do punktu gdy ziemie te zakupił Mikołaj Turowski, co miało miejsce w roku 1514. Tymczasem uświadomiłem sobie, że opisując dotąd średniowieczne dzieje tych okolic, wielokrotnie odnosiłem się do losów potomków Stanisława z Cieciszewa z rodu Pierzchałów herbu Roch, którego potomkowie jako Oborscy i Cieciszewscy władali ziemią na południe od Jeziorki, gdzie obecnie położony jest Konstancin. Tymczasem jedynie wzmiankowałem ród Ciołków, przy okazji opisywania początków poszczególnych wsi, podczas gdyzasługuje on na oddzielny wpis. Bowiem aż do początków dziejów nowożytnych posiadał on tereny stanowiące obecnie znaczną część gminy Konstancin-Jeziorna.

730pxPOL_COA_Cioek.svg

Najstarsza poświadczona obecność Ciołków w tych stronach miała miejsce tuż za miedzą, w roku 1283 biskup kujawski Albert przekazał ziemie Powsina kasztelanowi z rodu Ciołków. Jego potomkowie władali Powsinem wraz z przyległościami do roku 1677, kiedy to odkupił go od nich Jan III Sobieski, kładąc podwaliny pod budowę majątku wilanowskiego. Dla historii tych ziem jednym z najistotniejszych wydarzeń była budowa drewnianego kościoła w Powsinie w roku 1398. Fundowała go Elżbieta, wdowa po kasztelanie czerskim. Świadkiem erygowania świątyni był Bolesta, pleban parafii leżącej po drugiej stronie Jeziorki. W ten sposób do historii przeszło imię najstarsze znane nam imię proboszcza z Cieciszewa, których od powstania parafii w roku 1236 musiało być niemało. W roku 1410 biskup poznański przychylił się do próśb mieszkańców Jeziorny Królewskiej, Lisów i Powsina i z parafii Wilanowskiej wyłączył Powsin jako nową parafię, która w niezmienionym kształcie przetrwała aż po wiek XX. Ciołkowie z czasem przybrali nazwisko od miejscowości którą posiadali i do roku 1677 zamieszkiwali te strony jako Powsińscy. Ta gałąź rodu wywodziła swe korzenie z północnej części ziemi sandomierskiej. Jej dzieje od pewnego czasu w „Wiadomościach Powsińskich” opisuje Krzysztof Kanabus, kto ciekaw, niech zajrzy do numerów marcowego, kwietniowego oraz październikowego z roku 2016.

Inna gałąź rodu pieczętująca się herbem Ciołek przybyła z Rożniszewa. W roku 1368 Mikołaj z Rożniszewa zakupił ziemie leżące na terenie parafii Cieciszewskiej – Chabdzin (Habdzin) wraz z Chabdzinkiem (Habdzinkiem) i Opaczą oraz Brześce, w skład których to dóbr wchodziły również Łubna oraz Baniocha. Jak wielki to był obszar ukazuje nam poglądowa mapka, którą zamieszczałem w ostatnim wpisie. Choć rozdzielona pasem ziem należącym do Pierzchałów była znacznie większa, zaznaczyć należy jednak iż większą jej część stanowiły leśne nieużytki. Dochód dawały wsie położone na obszarach żyznych madów wiślanych, które z czasem przybrały miano Urzecza. Bracia Mroczek i Stanisław Pierzchałowie podzieli na przełomie XIV i XV wieku swe ziemie i wkrótce ich ród przyjął od swych siedzib nazwiska Cieciszewskich i Oborskich. Podobnie uczynili Ciołkowie, choć data podziału pozostaje niejasna. Syn Mikołaja imieniem Wojciech osiadł w Chabdzinie a jego syn noszący to samo imię stał się znany pod łacińskim imieniem Adalbert Chebdziński. W księstwie mazowieckim doszedł do godności sędziego ziemi warszawskiej i czerskiej. Jego bratem był Piotr, doczekał się synów Pawła i Jana. Tego ostatniego przewidziano do stanu duchownego, bowiem w roku 1428 odnajdujemy go wśród studentów krakowskiego uniwersytetu. Z czasem został plebanem w Rembertowie. Chebdziński jako dziedzic Wojciecha wciąż posiadał prawa do Brześcc i Kawęczyna, na równi z potomkami Mikołaja zamieszkującymi Brześcce. W późniejszych latach zdarzyło mu się zastawić zresztą swe części Kawęczyna i Łubnej u Andrzeja Ciołka z Powsina i jego brata Jana o przydomku Loss. W ten sposób jasne staje się już dlaczego w roku 1476 właścicielem Kawęczyna był Stanisław Loss, wymieniony w poprzednim wpisie, jak się okazuje także z roku Ciołków. Syn jego Paweł związany był z ziemią rawską, pozostawił jednak w swych rękach dobra. W skład Chabdzina prócz wsi o tej nazwie wchodziły wówczas Opacz, Ciszyca, Łęg oraz Lubyen. Tego ostatniego próżno szukać w późniejszych czasach, zapewne wieś zabrała Wisła. Acz jeszcze w XVIII wieku natrafiamy na wzmiankę o polu leżącym w Urzeczu o nazwie Lublin, co może być dla nas potwierdzeniem tych domysłów, choć lokalizacja tego miejsca pozostanie dla nas tajemnicą. Wisła jak zawsze prócz faktu, iż łączy oba brzegi, pozostaje źródłem niezgody, zmieniając często swe granice. W roku 1488 Dersław Chabdziński, zapewne syn Pawła, dowodził przed sądem, iż Zygmunt Świderski przekopał mu rów przez łęg chabdziński, by napełnić swe jezioro wodą z Wisły. Jeszcze z początkiem XVI wieku Chabdzin wraz z wymienionymi wsiami należy do potomków Wojciecha, dokument z roku 1524 wymienia je jako granicę z dobrami oborskimi. Jednakże stopniowo zdaje się prawa do nich zyskują Oborscy, bowiem już w roku 1502 starosta piaseczyński Stanisław Oborski zyskuje tu prawo sprawowania przewozu. Wkrótce przechodzą na własność rodu stając się częścią dóbr oborskich. Niestety daty tej transakcji nie znamy, nastąpiło to jednak w pierwszej połowie XVI wieku.

W dwóch częściach wpisu o historii Turowic i Kawęczyna opowiedziałem dzieje potomków Mikołaja, którzy posiadali je wraz z Brześccami, Łubną i Baniochą. I właśnie od tych pierwszych rodzina wywiodła swe nazwisko, w XV wieku w odróżnieniu od Chabdzińskich/Chebdzińskich zowiąc się Brzeskimi. Widzimy więc gdzie w owym czasie znajdowała się siedziba rodu. Podczas gdy Chabdzińscy sprzedali swe ziemie Oborskim, w tym samym czasie Brzescy pozbyli się swych działów na rzecz Turowskich. Jedynie w Powsinie pozostali Powsińscy, mający za sąsiadów Bielawskich herbu Gozdawa, panów w Bielawie i Falenicy.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Metryka Koronna
  • AGAD, Obory
  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa
  • Nowy Kodeks Dyplomatyczny Mazowsza, wyd. S. Kuraś i I. Sułkowska Kuraś, część III dokumenty z lat 1356-1381, Warszawa 2000

Piwo z Cieciszewa

ksunder

Równo tydzień temu miałem okazję być w Cieciszewie i powiedzieć kilka słów o historii tej miejscowości. Co bardziej zorientowani wiedzą, że w zasadzie blog ten powstał kilka lat temu niejako na marginesie pisanej wówczas książki na ten temat. A historię Cieciszew ma fascynującą, sięgającą czasów odległej historii początków Polski. W zasadzie tam leżą korzenie „konstancińskiej” części tutejszej gminy, bowiem ziemie należące to tamtejszego grodu sięgały w XIII wieku rzeki Jeziorki, na wschodzie oparte o Wisłę, na zachodzie w ich skład wchodziły Łubna i Baniocha, na południu graniczyły z Moczydłowem. Z czasem włości podzielono na część cieciszewską i oborską, później na kolejne. A na dziale oborskim powstać miał pod koniec XIX wieku Konstancin. Z obszarem dawnych włości Cieciszewa pokrywała się parafia, w XVIII wieku przeniesiona do Słomczyna, choć jeszcze długo zwała się cieciszewską. Podzielono ją w XX wieku, tworząc filie, a później odrębne parafie w Mirkowie, Konstancinie, Skolimowie, Baniosze (stąd po dziś dzień Baniocha jest w tutejszym dekanacie, choć do gminy nie należy). Wszystko to można znaleźć na blogu, dziś historia nieco mniej znana, z końcowego okresu świetności Cieciszewa.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m10Wiele osób kojarzy, iż pod koniec XVIII wieku na terenie Obór wytwarzano piwo, które cieszyło się w pewnym okresie znaczną sławą w Warszawie. Jak przywoływał Zygmunt Gloger warzono tu szczególnie dobre piwo angielskie. Browar na terenie majątku zwanego wówczas kluczem oborskim, w skład którego wchodziły wszystkie okoliczne wsie położone na Urzeczu wraz ze Skolimowem, fundował Hieronim Wielopolski. Ten sam, który wydzierżawił teren pod zakładaną Papiernię. Lecz skąd w ogóle produkcja piwa? Cofnijmy się o lat mniej więcej 150, po „Potopie” szwedzkim zniszczona Polska zaczyna tracić, to co dawało szlachcie pieniądze przez ostatnie wieki, a co jak naucza się w szkołach wynikało z „dualizmu gospodarczego Europy”. Zaczyna się spadek eksportu zboża, szukać należy nowych źródeł dochodu. Okazuje się nim propinacja, czyli sprzedaż alkoholu, przede wszystkim własnym chłopom w licznie budowanych karczmach. Lecz nie do końca było tak, jak to pokazano w pewnym filmie, iż „dziedzic rozpijał pańszczyźnianych chłopów”. Choć obowiązywał przymus propinacyjny, zmuszający do zakupu piw i gorzałki, szybko zorientowano się, że na produkcji przeznaczonej na „eksport”, czyli sprzedaż poza granicami majątku, można nieźle zarobić. Stąd pod koniec XVIII wieku świetnie prosperowały browary w Oborach, Bielawie czy Wilanowie (a ciekawą historię awantury o piwowara w tych dwóch ostatnich swego czasu opisywałem). Jednakże nim powstał browar w Oborach, pierwszą próbę jego budowy podjęto w Cieciszewie.

Wybór był jak najbardziej naturalny. Tu znajdowała się siedziba parafii, którą co niedzielę odwiedzali poddani dóbr. Tędy wiódł szlak prowadzący do Czerska i dalej, aż na Ruś. Stąd i wzniesiona tu karczma była znacznych rozmiarów, co pod koniec XVII wieku odnotował francuski podróżnik kawaler De Tende. Zatem i produkcja piwa była niemała, wyraźnie piwo wytwarzane przez karczmarza było w ilości niewystarczającej, bowiem już w roku 1700 w Cieciszewie istniał browar. W roku 1701 w browarze w Cieciszewie był kocioł piwny w tym roku kupiony, kadź wielka, od spodu reparatiey potrzebne i pobiciu tak dębowej do spuszczania piwa. Beczek piwnych 20. Jak wynika z dalszego opisu znajdowała się tam także gorzelnia, wyremontowana w tym samym roku, wyposażona w szklane okna. Inwestycja w kadź oznaczała, iż browar powstał z myślą o zwiększonej produkcji. Warto zauważyć, że budynek browaru był w lepszym stanie niż znajdujący się tuż obok dwór w Cieciszewie, który w owym czasie się rozpadał. Budynek starano się naprawiać, co wyraźnie mówi nam coś o związanych z nim planach.

Browar nie przetrwał powodzi, która około roku 1713 zniszczyła Cieciszew i okoliczne wioski sprawiając, iż kościół parafialny odbudowano w Słomczynie. Kolejny browar powstał już w oddaleniu od wiślanego starorzecza, w Oborach. W drugiej połowie XVIII wieku dochody ze sprzedaży trunków staną się podstawą ekonomii dworskiej, stąd rozwój browaru w Oborach. Korzenie browarnictwa w kluczu oborskim znajdują się jednak w Cieciszewie.

Może to i dobry moment, by ktoś znowu zaczął produkować tu lokalne piwo? Od roku 2013 nie ma już browaru w Oborach, a piwo marki „Konstancin” produkowane jest w innej części polski. Lecz skoro mamy już cydr z Czerska (podobno nawet można kupić go w Górze Kalwarii, polecam bo jest naprawdę dobry), warto o tym pomyśleć. Nazwy nie trzeba długo szukać, choćby Ciecisz, czyli założyciel tutejszego grodu...


Źródła i literatura:

  • AGAD, Archiwum Wielopolskich i Potulickich z Obór

Churching na Urzeczu

ksunder

Kilka lat temu dostrzegłem po raz pierwszy zaimplementowane na grunt polski zjawisko churchingu. Za tym terminem przeniesionym z języka angielskiego kryje się swoista turystyka kościelna, polegająca na uczęszczaniu co niedzielę do innej parafii, czasem by wysłuchać kazania księdza, zbliżonego świadopoglądem do wiernego. Niedawna lektura książki Katarzyny Surmiak-Dowmańskiej “Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” przyniosła informację, iż w 25 tysięcznym Edmonton na południu USA świątyń protestanckich jest 70, a jak wyjaśnili dziennikarce miejscowi, liczba w tak niewielkim mieście aż tak znaczna, bo każdy kto nie zgadza się ze słowami któregoś z pastorów, może uczęszczać do innego kościoła. Książka to fascynująca, bez emocji i ocen autorka opisuje tam społeczność tej miejscowości, my jednak przenieśmy się na Urzecze, gdzie pozwolę sobie użyć anachronicznego terminu “churching”, do opisania podobnego zjawiska, w wypadku jednak Urzecza, częściej niż wierni parafie, parafie zmieniały wiernych.

W historii naszego kraju przynależność parafialna związana była z życiem codziennym, wraz z porami roku i zasiewami, obrzędowość wyznaczała jego rytm i nie podlegała ona raczej przemianom, wyjąwszy zmiany kościołów parafialnych wskutek zawarcia związku małżeńskiego, w innej miejscowości, też wbrew pozorom nie tak częste. Rzecz jasna zasadom tym nie podlegali ludzie wędrowni, choćby flisacy, czy olędrzy. Ci raczej jednak z rzadka święcili nawet niedzielę, nurt Wisły nie pozwalał na odpoczynek. Jak zanotowano w wilanowskich księgach pod koniec XVIII wieku jeden z katolickich olędrów na Wiśle przebywał już od roku, nie przyjmując komunii i nie uczestnicząc w mszach. Wisła na Urzeczu jak zawsze zresztą łączyła i dzieliła, odpowiadając za to, że ludzie uczęszczali do parafii innych, niż przynależeli. Decydowała tu wygoda, dla znacznej części mieszkańców nadrzecznych wsi wygodniej było udać się do świątyni położonej nad wodą, użyć pychówki, a zimą przejść po lodzie. Stąd nadwiślańskie miejscowości od Koła i Ciszycy, wraz z Łęgiem aż po Gassy wybierały się najczęściej do Karczewa, gdzie od XVIII wieku istnieje po dziś dzień kościół Świętego Wita. Aż do XX wieku jedynym kościołem parafialnym obejmującym teren na południe od Jeziorki po Kawęczyn był Słomczyn, dopiero wraz z rozwojem Papierni i powstaniem letnisk Konstancin i Skolimów utworzono kościoły filialne. Lecz nim stały się parafiami minąć musiało jeszcze pół wieku. Po deszczach polne drogi stawały się grząskie, koleiny znikały, tonęło się w błocie. Nic więc dziwnego, iż jeśli w grę nie wchodził któryś z sakramentów, łatwiej było udać się przeprawą promową do Karczewa, zwłaszcza iż przybijało się praktycznie w samej miejscowości, we wsi o nazwie Przewóz. Popularność kościoła i jego bliskość była tak duża, że nierzadko zawierano obrządki małżeńskie w tym kościele, jeśli pochodziła z niego panna młoda, nawet jeśli młodzi zamieszkać mieli za Wisłą. Zimą szło się po lodzie wśród tyczek, co było łatwiejsze, niż brnięcie przez śniegi. O ile dzięki przeprawie dostęp na drugi brzeg był ułatwiony, paradoksalnie mieszkańcy Nabrzeża zamieszkiwali przez większość roku na wyspie odciętej przez liczne starorzecza i bagna. Stąd też mimo bliskości Karczewa, łatwiej niż do Otwocka Wielkiego przedostać im się było przez Wisłę w okolice Piasków i Cieciszewa, skąd udawali się do kościoła w Słomczynie przybijając pychówkami przy karczmie w tamtejszym starorzeczu, nim odcięła je budowa wałów. Jeszcze na początku XX wieku wśród mieszkańców Nabrzeża zachowało się przekonanie, iż przynależą oni do parafii w Słomczynie, mimo iż historia tego nie potwierdza. Do ciekawej zagadki związanej z tym faktem powrócę za chwilę, odnotujmy jeszcze, iż istniało także zjawisko odwrotne. Olędrzy z Kępy Falenickiej jako poddani dóbr Falenicy należeli do parafii w Zerzeniu i tam winni sprawować sakramenty. Ponieważ kościół położony był w znacznej odległości od lądu obowiązek ten sobie lekceważyli, wybierając kościół w Powsinie, a tamtejszy proboszcz nie czynił im najmniejszych przeszkód. Podobnie zresztą olędrom z Kępy Oborskiej, których macierzystą świątynią był wspomniany Słomczyn. Już za krótkiego pruskiego panowania urzędnicy napominali, aby olędrzy trzymali się swych świątyń, jednakże często bezskutecznie. Choć w dużej mierze katolikami nie byli, sakramentów udzielali im katoliccy księża, dopełniając dodatkowo cywilnego obowiązku i wpisując je do ksiąg.

Urzecze miało jednak inny problem, wylewy Wisły, zmieniającej koryto i tworzącej liczne Kępy, powodowały trwałe przemiany w jego geografii. Cóż, że wyłączając z olbrzymiej parafii w Milanowie (Wilanowie) na lewym brzegu Powsin, a na prawym Zerzeń na początku XV wieku jasno określono granice. Rzeka zmieniła je już wkrótce, jak wynika z zapisów tyczących się nieistniejących już wsi takich jak Narty i Grabie, zlokalizowanych w rejonie obecnych Kęp Oborskiej i Okrzewskiej, do dziesięciny przyznawały się trzy parafie. Podobnie na południu, w roku 1252 zapisano po raz pierwszy istnienie od dawna parafii w Górze Kalwarii, która zapewne podobnie jak milanowska sięgała daleko po obu stronach rzeki, bowiem notowano w niej obecność Mniszewa i Niecieczy. Być może to z niej wyłączono w roku 1236 Cieciszew. Kapryśna Wisła sprawiła, że kolejne kępy zmieniały przynależność terytorialną. W roku 1598 zanotowano, iż płacenia proboszczowi dziesięcin odmawia pan Jakub Pilichowski ze wsi Ostrowo i Jelity. Pozwano go przed Sąd Królewski, nakazując w 1604 roku płacić dziesięcinę snopową. Pilichowski odwołał się do najbliższej sesji królewskiej trybunału piotrkowskiego. Nie wiemy jak skończyła się ta sprawa, ale w roku 1678 biskup Wierzbowski fundował w Ostrówku kościół filialny, uznając iż Ostrówek podlega Górze Kalwarii. Już w roku 1576 wskazano, iż Ostrówek i nieistniejące Jelita i Żelawin należą do Góry, lecz zapewne Pilichowski, iż jego właściwą parafią jest Radwanków, któremu podlegały sąsiednie Glinki, zaś poprzez starorzecza nie sposób było przedostać się do Góry. Rzut oka na mapę podpowie nam, że zapewne kępa na której były wspomniane wsie stała się wyspą, po czym przewędrowała na prawy brzeg. Nie lepiej było w okolicach wspomnianego Nabrzeża. Po dziś dzień nie wiadomo, do jakiej parafii wieś ta należała, nie jest odnotowana ani w Karczewie, ani w Słomczynie. Niejasny zapisek z roku 1661 wskazuje, iż wraz ze zlokalizowanym na terenie części obecnego Cieciszewa fragmentem wsi Kozłów, dziesięcinę pobierał odległy Osieck. Co jest możliwe, bowiem do Wisły sięgała i ta parafia, lecz ludzie wybierali bliższe kościoły. Co ciekawe w Karczewie i Cieciszewie aż do XVIII wieku sakramenty dla Nabrzeża są niezwykle rzadkie, zupełnie jakby były sprawowane gdzie indziej, co potwierdzałoby iż spod Cieciszewa należało udać się do Osiecka, z trudem przebywając tutejsze starorzecza.

Choć trudno sobie to wyobrazić, niektóre Kępy były praktycznie odcięte od świata. Działalność Wisły wycinającej nowe koryta, tworzącej kolejne kępy i przenoszącej nieustannie spore areały z lewego brzegu na prawy i na odwrót prowadziła do sytuacji, gdy nikt już nie wiedział, jaka jest przynależność parafialna czy administracyjna poszczególnych wsi. Nie tylko wierni, lecz również proboszczowie i właściciele dóbr, na co wskazuje piękny zapis z XVIII wieku sporządzony przez ekonomów marszałka Bieliińskiego: Glinki, Żelawin, Jelita, Kempa, Kozłów czy Powiatu Garwolińskiego czy do Czerskiego należy nie można wiedzieć, parafia do Kalwaryi to bardziej do Powiatu Czerskiego należeć będą.

I taki to oto wiślany churching na Urzeczu, który dobiegł końca w połowie XIX wieku, wraz z budową wałów. Rzeka ustaliła swój bieg, którym płynie do tej pory. Wisła wszak doprowadziła do jeszcze innej sytuacji, w rejonie Urzecza zniszczyła trzy parafie. Ale o tym kiedy indziej.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, Archiwum Komierowskich
  • ASC Wilanów
  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci