Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Na Urzeczu

Po powodzi

ksunder

dalszy ciąg wpisu o wylewie Wisły

Zgodnie z obietnicą dzisiaj do poczytania nieco bardziej oficjalny komunikat na temat powodzi roku 1879, niż reportaż dziennikarza wysłanego na miejsce zdarzenia.Dodam jeszcze, że społeczeństwo Warszawy pośpieszyło wówczas z pomocą mieszkańcom gmin Wilanów i Jeziorna, powołany został bowiem komitet pomocy poszkodowanym. Akta jego działalności zachowały się w Archiwum Głównym Akt Dawnych, zebrane ruble przeznaczono m. in. na uruchomienie wzmiankowanego tu poniżej szpitala polowego  w Bielawie. Warto zwrócić także uwagę na wzmiankę o zmobilizowaniu do pomocy członków "miejscowego jacht-klubu", którzy na polecenie władz użyli swych łodzi do niesienia pomocy. 

Artykuł ukazał się 20 lutego 1879 roku.

Clipboard014

Wielka powódź

ksunder

wpis o wylewie Wisły

Przypominałem kilka dni temu tekst z bloga o początku łurzyckiej wiosny i nawiedzających te strony powodziach. Temat to niczym baśń o żelaznym wilku, choć do połowy XX wieku powodzie zdarzały się w tych stronach nader często. Trudno sobie wyobrazić co może stać się, jeśli wezbrana woda przerwie wały, choć rozmaite prognozy wskazują, iż wylew dojdzie aż do wiślanej skarpy. Dziś przeczytamy relację z takiej powodzi, mającej miejsce w roku 1879, gdy woda doszła zalała teren aż do Habdzina i Obór. 20 lutego 1879 na miejsce udał się dziennikarz Kuriera Warszawskiego. Za kilka dni zamieszczę jeszcze rządowy komunikat w tej sprawie. Warto przeczytać przejmujący artykuł, w którym uwspółcześniłem jedynie nazwy miejscowości. Co ciekawe powódź ta utkwiła tak w pamięci współczesnych, że wspominana jest w niektórych nadwiślańskich rodzinach po dziś dzień - opowieść o stawach "wybitych" na Dębinie, gdzie doszło wówczas do przerwania wału, słyszałem osobiście, bowiem opowiadały o tym prababcie obecnie żyjących.


"Przerwanie wału ochronnego pod Łęgiem i Gassami", Kurier Warszawski nr 41, 20 lutego 1879 roku

Przybór obecny zapewnił  sobie kartkę w historji Wisły. Wprawdzie u stóp starej Warszawy rzeka nic śmiała głośniej poswawolić, lecz za to w górze dała się ona dobrze we znaki. Wspominaliśmy już o rozlewach pod Sandomierzem— obecnie dodać należy słów parę o stronach bliższych, a mianowicie o zalani niziny moczydłowskiej i przerwaniu wału ochronnego pod Gassami.

Niezwykłe te katastrofy, interesujące ogół i budzące namieście mnóstwo wieści, naprowadziły nas na myśl zasięgnięcia na miejscu wiadomości o nieszczęśliwym wypadku. Dotarliśmy lewego wybrzeża Wisły czyli tak zwa­nych moczydłowskich nizin i stamtąd przynosimy wieści. Zanim jednak przystąpimy do opisu samej katastrofy zaznaczyć winiliśmy, że pobrzeże Wisły prawie od wzniesionej Góry Kalwarii na południe aż do Wilanowa na północ jest bardzo niskie, tak że dawnemi czasy było ono zawsze zalewane na kilka wiorst.

Otóż, dzięki staraniom dziś już nieżyjących hr[abiego Kaspra] Potulickiego i p. [Henryka] Rossmana z Bielawy, cała ta ni­zina odgrodzona została od rzeki specjalnym wałem ochronnym ciągnącym, się od Moczydłowa prawie do Wilanowa. Wał ten, datujący się od roku 1846, utrzymywany był w nadzwyczajnym porządku a stosowany przy nim systemat tam wydzierał rzece całe przestrzenie ziemi poza wałem, tak, że w jednem miejscu (na­przeciw wioski Kopyty) wał ostatniemi czasy oddalony był od rzeki prawie o dwie wiorsty, a naprzeciwko wsi Gassy powstała nawet poza wałem na nowym gruncie wieś Zieleniec.

Clipboard013

Powódź pod Wilanowem w roku 1884

Otóż w obrębie wału wynoszącego do dwudziestu wiorst długości poczęły się pod koniec zeszłego ty­godnia tworzyć zatory przy kępie położonej naprzeciwko wsi Kliczyn. Jak twierdzą, przyczyną znacznego zatoru było nagromadzenie się w korycie piasków, nawet w zwy­kłych warunkach tankujących spław. Bądź co bądź w sobotę (15 lutego) wody powyżej Kliczyna zaczęła silnie przybierać. Impet, jej  główny  skierował się na brzeg i wał w stronie wioski Łęg położonej nieopodal. Woda podnosiła się tu gwałtownie, silne budząc obawy — wał w tym punkcie począł mięknąć...

O godzinie pierwszej z północy niebezpieczeństwo stało się tak groźne, że stróż wału w Łęgu, Józef Utrata, dał znać do nadzorcy w Piaskach i starał się zgromadzić jak największą liczbę włościan, przy pomocy których usiłowano wzmocnić wał słomą, nawo­zem itd. Tymczasem całą przestrzeń przed wałem z stała za­lana, a mieszkańcy znajdującej sie tu, jak już napo­minaliśmy, wsi Zieleńca uciekli domiejsc bezpiecz­niejszych z bydłem i cala chudobą. Obeszło się przy tem bez tragicznych wypadków, oprócz jednego, który omal smutnie się nie zakończył. Syn wyjeżdżał z chaty razem z ojcem na łodzi, a gdy ostatni zasiedział się na strychu pierwszy, przypusz­czając, że Ojciec odjechał wcześniej, nie czekał nań dłużej. Biedny starzec pozostał  sam   w opuszczonym  do­mostwie. Straszliwy widok. Zrozpaczony rzucił się  w wodę dochodząca mu do ramion  i począł  zdążać  ze  strasznym wysiłkiem ku wałowi. Już groziła mu niechybna śmierć—gdy łódź wy­słana z brzegu uratowała nieopatrznemu starcowi ży­cie.

Wracając do położenia ogólnego, przez resztę nocy stawało się ono coraz gorsze — nad ranem też z Łęg i sąsiednich Gassów poczęli się wynosić mieszkańcy. Katastrofa wreszcie, pomimo wszelkich starań i usiłowań, stawała się nieuniknioną. Woda silnie parła poczęła nawet przelewać się przez wał wyjątkowo w tem miejsca niski, co silnie wpływało na jego destrukcję, rozmiękczając zie­mię... Wreszcie o godzinie dwunastej w południe dnia następnego (w niedzielo) stał się fakt... Woda wyrwała dwadzieścia sążni wału i z szalo­nym pędem wylała na okolice. Pierwszy wyłom w wale znajdował się na północ od Łęgu. Drugą mniejszą wyrwę w wale zrobiła woda o go­dzinie pierwszej bardziej na południe — po drugiej stronie Łęgu. Szerokość tego wyłomu dochodzi tylko do piętna­stu kroków. Trzeci raz, o trzeciej z południa, przerwała Wisła wał jeszcze bardziej na południe pod wsią Gassy,— tu również  na 20 sążni szerokości. Wszvstkie trzy wyłomy zrobiono zostały w miej­scu mniej od innych niebezpiecznem—i dlatego były do pewnego stopnia niespodziewane.

W innych punktach słabszych, jak np. przy wsi Kopyty), gdzie wał ostrym kątem się załamuje i prze­to więcej na działanie fal wystawiony, podatniejszy sile ich byćby winien, przygotowano nawet bardzo znaczne zapasy faszyn i innych umocnień na wypadek. Pod Moczydłami też na krańcu południowym wału było niebezpieczeństwo, które jednak dzięki energi­cznym rozporządzeniom naczelnika powiatu górno-kalwaryjskiego usunięto.

Wracając do przerwania wału pomiędzy Gassami i Łęgiem, trzy wyłomy tam zrobione znajdowały się na przestrzeni wiorsty, fale więc, które z szalonym wy­biegły pędem—płynęły po nizinach najpierw wiorstową szerokością. Straszliwy widok. Zatapiały ono wszystko!

W godzinę po utworzeniu pierwszego wyłomu głębokość wody około wału wynosiła do trzech łokci... Straty jednak zrządzone przez wylew nie były zbyt straszne, ponieważ domki w nadbrzeżnych wioskach opancerzone są zwykle płotami z gęstych a wytrzy­małych wiklin,  tamujących żywiołowi przystęp do chaty. Za to woda wpadając wśród płoty wiklowe i rozstrącając się o nie tworzy straszliwy wir. 

urzecze0167

W tle wiklinowy płotek w połowie XX wieku w Gassach. W artykule dość dobrze opisano jego praktyczną funkcję.

Domy więc w Gasach i Łęgu, pomimo  szalonej gwałtowności żywiołu, pozostały prawic nietknięte- karczma tylko stara w pierwszej z tych wiosek rozwaliła się... Szczątki jej popłynęły z prądem. Mieszkańcy zdołali się wcześnie jeszcze z wsi, o których mowa, wynieść—udali się oni do położonych wyżej Słomczyna, Jeziorny i Kawęczyna, wziąwszy ze so­bą dobytek i chudobę.Na miejsce wypadku w niedzielę jeszcze przybyło wielu okolicznych włościan i obywateli, prezes komi­tetu ochrony wału hr. Potulicki i naczelnik powiatu górno-kalwaryjskiego.

Wisła, wyrwawszy się z poza wału, zalała do pię­ciu wiorst. Pod wodą były wsie Gassy, Łęg, Piaski, Zieleniec, Czernidła, Opacz, Habdzin i Habdzinek, prócz tego pola więcej oddalonych Obór i Bielawy oraz dwa fol­warki do Obór należące, z tych jeden Anielin.

Włościanie z wiosek tych pouciekali wcześnie jesz­cze z dobytkiem i dziećmi do miejsc wyżej położo­nych. Władze miejscowe starają się im nieść pomoc W przedmiocie naprawy   i  zabezpieczenia   wału przed   dalszemi  ewentualnościami    obradować  ma wkrótce komitet ochrony wału. Przybór zaczął się już zmniejszać w niedzielę wie­czorem. Na zakończenie z ust osoby, która była na miejscu w niedzielę, czerpiemy tu opowieść o wrażeniu, jakie sprawiają porą wieczorna zapasy rozszalałych żywio­łów...

O dwie wiorsty już prawie od miejsca wypadku słychać straszny grom.. Grom ten, podobny do ryku bałwanów i głosu rozszalałej burzy, potęguje się co chwila. Idziemy wałem szerokim na cztery stopy. Po jednej stronie Wisła, szalejąca bezbrzeżna Wi­sła— po drugiej mrok...Zbliżamy się—jesteśmy już niedaleko... grzmoty coraz bardziej rosną. Nagle i po drugiej stronie wału ukazuje się pas wody. wznosi się on wciąż... W oddali i na wale błyszczą w mroku jak świę­tojańskie robaczki—latarki i światła. Słychać nawoływania. Fala po drugiej stronie wału, którym idziemy, coraz bardziej wzrasta. To Wisła, wybiegłszy przez wyłom, wydziera się z rykiem i hukiem na pola i sioła. Mamy już po obydwu stronach wodę, nad nami— mrok nieprzenikniony, a pod nami—wąski pasek zie­mi chwiejnej, bezsilnej wobec potęgi żywiołów buntu­jących się ze wszech stron. Któż zaręczy, że wiotka ta opora lada chwila nie mne z nami w wodną przepaść? Idziemy wszakże dalej... Tu wyłom. W szalonym wyścigu jedna przez druga pędzą po­tężne fale wydzierając się naprzód—naprzód. Stoimy na cyplu wału—dokoła burza i grom...

O stroju wilanowskim

ksunder

Moja córka poznaje właśnie regiony Polski oraz strojach ludowych, oczywiście nie dowiaduje się z podręczników o Urzeczu. Zupełnie mnie to nie dziwi, nauka w szkole podstawowej nie obejmuje mikroregionów, a w program nauczania nie zdążyły się jeszcze wpisać i zapewne nie wpiszą przez lata informacje o zapomnianym do niedawna obszarze Powiśla. Warto jednak wiedzieć, że również w tych stronach noszono strój regionalny, który wraca powoli do łask, choć przez lata kojarzony był wyłącznie z dobrami wilanowskimi, 

Obecnie noszą go członkowie takich zespołów jak Łurzycanki czy Powsinianie, choć coraz częściej sięgają po niego i inne osoby, choćby niestrudzony promotor regionalnego miodu z "Tęczowej Pasieki". Ubiór sięga istniejących tu z dawna tradycji. O tym, że noszono go w dobrach wilanowskich wiadomo nie od dziś, stąd też wzięto jego nazwę. A pokolenia etnografów powtarzają za Oskarem Kolbergiem, iż właśnie tam był popularny, od Czerniakowa po Powsin. Posługując się ikonografiami z epoki niektórzy wskazują, że noszono się tak w Piasecznie oraz Nadarzynie, co raczej do końca nie odpowiada prawdzie. Jakiś czas temu okazało się, że przypisano go pod koniec XIX wieku nawet do okolic Grójca. W tym wypadku wynika to raczej z faktu, że na terenie ówczesnego powiatu grójeckiego leżały nadwiślańskie okolice od Kawęczyna aż po Pilicę, a strój ten zestawiono z wizerunkiem zamku w Czersku.

1-Beyer

Nie będę na ten temat teoretyzował, warto zajrzeć do książki „Nadwiślańskie Urzecze” Łukasza Maurycego Stanaszka, gdzie tematowi temu poświęcono cały rozdział. Ja jedynie skupię się na czym innym – wbrew temu co powtarzają znawcy stroju ludowego, a co powoli zaczyna się zmieniać, strój wilanowski noszony był także w położonej bardziej na południe części okolic nadwiślańskich. Właśnie na terenie obecnej gminy Konstancin-Jeziorna. Na okładce wspomnianej książki zobaczyć możemy bogatą rodzinę ze wsi Kopyty nieopodal Gassów stojących przed swym domem właśnie w owych strojach. W stroju tym także został uwieczniony bogaty gospodarz ze Słomczyna w roku 1902. Wygląda identycznie jak mieszkańcy podwarszawskich wsi przedstawieni na znanym zdjęciu Karola Beyera (1818 - 1877), który w latach sześćdziesiątych XIX stulecia fotografował Warszawę, a pod kościołem wizytek uwiecznił wieśniaków w odświętnych strojach. Bo strój nie był oczywiście noszony na co dzień, lecz wkładany z okazji ważniejszych wydarzeń. Po pierwszym wydaniu książki gdzie autor wzmiankował, iż strój wilanowski mógł być charakterystyczny dla Urzecza, wielu rozmówców starszego pokolenia na widok zdjęć, przypominało sobie taki strój z dzieciństwa. Jeszcze w latach trzydziestych widywali gospodarzy na mszach w kościele w Słomczynie ubranych w niebieskie sukmany z czerwonymi kołnierzami. W strojach takich udawano się także na uroczystości kościelne w Karczewie. Strój zanikł w połowie XX wieku.

Jak się zresztą okazało najciemniej pod latarnią. Poniżej zamieszczam zdjęcie z serii, z której jedno udało się rzutem na taśmę zamieścić w książce, znane już z profilu bloga na facebooku. Dziewczyna ze wsi Gassy, wówczas osiemnastoletnia, ubrana w strój wilanowski. Założyła go z okazji Zielonych Świątek w czerwcu roku 1944, tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego, nim wieś spłonęła w sierpniu pod ogniem radzieckich bomb. Wraz z nim poszła z dymem piękna suknia, którą ma na sobie. Suknia ślubna jej babci, w której w kościele w Słomczynie brała ślub na początku XX wieku. Strój odświętny i uroczysty, jaki wówczas noszono na terenie dawnych dóbr oborskich, od Kępy Oborskiej aż po Cieciszew… Dziewczyna na zdjęciu żyje po dziś dzień i wciąż mieszka na Urzeczu, jest moją babcią. To kolejne zdjęcie świadczące o powszechności występowania stroju w nadwiślańskich wsiach obecnej gminy Konstancin-Jeziorna.

10940441_685716828215287_2058003310367191713_n

Etnografowie zgodni są co do jednego, ludność nosząca takie stroje była znacznie zamożniejsza w stosunku do swoich sąsiadów, na co wpływ miała bliskość Warszawy, gdzie sprzedawano płody rolne. Co z kolei miało wpływ na wykształcenie się mikroregionu zwanego Urzeczem. Być może podpatrzono go w dobrach wilanowskich i przyjęto jako odświętny strój we wsiach nadwiślańskich.

Nazwy wilanowski wpisanej na trwałe w polską etnografię już nie zmienimy, choć śmiało możemy nazwać strój pochodzącym z nadwiślańskiego Urzecza. Może z czasem zastąpi pojawiające się wciąż w regionie stroje łowickie, kojarzone z ludowością. Unikalny haft wilanowski jest coraz bardziej znany, został wpisany umiejętnie w logo Zielonych Świątek, jakie obchodzić będziemy w tym roku na Urzeczu. Warto więc wiedzieć, że strój ten nie jest żadnym wymysłem, lecz ma sięgające daleko w przeszłość tradycje.

więcej o stroju wilanowskim w tym miejscu

Karczmarz z Obór

ksunder

wpis, w którym szanowny czytelnik pozna niedole Sebastyna Gozdzienskiego, austernika oborskiego i odkryje, iż obciążenia kredytowe i egzekucje komornicze nie są domeną początku XXI wieku, nim jednak do tego dojdzie, autor swym zwyczajem i słowem wprowadzenia opowie nieco o karczmach i austeriach oraz karczmarzach

Bankructwa i zadłużenia w czasach trwającego kryzysu nie są niczym zwyczajnym. Nie jest to jednak domena tylko naszych czasów, bowiem jeszcze w czasach przedrozbiorowych stawały się udziałem wielu osób. Poniżej dokument sporządzony ręką austernika oborskiego, arendującego karczmę znajdującą się przy drodze do Karczewa, którą do przewozu w Gassach zmierzało wiele osób. Austeria dawała nocleg przed przejściem Wisły zapewne taniej niż podobne przybytki w Karczewie, była więc dochodowa. Właśnie możliwość odpoczynku odróżniała austerię od karczmy, w której można jedynie było pić. Karczm na tym terenie była znaczna ilość, zwłaszcza pod koniec XVIII wieku, gdy propinacja stała się jednym z głównych źródeł dochodu polskich dworów, choć rzecz jasna nie jest prawdą, iż „dziedzic rozpijał pańszczyźnianych chłopów” jak można dowiedzieć się z komedii o brunecie przychodzącym wieczorową porą (nota bene kręconej zresztą w Konstancinie i okolicach). Karczmy trzymali rozmaici dzierżawcy, trafiali się tu zarówno mający głowę do interesów, potrafiący zyskać niezły dochód po odprowadzeniu należności dworskiej, jak i rozmaite typy spod ciemnej gwiazdy, zajmujący się przemytem gorzałki i jej fałszowaniem. Same karczmy zaś nierzadko stawały się miejscem awantur (stąd przysłowiowy przymiotnik „karczemne”), wspomnieć należy choćby opisywane w ubiegłym roku na blogu zajścia w Moczydłowie, gdzie chłopi z Obór napili się gorzałki – wpis o awanturach w Moczydłowie.

Prawie jak na Urzeczu. Jest nawet płotek. To oczywiście karczma z Sochocina, przeniesiona do Muzeum Wsi Mazowieckiej (czyli skansenu w Sierpcu). Zdjęcie pożyczyłem z tej strony

Wróćmy do austerii, bowiem w tych stronach były pod koniec XVIII wieku były takie tylko dwie. Za rzeką Jeziorką ich już nie było,  podróżni zatrzymywali się na granicy ziemi czerskiej nim wkroczyli na teren znajdujący się pod bezpośrednią władzą króla. Nocleg dawała tu stacja pocztowa (zobacz wpis o Królewskiej poczcie w Jeziornie) oraz austeria w Jeziornie Oborskiej. Zaś droga do promu w Gassach była na tyle często uczęszczana, że zwano ją traktem karczewskim, i właśnie przy nim wybudowano austerię w Oborach, bowiem wiodła tędy także odnoga drogi do Góry Kalwarii przez Cieciszew, wciąż jeszcze używana, choć nie tak często jak wiek wcześniej. Jak wynika z zachowanego opisu austeria była znaczna, okna miała przeszklone, z posadzką z tarcic i ceglaną podłogą w kuchni gdzie znajdowały się dwa piece. Była zajezdna, bowiem znajdowała się przy niej także stajnia, miała własną studnię. A wyposażenie stanowiły prócz dwóch stołów i stołków z poręczami liczne ławy. Biorąc austerię w arendę, czyli dzierżawę, karczmarz-austernik obowiązywał się dokonać z dworem w Oborach rozliczenia i wnosić w ustalonych terminach określoną kontraktem kwotę. Od niego tylko zależało jaki zysk osiągnie od sprzedaży piwa i gorzałki. A tymczasem w Oborach arendarzowi zupełnie się nie powiodło:

Niżey wyrażony na podpisie zeznaję, iż będąc przez rok, to jest od julii [lipca] 1786 do junii [czerwca] 1787 na austerii oborskiej pozostawiłem pewnego długu za trunki ze skarbu brane (…) i czynszu z tejże austerii i czynszu do tej austerii za trzy kwartały należącego (…) złotych osiemset dwadzieścia sześć groszy dwadzieścia jeden winienem do skarbu J [aśnie] W [ielmożnej] P [ani] Urszuli Wielopolskiej starościny krakowskiej Pani i Dobrodziejki, którego długu żadnego w tymczasie nie mam sposobu do do wypłacenia się, przeto daję na siebie ten rewers, iż powolnym czasem z kunsztu mego rzeźniczego, czyli ze służby o którą się starać będę, pomieniony dług choć powoli wypłacać i zaspokajać zobowiązuję się i powinienem, jeżeli zaś unikałbym od zapłacenia na ten czas daję siebie y mój wszelki mający pod ów czas majątek wolność aresztowania mnie y majątky mego y żony mojej bez wszelkiego prawnego kroku y tego długu odebrania, na co dla danie większej wagi i wiary własną ręką podpisuję. Dan w Oborach 1 augustii [sierpnia] 1787. Sebastyan Gozdzienski.

Karczmarzowi wyliczono precyzyjnie, jakie może zabrać ze sobą przedmioty z dobytku osobistego, następnie umożliwiono odjechanie starym wozem. Pozostałe przedmioty spisano i wciągnięto na stan karczmy, odliczając na poczet długu. Czyli dokonano czegoś na kształt egzekucji komorniczej… A Godzienski odjechał nawet bez „starej pierzyny”, w jednym tylko ubraniu. Czy uregulował dług nie wiadomo.

Dożynki w Oborach, lata dwudzieste XX wieku. Zdjęcie zamieszczone na forum historii Konstancina, znane również z książki o Łurzycu

Jeden z kolejnych karczmarzy miał już więcej szczęścia, został nim starozakonny Icek Lewkowicz, zwany przez miejscowych Józkiem. Począwszy od roku 1797 osiągnął znaczne zyski z arendy i zezwolono mu na sprzedaż chleba własnego wypieku, a w roku 1800 uzyskawszy stosowną koncesję przy karczmie uruchomił rzeźnię. Arendę trzymał jeszcze w roku 1803, kiedy to tracimy go z oczu, lecz do tego czasu stała się intratna i dochodowa.

 


 Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory

Na przewozie w Gassach

ksunder

wpis, w którym autor przedstawia swą podróż przesławnym promem w Gassach, a następnie opisuje tenże prom w Gassach w latach 1790 i 1800. Informacje praktyczne na temat obecnego kursowania promu i obowiązujących cen zawarł zaś na końcu tekstu.

- Ruch jest duży – mówi jeden z przewoźników – Rano głównie miejscowi, ale tyle tych rowerów… - to odpowiedź na moje pytanie o opłacalność przedsięwzięcia. To dobrze. To znaczy, że przewoźnicy tu zostaną. Płynę promem z Gassów do Karczewa, mam do załatwienia sprawy w Otwocku. I wreszcie mogę udać się na drugi brzeg tą samą trasą, jaką podążali przez lata moi przodkowie. Spoglądam na szare chmury, wezbraną wodę w Wiślę i wykorzystuję tę chwilę by powiedzieć mej córce, że pochodzi ze starego nadwiślańskiego rodu, w którym byli zarówno przewoźnicy z Gassów i Nabrzeża, jak i pełni fantazji mieszkańcy innych łurzyckich wsi, kradnący śpiącym przewoźnikom pychówki i płynącymi nimi z zabaw w Karczewie do domu. Rozmawiam z przewoźnikiem o tym, że gdy zapadną zimowe ciemności prom raczej nie będzie pływał, bo nurtu nie rozświetlają obecnie lampiony zapalane przez wałowych, zwane bakanami, które wyznaczały niegdyś linię brzegową. Ale to nic nowego, niegdyś zimą prom także nie pływał, gdy rzekę skuwał lód. Przewoźnik opowiada mi, że wciąż są miejsca w Polsce, gdzie miejscowi płacą za roczny przewóz workiem zboża lub żyta, bowiem promowy nie utrzymuje się jak niegdyś ze skrawka ziemi, tylko wyłącznie z przewozu. Gdy mężczyzna mówi, że wezwaniem przewoźnika nad Pilicą czy Sanem wciąż potrafi być uderzenie metalowego drągu w przywiązany do pala dekiel, przypomina mi się stare łurzyckie zawołanie: Przewozu! Przewozu! Podróż dobiega już końca, ja udaję się dalej załatwić to po co przyjechałem, wyjeżdżając na betonowe molo po drugiej stronie. Nagle Karczew i Otwock znalazły się na wyciągnięcie ręki, choć wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić… Po kilkunastu minutach docieram do celu, przejechawszy kilkanaście kilometrów zamiast kilkudziesięciu.

Pod banderą Konstancina-Jeziorny i Karczewa

Moja córka z fascynacją obserwowała jak wartki nurt zabierał prom ze sobą, a silnik pchał go w przeciwnym kierunku, dzięki czemu lina ściągała go w żądanym kierunku. Rozwiązanie takie do niedawna niemożliwe do zastosowania, gdy rzeką płynęły statki, o głębokiej linii zanurzenia. Przez wieki handel wiślany sprawiał, że wyładowanych statków handlowych podążali tędy także flisacy i oryle spławiając drewno, zaś prom radzić sobie musiał siłą ludzkich rąk. Swoją drogą musieli mieć oni krzepę… obecnie jak i niegdyś prócz czynnika ludzkiego jego istnienie zależeć będzie także od kapryśnej Wisły.

Podróż mam już za sobą, znacząco różni się ona od tej odbywanej przed wiekami. Ceny także się różnią (jeśli ktoś ciekaw dawnych cen i historii promu zapraszam do dwóch wpisów na ten temat – część 1 i część 2). Przyjrzyjmy się jak wyglądał prom na przełomie XVIII i XIX wieku, bo z tego okresu mamy o nim sporo informacji. Do promu prowadziła wówczas grobla ze wsi Gassy, rokrocznie umacniana i podsypywana, bowiem zabierały ją wiosenne przybory wody, jako że wałów wówczas jeszcze nie było, czasem zamiast grobli stawiano niewielki mostek. Dotarłszy w roku 1790 do przewozu ujrzeć można było dwa promy, jeden "stary", a drugi świeżo wybudowany, mogące zabrać ludzi wraz z ładunkiem wprost do Karczewa. Linia brzegowa biegła wówczas nieco inaczej, Wisła płynęła zaś nieopodal wsi Przewóz Karczewski, stanowiącej obecnie część miasta. Był tu także szpiczak, o którym już kiedyś pisałem, że jest to najprawdopodobniej lokalna nazwa łodzi pychówki*. Inne łodzie mające najlepsze lata służby na przewozie za sobą przenoszono w inne miejsca, gdzie wciąż mogły sprawić się z pożytkiem. Stąd stary galar służył jako prom-most na jeziorze cieciszowskim, gdzie drogi wówczas nie było, a do Piasków i znajdujących się tam pól można było przedostać się przy jego pomocy. Niewielkie galarki przeniesiono do Jeziorny Oborskiej, tam podczas przyborów wody sprawowano przewóz na rzece Jeziorce. Inny z kolei szpiczak pływał na jeziorze w Opaczy.

Przewóz w XIX wieku. Zapewne w Gassach/Przewozie było podobnie, choć nurt był bardziej wartki.

Przewozem zajmowali się wówczas mieszkańcy wsi Gassy – Kazimierz Woźniak, Andrzej Gas, Dominik Ołyna, Józef Baran, Jakub Szewc i Tomasz Odoliński. Za pobór pieniędzy z przewozu i nadzór nad przewoźnikami odpowiadał żydowski karczmarz, Icek Szmulewicz, którego rolę jasno określono w ówczesnym kontrakcie arendy (dzierżawy karczmy). Gdy spisano go w roku 1800 przewoźnicy byli już nieco inni, być może miało to związek z opisywanymi już niegdyś na blogu wydarzeniami roku 1794, gdy Gassy uległy zniszczeniu.

„Za przewóz od osób powozów bydła koni zgoła od wszystkiego w każdej porze czasu cz to za małey czy za wielkiej wody opłatę podług ustawy Rządu Krajowego jaka teraz jest lub w przyszłości nastąpi a nie więcej brać będzie a w przypadku przestąpienia ustaw krajowych sam za to odpowiedzieć, szkody wynikłe ztąd powrócić obowiązuje się, Prom y Szpiczak Skarbowe od Przewozu sobie oddane w porządku utrzymywać tych na ustronną potrzebę nie dozwalać szkody aby w nich nie było dostrzegać pod jej wynagrodzenie ludzi ze wsi Gasów 6 jako to Jana Sawickiego Antoniego Barana Walentego Kolarczyka Józefa Cychrowskiego Kazimierza Woźniaka y Jana Kolarczyka do Przewozu mieć będzie których do innych żadnych robot prócz tyczących się przewozu y statków przewozowych pociągać nie można”

Niestety nie uda nam się wskazać opłat za przewóz w tym okresie, bowiem w kontrakcie nie rozdzielono ich od opłat wnoszonych za sprzedaż gorzałki i arendę karczmy. Miejsce było jednak dochodowe, była to jedna z największych karczm dóbr oborskich, gdzie w oczekiwaniu na przewóz raczono się piwem i gorzałką. A droga była często uczęszczana przez osoby posiadające znaczną ilość gotówki, bowiem w Karczewie organizowano jarmarki, przyciągające mieszkańców tutejszych ziem. Dzięki promowi z osad nadwiślańskich łatwiej było tam dotrzeć niż do miasta Piaseczna.

A tu jeszcze XIX-wieczny obrazek pt. "U przewozu". Zwraca uwagę chruściany płotek w tle, charakterystyczny dla tych okolic.

Prom może stać się nie tylko atrakcją turystyczną, lecz także znacznie ułatwić wielu ludziom codzienne życie, umożliwiając szybszy dojazd do Karczewa i Otwocka. Mimo że leżące po dwóch stronach Wisły gminy i powiaty w prostej linii dzieli zaledwie kilkaset metrów, na odcinku ok. 40 kilometrów nie ma mostów. Najbliższe znajdują się w Górze Kalwarii i w Warszawie.

 


*Na razie odnotuję jedynie, iż  bardzo ciekawy wywód o szpiczaku przedstawił Łukasz Maurycy Stanaszek w "Nadwiślańskim Urzeczu" wykazując związki z terenami północnej Polski, objętymi kolonizacją olęderską. Kto ciekaw niech zajrzy do książki, ja o żaglach i pychówkach na Wiśle napisze kiedy indziej.

Źródła:

  • AGAD, Obory

Miałem tego nie robić, ale ponieważ informacji nigdy za mało – oto ceny jakie obowiązują w tym roku na promie w Gassach. Za przewóz osoby zapłacicie 3 złote, za pojazd 9 zł, zaś za rower 2 zł, motocykl to 5 zł. Opłaty sumują się. Prom pływa cały czas między ostrogą w Gassach i Karczewie, obecnie do godziny 19. Od 14 września od 6:15 do 18:45, bo zaczyna się robić ciemno, w sezonie pływał od 6 do 20. Nawoływać nie trzeba, przepłynie. Na lewym brzegu brak informacji na jego temat, na prawym dość dobrze oznaczony strzałkami kierunkowymi w Karczewie. Poniżej mapka. Zmotoryzowanych informuję, że po głębokim zastanowieniu palmę pierwszeństwa dla najgorszej drogi oddaję gminie Konstancin-Jeziorna. Co prawda na prawym brzegu dość długo wybijamy amortyzatory na betonowych płytach, ale na podjeździe w Gassach kamienie zostały wybite wzmożonym ruchem i wzbudzają obawy o losy zawieszenia. No i gmina Konstancin-Jeziorna zamiast informować o promie ostrzega o końcu drogi takim znakiem.

 Mistrzostwo.

[EDIT: 11 września - muszę odszczekać bo słusznie zwrócono mi uwagę, że droga 712 przecięta w tym miejscu przez Wisłę na obu brzegach należy do województwa mazowieckiego. No to chłopaki z MWZD wygraliście pierwsze miejsce w konkurencji na palmę pierwszeństwa. A obie gminy przepraszam]

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci