Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Na Urzeczu

Karczmarz z Obór

ksunder

wpis, w którym szanowny czytelnik pozna niedole Sebastyna Gozdzienskiego, austernika oborskiego i odkryje, iż obciążenia kredytowe i egzekucje komornicze nie są domeną początku XXI wieku, nim jednak do tego dojdzie, autor swym zwyczajem i słowem wprowadzenia opowie nieco o karczmach i austeriach oraz karczmarzach

Bankructwa i zadłużenia w czasach trwającego kryzysu nie są niczym zwyczajnym. Nie jest to jednak domena tylko naszych czasów, bowiem jeszcze w czasach przedrozbiorowych stawały się udziałem wielu osób. Poniżej dokument sporządzony ręką austernika oborskiego, arendującego karczmę znajdującą się przy drodze do Karczewa, którą do przewozu w Gassach zmierzało wiele osób. Austeria dawała nocleg przed przejściem Wisły zapewne taniej niż podobne przybytki w Karczewie, była więc dochodowa. Właśnie możliwość odpoczynku odróżniała austerię od karczmy, w której można jedynie było pić. Karczm na tym terenie była znaczna ilość, zwłaszcza pod koniec XVIII wieku, gdy propinacja stała się jednym z głównych źródeł dochodu polskich dworów, choć rzecz jasna nie jest prawdą, iż „dziedzic rozpijał pańszczyźnianych chłopów” jak można dowiedzieć się z komedii o brunecie przychodzącym wieczorową porą (nota bene kręconej zresztą w Konstancinie i okolicach). Karczmy trzymali rozmaici dzierżawcy, trafiali się tu zarówno mający głowę do interesów, potrafiący zyskać niezły dochód po odprowadzeniu należności dworskiej, jak i rozmaite typy spod ciemnej gwiazdy, zajmujący się przemytem gorzałki i jej fałszowaniem. Same karczmy zaś nierzadko stawały się miejscem awantur (stąd przysłowiowy przymiotnik „karczemne”), wspomnieć należy choćby opisywane w ubiegłym roku na blogu zajścia w Moczydłowie, gdzie chłopi z Obór napili się gorzałki – wpis o awanturach w Moczydłowie.

Prawie jak na Urzeczu. Jest nawet płotek. To oczywiście karczma z Sochocina, przeniesiona do Muzeum Wsi Mazowieckiej (czyli skansenu w Sierpcu). Zdjęcie pożyczyłem z tej strony

Wróćmy do austerii, bowiem w tych stronach były pod koniec XVIII wieku były takie tylko dwie. Za rzeką Jeziorką ich już nie było,  podróżni zatrzymywali się na granicy ziemi czerskiej nim wkroczyli na teren znajdujący się pod bezpośrednią władzą króla. Nocleg dawała tu stacja pocztowa (zobacz wpis o Królewskiej poczcie w Jeziornie) oraz austeria w Jeziornie Oborskiej. Zaś droga do promu w Gassach była na tyle często uczęszczana, że zwano ją traktem karczewskim, i właśnie przy nim wybudowano austerię w Oborach, bowiem wiodła tędy także odnoga drogi do Góry Kalwarii przez Cieciszew, wciąż jeszcze używana, choć nie tak często jak wiek wcześniej. Jak wynika z zachowanego opisu austeria była znaczna, okna miała przeszklone, z posadzką z tarcic i ceglaną podłogą w kuchni gdzie znajdowały się dwa piece. Była zajezdna, bowiem znajdowała się przy niej także stajnia, miała własną studnię. A wyposażenie stanowiły prócz dwóch stołów i stołków z poręczami liczne ławy. Biorąc austerię w arendę, czyli dzierżawę, karczmarz-austernik obowiązywał się dokonać z dworem w Oborach rozliczenia i wnosić w ustalonych terminach określoną kontraktem kwotę. Od niego tylko zależało jaki zysk osiągnie od sprzedaży piwa i gorzałki. A tymczasem w Oborach arendarzowi zupełnie się nie powiodło:

Niżey wyrażony na podpisie zeznaję, iż będąc przez rok, to jest od julii [lipca] 1786 do junii [czerwca] 1787 na austerii oborskiej pozostawiłem pewnego długu za trunki ze skarbu brane (…) i czynszu z tejże austerii i czynszu do tej austerii za trzy kwartały należącego (…) złotych osiemset dwadzieścia sześć groszy dwadzieścia jeden winienem do skarbu J [aśnie] W [ielmożnej] P [ani] Urszuli Wielopolskiej starościny krakowskiej Pani i Dobrodziejki, którego długu żadnego w tymczasie nie mam sposobu do do wypłacenia się, przeto daję na siebie ten rewers, iż powolnym czasem z kunsztu mego rzeźniczego, czyli ze służby o którą się starać będę, pomieniony dług choć powoli wypłacać i zaspokajać zobowiązuję się i powinienem, jeżeli zaś unikałbym od zapłacenia na ten czas daję siebie y mój wszelki mający pod ów czas majątek wolność aresztowania mnie y majątky mego y żony mojej bez wszelkiego prawnego kroku y tego długu odebrania, na co dla danie większej wagi i wiary własną ręką podpisuję. Dan w Oborach 1 augustii [sierpnia] 1787. Sebastyan Gozdzienski.

Karczmarzowi wyliczono precyzyjnie, jakie może zabrać ze sobą przedmioty z dobytku osobistego, następnie umożliwiono odjechanie starym wozem. Pozostałe przedmioty spisano i wciągnięto na stan karczmy, odliczając na poczet długu. Czyli dokonano czegoś na kształt egzekucji komorniczej… A Godzienski odjechał nawet bez „starej pierzyny”, w jednym tylko ubraniu. Czy uregulował dług nie wiadomo.

Dożynki w Oborach, lata dwudzieste XX wieku. Zdjęcie zamieszczone na forum historii Konstancina, znane również z książki o Łurzycu

Jeden z kolejnych karczmarzy miał już więcej szczęścia, został nim starozakonny Icek Lewkowicz, zwany przez miejscowych Józkiem. Począwszy od roku 1797 osiągnął znaczne zyski z arendy i zezwolono mu na sprzedaż chleba własnego wypieku, a w roku 1800 uzyskawszy stosowną koncesję przy karczmie uruchomił rzeźnię. Arendę trzymał jeszcze w roku 1803, kiedy to tracimy go z oczu, lecz do tego czasu stała się intratna i dochodowa.

 


 Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory

Na przewozie w Gassach

ksunder

wpis, w którym autor przedstawia swą podróż przesławnym promem w Gassach, a następnie opisuje tenże prom w Gassach w latach 1790 i 1800. Informacje praktyczne na temat obecnego kursowania promu i obowiązujących cen zawarł zaś na końcu tekstu.

- Ruch jest duży – mówi jeden z przewoźników – Rano głównie miejscowi, ale tyle tych rowerów… - to odpowiedź na moje pytanie o opłacalność przedsięwzięcia. To dobrze. To znaczy, że przewoźnicy tu zostaną. Płynę promem z Gassów do Karczewa, mam do załatwienia sprawy w Otwocku. I wreszcie mogę udać się na drugi brzeg tą samą trasą, jaką podążali przez lata moi przodkowie. Spoglądam na szare chmury, wezbraną wodę w Wiślę i wykorzystuję tę chwilę by powiedzieć mej córce, że pochodzi ze starego nadwiślańskiego rodu, w którym byli zarówno przewoźnicy z Gassów i Nabrzeża, jak i pełni fantazji mieszkańcy innych łurzyckich wsi, kradnący śpiącym przewoźnikom pychówki i płynącymi nimi z zabaw w Karczewie do domu. Rozmawiam z przewoźnikiem o tym, że gdy zapadną zimowe ciemności prom raczej nie będzie pływał, bo nurtu nie rozświetlają obecnie lampiony zapalane przez wałowych, zwane bakanami, które wyznaczały niegdyś linię brzegową. Ale to nic nowego, niegdyś zimą prom także nie pływał, gdy rzekę skuwał lód. Przewoźnik opowiada mi, że wciąż są miejsca w Polsce, gdzie miejscowi płacą za roczny przewóz workiem zboża lub żyta, bowiem promowy nie utrzymuje się jak niegdyś ze skrawka ziemi, tylko wyłącznie z przewozu. Gdy mężczyzna mówi, że wezwaniem przewoźnika nad Pilicą czy Sanem wciąż potrafi być uderzenie metalowego drągu w przywiązany do pala dekiel, przypomina mi się stare łurzyckie zawołanie: Przewozu! Przewozu! Podróż dobiega już końca, ja udaję się dalej załatwić to po co przyjechałem, wyjeżdżając na betonowe molo po drugiej stronie. Nagle Karczew i Otwock znalazły się na wyciągnięcie ręki, choć wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić… Po kilkunastu minutach docieram do celu, przejechawszy kilkanaście kilometrów zamiast kilkudziesięciu.

Pod banderą Konstancina-Jeziorny i Karczewa

Moja córka z fascynacją obserwowała jak wartki nurt zabierał prom ze sobą, a silnik pchał go w przeciwnym kierunku, dzięki czemu lina ściągała go w żądanym kierunku. Rozwiązanie takie do niedawna niemożliwe do zastosowania, gdy rzeką płynęły statki, o głębokiej linii zanurzenia. Przez wieki handel wiślany sprawiał, że wyładowanych statków handlowych podążali tędy także flisacy i oryle spławiając drewno, zaś prom radzić sobie musiał siłą ludzkich rąk. Swoją drogą musieli mieć oni krzepę… obecnie jak i niegdyś prócz czynnika ludzkiego jego istnienie zależeć będzie także od kapryśnej Wisły.

Podróż mam już za sobą, znacząco różni się ona od tej odbywanej przed wiekami. Ceny także się różnią (jeśli ktoś ciekaw dawnych cen i historii promu zapraszam do dwóch wpisów na ten temat – część 1 i część 2). Przyjrzyjmy się jak wyglądał prom na przełomie XVIII i XIX wieku, bo z tego okresu mamy o nim sporo informacji. Do promu prowadziła wówczas grobla ze wsi Gassy, rokrocznie umacniana i podsypywana, bowiem zabierały ją wiosenne przybory wody, jako że wałów wówczas jeszcze nie było, czasem zamiast grobli stawiano niewielki mostek. Dotarłszy w roku 1790 do przewozu ujrzeć można było dwa promy, jeden "stary", a drugi świeżo wybudowany, mogące zabrać ludzi wraz z ładunkiem wprost do Karczewa. Linia brzegowa biegła wówczas nieco inaczej, Wisła płynęła zaś nieopodal wsi Przewóz Karczewski, stanowiącej obecnie część miasta. Był tu także szpiczak, o którym już kiedyś pisałem, że jest to najprawdopodobniej lokalna nazwa łodzi pychówki*. Inne łodzie mające najlepsze lata służby na przewozie za sobą przenoszono w inne miejsca, gdzie wciąż mogły sprawić się z pożytkiem. Stąd stary galar służył jako prom-most na jeziorze cieciszowskim, gdzie drogi wówczas nie było, a do Piasków i znajdujących się tam pól można było przedostać się przy jego pomocy. Niewielkie galarki przeniesiono do Jeziorny Oborskiej, tam podczas przyborów wody sprawowano przewóz na rzece Jeziorce. Inny z kolei szpiczak pływał na jeziorze w Opaczy.

Przewóz w XIX wieku. Zapewne w Gassach/Przewozie było podobnie, choć nurt był bardziej wartki.

Przewozem zajmowali się wówczas mieszkańcy wsi Gassy – Kazimierz Woźniak, Andrzej Gas, Dominik Ołyna, Józef Baran, Jakub Szewc i Tomasz Odoliński. Za pobór pieniędzy z przewozu i nadzór nad przewoźnikami odpowiadał żydowski karczmarz, Icek Szmulewicz, którego rolę jasno określono w ówczesnym kontrakcie arendy (dzierżawy karczmy). Gdy spisano go w roku 1800 przewoźnicy byli już nieco inni, być może miało to związek z opisywanymi już niegdyś na blogu wydarzeniami roku 1794, gdy Gassy uległy zniszczeniu.

„Za przewóz od osób powozów bydła koni zgoła od wszystkiego w każdej porze czasu cz to za małey czy za wielkiej wody opłatę podług ustawy Rządu Krajowego jaka teraz jest lub w przyszłości nastąpi a nie więcej brać będzie a w przypadku przestąpienia ustaw krajowych sam za to odpowiedzieć, szkody wynikłe ztąd powrócić obowiązuje się, Prom y Szpiczak Skarbowe od Przewozu sobie oddane w porządku utrzymywać tych na ustronną potrzebę nie dozwalać szkody aby w nich nie było dostrzegać pod jej wynagrodzenie ludzi ze wsi Gasów 6 jako to Jana Sawickiego Antoniego Barana Walentego Kolarczyka Józefa Cychrowskiego Kazimierza Woźniaka y Jana Kolarczyka do Przewozu mieć będzie których do innych żadnych robot prócz tyczących się przewozu y statków przewozowych pociągać nie można”

Niestety nie uda nam się wskazać opłat za przewóz w tym okresie, bowiem w kontrakcie nie rozdzielono ich od opłat wnoszonych za sprzedaż gorzałki i arendę karczmy. Miejsce było jednak dochodowe, była to jedna z największych karczm dóbr oborskich, gdzie w oczekiwaniu na przewóz raczono się piwem i gorzałką. A droga była często uczęszczana przez osoby posiadające znaczną ilość gotówki, bowiem w Karczewie organizowano jarmarki, przyciągające mieszkańców tutejszych ziem. Dzięki promowi z osad nadwiślańskich łatwiej było tam dotrzeć niż do miasta Piaseczna.

A tu jeszcze XIX-wieczny obrazek pt. "U przewozu". Zwraca uwagę chruściany płotek w tle, charakterystyczny dla tych okolic.

Prom może stać się nie tylko atrakcją turystyczną, lecz także znacznie ułatwić wielu ludziom codzienne życie, umożliwiając szybszy dojazd do Karczewa i Otwocka. Mimo że leżące po dwóch stronach Wisły gminy i powiaty w prostej linii dzieli zaledwie kilkaset metrów, na odcinku ok. 40 kilometrów nie ma mostów. Najbliższe znajdują się w Górze Kalwarii i w Warszawie.

 


*Na razie odnotuję jedynie, iż  bardzo ciekawy wywód o szpiczaku przedstawił Łukasz Maurycy Stanaszek w "Nadwiślańskim Urzeczu" wykazując związki z terenami północnej Polski, objętymi kolonizacją olęderską. Kto ciekaw niech zajrzy do książki, ja o żaglach i pychówkach na Wiśle napisze kiedy indziej.

Źródła:

  • AGAD, Obory

Miałem tego nie robić, ale ponieważ informacji nigdy za mało – oto ceny jakie obowiązują w tym roku na promie w Gassach. Za przewóz osoby zapłacicie 3 złote, za pojazd 9 zł, zaś za rower 2 zł, motocykl to 5 zł. Opłaty sumują się. Prom pływa cały czas między ostrogą w Gassach i Karczewie, obecnie do godziny 19. Od 14 września od 6:15 do 18:45, bo zaczyna się robić ciemno, w sezonie pływał od 6 do 20. Nawoływać nie trzeba, przepłynie. Na lewym brzegu brak informacji na jego temat, na prawym dość dobrze oznaczony strzałkami kierunkowymi w Karczewie. Poniżej mapka. Zmotoryzowanych informuję, że po głębokim zastanowieniu palmę pierwszeństwa dla najgorszej drogi oddaję gminie Konstancin-Jeziorna. Co prawda na prawym brzegu dość długo wybijamy amortyzatory na betonowych płytach, ale na podjeździe w Gassach kamienie zostały wybite wzmożonym ruchem i wzbudzają obawy o losy zawieszenia. No i gmina Konstancin-Jeziorna zamiast informować o promie ostrzega o końcu drogi takim znakiem.

 Mistrzostwo.

[EDIT: 11 września - muszę odszczekać bo słusznie zwrócono mi uwagę, że droga 712 przecięta w tym miejscu przez Wisłę na obu brzegach należy do województwa mazowieckiego. No to chłopaki z MWZD wygraliście pierwsze miejsce w konkurencji na palmę pierwszeństwa. A obie gminy przepraszam]

Nadwiślańskie Urzecze

ksunder

wpis, w którym autor przybliża mikroregion Urzecze, pokazuje jak głęboko zakorzeniony jest on w historii tych stron, rozważa znaczenie tego słowa, a wszystko z okazji premiery drugiego wydania książki o Łurzycu

Dosłownie za kilka dni ukaże się drugie poprawione wydanie książki znanej niegdyś jako „Na Łużycu” Łukasza Maurycego Stanaszka. Od czasu jej pierwszego wydania w roku 2012 wiele się zmieniło, przede wszystkim pisownia nazwy – obecnie są to „Łurzyce”. Dlaczego „ż” zmieniło się w „rz” dowiedzieć się można choćby z książki. Reklamował  jej nie będę, moim zdaniem jest to rzecz, którą powinien przeczytać każdy, przy okazji oglądając zdjęcia w tym wspaniałym albumowym wydaniu. Jak mówią znajomi etnografowie jest wręcz niewiarygodnym aby na początku XXI wieku odkryć i opisać nieznany mikroregion etnograficzny. A tak w tym przypadku było i w zasadzie trudno pojąć jak można było nie zauważyć wcześniej tego co miało się przed oczami. 

Okładka drugiego wydania, rodzina z Gassów-Kopytów w strojach wilanowskich.

Region nie jest wymysłem autora i jest osadzony głęboko w historii tych stron. Urzecze, czyli inaczej Łurzyce, początek swój bierze od Siekierek i Czerniakowa, nie istniejących już historycznych wsi podwarszawskich, gdzie jeszcze nie tak dawno pasano krowy i walczono z występującą z brzegów Wisłą. Sięga do okolic Potyczy, leżąc na obu brzegach królowej polskich rzek. Konia z rzędem temu, kto miał wcześniej tego świadomość. Moja prababcia mawiała, że Łurzyce leżą pod Cieciszewem i nazwa ta kompletnie nic dla mnie nie znaczyła, bowiem w mojej rodzinie mówiono o Powiślu, nazywając tak rejon wsi leżących poniżej wiślanej skarpy. Urzecze jest częścią tego co określa się tym mianem, specyficznym mikroregionem wykształconym właśnie w zalewowym obszarze Wisły. O tym, że poniżej wiślanej skarpy rozciąga się świat innej społeczności świadom byłem od dawna, wie także o tym każdy, kto ma tam rodzinę. Choć obecnie wprowadza się tam coraz więcej nowych mieszkańców, wciąż istnieje tam sieć powiązań rodzinnych i wzajemnych kontaktów sięgających wielu pokoleń wstecz. A pamięć rodzinna przywołuje historie o wylewach i powodziach, o szarwarkach, o odrabianiu pańszczyzny w tutejszych dworach… O tym, że pochodzę z Urzecza, dowiedziałem się w roku 2012, tuż przed wydaniem książki. Nazwa Łurzyce, o której przeczytałem w internecie nic dla mnie nie znaczyła. Wówczas jednak znalazłem w archiwum w zachowanych dokumentach dworu w Oborach zapisy z XVIII wieku, mówiące o powinnościach mieszkańców wsi Urzecza, o tutejszych nadwiślańskich kępach, gdzie Urzyccy bydło pasali… W nagłej chwili olśnienia uświadomiłem sobie, że przecież Łurzyce, to fonetyczna wymowa, bo przecież chodzi o Łurzyckich… W ten sposób kupiłem termin Urzecze, a kto przeczytał książkę ten wie, że autor ma jeszcze inną teorię związaną z pochodzeniem tego słowa.

Urzecza są trzy. Ale o tym również nie wiedział nikt dwa lata temu. Teraz możemy już wyodrębnić dwa znaczenia tego słowa. Pierwsze to oczywiście mikroregion, którym to znaczeniem przede wszystkim się posługujemy. Żyjący tutaj ludzie nie uświadamiali sobie, iż zamieszkują specyficzny mikroregion, określali tak jedynie zalewowy wąski pas nadwiślański, w którym mieszkali, stanowiący jednocześnie drugie znaczenie tego słowa. O tym, że pochodzą z innego obszaru dowiadywali się tam, gdzie spotykały się dwa kręgi kulturowe, choćby w zetknięciu z Poleszukami, albo na Kołbielszczyźnie. To wszystko dość dobrze opisane jest w książce, co ciekawe na lewym brzegu nie było to aż tak odczuwalne, gdyż nie czuć tu było naporu Polesia czy Kołbieli, jedynie mieszkańców skarpy określano mianem „Górniaków”. Choć znalazł się ostatnio pewien potomek tutejszych mieszkańców noszący nazwisko „Użyczak”. Wyraźnie wywodzi się ono od określenia miejsca, z którego przybyli jego przodkowie, nadanego jako przydomek po przeniesieniu w inną część Mazowsza.

Znane z pierwszego wydania książki zdjęcie. Życie codziennena Urzeczu, powodzie i chruściany płotek w tle.

Trzecie znaczenie jest ściśle geograficzne, wiąże się z zalewowym obszarem nadwiślańskim. W takim znaczeniu używane było przez współczesnych, określających tak miejsca nad Wisłą rokrocznie zalewane przez wodę. Od roku 2012 udało się odnaleźć wiele tego typu zapisów pochodzących z XVIII i XIX wieku na lewym brzegu Wisły. Występuje ono w dobrach wilanowskich, od Siekierek po Kępę Falenicką, gdzie rządcy dóbr piszą o gruntach leżących „w urzeczu”. Obficie mowa jest o nich na terenie obecnej gminy Konstancin-Jeziorna, wreszcie informację o polach na Urzeczu znajdziemy w XVIII wieku w starostwie czerskim. Z okresu tego zwrotu tego nie uświadczymy na brzegu prawym, choć autor książki ma sporo wystąpień słowa w późniejszym okresie, nie tracę nadziei że uda się coś odnaleźć w dawnych dobrach Bielińskich, skoro pojawiły się pod Czerskiem, który wówczas wchodził w ich skład. Niestety w przypadku prawego brzegu Wisły słabo z zachowaniem akt, rekompensuje to jednak żywa tradycja, wciąż nazywająca niektóre tereny Łurzycami, no i łacha łurzycka pod Miedzeszynem… Przez obszar zalewowy rozumiano to jeszcze na początku XX wieku, gdy w gazetach pisano, iż woda powodziowa spływała łurzycem wiślanym…

Ciekawą informację dodał także po opublikowaniu tego wpisu autor wspominanej książki. Jak pisał w roku 1868 nieznany korespondent: "Pasek ten niezbyt szeroki, bo do 4-ch wiorst dochodzący, przedstawia dwa gatunki ziemi: jeden nazywany tu powszechnie urzecze, drugi pola górne. Urzecze jest to grunt napływowy, znany na powiślu, w niektórych miejscach daje warstwę rodzajną grubą do dwóch łokci a niekiedy więcéj. Tego rodzaju gruntu w całym kraju nie znajdziesz, to też cena jego ogromna (...). Na takiéj ziemi urodzi się wszystko, a zwłaszcza też jęczmień, kapusta i inne jarzyny, pod które głownie włościanie jéj używają. Oziminy w takich miejscach zwykle się nie sieje z powodu wylewów Wisły, która właśnie ten urodzajny muł nanosi. Pola górne, jakkolwiek urodzajne, płytkością warstwy wierzchniéj się odznaczają...". Czyli uprawny zalewowy pas nadwiślańskiej ziemi...

Nie będę się już więcej rozpisywał. 6 września, godzina 12, Zamek w Czersku. Kto nie dotrze niech odwiedzi 7 września „Hugonówkę” w Konstancinie w godzinach 11 – 13. Tam podczas „Otwartych Ogrodów” odbędzie się spotkanie z autorem. Warto zaopatrzyć się w książkę.

A był to wpis jubileuszowy o numerze 100, nie licząc wpisów technicznych i spisów treści, więc cieszę się, że padło na Urzecze.

Zapiski znad Wisły

ksunder

 …cieszę się, że prom pływa, ale ja pamiętam ten stary prom i to nie jest to samo. Wtedy było dwóch przewoźników w Gassach stałych, którzy zajmowali się przewozem, inni pomagali im w środy i czwartki, kiedy był większy ruch, na targi do Karczewa i Otwocka. A obok Kopytów stała wartówka, gdzie był wytyczny z Przewozu Karczewskiego. On zawsze wieczorem zapalał bakany na rzece, one były po to żeby było widać którędy płynie Wisła. Ja pamiętam jak pływały tędy statki do Sandomierza, zawsze na ich pokładach była zabawa, zapalone były światła i tańce były, tam grała muzyka… Kiedy te kołowce płynęły to robiła się fala i wtedy spychało prom z trasy, wtedy trudniej było go odepchnąć od brzegu. Teraz popłynąć by już nie mogły, to dlatego że tam dalej w kierunku Nadbrzeża jest za płytko, bo tam przecież były kiedyś Kopyty. Jak po raz ostatni budowano wały, to większa część wsi znalazła się pod wodą. Ci co pobudowali się potem, to na terenie  pasternika, który dostali od Gassów…

Na Urzeczu. Gassy.

… kiedyś nad Wisłą nie było tyle drzew, wały były wykoszone, nic nie było zarośnięte. Zresztą były tam siedliska. Te jabłonie o które pan pyta na Ciszycy, to rzeczywiście zostały po dawnym siedlisku. Ono było na wprost drogi, ale jeszcze przed wojną je przeniesiono. Bo wcześniej droga biegła zupełnie inaczej, tu przy jeziorze i była stara Ciszyca i nowa Ciszyca, nad samą Wisłą, nieopodal Koła i Kliczyna. Jak zrobili sołectwo Ciszyca to potem przestali używać nazw tych wsi, tylko jeszcze my co tu mieszkamy tak mówimy. A drogę z Opaczy przez Ciszycę to zrobili przecinając pola jak zbudowali most, tuż przed wojną. I wtedy właśnie to siedlisko zburzyli. Ale została jabłoń. Wiem, że są jeszcze pale po moście, ale kiedyś było ich więcej. Na budowę domów na Ciszycy je powyjmowali…

… a te jabłonie przy Dębinie to nie wiem, ja nie pamiętam, żeby tam ktoś mieszkał. Mówi pan, że wieś tam była jeszcze w 1901? No tak, wszyscy mówimy na to miejsce Zieleniec, ale ja pamiętam już w latach trzydziestych, że tam nikt nie mieszkał. Były chyba jakieś ruiny domów. Ale nie pamiętam. Na pewno tam była wtedy wyspa, bo Wisła rozdzielała się w tym miejscu na dwie odnogi i opływała dookoła…

... a to zdjęcie to ostatnie lato. To przed wojną. I Wisła jaka elegancka i most stoi...

…te nazwy Anusin, Dorocin to wcale nie są nazwy folwarków. Folwark to był ale w Łęgu. Tak nazywano kawałki pól, które odkupywano od hrabiny [Potulickiej], bo ona tak nazywała kolejne części oddzielane od majątku przy sprzedaży. Nazywała je imionami córek. Dlatego właśnie Anusin i Dorocin. I Marynin. Zawsze jak wydzielali z majątku dworskiego to tak robili. Przecież cały Habdzin ma pola na dworskim gruncie. I Konstancin to też ma nazwę z wydzielonego majątku…

… i zawsze chodziło się do Karczewa, do Nadbrzeża do Otwocka. Ja z Wisłą to się bardzo zżyłam, bo tak u nas się na Powiślu zawsze z Wisłą żyło. Ja pływałam na drugą stronę, do kościoła do Karczewa, do rodziny, byłam opływana jak i wszyscy co tu mieszkali. Tak jak ci z Nadbrzeża przychodzili do Słomczyna, oni choć byli pod kościół w Karczewie, to zawsze uważali, że parafię mają w Słomczynie. Ja pamiętam zresztą jak się tu od święta ludzie ubierali na Powiślu, kobiety w takie suknie z wzorami, a mężczyźni w takie niebieskie długie sukmany, z czerwonymi kołnierzami. To był świąteczny strój. Jeszcze w latach trzydziestych tak było, łatwiej było chodzić do kościoła w Karczewie, bo trytwy do Obór to jeszcze nie było…

"Niebieskie długie sukmany z czerwonymi kołnierzami". Kopyty, początek XX wieku. Okładka książki "Nadwiślańskie Urzecze". Premiera już 6 września.

A zimą to się chodziło na drugą stronę po lodzie. Raz jak poszłam do banku w Otwocku bo był najbliżej i miałam wracać, to nie wiedziałam, że Wisła już rusza. W Gassach to już wiedzieli a ja szłam na łurzyca i nie wiedziałam. W Przewozie czekali aż lód ruszy, a ja przeszłam, a zaraz za mną Wisła popłynęła śryżem. Ale wiedzieliśmy zawsze nad Wisłą kiedy tak będzie, bo to było zanim w Kozienicach zrobili elektrownię i puścili ciepłą wodę, a potem już nie zamarzała...

 

 

- Na Łurzycu świnie kwiczą.

- A co to łurzyc?

- A to pod Cieciszewem.

Parafia Cieciszewska

ksunder

Dzięki Maurycemu udało mi się ostatnio nabyć wreszcie książkę „Vinea Christi”, będącą reprintem księgi wydanej  po raz pierwszy w roku 1680, zawierającej dokumenty związane z założeniem miasta Nowa Jerozolima, wcześniej znanej jako wieś Góra, obecnej zwanego Górą Kalwarią. Prócz reprintu księga zawiera doskonałe tłumaczenia łacińskich dokumentów dokonane przez s. Małgorzatę Borkowką, autorkę świetnej monografii tego miasta. Na szczęście wyszło wznowienie tej księgi, bo dotąd się z nią rozmijałem, nawet na ostatnim powiatowym święcie książki w Hugonówce, gdzie zdaje się pojawił się wraz z książką p. Prus-Wiśniewski nie udało mi się być obecnym.

A czemu piszę o tej książce? Jak wiadomo wszystkie okoliczne miejscowości stanowią swego rodzaju ciąg naczyń połączonych, przez długie lata swej wzajemnej historii były ze sobą nierozerwalnie powiązane. Stąd i w księdze tej znaleźć możemy wiele nieznanych i nieuwzględnionych wcześniej informacji na temat Cieciszewskich, czyli potomków Pierzchałów, zamieszkujących ziemie położone na południe od Jeziorki. Do członków tego rodu należały Obory i Cieciszew, stanowiące kolebkę gminy Konstancin-Jeziorna. W książce znajdziemy także sporo informacji na temat zaginionej parafii cieciszewskiej, obecnie w okrojonym zakresie funkcjonującej w Słomczynie.

Jakakolwiek próba dokładnego odtworzenia granic wcześredniowiecznej organizacji kościelnej w Polsce jest z góry skazana na niepowodzenie, nie tylko z uwagi na brak źródeł, lecz również z racji ich niedookreślenia w przypadku zachowanych dokumentów. Stąd docenić należy wagę dzieła ks. Nowackiego, który ponad pół wieku temu w monumentalnej historii diecezji poznańskiej przedstawił prócz naukowego wywodu wiele hipotez, broniących się po dziś dzień. Mimo, iż pierwsza znana wzmianka o parafii w Cieciszewie pochodziła z roku 1398, domniemywał na podstawie wezwania parafii, iż powstała ona co najmniej w XIII wieku. Pierwotnie poświęcono ją św. Prokopowi, którego kult szerzył się w tym okresie. Wskazywał także, iż istotnym jest jest, że parafia była tak rozległa, domniemując, że musiała obejmować dawne ziemie należące do jednego rodu.

Kościół w Cieciszewie w ostatniej ćwierci XVII wieku. Szkic autorstwa Jana z Jawora. Obok kościoła szkoła parafialna (oryg. w zbiorach AGAD, za P. Komosa, Osiem wieków Cieciszewa)

Studiując rozmaite źródła nieznane księdzu Nowackiemu dotarłem swego czasu do ciekawych zapisów pochodzących z roku 1737, gdzie odnotowano, iż pierwotny kościół wzniesiono w roku 1236, ustanawiając w Cieciszewie parafię. Zapis to niezmiernie ciekawy, bowiem sprawia, iż data ta staje się najstarszą w tej części Mazowsza, gdyż pierwsza wzmianka o kościele w Służewiu pochodzi z roku 1238, zaś w Górze z roku 1252. Jednakże wiadomo skądinąd, że już wcześniej istniały tam ośrodki kultu, zaś w akcie erekcji kościoła w Górze we wspomnianym roku 1252 zapisano, iż istniał wcześniej, od dawna otrzymując należne mu dziesięciny snopowe. Właśnie ten akt zamieszczony we wspomnianej na początku księdze, niejako pośrednio potwierdza istnienie w tym czasie parafii cieciszewskiej.

Na podstawie późniejszych dokumentów jesteśmy w stanie wskazać, iż już w połowie XIII wieku rzeka Jeziorka była granicą między parafiami a zapewne także między ziemiami, które już wkrótce przyjąć miały nazwy warszawskiej i czerskiej. Na Jeziorce kończyła się parafia w Milanowie, czyli późniejszym Wilanowie. Dopiero w roku 1410 wyłączono z niej parafię w Powsinie, gdzie wzniesiono w roku 1398 kościół. Początkowo zresztą Milanowo obejmowało swym zasięgiem oba brzegi rzeki, dopiero w roku 1406 wyłączono z niego leżącą na prawym brzegu Wisły parafię w Zerzeniu, lecz jeszcze w XVI wieku pojawiały się spory o dziesięciny w stosunku do wsi i kęp położonych na obu brzegach rzeki. Co jednak znajdowało się na południe od Jeziorki w połowie XIII wieku? Jak wskazuje nam akt erekcji Góry była to inna parafia. Wśród dziesięcin wymienionych jako przynależne górskiej parafii wymienia się miejscowości takie jak Mniszew, czy Warszewice. Brak jednak leżącego na południe Cieciszewa, który wówczas już istniał, co wskazuje, iż między Milanowem a Górą istniała już wówczas inna parafia. To kolejna cegiełka potwierdzająca nam datę 1236, a z pewnością domysły ks. Nowackiego, choć wnioskowanie to nieco z milczenia źródła, w tym wypadku wydaje się uprawnione.

Szkic, który planowałem zamieścić w książce o Cieciszewie, lecz ostatecznie z niego zrezygnowałem, stąd nieco robocza jakość. Parafia Cieciszewska w XVII wieku. Widoczny obszar, który zajmowała, w XIX wieku dojdą jeszcze kolejne zakładane wsie w wyrąbanym lesie należącym do Szymanowskich m. in. Podłęcze, Kawęczynek, Borowina i inne miejscowości.

Inne ciekawe informacje w „Vinea Christi” znaleźć można o Łubnej, która z rąk Raczków przejdzie w XVII wieku na rzecz bp. Wierzbowskiego i Nowej Jerozolimy. Otóż Raczkowie to potomkowie Cieciszewskich, którzy jeszcze na początku XVII wieku wieś tę posiadali. Co prowadzi nas znowu do domysłów ks. Nowackiego odnośnie rodowego charakteru ziem cieciszewskich.

Trudno wskazać dokładny zasięg terytorialny parafii w kierunku zachodnim. Wschodni zapewne od początku wyznaczała Wisła, nie znalazłem jak dotąd ani jednego odniesienia pobierania dziesięcin z miejscowości prawobrzeżnych, takich jak choćby Duda czy Borowie, mimo iż Otwock jak wynika z wizytacji dokonanej w roku 1649 wraz z Żelawinem i Glinkami odprowadzał snopowe do kościoła w Górze (znowu kłania się ciekawy dokument zawarty we wspomnianej książce). Południowa granica przebiegła między Brześccami a Moczydłowem, w okolicy Wólki Załęskiej, północną wyznaczała Jeziorka. Droga z Piaseczna do Góry nie istniała w obecnym kształcie, wytyczono ją w XIX wieku, granica biec musiała gdzieś w lasach. Ciekawe jest natomiast, że jeszcze w XVIII wieku uposażeniem plebana w Słomczynie były ziemie pod Jazgarzewem, mimo iż leżał on poza terenem parafii.

 

Jeszcze fragment "Vinea Christi". Jak widać jest sporo o Cieciszewie i Cieciszewskich, od których spadkobierców nota bene bp. Wierzbowski zakupił sporo terenów w okolicach Góry.

Nawet jeśli potraktujemy datę 1236 nieco apokryficznie, choć ponoć notujący ją w roku 1737 zapisał ją z dokumentów ocalonych ze zniszczonego kościoła w Cieciszewie, które już w pół wieku później nie istniały, skłaniam się ku twierdzeniu, iż parafia powstała właśnie w tym czasie. W tym kształcie przetrwała do początków XX wieku, kiedy to zaczęto tworzyć kościoły filialne w Konstancinie i Mirkowie, z czasem wyłączone jako oddzielne parafie. Chyba za 2 lata trzeba będzie szykować się na 800-lecie, ja oczywiście będę temat drążyć dalej… Podobnie jak prędzej czy później wrócę do nieznanych dziejów terenów na południe od Góry Kalwarii i ich związków z Cieciszewskimi, bo to jeszcze niezbadana sprawa. Nie dziwmy się natomiast problemom z określaniem granic, wiele spośród nadwiślańskich miejscowości z przynależnością kościelną miało problem przez wieki i po dziś dzień nie wiadomo którym kościołom podlegały, ale o tym kiedy indziej.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • >Vinea Christi. Dokumenty dotyczące założenia miasteczka Góra Kalwaria, Kraków-Góra Kalwaria 2011
  • Nowacki J., Dzieje archidiecezji poznańskiej t. I i II, Warszawa 1959 i 1964

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci