Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Na Urzeczu

Rzeka wagabundów

ksunder

Zróbmy chwilę przerwy od historii tutejszych kolonistów, na wpis dotyczący spraw nieco trywialnych. Annały Góry Kalwarii notują historię sprytnego włóczęgi, który pod miastem ukradł z pastwiska konia, który następnie przyprowadził na rynek, gdzie korzystnie go sprzedał. Jako, że od Góry prowadziła ku Warszawie droga przy której leżały rozmaite karczmy, były one miejscem rozmaitych awantur. Lecz zostawmy pijackie awantury, bowiem niezwykle obrotni i sprytni byli flisacy płynący Wisłą. Prócz swej porywczości szukali rozmaitych metod łatwego zarobku, zdarzało się, że po drodze kradli faszynę i sprzedawali ją z zyskiem w dalszych częściach rzeki. Podczas regulacji Wisły w połowie XIX wieku zdarzało się, iż spławiane przez nich drewno uderzało o sypane w poprzek rzeki tamy. Wbrew wszelkiej logice szybko uciekali, bynajmniej nie z powodu zniszczeń jakie spowodowali. Przyczyna była prozaiczna, drewno było skradzione, nawet jeśli nie udało się ustalić jego właściciela. Flisacka bezczelność była znaczna, co możemy prześledzić na przykładzie pewnej sprawy.

8 września 1845 roku Piotr Jobs, podpisujący się jako „kollonista na Kępie Okrzewskiej do Gminy Bielawa należącej” zakupił dwie spróchniałe karpy znajdujące się nad brzegiem Wisły, nieopodal Kępy Wołowej. Zakup został dokonany od oficjelistów wilanowskiego majątku, a następnie Jobs przystąpił do pracy, celem zwiezienia drewna na Kępę Okrzewską. (Dodam jedynie, że mowa tu o gminie Bielawa, bowiem działo się to w czasie gdy Jeziorna Królewska wraz z Okrzeszynem i przyległościami zakupiona została przez Henryka Wilhelma Rossmana, wchodząc w skład jego majątku. Z powyższego wynikało, że właściciel ziemski staje się jednocześnie wójtem gminy, biorącej swą nazwę od majątku będącego siedzibą dworu. Przez krótki czas Jeziorna Królewska zmieniła wówczas nazwę na Bielawską, a Kępa Okrzewska znalazła się na terenie tejże gminy.) W okolicy Piotr Jobs najął pięciu ludzi, jako że karpy musiały być sporych rozmiarów. Czymże karpy? Nie każdy musi wiedzieć, iż chodzi o pozostałość po ścięciu drzewa, czyli system korzeniowy wraz z pniakiem. Jak relacjonował Jobs by wydobyć karpy z ziemi pracował przez cztery dni, używając 10 sprzężajnych koni, usiłując podkopać je i wydobyć z ziemi przy użyciu lin. Wbrew pozorom sprawa nie jest taka prosta o czym wie każdy, kto kiedykolwiek usiłował wydobyć pień z ziemi, zwłaszcza iż w połowie XIX wieku łopata wychodziła spod ręki miejscowego kowala, podobnie inne z narzędzi. Dość, że Jobs wystawiony został na koszty nim wydobył karpy i przygotował do transportu, lecz gdy przybył, by tego dokonać, okazało się, iż zniknęły one bez śladu. Czy też raczej ślad pozostał, prowadził wprost do Wisły. Dociekliwy kolonista podążył tym tropem, wsiadł w pychówkę i popłynął wzdłuż brzegu.

Przy Kępie Zawadowskiej dostrzegł świeżo porąbane szczapy. Nieśli je właśnie ku domowi olęderscy koloniści zamieszkujący w tejże wsi, nie usiłujący się wypierać, iż właśnie porąbali na kawałki dwie karpy z drzewa topolowego, które przyniosła im woda. Gdy Jobs nie dowierzał, został przez mieszkańców Kępy Zawadowskiej pogoniony, acz miast dać tematowi spokój udał się na skargę do wilanowskiego dworu. Zarządca również nie uwierzył w jednodniowy przybór wody, szybko doszedł prawdy ustalając, iż karpy sprzedali płynący Wisłą flisacy, twierdzący że niosła wezbrana woda. Nie trudno było zorientować się co zaszło, zwłaszcza że jeszcze po ponad 150 lat tłumaczenia kolonistów z Kępy Zawadowskiej brzmią pokrętnie. Jak byśmy powiedzieli dzisiaj dopuścili się oni umyślnej paserki, następnie usiłowali udawać, że karpy same trafiły w ich ręce. Rządca Jobsowi pieniądze zwrócił, choć trwało to dość długo, bo procedura ciągnęła się jeszcze latem roku 1846 (co niech mają na uwadze ci, którzy uważają, że kiedyś sądownictwo działało szybciej i sprawniej). Tym samym mieszkaniec Kępy Okrzewskiej poniósł straty na robociźnie, choć usiłował nimi obciążyć mieszkańców Kępy Zawadowskiej, wykazując koszt pękniętej liny i zużycia 10 sprzężajnych koni. Jedynymi, którzy zarobili na tej aferze, byli oryle, którzy jak zwykle odpłynęli Wisłą w siną dal. Za tym poszła po raz kolejny kiepska opinia na ich temat, na Urzeczu jak widać w pełni uzasadniona. Jobs odzyskał część pieniędzy, którymi oczywiście Wilanów obciążył mieszkańców Kępy Zawadowskiej. Stąd mogli oni jedynie pokrzyczeć wzorem mieszkańców Podłęcza i Radwankowa:

Oryle, oryle zjidzta gówno kobyle! 

Zjidzta tez i krowie, niech wam idzie na zdrowie!


Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWIL
  • piosenkę zacytowano za książką Ł. M. Stanaszka "Nadwiślańskie Urzecze", Warszawa-Czersk 2014

Dwór w Oborach (3)

ksunder

W chwili gdy piszę niniejsze słowa trwa wyprzedaż majątku ruchomego w dworze w Oborach, zorganizowana przez zarządzającą nim Fundację. Każdy może wykupić przysłowiowy talerz czy krzesło, a z końcem listopada dotychczasowy zarządca gasi światło i przekazuje klucze do obiektu powracającej dawnej właścicielce. Teresa z Potulickich Łatyńska deklaruje, iż zamierza tu osiąść i spędzić resztę życia, w miejscu, gdzie miało miejsce jej szczęśliwe dzieciństwo, przerwane wojną i zawieruchami historii, które sprawiły, iż musiała go opuścić. Decyzję taką należy zrozumieć i uszanować, choć domniemując wysokości nakładów przeznaczonych na utrzymanie dworu, wydaje się ona trudna do wyobrażenia. Co przyniesie przyszłość jest jak zawsze nieodkrytym krajem, stąd powróćmy do przerwanej opowieści o historii oborskiego dworu.

11951593_807907565996212_5955486310585562262_o

Większa część XVIII stulecia pozostaje niewiadomą, wiemy iż za czasów Hieronima Wielopolskiego dwór tętnił życie, choć zachowała się jedynie jedna tycząca się gospodarki księga pochodząca z roku 1743. To wówczas trzymany tu na łańcuchu niedźwiedź uciekł powodując popłoch wśród gawiedzi (co opisano kiedyś w tym wpisie). Obok dworu funkcjonowały ogród włoski i oranżeria, zaś prostopadle do głównej budowli wzniesiono parterową oficynę z mieszkalnym poddaszem, przykryte mansardowym dachem. W tym czasie pokryto także plafonem strop jednego z pokoi, a autorem malowidła był najprawdopodobniej Antoni Smuglewicz. Nie sposób jednak zgodzić się z powtarzaną za Andrzejem Ziencem informacją, iż dwór doczekał się remontu w latach 1784-1796, wskutek zniszczeń spowodowanych najprawdopodobniej pożarem. Przyczyna była tu dużo bardziej prozaiczna, jak pisałem już kiedyś Zienc opracowując dzieje dworu korzystał z nieuporządkowanego jeszcze w jego czasach archiwum oborskiego, nie dotarł więc do istotnej informacji, jaką były zniszczenia spowodowane przez „wojska moskiewskie”. Miało to miejsce w roku 1794, podczas Insurekcji Kościuszkowskiej (o czym poczytać można w tym wpisie). Najprawdopodobniej zamęt związany z „rewolucją” i ucieczka ludności, pozostawiły dwór na jakiś czas opuszczonym, co spowodowało pozbawienie go przez rosyjskich żołnierzy drzwi, okiennic i innych drewnianych elementów oraz mebli. Gdy zarządca klucza oborskiego ocenił spowodowane zniszczenia udał się do Krakowa, gdzie żona Hieronima Wielopolskiego, Urszula z Potockich, zamieszkiwała na stałe, najprawdopodobniej nie powracając do Obór od roku 1779, gdy zmarł jej mąż. Uznała wówczas, że dwór wymaga bliższego nadzoru, przekazując go w bezpośrednią pieczę swego dziedzica, Michała Potulickiego (więcej o tej postaci w tym wpisie). To on przeprowadził remont i odbudowę dworu, wymieniając kominki, okiennice i drzwi, sprawiając iż pomieszczenia otrzymały fasetowe stropy z profilowanymi gzymsami. Wymieniono także więźbę dachową i zamontowano nowy mansardowy dach, urządzając na nowo wnętrza. Być może praktyczny umysł naukowca sprawił, że nie odbudowano już oranżerii, skupiając siły na rozbudowie działającego tu browaru, gdzie Michał prowadził eksperymenty.

Wiek XIX zapewne przyniósł w dworze doraźne remonty, lecz gdy rodziła się tu Marianna Konstancja, od której imienia utworzono później letnisko Konstancin, budowla była w kształcie pozostawionym przez Michała. Dopiero w roku 1893 pod kierunkiem znanego architekta Władysława Marconiego hrabia Henryk dokonał kolejnej przebudowy. To wówczas złamana została bryła budynku poprzez dobudowanie kaplicy z prawej strony obiektu, a także w części ogrodowej poprzez dostawienie ryzalitu, zawierającego klatkę schodową. Praktycznie w tym stanie dwór przetrwał do czasów dzisiejszych, jedyną zmianą dokonaną przed rokiem 1945 było zamurowanie wejścia od wschodniej strony i zastąpienie go oknem. W roku 1945 ulokowano tu przedszkole, a obiekt szybko został przejęty przez Związek Literatów Polskich. Kobiety z rodu Potulickich zabrały stąd jedynie swe osobiste rzeczy, zapewne nikt nie przypuszczał wówczas, że historia zatoczy koło.

11913882_807907559329546_7400143481771385710_n

Warto zatem odwiedzić dwór i park po raz ostatni, nim na bramie zawiśnie kłódka, a dwór zapadnie w letarg, czekając na powrót Potulickich, lub innych właścicieli. Przyjrzeć się starym drzewom oraz murom pamiętającym czasy Wielopolskich, gdy jeszcze nie było Konstancina.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • Zienc A.: Dwór w Oborach. Biuletyn Historii Sztuki 1962 nr 2, s.188-199.
  • Radziewicz J.: Dwór w Oborach – między pałacem a dworem szlacheckim - RMR (dostęp 13 11 2015)

Opowieści znad Wisły II

ksunder

Wie pan, że wnuczka przyszła do mnie i spytała jak wygląda nieboszczyk? Bo chciała się przebrać na to święto. Ja nie wiem czy to dobre czy złe, że dzieci się przebierają, ja przeżyłam już tyle lat, że niczemu się nie dziwię. Wy macie teraz tyle różnych rzeczy, samochodów, wynalazków, ale czy żyje się przez to lepiej? Ja nie mam naprawdę pojęcia. Ale, że dzieci nie wiedzą jak wygląda nieboszczyk to chyba z jednej strony dobrze. Bo jak ja dorastałam to to był powszechny widok, wie pan, wojna była, ja pamiętam jak szłam do Karczewa przez lód bo Wisła jeszcze wtedy zamarzała i tam leżał ten trup Niemca. On był w mundurze na śniegu, ja nie wiem kto go zabił, czy nasi, czy jego koledzy. Ja uciekłam stamtąd szybko, żeby mnie nikt nie zauważył, bo to w końcu Niemiec był. Ale tę krew na śniegu to pamiętam. Wie pan, to że on nie żyje i tam leży to mnie nie dziwiło, ale że Niemiec. Nie, nie tylko dlatego, że wojna była. My mieliśmy tę śmierć na co dzień, oswojoną, nie tak jak teraz, że jej nie ma, tylko się groby odwiedza. Jak się szło na cmentarz, to pięknie było, jak się świece zapalały, a harcerze trzymali warty na grobach. Ale my śmierć mieliśmy na co dzień. Pyta pan dlaczego? No jak ktoś umierał, to przecież nie było tak, że go ktoś zabierał. On leżał w domu przez te dwa albo trzy dni i nigdy nie był sam. Bo jak się go już ubrało i umyło, to ktoś był cały czas w domu. Przychodzili wszyscy sąsiedzi i odmawiali modły. Przez dwie noce tak było, że się żegnało, tak było z moją babcią i dziadkiem. Cała wieś przyszła. Tylko był taki czas, że tu nie można było nigdzie zbić trumny, ja nie pamiętam dlaczego, mała była. Wtedy tatuś jechał i szukał, czasem daleko musieli jeździć, raz pamiętam, że trumnę znaleźli dopiero pod Kołybielą, a tam wozem źle się jechało, bo koleiny były takie inne. Raz to pod Grójec, wie pan? A potem po tych modłach to przychodził ksiądz i odprowadzał osobę i było pożegnanie. Pod kapliczką była ostatnia modlitwa i wtedy cała wieś przychodziła i osobę żegnała. Tego to już teraz nie ma i tego to mi szkoda. Ale jeszcze proboszcz na Mirkowie żegnał kogoś tak, nie tylko ten ze Słomczyna, jak parafię zmienili. Ale tego to już nie ma. Więc czy to lepiej czy gorzej, ja nie wiem. Po prostu zapalam świeczki na grobach. I cmentarz pięknie wygląda jak się te znicze palą. Proszę popatrzeć z góry, stanąć tam obok kościoła w Słomczynie i spojrzeć ze skarpy na Powiśle, to wtedy Pan zobaczy.

DSC03656Nawet na zaduszki to się duchów nie bałam. Ale te ogniki to mnie wystraszyły, jak jechaliśmy na cmentarz tą drogą od Łęgu i Czernideł, co to teraz nikt nie jeździ. Tam na rozstajach to straszyło, tak wtedy mówiono, bo tam się ktoś utopił i krzyż stał. Ale ta kuzynka z Garwolina to naopowiadała, że to umetrzy. No to znaczy geometrzy, co miedze źle rozmierzyli i po śmierci błąkali się po polach by jeszcze raz je zmierzyć dobrze. Ja pamiętam jak mierzyli, jak grunty były scalane, choć to już wojna była. Ale przyjechał geometra z Warszawy i trzeba było podwodę posłać na stację kolejową do Jeziorny, bo przecież trzeba było go przywieźć do nas. I on kwaterę musiał dostać i opierunek jak mierzył. A inne duchy? No pod kaplicą hrabiów, tam gdzie ta niania, no ta od Potulickich.

„pozwalam sobie znów do Pana napisać (...) Pan szukał grobu Robaka, mnie od czasu, gdy się tu sprowadziliśmy intryguje grób Adeli Bussey. Pochowana jest w niewielkim i skromnym grobie po lewej stronie kaplicy Potulickich. Właściwie nic o niej nie wiem, same domysły i to co kiedyś było widoczne na matalowej tabliczce, teraz już całkiem zatartej. Mogę się pochwalić, że daaawno temu odmalowaliśmy tę tabliczkę na kilkanaście, a nawet może -dziesiąt lat przedłużając żywot tych skromnych informacji o nieznanej kobiecie. (Po odmalowaniu gałązka wyszła nieco niezgrabnie, może ktos zwrócił na to uwagę )Wtedy grób był kompletnie zaniedbany, a my, naszą paczką chodziliśmy tam powodowani chyba jakimiś romantycznymi wyobrażeniami. Moja babcia twierdziła, że w taki sposób pochowana kobieta mogła być np. guwernantką. Niestety nie pamiętam na 100% całego tekstu. Brzmiał on prawdopodobnie tak: Adela Bussey, ur. w Montbovon w Szwajcarii, zm. w Oborach w 1924 (i tu nie jestem pewna roku...). Prosi o Zdrowaś Maria. Ponieważ ktoś zrobił nową tabliczkę, ale tylko z imieniem i nazwiskiem, dopisałam dlugopisem na starej informacje, które pamiętałam, może ktoś skoryguje...”

DSC03664A na cmentarzu to w ogóle nie straszy, ale duchy były tam zawsze. To nasi zmarli, jeśli stanąć w nocy pośród zapalonych zniczy, to poczuje się ich obecność. Bo po wszystkich świętych jest dzień zaduszny, za duchy, rozumie Pan?

Wiatrak w Bielawie

ksunder

Był czas, kiedy nadwiślańskie okolice przypominały Holandię, wiatraki górowały nad okolicą na obu brzegach Urzecza. Karczew mógł pochwalić się dwoma lub trzema, w samej tylko ówczesnej gminie Jeziorna pod koniec XIX wieku było ich co najmniej osiem. Później ich liczba zaczęła spadać, część zmechanizowano, żaden nie dotrwał do dnia dzisiejszego. W Sobieniach Kiełczewskich przetrwał jeden z ostatnich wiatraków na Mazowszu, inny znajdziecie w Lininie, nieopodal Góry Kalwarii, lecz w Łęgu pozostały jedynie ruiny drewnianego koźlaka, porastane przez pobliskie wierzby. Wiatrak w Słomczynie spłonął prawie dwa lata temu. Na blogu jak dotąd poznaliśmy dotąd jego dzieje oraz budowli wzniesionej w Powsinku, w miejscu obecnego Bricomana, teraz zastanówmy się skąd w ogóle w tych stronach wiatraki.

1467401_463917363728569_1788750889_nWiatrak w Lininie w roku 2013, przeniesiony z warszawskiej Woli na początku XX wieku

W swojej książce dr Łukasz Maurycy Stanaszek wskazuje, że ich rozpowszechnienie wiązać może się z przybyciem olędrów w te okolice. Jest to możliwe, acz jak na razie pozostać musi w sferze hipotez. Do XVIII wieku w tych stronach, podobnie jak i na ziemiach polskich, funkcjonowały młyny – na samej Jeziorce między Skolimowem a ujściem Wisły było ich kilka. Z czasem pozostały dwa, w Jeziornie Oborskiej i Skolimowie, grądzki zmieniono w manufakturę. Choć czasem taniej było mleć na żarnach, zapewne dzierżawca Jeziorny Królewskiej korzystał z usług młynarza w Jeziornie Oborskiej. Stało się to jednak problemem dla Bielawy, gdzie wąski strumyk rzeki zapewne uniemożliwił użytkowanie młyna. W owym czasie w Polsce zaczęły powstawać wiatraki, rozpowszechniając się z Wielkopolski na resztę Korony. Był to proces powolny, gdy w roku 1714 pierwszy wiatrak wzniesiono w Krakowie, informację o tym zanotowano jako swoiste kuriozum. Nikt nie przebadał dotąd procesu budowy wiatraków w dawnej ziemi warszawskiej i czerskiej, problemem jest tu brak rejestrów. Bogdan Baranowski, badacz dziejów chłopskich, a przede wszystkim czarownic na ziemiach polskich, zauważa, że wiatraki powstawały tam, gdzie warunki hydrograficzne uniemożliwiały skuteczne działanie młynów. Na przykład sąsiadujące ze sobą powiaty szreński i płocki różniły się pod względem liczby rzek, więc w tym pierwszym młynów było dużo więcej. Na Urzeczu główną rzeką była Wisła, jednak zakazywano na niej stawiania młynów i bździeli, stąd problem należało rozwiązać inaczej. Wzrost liczby wiatraków w drugiej połowie XVIII stulecia tłumaczy się także wzrostem zapotrzebowania na mąkę i kaszę, a gdzie nie można wznosić było młynów, sięgnięto po inne konstrukcje. Ilość wiatraków w podstołecznych wsiach zwiększyła się w czasach stanisławowskich, aczkolwiek przyzwyczajenia i nawyki tradycyjnego środowiska sprawiały, że wiatraki rozpowszechniły się jedynie w niektórych okolicach. I tu widziałbym wpływ olędrów, bowiem niespodziewanie w pierwszym trzydziestoleciu XIX wieku nad Wisłą zaczęto wznosić wiatraki w liczbie podobnej do zagęszczenia na Śląsku i w Wielkopolsce, choć nie wyparto zupełnie młynów. W roku 1808 w departamencie warszawskim księstwa warszawskiego doliczono się 967 młynów i wiatraków, nie znamy dokładnej liczby tych ostatnich, lecz już dwa lata później stwierdzono, że wiatraki stanowią 40% ilości tych konstrukcji. W ciągu pół wieku zaczęły stanowić one prawie połowę liczby, kilkanaście lat później młynów było niewiele, a wiatraki zdominowały krajobraz, zaś olędrzy osiedlali się wzdłuż wiślanych brzegów. By nie męczyć czytelników statystyką, przywołam raz jeszcze profesora Baranowskiego. Z jego wyliczeń wynika, iż pod koniec XVIII wieku na terenie obecnej Polski funkcjonować mogło 11 tysięcy młynów i 6 tysięcy wiatraków, przy czym te ostatnie pojawiły się głównie w ostatniej ćwierci stulecia. Ekonomicznie tańszy w utrzymaniu był wiatrak, sens istnienia mieć zaczęły w przypadku młynów, jedynie duże konstrukcje. Młyn wodny pracował ok. 150 dni w roku, wiatrak  jedynie 100. Produkcja młyna wodnego była 3 razy większa, młyn mełł około 130 ton zboża rocznie a wiatrak 43,3 tony, do tego dochodziło jeszcze mielenie kaszy czy tartaki i folusze. Stąd małe młyny przestały być po prostu opłacalne, a ich miejsce zajęły wiatraki. Około roku 1830 w Królestwie Polskim było ich już 2238, zaś młynów 3150. Co ciekawe dla wspominanej już Wielkopolski te liczby przedstawiają się inaczej – 2676 wiatraków i 552 młynów. Te ostatnie zostały tam prawie wyparte, lecz rejon ten zaczął korzystać z energii wiatru ponad wiek wcześniej.

wiaWiatrak na mapie z roku 1781

Powyższe przyczyny wpisują się świetnie w historię jednego z najstarszych wiatraków na Urzeczu, który wzniesiono w Bielawie pod koniec XVIII wieku. W owym czasie istniał także wiatrak na Służewiu, górujący na skarpie nad dobrami wilanowskimi, jemu przyznałbym palmę pierwszeństwa, choć nie wiadomo kiedy go wybudowano. Jednakże wiatraki rozpowszechniały się od strony Warszawy, istniały już w Marymoncie i Wiczyłkach, zatem rządca dóbr błękitnej markizy Izabeli Lubomirskiej podpatrzyć mógł to rozwiązanie wcześniej niż bielawski. Wiatrak stał się takżerozwiązaniem dla Bielawy, należącej do kasztelana krakowskiego, Antoniego Barnaby Jabłonowskiego. Bielawa to w owym czasie największa miejscowość tych stron, co dość dobrze ukazują nam zachowane mapy i metryki. Nie znamy co prawda dokładnej liczby ludności, lecz pierwszy spis powszechny zarządzony w roku 1827 wykazał, że w 62 domostwach zamieszkiwało 487 ludzi, o 50 więcej niż w Powsinie i niemal o połowę więcej niż w Jeziornie Królewskiej. Bielawa w owym czasie to potężny majątek, graniczący z Okrzeszynem, dobrami wilanowskimi, sięgającymi aż do Olechowa. Na dawnym terenie Bielawy ulokowano zresztą Ogród Botaniczny PAN, wyłączony po wojnie z gminy Jeziorna i włączony do Warszawy, ale to już inna historia. Nie dziwi więc, że konieczność zmielenia ziarna stała się w Bielawie paląca, zwłaszcza po tym jak młyn w Grądzie zmieniono w manufakturę papierniczą. Do Jeziorny Oborskiej było dalej, a i tak wiązało się to z koniecznością płacenia młynarzowi, narzucającemu dodatkowe opłaty dla osób innych niż poddani Wielopolskich. Nitka Jeziorny płynąca przez Bielawę uniemożliwia spiętrzenie wody, choć duży młyn byłby zapewne opłacalny.

W tych okolicznościach wzniesiono wiatrak w Bielawie. Istniał już w roku 1781, gdy pojawia się na sporządzonej wówczas mapie, choć poprzednia z roku 1730 jeszcze go nie odnotowuje. Z opisanych wyżej powodów przesunąłbym jego powstanie na lata siedemdziesiąte wieku XVIII, po tym jak Grąd stał się manufakturą papierniczą, nawet jeśli młyn działał tu w ograniczonym zakresie. W roku 1772 w tych stronach pojawili się olędrzy. W ciągu kolejnego pół wieku przybędą kolejni, a wiatraki zdominują te strony. Choć oczywiście niczego nam to nie przesądza. Typowym wiatrakiem w omawianym okresie był koźlak, w XVIII wieku zaczęły się upowszechniać wiatraki holenderskie obracane pod wiatr górną częścią ze skrzydłami. Wiatraki takie pracowały w okolicy stolicy m. in. na Marymoncie, zatem być może i bielawski wzniesiono w takim stylu, choć pozostałe w tych stronach były typowymi koźlakami.

wia1Wiatrak w Bielawie obecnie już nie istnieje, nie pozostał po nim żaden ślad. Działał jeszcze w latach trzydziestych XX wieku, kiedy jego właścicielką była niejaka A. Rowińska. Powyżej oznaczyłem miejsce, w którym zlokalizowany był przez ponad 150 lat. Jednak mechanizacja i łatwość mielenia we młynie sprawiły, że i on stał się historią.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Zbiór Kartograficzny
  • BARANOWSKI Bohdan, Przemysł młynarski w Polsce XVI-XVIIIw. w: Zeszyty Naukowe UŁ seria I z. 75 r. 1971 ss. 15-37
  • KAMIEŃSKA Zofia, Przetwórstwo surowców mineralnych i organicznych w: Historia Kultury Materialnej Polski w zarysie, t. IV od połowy XVII do końca XVIII wieku, Wrocław 1978 ss. 83-179

Olędrzy to nie niemieccy osadnicy

ksunder

Jak niektórzy wiedzą jestem jednym z członków komisji, pracujących nad koncepcją utworzenia parku kulturowego Nadwiślańskiego Urzecza w Kępie Okrzewskiej. Powyższe upoważnia mnie do zabrania głosu w sprawie pewnego listu. Ciągu dalszego na łamach bloga nie przewiduję, choć sądzę, że wystosujemy jeszcze wraz z drem Łukaszem Maurycym Stanaszkiem w nieco skróconej formie list do gazety, stanowiącej odpowiedź na podnoszone kwestie.

W numerze gazety „Nad Wisłą” ukazał się następujący list czytelnika:

Część osadników współpracowała z okupantem

Po przeczytaniu artykułu „Muzeum rusza z miejsca” p. Roberta Korczaka w gazecie „Nad Wisłą”, nr 30 z sierpnia 2015 r., nasuwa się mi kilka refleksji. Z artykułu (i podobnych o Urzeczu) wynika, że tereny te zamieszkiwali osadnicy z Pomorza, Niderlandów i Fryzji. Przywożąc swoją kulturę, pracowitość i obyczaje, wykorzystywali je w uprawie roli, flisactwie i budowie zagród na tym specyficznym, zalewowym obszarze, przyczyniając się do rozwoju tych terenów i nowej ojczyzny. Chcąc upamiętnić ich pobyt, na tym terenie włodarze naszej gminy chcą postawić skansen-muzeum. Nie ma natomiast ani jednego słowa, że byli wśród nich (może przede wszystkim) niemieccy osadnicy, któ- rzy nie byli zbyt lojalni wobec Polaków i Polski. Wielu z nich, jak np. w Kępie Latoszkowej (obecnie Warszawa-Wilanów), współpracowało z niemieckim okupantem (w czasie II wojny światowej), szpiegowali i donosili na Polaków. Przyczynili się np. do złapania i aresztowania 9 żołnierzy pułku AK „Garłuch”. Po przekazaniu ich gestapo zostali wywiezieni [akowcy – przyp. red.] do Oświęcimia (kwiecień 1943 r.). Również „Olędrzy” przyczynili się do zamordowania 4 żołnierzy pułku „Baszta”. (Istnieje tablica upamiętniająca to wydarzenie, postawiona jeszcze za czasów PRL-u). Po donosie na Polaków zamieszanych w akcję nielegalnego stemplowania koni (1940 r.) ci ostatni zostali wywiezieni do Oświę- cimia (nie wszyscy wrócili). Ci „pokojowo” nastawieni osadnicy uciekli przed nadejściem frontu w 1945 r. do Niemiec – jakby mieli coś na sumieniu. Powołany zespół mający doprowadzić do powstania skansenu ma też przeprowadzić miejscowe konsultacje społeczne, o których nikt z mieszkań- ców nie słyszał. Nie przeszkadza to w przekazaniu gruntów gminnych w Kępie Okrzewskiej pod teren Parku Łurzyckiego [czyli skansenu – przyp. red.]. [...] Być może żyją jeszcze ludzie (poza historykami), którzy odpowiedzą na pytania: – czy osadnicy byli powoływani do wojska? – czy walczyli w czasie II wojny światowej i po której ze stron? – czy „pracowali” w gestapo? – w jakim języku przed wojną uczono w szkole w Kępie Okrzewskiej? – czy do tej szkoły chodziły również dzieci polskie? – jak zachowywali się osadnicy na innych terenach? Odpowiedzi na te i inne pytania by- łyby bardzo pomocne w przeprowadzeniu konsultacji społecznych na temat miejsca i celowości budowy Parku Łurzyckiego. A może lepiej zapomnieć, że w domach na palach wśród wierzb i plecionych płotów czyhali koloniści wrogo nastawieni do wszystkiego, co polskie? Z poważaniem mieszkaniec Urzecza (imię i nazwisko do wiadomości redakcji) - źródło http://www.nadwisla.pl/pliki/pdf/539.pdf

Bezpośrednie polemiki z osobami mającymi utarte poglądy, są z góry skazane na porażkę. Postaram się jednak sprostować szereg nieścisłości, w tym niezrozumienie idei parku łurzyckiego, lecz przede wszystkim całkowicie błędne zrozumienie tego, kim byli olędrzy.

Prawdzie nie odpowiada zupełnie, iż olędrzy, jak podnosi autor listu, byli przede wszystkim niemieckimi osadnikami, nielojalnymi wobec Polski. Przede wszystkim myleni są olęderscy osadnicy z kolonistami niemieckimi. Ci w gminie Konstancin-Jeziorna prócz pojedynczych przypadków w Cieciszewie czy Kierszku nigdy się nie pojawili, najbliższe kolonizowane grupowo na początku XIX wieku przez władze pruskie wsie to Józefosław czy Katy. Olędrzy byli zupełnie kim innym. Często utożsamia się olędrów (pisanych małą literą, bowiem nie są oni narodem) z Holendrami bądź Niemcami, kolonizującymi nieurodzajne obszary. Tymczasem już od XVI wieku przez kolonizację olęderską rozumiano typ osadnictwa, polegający na osiedlaniu się na zalewowych obszarach, czynieniu z nich użytków rolnych i zakładanych wsi. Początkowo byli to Holendrzy, lecz już od XVII wieku byli to Mazurzy, mieszkańcy  Pomorza, Fryzyjczycy i Polacy. Począwszy od roku 1773 zasiedlać poczęli tę strony, które zawdzięczają im choćby fakt, iż piaszczysta wysepka porośnięta faszyną została przyłączona do lądu i obecnie mieści wsie Kępa Oborska, Kępa Okrzewska i przysiółek Kępa Falenicka, gdzie po dziś dzień dzięki pracy olędrów znajdują się grunty rolne najwyższej klasy. Nadmienić należy przede wszystkim, iż jak wynika z ówczesnych matryk znaczna część osadników olęderskich nosiła nazwiska takie jak Gurski, Kowalski czy Jeziorski. Jak notowali proboszczowie byli oni katolikami. Od nich okoliczna ludność przejęła zwyczaj umacniania wałów faszyną, uprawę odmian jabłoni, czy budowania domów na wzniesieniach. Osadnicy wchodzili w związki małżeńskie z miejcową ludnością, po dziś dzień na terenach nadwiślańskich odnajdziemy sporo osób, które jak wskazują badania genealogiczne i genetyczne, wywodzą się od olędrów. Właśnie do tej tradycji odwołuje się idea parku łurzyckiego, bo choć autor listu pisze, iż w domach wśród plecionych płotów i wierzb czyhali koloniści wrodzy wszystkiemu co polskie, należy pamiętać, że tak wyglądała większość domów na Urzeczu – w Gassach, Łęgu, Cieciszewie i innych nadwiślańskich miejscowościach, zamieszkiwanych przez osoby, które trudno podejrzewać o proniemieckie sympatie. Wśród nich byli także potomkowie olędrów.

Autor porusza w swym liście bolesną historię lat 1939 – 1945 i historii tej nikt negować nie zamierza, jednak choć posługuje się określeniem „olędrzy”, od roku 1867 ten typ kolonizacji został zniesiony prawnie. Utworzona wówczas gmina Jeziorna istniała nadal w roku 1939, kiedy zamieszkiwało ją 9603 osób, z czego 158 było wyznania ewangelickiego. Kiedy w roku 1921 po odzyskaniu państwowości przeprowadzono spis powszechny, w Kępie Oborskiej, Okrzewskiej i Falenckiej doliczono się 210 mieszkańców. Choć spośród nich 123 było ewangelikami, 200 zadeklarowało, iż są narodowości polskiej. Jedynie 10 przyznało się do narodowości niemieckiej. Lata jakie upłynęły od osiedlenia się na tych terenach sprawiły, że potomkowie olędrów czuli się Polakami i utożsamiali z odrodzoną Rzeczpospolitą. Po 1939 wielu z nich odnalazło niemieckie korzenie i jak pisze sam autor podpisało volkslistę, jednak jak wynika z zachowanych akt najwięcej osób przyznało się do niemieckich korzeni w miejscowości Jeziorna Królewska (ponad 40). W Kępie Oborskiej nie było żadnego volksdeutscha, w Kępie Okrzewskiej mniej niż 10. Nie ulega jednak wątpliwości, że potomkowie osadników z Kępy Zawadowskiej w pełni poczuli się Niemcami i wydali gestapo młodych partyzantów. W odwecie AK przeprowadziło w tej wsi swą największą akcję przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Powyższych wydarzeń nikt nie zamierza negować i zostaną one uwzględnione podczas projektowania Parku Łurzyckiego. Wydaje się, że jest to odpowiednie miejsce, aby przywołać ten epizod historii. Choć autor listu podaje przykłady zachowań, które doprowadziły do śmierci Polaków z rąk niemieckiego okupanta, szereg relacji żyjących dotąd mieszkańców gminy wspomina o przykładach pomocy i współpracy z mieszkańcami tutejszych wsi działających w konspiracji, przez zamieszkujące tu osoby o niemiecko brzmiących nazwiskach. Historia nie jest czarno-biała, na każdy przykład zachowania niegodnego wspominania przypada zawsze wydarzenie godne upamiętnienia. Odnosząc się zaś pokrótce do innych pytań podnoszonych przez autora listu, zauważyć należy, iż w szkole w Kępie Okrzewskiej uczono przed wojną po polsku, była to szkoła gminna i chodziły do niej polskie dzieci z okolicznych wsi. Do roku 1939 „osadnicy” jak nazywa ich autor powoływani byli do wojska podobnie jak wszyscy obywatele II RP.

Powyższe kwestie możemy rozpamiętywać, lecz fundamentalna kwestia doczekała się już wyjaśnienia. Ideą parku łurzyckiego nie jest chęć upamiętnienia niemieckich volksdeutschów, lecz zwyczajów i życia codziennego mikroregionu Nadwiślańskiego Urzecza. Ma on swoje korzenie w historii tego regionu, gdzie olędrom zawdzięczamy dużą  część krajobrazu kulturowego i obyczajów, które przetrwały do dzisiaj. Negowanie powyższego faktu oznaczałoby choćby nie posługiwanie się wieloma słowami – takimi jak określenie „zmurszała” cegła.  Przede wszystkim należy jednak zauważyć, że w swym założeniu projekt ma być miejscem o charakterze etnograficznym, podobnie jak wiele istniejących w Polsce. Nikt obecnie nie podnosi, że skansen w Olsztynku przedstawia chaty mazurskie, choć znaczna część Mazurów mówiła po niemiecku, a podczas II Wojny walczyła z Wermachtem. Przeszłość etnograficzna winna być wolna od uprzedzeń narodowościowych, zwłaszcza, iż do końca XIX wieku pojęcie narodu nie było jeszcze znane.  Park ma być miejscem, przedstawiającym tożsamość kulturową Urzecza, której wszyscy jesteśmy spadkobiercami – podobnie jak naszej wspólnej historii.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci