Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Na Urzeczu

Wiatrak w Bielawie

ksunder

Był czas, kiedy nadwiślańskie okolice przypominały Holandię, wiatraki górowały nad okolicą na obu brzegach Urzecza. Karczew mógł pochwalić się dwoma lub trzema, w samej tylko ówczesnej gminie Jeziorna pod koniec XIX wieku było ich co najmniej osiem. Później ich liczba zaczęła spadać, część zmechanizowano, żaden nie dotrwał do dnia dzisiejszego. W Sobieniach Kiełczewskich przetrwał jeden z ostatnich wiatraków na Mazowszu, inny znajdziecie w Lininie, nieopodal Góry Kalwarii, lecz w Łęgu pozostały jedynie ruiny drewnianego koźlaka, porastane przez pobliskie wierzby. Wiatrak w Słomczynie spłonął prawie dwa lata temu. Na blogu jak dotąd poznaliśmy dotąd jego dzieje oraz budowli wzniesionej w Powsinku, w miejscu obecnego Bricomana, teraz zastanówmy się skąd w ogóle w tych stronach wiatraki.

1467401_463917363728569_1788750889_nWiatrak w Lininie w roku 2013, przeniesiony z warszawskiej Woli na początku XX wieku

W swojej książce dr Łukasz Maurycy Stanaszek wskazuje, że ich rozpowszechnienie wiązać może się z przybyciem olędrów w te okolice. Jest to możliwe, acz jak na razie pozostać musi w sferze hipotez. Do XVIII wieku w tych stronach, podobnie jak i na ziemiach polskich, funkcjonowały młyny – na samej Jeziorce między Skolimowem a ujściem Wisły było ich kilka. Z czasem pozostały dwa, w Jeziornie Oborskiej i Skolimowie, grądzki zmieniono w manufakturę. Choć czasem taniej było mleć na żarnach, zapewne dzierżawca Jeziorny Królewskiej korzystał z usług młynarza w Jeziornie Oborskiej. Stało się to jednak problemem dla Bielawy, gdzie wąski strumyk rzeki zapewne uniemożliwił użytkowanie młyna. W owym czasie w Polsce zaczęły powstawać wiatraki, rozpowszechniając się z Wielkopolski na resztę Korony. Był to proces powolny, gdy w roku 1714 pierwszy wiatrak wzniesiono w Krakowie, informację o tym zanotowano jako swoiste kuriozum. Nikt nie przebadał dotąd procesu budowy wiatraków w dawnej ziemi warszawskiej i czerskiej, problemem jest tu brak rejestrów. Bogdan Baranowski, badacz dziejów chłopskich, a przede wszystkim czarownic na ziemiach polskich, zauważa, że wiatraki powstawały tam, gdzie warunki hydrograficzne uniemożliwiały skuteczne działanie młynów. Na przykład sąsiadujące ze sobą powiaty szreński i płocki różniły się pod względem liczby rzek, więc w tym pierwszym młynów było dużo więcej. Na Urzeczu główną rzeką była Wisła, jednak zakazywano na niej stawiania młynów i bździeli, stąd problem należało rozwiązać inaczej. Wzrost liczby wiatraków w drugiej połowie XVIII stulecia tłumaczy się także wzrostem zapotrzebowania na mąkę i kaszę, a gdzie nie można wznosić było młynów, sięgnięto po inne konstrukcje. Ilość wiatraków w podstołecznych wsiach zwiększyła się w czasach stanisławowskich, aczkolwiek przyzwyczajenia i nawyki tradycyjnego środowiska sprawiały, że wiatraki rozpowszechniły się jedynie w niektórych okolicach. I tu widziałbym wpływ olędrów, bowiem niespodziewanie w pierwszym trzydziestoleciu XIX wieku nad Wisłą zaczęto wznosić wiatraki w liczbie podobnej do zagęszczenia na Śląsku i w Wielkopolsce, choć nie wyparto zupełnie młynów. W roku 1808 w departamencie warszawskim księstwa warszawskiego doliczono się 967 młynów i wiatraków, nie znamy dokładnej liczby tych ostatnich, lecz już dwa lata później stwierdzono, że wiatraki stanowią 40% ilości tych konstrukcji. W ciągu pół wieku zaczęły stanowić one prawie połowę liczby, kilkanaście lat później młynów było niewiele, a wiatraki zdominowały krajobraz, zaś olędrzy osiedlali się wzdłuż wiślanych brzegów. By nie męczyć czytelników statystyką, przywołam raz jeszcze profesora Baranowskiego. Z jego wyliczeń wynika, iż pod koniec XVIII wieku na terenie obecnej Polski funkcjonować mogło 11 tysięcy młynów i 6 tysięcy wiatraków, przy czym te ostatnie pojawiły się głównie w ostatniej ćwierci stulecia. Ekonomicznie tańszy w utrzymaniu był wiatrak, sens istnienia mieć zaczęły w przypadku młynów, jedynie duże konstrukcje. Młyn wodny pracował ok. 150 dni w roku, wiatrak  jedynie 100. Produkcja młyna wodnego była 3 razy większa, młyn mełł około 130 ton zboża rocznie a wiatrak 43,3 tony, do tego dochodziło jeszcze mielenie kaszy czy tartaki i folusze. Stąd małe młyny przestały być po prostu opłacalne, a ich miejsce zajęły wiatraki. Około roku 1830 w Królestwie Polskim było ich już 2238, zaś młynów 3150. Co ciekawe dla wspominanej już Wielkopolski te liczby przedstawiają się inaczej – 2676 wiatraków i 552 młynów. Te ostatnie zostały tam prawie wyparte, lecz rejon ten zaczął korzystać z energii wiatru ponad wiek wcześniej.

wiaWiatrak na mapie z roku 1781

Powyższe przyczyny wpisują się świetnie w historię jednego z najstarszych wiatraków na Urzeczu, który wzniesiono w Bielawie pod koniec XVIII wieku. W owym czasie istniał także wiatrak na Służewiu, górujący na skarpie nad dobrami wilanowskimi, jemu przyznałbym palmę pierwszeństwa, choć nie wiadomo kiedy go wybudowano. Jednakże wiatraki rozpowszechniały się od strony Warszawy, istniały już w Marymoncie i Wiczyłkach, zatem rządca dóbr błękitnej markizy Izabeli Lubomirskiej podpatrzyć mógł to rozwiązanie wcześniej niż bielawski. Wiatrak stał się takżerozwiązaniem dla Bielawy, należącej do kasztelana krakowskiego, Antoniego Barnaby Jabłonowskiego. Bielawa to w owym czasie największa miejscowość tych stron, co dość dobrze ukazują nam zachowane mapy i metryki. Nie znamy co prawda dokładnej liczby ludności, lecz pierwszy spis powszechny zarządzony w roku 1827 wykazał, że w 62 domostwach zamieszkiwało 487 ludzi, o 50 więcej niż w Powsinie i niemal o połowę więcej niż w Jeziornie Królewskiej. Bielawa w owym czasie to potężny majątek, graniczący z Okrzeszynem, dobrami wilanowskimi, sięgającymi aż do Olechowa. Na dawnym terenie Bielawy ulokowano zresztą Ogród Botaniczny PAN, wyłączony po wojnie z gminy Jeziorna i włączony do Warszawy, ale to już inna historia. Nie dziwi więc, że konieczność zmielenia ziarna stała się w Bielawie paląca, zwłaszcza po tym jak młyn w Grądzie zmieniono w manufakturę papierniczą. Do Jeziorny Oborskiej było dalej, a i tak wiązało się to z koniecznością płacenia młynarzowi, narzucającemu dodatkowe opłaty dla osób innych niż poddani Wielopolskich. Nitka Jeziorny płynąca przez Bielawę uniemożliwia spiętrzenie wody, choć duży młyn byłby zapewne opłacalny.

W tych okolicznościach wzniesiono wiatrak w Bielawie. Istniał już w roku 1781, gdy pojawia się na sporządzonej wówczas mapie, choć poprzednia z roku 1730 jeszcze go nie odnotowuje. Z opisanych wyżej powodów przesunąłbym jego powstanie na lata siedemdziesiąte wieku XVIII, po tym jak Grąd stał się manufakturą papierniczą, nawet jeśli młyn działał tu w ograniczonym zakresie. W roku 1772 w tych stronach pojawili się olędrzy. W ciągu kolejnego pół wieku przybędą kolejni, a wiatraki zdominują te strony. Choć oczywiście niczego nam to nie przesądza. Typowym wiatrakiem w omawianym okresie był koźlak, w XVIII wieku zaczęły się upowszechniać wiatraki holenderskie obracane pod wiatr górną częścią ze skrzydłami. Wiatraki takie pracowały w okolicy stolicy m. in. na Marymoncie, zatem być może i bielawski wzniesiono w takim stylu, choć pozostałe w tych stronach były typowymi koźlakami.

wia1Wiatrak w Bielawie obecnie już nie istnieje, nie pozostał po nim żaden ślad. Działał jeszcze w latach trzydziestych XX wieku, kiedy jego właścicielką była niejaka A. Rowińska. Powyżej oznaczyłem miejsce, w którym zlokalizowany był przez ponad 150 lat. Jednak mechanizacja i łatwość mielenia we młynie sprawiły, że i on stał się historią.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Zbiór Kartograficzny
  • BARANOWSKI Bohdan, Przemysł młynarski w Polsce XVI-XVIIIw. w: Zeszyty Naukowe UŁ seria I z. 75 r. 1971 ss. 15-37
  • KAMIEŃSKA Zofia, Przetwórstwo surowców mineralnych i organicznych w: Historia Kultury Materialnej Polski w zarysie, t. IV od połowy XVII do końca XVIII wieku, Wrocław 1978 ss. 83-179

Olędrzy to nie niemieccy osadnicy

ksunder

Jak niektórzy wiedzą jestem jednym z członków komisji, pracujących nad koncepcją utworzenia parku kulturowego Nadwiślańskiego Urzecza w Kępie Okrzewskiej. Powyższe upoważnia mnie do zabrania głosu w sprawie pewnego listu. Ciągu dalszego na łamach bloga nie przewiduję, choć sądzę, że wystosujemy jeszcze wraz z drem Łukaszem Maurycym Stanaszkiem w nieco skróconej formie list do gazety, stanowiącej odpowiedź na podnoszone kwestie.

W numerze gazety „Nad Wisłą” ukazał się następujący list czytelnika:

Część osadników współpracowała z okupantem

Po przeczytaniu artykułu „Muzeum rusza z miejsca” p. Roberta Korczaka w gazecie „Nad Wisłą”, nr 30 z sierpnia 2015 r., nasuwa się mi kilka refleksji. Z artykułu (i podobnych o Urzeczu) wynika, że tereny te zamieszkiwali osadnicy z Pomorza, Niderlandów i Fryzji. Przywożąc swoją kulturę, pracowitość i obyczaje, wykorzystywali je w uprawie roli, flisactwie i budowie zagród na tym specyficznym, zalewowym obszarze, przyczyniając się do rozwoju tych terenów i nowej ojczyzny. Chcąc upamiętnić ich pobyt, na tym terenie włodarze naszej gminy chcą postawić skansen-muzeum. Nie ma natomiast ani jednego słowa, że byli wśród nich (może przede wszystkim) niemieccy osadnicy, któ- rzy nie byli zbyt lojalni wobec Polaków i Polski. Wielu z nich, jak np. w Kępie Latoszkowej (obecnie Warszawa-Wilanów), współpracowało z niemieckim okupantem (w czasie II wojny światowej), szpiegowali i donosili na Polaków. Przyczynili się np. do złapania i aresztowania 9 żołnierzy pułku AK „Garłuch”. Po przekazaniu ich gestapo zostali wywiezieni [akowcy – przyp. red.] do Oświęcimia (kwiecień 1943 r.). Również „Olędrzy” przyczynili się do zamordowania 4 żołnierzy pułku „Baszta”. (Istnieje tablica upamiętniająca to wydarzenie, postawiona jeszcze za czasów PRL-u). Po donosie na Polaków zamieszanych w akcję nielegalnego stemplowania koni (1940 r.) ci ostatni zostali wywiezieni do Oświę- cimia (nie wszyscy wrócili). Ci „pokojowo” nastawieni osadnicy uciekli przed nadejściem frontu w 1945 r. do Niemiec – jakby mieli coś na sumieniu. Powołany zespół mający doprowadzić do powstania skansenu ma też przeprowadzić miejscowe konsultacje społeczne, o których nikt z mieszkań- ców nie słyszał. Nie przeszkadza to w przekazaniu gruntów gminnych w Kępie Okrzewskiej pod teren Parku Łurzyckiego [czyli skansenu – przyp. red.]. [...] Być może żyją jeszcze ludzie (poza historykami), którzy odpowiedzą na pytania: – czy osadnicy byli powoływani do wojska? – czy walczyli w czasie II wojny światowej i po której ze stron? – czy „pracowali” w gestapo? – w jakim języku przed wojną uczono w szkole w Kępie Okrzewskiej? – czy do tej szkoły chodziły również dzieci polskie? – jak zachowywali się osadnicy na innych terenach? Odpowiedzi na te i inne pytania by- łyby bardzo pomocne w przeprowadzeniu konsultacji społecznych na temat miejsca i celowości budowy Parku Łurzyckiego. A może lepiej zapomnieć, że w domach na palach wśród wierzb i plecionych płotów czyhali koloniści wrogo nastawieni do wszystkiego, co polskie? Z poważaniem mieszkaniec Urzecza (imię i nazwisko do wiadomości redakcji) - źródło http://www.nadwisla.pl/pliki/pdf/539.pdf

Bezpośrednie polemiki z osobami mającymi utarte poglądy, są z góry skazane na porażkę. Postaram się jednak sprostować szereg nieścisłości, w tym niezrozumienie idei parku łurzyckiego, lecz przede wszystkim całkowicie błędne zrozumienie tego, kim byli olędrzy.

Prawdzie nie odpowiada zupełnie, iż olędrzy, jak podnosi autor listu, byli przede wszystkim niemieckimi osadnikami, nielojalnymi wobec Polski. Przede wszystkim myleni są olęderscy osadnicy z kolonistami niemieckimi. Ci w gminie Konstancin-Jeziorna prócz pojedynczych przypadków w Cieciszewie czy Kierszku nigdy się nie pojawili, najbliższe kolonizowane grupowo na początku XIX wieku przez władze pruskie wsie to Józefosław czy Katy. Olędrzy byli zupełnie kim innym. Często utożsamia się olędrów (pisanych małą literą, bowiem nie są oni narodem) z Holendrami bądź Niemcami, kolonizującymi nieurodzajne obszary. Tymczasem już od XVI wieku przez kolonizację olęderską rozumiano typ osadnictwa, polegający na osiedlaniu się na zalewowych obszarach, czynieniu z nich użytków rolnych i zakładanych wsi. Początkowo byli to Holendrzy, lecz już od XVII wieku byli to Mazurzy, mieszkańcy  Pomorza, Fryzyjczycy i Polacy. Począwszy od roku 1773 zasiedlać poczęli tę strony, które zawdzięczają im choćby fakt, iż piaszczysta wysepka porośnięta faszyną została przyłączona do lądu i obecnie mieści wsie Kępa Oborska, Kępa Okrzewska i przysiółek Kępa Falenicka, gdzie po dziś dzień dzięki pracy olędrów znajdują się grunty rolne najwyższej klasy. Nadmienić należy przede wszystkim, iż jak wynika z ówczesnych matryk znaczna część osadników olęderskich nosiła nazwiska takie jak Gurski, Kowalski czy Jeziorski. Jak notowali proboszczowie byli oni katolikami. Od nich okoliczna ludność przejęła zwyczaj umacniania wałów faszyną, uprawę odmian jabłoni, czy budowania domów na wzniesieniach. Osadnicy wchodzili w związki małżeńskie z miejcową ludnością, po dziś dzień na terenach nadwiślańskich odnajdziemy sporo osób, które jak wskazują badania genealogiczne i genetyczne, wywodzą się od olędrów. Właśnie do tej tradycji odwołuje się idea parku łurzyckiego, bo choć autor listu pisze, iż w domach wśród plecionych płotów i wierzb czyhali koloniści wrodzy wszystkiemu co polskie, należy pamiętać, że tak wyglądała większość domów na Urzeczu – w Gassach, Łęgu, Cieciszewie i innych nadwiślańskich miejscowościach, zamieszkiwanych przez osoby, które trudno podejrzewać o proniemieckie sympatie. Wśród nich byli także potomkowie olędrów.

Autor porusza w swym liście bolesną historię lat 1939 – 1945 i historii tej nikt negować nie zamierza, jednak choć posługuje się określeniem „olędrzy”, od roku 1867 ten typ kolonizacji został zniesiony prawnie. Utworzona wówczas gmina Jeziorna istniała nadal w roku 1939, kiedy zamieszkiwało ją 9603 osób, z czego 158 było wyznania ewangelickiego. Kiedy w roku 1921 po odzyskaniu państwowości przeprowadzono spis powszechny, w Kępie Oborskiej, Okrzewskiej i Falenckiej doliczono się 210 mieszkańców. Choć spośród nich 123 było ewangelikami, 200 zadeklarowało, iż są narodowości polskiej. Jedynie 10 przyznało się do narodowości niemieckiej. Lata jakie upłynęły od osiedlenia się na tych terenach sprawiły, że potomkowie olędrów czuli się Polakami i utożsamiali z odrodzoną Rzeczpospolitą. Po 1939 wielu z nich odnalazło niemieckie korzenie i jak pisze sam autor podpisało volkslistę, jednak jak wynika z zachowanych akt najwięcej osób przyznało się do niemieckich korzeni w miejscowości Jeziorna Królewska (ponad 40). W Kępie Oborskiej nie było żadnego volksdeutscha, w Kępie Okrzewskiej mniej niż 10. Nie ulega jednak wątpliwości, że potomkowie osadników z Kępy Zawadowskiej w pełni poczuli się Niemcami i wydali gestapo młodych partyzantów. W odwecie AK przeprowadziło w tej wsi swą największą akcję przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Powyższych wydarzeń nikt nie zamierza negować i zostaną one uwzględnione podczas projektowania Parku Łurzyckiego. Wydaje się, że jest to odpowiednie miejsce, aby przywołać ten epizod historii. Choć autor listu podaje przykłady zachowań, które doprowadziły do śmierci Polaków z rąk niemieckiego okupanta, szereg relacji żyjących dotąd mieszkańców gminy wspomina o przykładach pomocy i współpracy z mieszkańcami tutejszych wsi działających w konspiracji, przez zamieszkujące tu osoby o niemiecko brzmiących nazwiskach. Historia nie jest czarno-biała, na każdy przykład zachowania niegodnego wspominania przypada zawsze wydarzenie godne upamiętnienia. Odnosząc się zaś pokrótce do innych pytań podnoszonych przez autora listu, zauważyć należy, iż w szkole w Kępie Okrzewskiej uczono przed wojną po polsku, była to szkoła gminna i chodziły do niej polskie dzieci z okolicznych wsi. Do roku 1939 „osadnicy” jak nazywa ich autor powoływani byli do wojska podobnie jak wszyscy obywatele II RP.

Powyższe kwestie możemy rozpamiętywać, lecz fundamentalna kwestia doczekała się już wyjaśnienia. Ideą parku łurzyckiego nie jest chęć upamiętnienia niemieckich volksdeutschów, lecz zwyczajów i życia codziennego mikroregionu Nadwiślańskiego Urzecza. Ma on swoje korzenie w historii tego regionu, gdzie olędrom zawdzięczamy dużą  część krajobrazu kulturowego i obyczajów, które przetrwały do dzisiaj. Negowanie powyższego faktu oznaczałoby choćby nie posługiwanie się wieloma słowami – takimi jak określenie „zmurszała” cegła.  Przede wszystkim należy jednak zauważyć, że w swym założeniu projekt ma być miejscem o charakterze etnograficznym, podobnie jak wiele istniejących w Polsce. Nikt obecnie nie podnosi, że skansen w Olsztynku przedstawia chaty mazurskie, choć znaczna część Mazurów mówiła po niemiecku, a podczas II Wojny walczyła z Wermachtem. Przeszłość etnograficzna winna być wolna od uprzedzeń narodowościowych, zwłaszcza, iż do końca XIX wieku pojęcie narodu nie było jeszcze znane.  Park ma być miejscem, przedstawiającym tożsamość kulturową Urzecza, której wszyscy jesteśmy spadkobiercami – podobnie jak naszej wspólnej historii.

Dwór w Oborach (2)

ksunder

Historię obecnego dworu większość badaczy czerpie z opracowania Andrzeja Zienca, sporządzonego na podstawie jego pracy magisterskiej, złożonej na UW w roku 1959. Autor przeglądał archiwum dokumentów oborskich przewiezione do Archiwum Głównego Akt Dawnych w czasach, gdy nie zostało ono jeszcze nieuporządkowane, ponadto jako historyk sztuki nie zwrócił uwagę na treść niektórych zapisów, ograniczając się do regestów. Stąd rozpowszechniony został szereg błędnych dat, m. in. ta mówiąca o pierwszej wzmiance na temat Obór w roku 1433, choć jak wiemy już z poprzedniego tekstu są i zapisy wcześniejsze. Nie dotarł również do części dokumentów, które dopiero w ciągu kolejnego półwiecza doczekały się inwentaryzacji. Rzecz jasna uwagi te dotyczą jedynie części historycznej jego tesktu, bowiem analiza architektoniczna wciąż pozostaje aktualna.

192251_200741936612863_4974986_oSkąd w ogóle nowa budowla w Oborach? Wielopolscy nabyli dobra oborskie wraz z czernidelskimi w roku 1650, trzy lata później dokupując od Oborskich Chabdzin. W ciągu kolejnego pół wieku zjednoczyli ponownie to, co należało niegdyś do Stanisława z Cieciszewa, dodając do tego Skolimów. Rozległy teren na południe od Jeziorki, z obecnymi Opaczą, Mirkowem, Jeziorną Oborską aż po Turowice stał się ich własnością. Śmierć Jana Wielopolskiego w roku 1668 sprawia, że dobra oborskie przechodzą na jego syna, noszącego to samo imię. W roku 1679 Jan sięga po godność kanclerską, sprawiając iż w metryce parafii w Cieciszewie od tej pory zapisywany jest jako „kanclerz królestwa”. I właśnie to, oraz fakt, iż jego trzecią żoną zostaje Maria de la Grange d’Arquien, siostra Marii Kazimiery, znanej u nas jako królowa Marysieńka, małżonka zwycięzcy spod Wiednia, króla Jana III sprawiają, iż w Oborach powstaje nowa budowla. Kanclerz jest miłośnikiem kultury francuskiej, fakt iż w roku 1677 król nabył wieś Milanów, w której zdecydował się wznieść rezydencję pałacową, sprawia, iż wybór Jana Wielopolskiego by również wybudować podobny obiekt, pada na Obory. Położone blisko od Wilanowa, nad wiślanym starorzeczem (wówczas wciąż nie zabagnionym), w bliskości od Warszawy, zdają się bardzo dobrym wyborem, choć dobra oborskie są jedynie kroplą w morzu bogactw kanclerza. W ten sposób dotychczasowa rola Obór się zmienia, folwark zostaje przeniesiony do pobliskiej wsi Obórki (wówczas położonej jeszcze przy posiadłości), zaś drewniany dwór rozebrany. Andrzej Zienc wyznaczył czas jego budowy na lata 1681-88 uznając, iż należy przyjąć, że prace rozpoczęły się w trakcie wznoszenia wilanowskiego pałacu, a zakończyć się musiały przed śmiercią kanclerza i nie sposób się z nim nie zgodzić. Dość jasno wykazał także, że bryła dworu nosi wszelkie cechy projektów Tylmana z Gameren i wyszła spod jego ręki, bądź zaprojektowano ją w jego pracowni.

W pierwszej swej wersji budynek nie posiadał kaplicy, był czworokątny i parterowy, z prostym otynkowaniem pozbawionym urozmaiceń. Elementem centralnym była wielka sień, a za nią pomieszczenia gospodarcze. Budynek przykryto czterospadowym dachem. Stanowi typowy przykład architektury dworskiej XVII wieku, nie tylko charakterystycznej dla twórczości Tylmana z Gamaren, lecz również zawartych u Jakuba Haura. Między innymi z tych powodów historyk sztuki nie nazwie go pałacem, lecz jak pisałem już poprzednio z marketingiem wygrać się nie da.

307783_278100865558180_1860426733_nNa zdjęciu z lat pięćdziesiątych niewidoczna kaplica, dobudowana w XIX wieku, perspektywa pokazuje kształt dworu zbliżony do pierwotnego

Na zakończenie dzisiejszego wpisu dwie ciekawostki. Choć nie odnaleziono dotąd projektu dworu w Oborach, w spuściźnie Tylmana Gamerskiego zachowały się plany układu wnętrz analogicznego do Obór, co sprawia, że przypisujemy mu jego autorstwo. Z kolei miejscowa legenda głosi, iż w budowie dworu udział wzięli tureccy jeńcy, którzy w nagrodę zostali osadzeni tutaj jako poddani Wielopolskich. Jest to kolejna odmiana łurzyckiej legendy, rozpowszechnionej szeroko na obu brzegach Urzecza i terenach przyległych. O Turkach mówi się w okolicach Wilanowa, gdzie mieli jakoby budować pałac, w Otwocku Wielkim, gdzie wykonali prace melioracyjne tworząc Rokolę otaczającą pałac, wreszcie nawet w niedalekim poleskim Kozłowie, wskazuje się, iż sypali tamtejszy kopiec. Źródeł tej opowieści wciąż nie poznaliśmy, choć wielu łurzycoków upiera się, iż pochodzą wprost od Turków. Jednak badania DNA prowadzone przez dra Stanaszka (szczegóły pod tym LINKIEM) nie potwierdziły dotąd, aby ktokolwiek na Urzeczu  wywodził się z tamtych terenów. Nawet rzekomi potomkowie tureckich brańców spod Wiednia, okazali się pochodzić z innych rejonów. Wśród zachowanych akt brak jakiegokolwiek śladu informacji o Turkach, czy to w inwentarzach czy metrykach.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • Zienc A.: Dwór w Oborach. Biuletyn Historii Sztuki 1962 nr 2, s.188-199.
  • w tekście wykorzystano zdjęcia L. Sempolińskiego wykonane w latach pięćdziesiatych ze zbiorów IS PAN

Wakacje z duchami (4)

ksunder

Stwory nadwiślańskich brzegów

Wakacje dobiegają końca, a wraz z nimi cykl o duchach. Kto chce może ich poszukać na własną rękę, na cmentarzu w Słomczynie, który przyciąga wielu poszukiwaczy dziwnych zjawisk, a jego niesamowity nastrój i panująca tam cisza pośród cieni rzucanych przez wszechobecne drzewa, wywierają niezapomniane wrażenie. Zdarzało się, że natchnienia szukali tam literaci, wędrujący nocą polną drogę przez Parcelę, a Miron Białoszewski odwiedzał kaplicę Potulickich o północy czekając na przybycie ducha.

Prócz zjaw okolice te zamieszkiwały jednak liczne stwory. Slawista Jerzy Śliziński odnotował opowieści z południowych okolic Wilanowa, dotyczące pałacowych skarbów. Pałacu strzegło nie tylko widmo Augusta Potockiego, pojawiające się w okolicach adwentu, mawiano również, iż jeśli zostanie zniszczony w jakiejś katastrofie, ujawnią się zamurowane tam przez Jana III Sobieskiego skarby, dzięki którym możliwa będzie jego odbudowa. Mogli je ujrzeć jedynie wybrani, którym ukazywały się w Palmową Niedzielę, podczas czytania ewangelii, po czym rozwiewały się na wietrze. W XIX wieku widziano je wewnątrz fundamentów, lecz gdy nauki w kościele dobiegły końca, „mury zamknęły się”. Lecz miejsca niektórych zakopanych skarbów na Urzeczu wyznaczały ogniki. Złoto, srebro i miedź raz na siedem lat musiało się oczyścić, ziemia trzęsła się, a one wynurzały się na powierzchnię, wówczas czerwone ogniki wyznaczały miejsca ukrycia złota i miedzi, zaś blade wskazywały gdzie znajdowało się srebro. Jeden z łurzycoków ujrzał ogniki nad Wisłą, lecz zgasły nim zdążył do nich dobiec, na miejscu odnalazł 10 groszy, po latach opowiadając o tym żałował, iż nie rzucił w ogień czapki, co mogło dać mu majątek.

Lecz historie te bledną wobec opowieści o upiorze, który przybył kiedyś drogą od pałacowej bramy, karocą zaprzężoną w cztery konie, wydającą dźwięk podobny do szumu wiatru. Było to wkrótce po śmierci Augusta Potockiego, poddani dóbr wilanowskich wiedzieli, iż po jego duszę zgłosił się diabeł, bowiem pan na Wilanowie był masonem. Kareta znikła, choć nie wyjechała żadną znaną drogą.

Z%C5%81OTY-DZIEDZINIEC-KARETA-790x395

Na Urzeczu w licznych starorzeczach oraz w Wiśle żyły utopce. Nie były to jednak zwykłe ofiary utonięć: „Starzy ludzie powiadają, że ten, który utonie, czy będzie rok, czy będzie nadal wyżej, to będzie pokutnik i czeka na drugą istotę, by go wybawił stamtąd. Ten go wybawi, któren tam w ten samem miejscu utonie i znowuż czeka na trzeciego. To jeden drugiego wybawi. Ale ten trzeci znowuż musi pokutować”. Wiele takich stworów widywano na lewym brzegu, kiedyś sztukator z Wilanowa ujrzał topielicę przy altanie chińskiej, która ukazała się o godzinie dziewiątej, o tej samej potrze, kiedy utonęła rok wcześniej. Więcej w to miejsce nie chadzał na ryby.

W okolicznych wsiach mieszkały czarownice, sam pamiętam ostatnią z nich w Opaczy. Jedna z mieszkanek Zawad poróżniła się ze swoją sąsiadką wiedźmą, po czym jej krowa zaczęła dawać mleko wymieszane z krwią. Dopiero, gdy pomodliła się u stóp Matki Boskiej i pogodziła z czarownicą, przypadłość minęła jak ręką odjął.

Wreszcie w czasach, gdy tutejsze pola uprawiano i zasiewano, pracujących na roli odwiedzały południce. Dawno temu w Opaczy wysłano mnie na pole, gdzie mój dziadek kosił zboże, bym zaniósł mu wodę, był bowiem gorący i bezchmurny, letni dzień. Dziadek spał na miedzy, a gdy wstał i podniósł kosę, powiedział, że ujrzał podążającą na wietrze młodą kobietę, wśród łanów i to było ostatnie, co zapamiętał.

Poludnitsa

Już wkrótce blog powróci do zwykłych historycznych opowieści, lecz pamiętajmy, że południce, topielce, błędne ognie i strzygi z dębowych dziupli nie odeszły stąd na dobre. Wciąż tu są, a śladem dawnych zjaw są liczne kapliczki, jak choćby ta na granicy Bielawy i Powsina, pobudowana z oborskiej cegły, w miejscu, gdzie znaleziono na torfowisku ciało i szybko zaczęło straszyć. Niektóre duchy nadal nas nie opuściły.

Związek Wałowy

ksunder

wpis o organizacji strzegącej miejscowości nadwiślańskich przed powodzią

Pełna nazwa tej organizacji to Związek Wałowy Niziny Moczydłowskiej. Czym jednak był? Coraz mniej osób pamięta, że niegdyś związki wałowe dbały o stan rzecznych wałów, o to aby trawa była skoszona, nasyp nie zarastał, nie przepędzano tamtędy bydła… Trzymano także straż pilnując przyboru wody, związki takie istniały w całym kraju i strzegły brzegów rzeki na poszczególnych jej odcinakach, biorąc od nich nazwy. Na Nizinie Moczydłowskiej między Górą Kalwarią a Siekierkami także działała taka organizacja.  Jej członków widzimy na poniższym zdjęciu.

1489205_699200550100330_1877132941_nZwiązek Wałowy Niziny Moczydłowskiej na inspekcji wiślanych umocnień, lata 30. XX w. (ze zbiorów M. Wilczyńskiej-Wołoszyn)

Historia związku bierze swój początek prawie 200 lat temu, gdy z polecenia Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji, nie będącej w stanie udźwignąć kosztów obwałowania całej Wisły, przerzucono je częściowo na właścicieli dóbr nadrzecznych. W ten sposób powstawać zaczęły komitety budowy wałów. W dniu 20 stycznia 1825 r. zawiązano związek właścicieli dóbr leżących na lewym brzegu, nazwany w późniejszych dokumentach Komitetem Nadzoru Budowy Wałów Niziny Moczydłowskiej. Przyjęto wówczas zasadę, iż koszty obliczone zostaną na podstawie ilości gruntów mających być zasłoniętych od zalewów. Komitet utworzyli właściciele dóbr ziemskich położonych na Nizinie: Wilanowa (od Siekierek do Suchej Trawy), Falenicy (Kępa Falenicka), Obór (od Kępy Oborskiej do Cieciszewa), Kawęczyna (od Kawęczyna do Brześcc), Wólki Załęskiej. W jego skład wszedł także przedstawiciel rządowej wsi Moczydłowa, a od roku 1831 dołączył doń reprezentant Banku Polskiego, nowego właściciela fabryki Papieru w Jeziornie. Dzięki szarwarkom zaczęto sypać wały od Moczydłowa po Czerniaków, włączając w nie istniejące wcześniej niewielkie odcinki obwałowań. Sypanie wałów to odrębna opowieść, więc opiszę o niej innym razem, dość że plan uwzględniał prócz obwałowania znajdujące się co kilkaset metrów położone prostopadle do wałów tamy, kierujące nurt na środek rzeki, odsuwające w ten sposób impet od brzegu i umożliwiające żeglugę. Było to olbrzymie przedsięwzięcie finansowe, więc początkowo zdołano obwałować jedynie rzekę niskimi wałami między Moczydłowem, Wólką, Brześcami i Kawęczynem. W latach trzydziestych XIX wieku zasypano starorzecze pod Cieciszewem i usypano fragment wału pod Czerniakowem. Niszczycielska powódź w roku 1844 przyśpieszyła prace, zwłaszcza gdy na czele komitetu stanęli dziedzic Bielawy, Henryk Rossman, doświadczony budowniczy Kanału Augustowskiego. W system obwałowania włączono także Jeziorkę, którą skierowano wówczas do Wilanówki, zasypując jej ujście do Wisły (obecnie od lat połowy XX wieku ponownie wpada do Wisły w tym samym miejscu). Dopiero po roku 1846 przełamano opór Potockich z Wilanowa i mieszkających w ich dobrach kolonistów olęderskich z Kępy Zawadowskiej. Sypanie wałów odbywało się rzecz jasna rękami miejscowej ludności. Ponieważ jak się okazało lud łurzycki był uparty i za nic miał sobie zakaz wchodzenia na wał, a ich uszkodzenia wskutek przepędów bydła i przyborów wody ujawniano okazyjnie, w roku 1849 komitet zdecydował o powołaniu służby wałowej, w postaci strażników zwanych „wałowymi”. Pierwszymi na Nizinie Moczydłowskiej zostali Piotr Marchlewski z Podłęcza, Jan Bursa z Piasków, Józef Matysiak z Obórek i Antoni Ciesielski, którego ulokowano u kolonisty na Kępie Zawadzkiej. Każdy z nich otrzymał dozór nad podzielonym na cztery odcinki wałem Niziny Moczydłowskiej. Szybko okazało się, że problemem większym niż powodzie są łurzycanie, pasący nielegalnie na wałach bydło bądź wyrąbujący faszynę.

Wał ukończono w roku 1860, a wkrótce uwłaszczenie wymusiło rozszerzenie członków komitetu o włościan posiadających ziemię w obszarze zalewowym. W ten sposób komitet budowy wału stał się Związkiem Wałowym, który z 5 członków początkowych członków liczyć zaczął w roku 1923 z samej tylko gminy Jeziorna osób 406. Związek reprezentował komitetu w skład którego wchodzić mieli dwaj wybrani na cząstkowym zebraniu przedstawiciele włościan z każdej gminy, a prócz funduszy na konserwację, utrzymywać mieli strażników wałowych. Gminy odpowiadały za konserwacje wałów i roboty faszynowe i do nich składano fundusze. Niezmienna pozostała zasada uzależnienia wysokości składki od ilości posiadanego gruntu. Podział administracyjny na gminy, wsie i osady oznaczono słupkami wkopanymi w wały, wskazując kto odpowiada za dozór danego odcinka, zaś ich konserwacją miały zajmować się poszczególne wsie. Dozorców utrzymywano ze składek płaconych przez członków związków, a także z kar ściągniętych przy wałach. Do robót konserwacyjnych wliczono obok naprawy uszkodzeń utrzymywanie w dobrym stanie dróg za wałami, koszenie i oczyszczanie z chwastów, tępienie szkodników oraz nasadzanie darni. Wały miały być regularnie koszone, z pasów przyległych usuwać należało  drzewa i samosiejki. Każdą wieś i gminę obowiązano do przechowywania narzędzi, czółen, tyczek, szpadli, faszyny i materiałów do zatykania powstałych otworów. Zabroniono stawiania zabudowań w bliskości wałów a także nakazano likwidację istniejących bździeli, znajdujących się w miejscach gdzie znajdowały się wały. Usypane wówczas wały były niższe niż obecnie, a ich przebieg z czasem w niektórych miejscach zmieniono.

Związki przetrwały do roku 1945, kiedy ich funkcję przejęły samorządy. I w ten sposób po latach brzegi i wały zarosły, a Wisła stała się dziką i nieuregulowaną rzeką.


Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWil
  • AGAD, Obory
  • APW Oddz. Grodzisk Mazowiecki, Akta Gminy Jeziorna

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci