Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Na Urzeczu

Jesień na Łurzycu

ksunder

Na blogu poczytać można już było o zimie i wiośnie na Urzeczu, pora opisać także jesień zwłaszcza, iż dobiega ona właśnie końca. To nie pomyłka, bowiem końcem jesieni był dzień znany obecnie jako Święto Niepodległości, który nim data ta stała się znacząca w historii Polski, znany był po prostu jako dzień Świętego Marcina. Do tego dnia należało zakończyć wszelkie prace w polu i przygotować się na nadejście zimy i opady śniegów.


Był to jednocześnie termin składania danin dworskich, „od świętego Marcina zima się poczyna” pisano w XVII wieku, zwyczaj zaś dokonania do tego dnia rozliczeń znany był już Mikołajowy Rejowi. Jeszcze pod koniec XVIII wieku dzień ten wyznaczał ostateczny termin, kiedy obowiązki wynikające z pańszczyzny, wypełnić mieli poddani dóbr oborskich. W XVII wieku Oskar Haur w Oekonomi zalecał aby wybrać do tego dnia wszystkie daniny chłopskie „kapłuny, gęsi, zwierzyny, kokoszy owoc, sypane zboże (…) czynsze pieniężne, stróżne najemne, gajowe, arendne, karczemne, rybne i miodowe”. Nie inaczej było w dobrach oborskich, gdzie specjalne tabele regulowały należności inne niż liczba dni, które należało spędzić odpracowując pańszczyznę w polu oraz nocy na pełnienie „stróży" we wsi, bądź dworze w Oborach. W roku 1790 tutejsza ludność regulowała swe powinności głównie w pieniądzach, co było korzystniejsze dla dzierżawcy dworu Wielopolskich, który zaopatrywał dwór w produkty rolne z upraw na folwarkach w Łyczynie, Łęgu i Oborach. Stąd dozwolono poddanym rozliczać się w złotych i groszach, wyjątkiem była jedynie konieczność ciągłego zaopatrywania dworu w jaja, kury, kapłony oraz chmiel niezbędny do produkcji piwa w tutejszym browarze. Każdorazowo realizację obowiązku  odnotowywał pisarz dworski, który na podstawie prowadzonych ksiąg rachunkowych sprawdzał przed dniem Świętego Marcina czy został on wykonany aby,  jak byśmy to dzisiaj powiedzieli zamknąć rok fiskalny i przystąpić do wyliczenia dochodów dóbr.

Na Urzeczu nie mogło jesienią zabraknąć i przyboru wody, gdy Wisła we wrześniu podnosiła swój poziom po raz ostatni nim zaczął ją skuwać lód. Potem następowały jesienne zasiewy i naprawy domostw przed zimą. Jednym z obowiązków wójtów tutejszych wsi było dopilnowanie, aby strzechy nie miały dziur, a wszystkie chałupy pobielone zostały wapnem i każde z domostw gotowe było na nadejście mrozów. Naprawy miały zostać wykonane przed dniem Świętego Marcina.

Dzień to był wolny od zajęć gospodarskich, zwracano specjalnie uwagę, aby w dniu tym zatrzymała się praca w młynach. W Świętym Marcinie upatrywano dnia przepowiedni, jak pisano „przez gęsi piersiową kość, która śniegu wielkość białością, ciężkość mrozów czerwonością swoją znamionuje, ale gdy jest sam dzień sucho pogodny, ostrą zimę znaczy, jeśli zaś niestateczne będzie powietrze to też niestatecznej można spodziewać się zimy”. Jak łatwo wywnioskować z powyższego opisu, we dworach i pałacach podawano staropolskim zwyczajem gęś, zapewne tak samo we dworze wilanowskim, w Bielawie u Jabłonowskich, w Jeziornie u Dzierzbowskich, w Oborach, u Bielińskich w Otwocku Wielkim…

Jesień zmieniała rytm codziennego życia, znaczonego dotąd od wczesnej wiosny pracą w polu. Nadchodziła pora spędzania czasu w domostwach, przy dawnych opowieściach i pracach domowych. Lecz nie tylko. Miesiące przed nadejściem mrozów i śniegów, w szczególności listopad w okolicach Świętego Marcina, stawały się czasem ślubów. Rzadko miały one miejsce w lecie, co związane było z nasileniem prac w polu. Dopiero gdy one ustawały, a pogoda umożliwiała jeszcze zorganizowanie weseliska, wchodzono w związki małżeńskie. Stąd przeglądając łurzyckie księgi metrykalne widzimy, iż miesiącami w którym zawierano najczęściej śluby były październik i listopad, zwykle w okolicach Świętego Marcina, a także czas, gdy zima stawała się nieco lżejsza, jak koniec stycznia i początek lutego. W miesiącach tych zawarto w latach 1660-1717 w parafii cieciszewskiej większość ślubów. Wywodzący się ponoć z czasów zaborów zwyczaj, aby na znak żałoby po upadku Powstania Styczniowego i protestu przeciw rosyjskim władzom, nie zawierać małżeństw w miesiącach klęsk narodowych, nie mających litery „r” w nazwie, nie był jeszcze znany…

I tak przy ogniu płonącym w domostwach na Urzeczu rozpoczynała się zima.


 Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • BYSTROŃ J.S., Dzieje obyczajów w danej Polsce wiek XVI-XVIII, Warszawa 1994

Odejścia

ksunder

Początek listopada skłania zawsze do nostalgii i zadumy. Odwiedzając cmentarze na chwilę zbliżamy się do śmierci, ośmieszając ją coraz częściej w ramach starego celtyckiego święta Halloween, które szerząc się w Polsce, wypiera nasze refleksyjne wspominanie zmarłych i zwyczaj zaduszny, choć nikt już nie pamięta genezy żadnego z tych świąt. Wyeliminowaliśmy śmierć z naszego życia, stopniowo i niezauważalnie, mało kto uświadomił sobie czego nam brakuje…

Przed wiekami, stuleciami, jeszcze kilkadziesiąt lat temu, śmierć była wszechobecna w życiu codziennym i nie była jak obecnie przeżywana wyłącznie w zaciszu domostw, wśród rodzin i znajomych. Zarazy, choroby i wojny zbierały liczne żniwo, co sprawiało, iż zmarli byli wszechobecni, a świadomość nadejścia śmierci była znaczna. Rodziny szlacheckie i arystokratyczne wiedziały jak ważne jest sporządzenie odpowiednich zapisów testamentowych, dbały o ich bieżące aktualizowanie, nie tylko z uwagi na prawny porządek. Pięknymi słowami ujęła tę kwestię w testamencie Urszula Wielopolska: Ja Urszula z Potockich (…) uważając nieuchronny dla każdego przypisany Wyrok Boski, że kto się rodzi umierać powinien, nie chcąc bez rozrządzenia duszy i majątku mego z tego schodzić świata, zdrowa na umyśle i ciele to ostatnie czynię postanowienie. Starościna krakowska zjechała po raz ostatni w te strony w styczniu 1806, przyjeżdżając z Krakowa leżącego w Austrii, do Warszawy położonej w Prusach. W grudniu zmarł Michał, syn jej siostry, Eleonory Potulickiej z Potockich. Od rozbiorów zarządzał majątkiem oborskim, mieszkając w tamtejszym dworze, który miał stanowić jego spadek. Urszula niezwłocznie po pogrzebie w dniu 15 stycznia zapisy testamentowe zmieniła ustalając, iż majątek przejdzie w ręce nieletnich dzieci jej ukochanego siostrzeńca. Gdy zmarła kilka miesięcy później w dniu 15 maja, Obory wraz z przynależnymi im dobrami przeszły w ten sposób pod kuratelę Elżbiety z Wodzickich, matki 14 letniego Kacpra Potulickiego.

Lecz odejścia to nie tylko kwestie testamentowe. Prócz wojen, które pozostawiały trupy leżące wśród okolicznych pól i nad rzekami, umierało się w domach. Obecnie zwłoki szybko zabierane są z mieszkań, lecz przecież jeszcze nie tak dawno temu nie tylko na Łurzycu odbywało się czuwanie przy zmarłym, który pozostawał w domu jeszcze przed dwa-trzy dni po śmierci. Nad jego ciałem odprawiano modły, najczęściej robiły to najstarsze mieszkanki miejscowości. Jeszcze w latach osiemdziesiątych takie czuwania odbywały się w tutejszych wsiach. Dopiero po ich zakończeniu kondukt pogrzebowy wyruszał do kościoła i na cmentarz. Starym zwyczajem odprowadzano wówczas zmarłego do granicy wsi, gdzie ustawiona była kapliczka. To jej kolejna funkcja w życiu tutejszych społeczności. Tam odbywało się pożegnanie, bo na pogrzeb nie wszyscy mogli się udać. Pamiętam jeden z ostatnich takich pogrzebów w Opaczy, gdy zmarła moja prababcia, a przez wieś szedł na pożegnanie kondukt pogrzebowy, aż do kapliczki gdzie nastąpiło jej pożegnanie przez społeczność i dopiero po nim odprowadzono zwłoki na cmentarz. Miało to miejsce ponad ćwierć wieku temu. Nie słyszałem aby gdzieś na Łurzycu zwyczaj ten jeszcze był kontynuowany.

Z odprowadzaniem na cmentarz różnie bywało. Czasem trumna była wożona, czasem w wypadku szczególnej zażyłości noszona przez najbliższych przyjaciół zmarłego. W latach sześćdziesiątych trumnę z Brześcc do kościoła w Słomczynie przynieśli przyjaciele ucznia utopionego w Wiśle. Dziś wydaje się niewiarygodne aby trumnę nieść tak wiele kilometrów, jednak w przeszłości zdarzało się to dość często. Od XIX wieku udawano się na cmentarze, gdzie odprawiano modły nad zmarłym, wcześniej pochówki odprawiano w różnych miejscach, często przy kościołach. Jednym z takich miejsc był choćby teren nieistniejącego już kościoła w Cieciszewie. Dopiero w roku 1807 w Księstwie Warszawskim nakazano organizować cmentarze w określonej odległości od siedzib ludzkich, a na nich grzebać zmarłych, wcześniej tworzenie cmentarzy i pochówki nie były niczym regulowane. W kilkanaście lat później wprowadzono księgi stanu cywilnego, od roku 1825 należało wraz z kilkoma świadkami udać się do kapłana, który wpisywał urzędową formułę: stawił się okazując niemowlę, lub stawili się by zaświadczyć o śmierci…

Właśnie na tworzonych od początku XIX wieku cmentarzach odwiedzamy naszych zmarłych dzisiaj, a śmierć jest teraz jakże odległa. Lecz kiedyś, jak i narodziny była stałym elementem codzienności.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory

W sercu Urzecza

ksunder

Uroczystość w Cieciszewie już za nami, a dzięki organizatorom stała się przede wszystkim świętem lokalnej społeczności. Lecz muszę przyznać, że z mojego punktu widzenia, jednym z najbardziej miłych akcentów był ten, który dla innych przemknął kompletnie niezauważony. Cieciszew odwiedzili bowiem niejako incognito, nie afiszując swej obecności, trzej członkowie Towarzystwa Przyjaciół Karczewa. Wizyta ta tym bardziej nabiera znaczenia, wraz z niedawnym spotkaniem burmistrzów obu sąsiadujących gmin na Wiśle w trakcie Flis Festiwalu, iż przywołuje pamięć o nie tak dawnej, lecz już zapomnianej wspólnej historii tych okolic. Czytający tego bloga wiedzą, że przypominam co jakiś czas przewóz w Gassach oraz Karczew pokazując bliski związek obu brzegów Urzecza, który trwał przez stulecia. Acz jak kiedyś wspominałem sam traktuję rzekę jako granicę, a gdy zaczynam wspominać o historii tych okolic, odruchowo myślę o obszarze leżącym na lewym brzegu, od Wilanowa po Górę Kalwarię. Nie tylko ja mam ten problem, lektura książek o historii miejscowości prawobrzeżnego Łurzyca, takich jak Otwock, Zerzeń czy Karczew wskazuje na podobny sposób myślenia ich autorów, jakby rzeka była murem, za którym zaczyna się inny świat. A przecież w ubiegłych wiekach Falenica należała do Bielawy, Świder do Obór, a Karczew był sercem tych ziem. Stąd właśnie wizyta przedstawicieli TPK miała tak duże znaczenie…

Karczew od wieków był punktem odniesienia dla miejscowości leżących na obu brzegach Wisły, stąd nazwanie go przeze mnie jednym z serc Urzecza. W Zerzeniu trakt prowadzący przez osadę zwano karczewskim, Gliniankę (Wawrzyńców) określano jako miasto na trasie z Mińska do Karczewa, nie wspominając o drodze przez Obory, również znaną jako droga do Karczewia, do którego przeprawiano się przewozem. W roku 1548 Karczew stał się miastem i choć po Powstaniu Styczniowym prawa miejskie mu odebrano, pozostał najważniejszym punktem handlowym na mapie tej części Łurzyca. W poniedziałki organizowano tam jarmarki, a targi w każdy piątek. Stąd dla okolicznych wsi stał się głównym rynkiem zbytu, a starsze pokolenie po dziś dzień wspomina o skupowaniu trzody i przetwórstwie mięsa za Wisłą, gdy karczewscy handlarze, szczególnie żydowscy, krążyli po wsiach lewego brzegu, docierając nawet na jarmark w Piasecznie, aby kupić żywiec. To w Karczewie pieniądze zarobione na sprzedaży owoców w Otwocku wydawali mieszkańcy Słomczyna i Cieciszewa, którzy powracając do przewozu byli tam częstymi gośćmi. A inne okoliczne wsie, w których, prócz truskawek i jabłek tak chętnie kupowanych w letniskach linii otwockiej, uprawiano również warzywa, sprzedawały je na targu w Karczewie. Targ w Skolimowie nigdy nie stał się tak dochodowy i opłacalny.

Napis na cokole figury ustawionej w pobliżu karczewskiego kościoła, pamiątka handlowej świetności miasta. Uwagę zwraca również zastosowana odmiana nazwy miejscowości, będąca w częstym użyciu na lewym brzegu i wielu dawnych dokumentach, prostowana przez mieszkańców, bowiem właściwą odmianą jest "Karczewa". Tu jednak zastosowano gwarową łurzycką wymowę najwyraźniej powszechnie używaną jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym.

Lecz Karczew i jego okolice to nie tylko handel, również bliskie związki rodzinne.  Masikowie z Powsina, Olszankowie z Kozłowa i Obór, Grzankowie, Ćwiekowie, Cynakowie to rody biorące wieki temu początki na lewym brzegu kapryśnej Wisły. Obecnie nazwiska te występują po obu stronach rzeki, z przewagą prawego. Wiele tutejszych rodzin posiada zawiślańskie związki w Karczewie i okolicach; czy to w Nadbrzeżu czy Otwocku Wielkim.

Karczewski kościół nierzadko przejmował w historii tych ziem rolę parafii cieciszewsko-słomczyńskiej, o czym świadczą wpisy w księgach parafialnych. W roku 1794 po przemarszu wojsk rosyjskich kościół w Słomczynie w zasadzie przestał na kilka miesięcy funkcjonować, a sakramentów dokonywano w Karczewie. A jak wspominają najstarsi mieszkańcy naszej gminy, jeszcze przed wojną zimową porą, łatwiej było z Opaczy, Ciszycy, Łęgu, Czernideł i Gassów chodzić na nabożeństwa do Karczewa. Po przejściu przez lód trafiało się na wyjeżdżoną wozami drogę w nieistniejącej już wsi Przewóz, która obecnie jako ulica Wiślana prowadzi nadal to tamtejszego kościoła. Droga w kierunku Słomczyna aż do Piasków i Cieciszewa była w dużej mierze nieprzejezdna z powodu śniegowych zasp, bowiem rzadko nią uczęszczano tą porą roku. I tak było też w wiekach wcześniejszych. Lecz latem między obiema parafiami chodziły procesje na odpusty w obu kościołach. A odpust św. Wita, patrona karczewskiego kościoła,  z towarzyszącymi mu atrakcjami, po dziś dzień wspominany jest w Gassach i okolicznych wsiach. Kramy umożliwiały zakup wielu rzeczy, które pojawiały się na jarmarkach i targach.

Zanikające drewniane budownictwo Karczewa na pięknych rysunkach Bogdana Trzepałki, których tekę można było nabyć na tegorocznych Dniach Karczewa.

Ciekawym zbiegiem okoliczności są także bardzo zbliżone daty w historii obu wiślanych brzegów. Kościół w Słomczynie Wielopolscy wznieśli w latach 1717-1725, zaś Bielińscy w Karczewie w latach 1730-1737. Pałac Oborski powstał w latach 1680-1688 a w Otwocku Wielkim w latach 1681-1689, w obu wypadkach autorstwo projektu przypisuje się Tylmanowi z Gameren. Zresztą na obu brzegach powtarzana jest ta sama legenda, iż groble pod budowę pałaców sypali tureccy jeńcy. Legenda, która jak dotąd nie znalazła żadnego potwierdzenia. Los sprawił zresztą, że w roku 1805 pałac w Otwocku Wielkim przeszedł z rąk Bielińskich, a w roku 1806 pałac w Oborach z rąk Wielopolskich. Wszystko to ukazuje nam jednak bliskie związki i wzajemny wpływ na siebie łurzyckich brzegów. „Chodzenie” Wisły i regulacja rzeki wraz z budową wałów pozostawiły przy Karczewie wiele pól należących do wsi Gassy. Acz podczas budowy wałów w dobrach wilanowskich to właśnie Karczew stał się jednym z głównych miejsc zaopatrzenia w faszynę, którą po zakupie od tamtejszych Żydów, łatwo spławić było galarami w kierunku wsi Siekierki.

Oczywiście nie byłoby tych związków, gdyby nie przewóz, który łączył oba brzegi. Kto był na Flis Festiwalu mógł posłuchac nieco o jego historii, ja wspomnę jedynie, iż prócz przewożenia furmanek na targi i jarmarki, oraz odwiedzających się rodzin zawiślańskich, jeszcze po wojnie pływali nim zawodnicy piłkarskiego klubu LKS Mazur z Karczewa. Z Gassów furmanką jechali dalej na Plac Sportowy do Skolimowa, na mecz ligi okręgowej.

Trzy ganki - Cieciszew, Otwock Wielki i Karczew (zdjęcie nr 1 Adam Zyszczyk)

Ostatnio zacząłem także zwracać uwagę na ciekawe związki budownictwa na obu brzegach. Prócz wyraźnych wpływów olęderskich w nadwiślańskim budownictwie, w Karczewie, Otwocku Wielkim, Cieciszewie, Czersku oraz starej części Jeziorny dostrzec można jeszcze kilka drewnianych domów wyposażonych w charakterystyczne drewniane niezabudowane ganki. Wyposażone w drewniane ławeczki przypominają nam o zapomnianym aspekcie przedwojennego życia, kiedy można było przysiąść i obserwować ulicę. Świadczy to też o specyficznym charakterze Karczewa, który mimo utraty praw miejskich zwany był nadal miastem, lecz życie biegło w nim w sposób podobny to tutejszych wsi mimo, iż większość mieszkańców nie uprawiała roli. Oczywiście ganki to stały element ówczesnych domów, lecz warto zwrócić uwagę na podobieństwo ich wykonania po obu stronach rzeki, co także pokazuje nam zasięg wzajemnych wpływów i bliskie związki obu brzegów. Zresztą Karczew swoją zabudową i rozplanowaniem przypomina bardziej inne łurzyckie osady, niż miasta takie jak Piaseczno czy Góra Kalwaria. Do zakończenia drugiej wojny światowej dominowało tam drewniane budownictwo i niska zabudowa. Wciąż znajdziemy w mieście wiele takich domów, to zaprzestano ich budowy po wojnie, kiedy zapanowała moda na murowane domy z czerwonej cegły. Choć mieszkańcy Karczewa wspominają, iż dostarczano ją wozami z Warszawy jako rozbiórkową, to na lewym brzegu historię zapamiętano inaczej. Ponoć przez przewóz wciąż krążyły furmanki z cegielni w Oborach, dla której w latach czterdziestych i pięćdziesiątych Karczew stał się głównym rynkiem zbytu, a jego mury zbudowano z oborskiej cegły.

Ganek w Jeziornie na ulicy Niskiej, co ciekawe skierowany w stronę ówczesnego koryta rzeki (zdjęcie pożyczone z forum konstancin.com, niestety gęsta roślinność uniemożliwiła mi wykonanie lepszej fotografii). Obok ganek w Czersku z wyraźnie widocznymi inspiracjami świder-majerowymi. Na obu brzegach Urzecza występują te same wzory (zdjęcie ze strony Towarzystwa Przyjaciół Świdra)

Obecnie oba brzegi Urzecza są rozdzielone mimo wieków wspólnej historii. Którą mam nadzieję uda się spisać kiedyś i opracować…


Do poczytania i pooglądania:

  • Karczew. Dzieje miasta i okolic, red. L. Podhorodecki, Karczew 1998
  • Mój Karczew. Zeszyt drugi, rysunku Bogdana Józefa Trzepałki, Karczew 2013

A teraz nastąpi przerwa, bowiem nadeszły wakacje, a autor bloga odczuwa nieco zmęczenia, gdyż wpisy będące czymś w rodzaju esejów historycznych wymagają nieco nakładu pracy, stąd i potrzeba odpoczynku. W nadchodzących dniach dodam jeszcze spis treści dotychczasów wpisów. Do normalnej działalności blog wróci między wrześniem a październikiem. Jako, że zaniedbałem ostatnio nieco na rzecz ziemi czerskiej leżącą po drugiej stronie Jeziorki ziemię warszawską z Jeziorną, Bielawą, Skolimowem i Okrzeszynem, to będzie nieco więcej na ich temat. A w międzyczasie kilka wpisów natury wakacyjnej, czyli sensacji godnych sezonu ogórkowego oraz ciekawych rzeczy, które można zobaczyć w tych okolicach. Ale na razie pora odpocząć…

Kościół w Cieciszewie

ksunder

W Cieciszewie znajduje się plac, który jak pisano już 100 lat temu „przez mieszkańców otoczony jest wielkim szacunkiem jako miejsce dawnej parafii, o czym przekazują sobie opowieści w kolejnych pokoleniach”. Przeprowadzone badania potwierdziły tę opowieść, bowiem w tym miejscu znajdował się kościół. Do niedawna przyjmowano w ślad za pierwszą znaną wzmianką o proboszczu cieciszewskim Boleście, obecnym przy erygowaniu parafii powsińskiej, że ówczesna parafia św. Prokopa powstała w roku 1398. Data taka widnieje na kamieniu pamiątkowym ustawionym na placu w 600-lecie tego wydarzenia, choć ks. Nowacki, wybitny znawca historii archidiecezji poznańskiej wskazywał, iż parafia powstała zapewne w XIII wieku. W jego początkach szerzył bowiem się kult św. Prokopa z Sazawy będącego pierwszym patronem parafii, nasilony wskutek kanonizacji w roku 1204.

Domysły te udało się potwierdzić, dzięki odnalezionym zapiskom w Archiwum Głównym Akt Dawnych związanych z przeniesieniem kościoła do Słomczyna. Jak zapisano w XVIII wieku, stary kościół powstał w roku 1236. Powyższe sprawia, iż świątynia znajdująca się obecnie w Słomczynie staje się najstarszą na Łurzycu i w tej części Mazowsza, bowiem pierwsza wzmianka o kościele w Górze, który miał istnieć „od czasów najdawniejszych” pochodzi z roku 1252, zaś uznawana dotąd za najstarszą służewska parafia św. Katarzyny, powstała dopiero w roku 1238. I choć zapisek o powstaniu kościoła pochodzi z roku 1737, a już pół wieku później zapisano o początkach kościoła Cieciszewskiego od kogo był fundowany i jak uposażony wiedzieć nie można, gdyż ta wiadomość sięgałaby aż wieku tysięcznego dwóchsetnego, uznać można go za wiarygodny. W sukurs przychodzi tu wiedza ks. Nowackiego, który już kilkadziesiąt lat temu wskazywał, iż kościół powstał w wieku XIII, gdzie jak wiemy istniał wówczas gród Ciecisza. Zapisek sporządzono zaś z okazji ustanowienia parafii w Słomczynie, odwołując się do dokumentów zniszczonych w kościele w Cieciszewie, z którego ocalić zdołano jedynie księgę małżeństw. A uczyniony został ręką współczesnych, którzy pamiętali jeszcze dokumenty przechowywane w dawnym kościele…

Miejsce dawnego kościoła przez stulecia przechowało się w pamięci mieszkańców Cieciszewa. Jeden z kamieni znajdujących się w miejscu dawnej siedziby parafii (fot. Ł. M. Stanaszek)

Co więc stało się z kościołem w Cieciszewie? Prócz powyższego zdadnia udało się odnaleźć szereg innych dokumentów, które w przyszłości umożliwią opracowanie jego historii. Tutaj jedynie jej krótki zarys, zresztą znany już wcześniej i opisany dość dobrze na stronie parafii w Słomczynie. W roku 1412 kościół został odnowiony przez Mrocisława inaczej Mroczka z rodu Pierzchałów, którego wnukowie znani byli już jako Cieciszewscy. W roku 1439 kościół został odbudowany ponownie, po rostrzygnięciu sporu między przedstawicielami rodu Pierzchałów, którzy nie zgadzali się co do jego lokalizacji. Ostatecznie jednak wzniesiono go w pierwotnym miejscu, gdzie stał przez kolejne stulecia, aż do roku 1715. To nie szereg powodzi przyczynił się do jego upadku, mimo iż tak wskazywano dotąd notując, że kościołowi zagrażała Wisła. Przez lata znajdował się w tym samym miejscu, a w okolicy kwitło osadnictwo. Cieciszew nie leżał już wówczas nad rzeką, a do części zwanej „Wielkie Cieciszewo Kościelne”, gdzie niegdyś na półwyspie znajdował się gród, woda docierała rzadko. Świątynia od lat nie znajdowała się nad brzegiem Wisłą.

Kościół doszczętnie zniszczyła jedna powódź, która zmieniła także koryto Wisły kierując je w inne miejsce. Kroniki notują, iż w roku 1713 wskutek takiego kataklizmu w Warszawie i okolicach zapanował głód, być może więc właśnie w tym roku przyszła katastrofa. W kluczu oborskim zagładzie i późniejszemu zapomnieniu uległa największa miejscowość, z którą Cieciszew graniczył, zwana Kozłowem, która znalazła się na dnie rzeki. Zniszczona została wieś Sosnka i większa część Cieciszewa. W roku 1715 na niegdyś zasiedlonych gruntach zaczęło się nowe osadnictwo, a na zniszczonych ziemiach nazwanych od osadów wiślanych Piaskami powstała nowa wieś. A Cieciszew zmniejszył się do kilku domostw na dawnym półwyspie. I jak zapisano zniszczeniu przez powódź uległ także kościół, a jego resztki rozebrano. Stało się to przyczyną odbudowy kościoła na skarpie. Przez kolejne lata cieciszewski kościół był niejako ruchomy, bowiem wszelkie zachowane świadectwa sakramentów wskazują, iż chrzciny, małżeństwa i pogrzeby miały miejsce we wsiach na terenie parafii. Dopiero w roku 1725 ukończono budowę nowego kościoła, a w roku 1737 ustanowiono parafię, która jeszcze w XIX wieku znana była pod nazwą „parafii cieciszewskiej w Słomczynie”.

Taki los spotkał kościół, który datą powstania wyprzedza świątynie w Górze Kalwarii, na Służewie oraz inne w tej części Mazowsza. Choć pamiętać należy oczywiście, że w miejscach tych istniały już wcześniejsze ośrodki kultów religijnych. Jednakże Cieciszew i jego mieszkańcy mają prawo czuć się dumni z tej wielowiekowej historii, którą przechowali dla potomnych wskazując przez lata miejsce dawnego kościoła.

 


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • ks. Józef Nowacki, „Dzieje archidiecezji poznańskiej t.II, Poznań 1966

 

Kościół w Słomczynie wybudowany w roku 1725, od roku 1737 siedziba parafii cieciszewskiej (fot. T. Kwiręg)

O flisakach i orylach

ksunder

Flisactwo to kolejny temat-rzeka, o którym już wiele napisano, co przyczyniło się do poznania zwyczajów i organizacji ludzi zajmujących się spławem rzecznym. Lecz w opisach zwyczajów, życia codziennego i organizacji cechu flisackiego zazwyczaj pomijany jest jeden aspekt – ludzi zajmujący się spławem i przemożny wpływ jaki wywarli na regiony nadrzeczne, takie jak Urzecze.

Flisacy na Wiśle, 1934. Zbiory NAC

Flisactwo czy też orylka nie cieszyły się na Urzeczu uznaniem, daleko tutaj do szacunku znanego choćby z Ulanowa. Orylami zwano w tych okolicach ludzi gwałtownych i kłótliwych, klnących ponad miarę i awanturniczych. Nierzadko flisem jako szeregowi oryle parali się ludzie co najmniej przypadkowi, luźni, zajmujący się pracą najemną. Spływali oni rzeką pomagając przy spławie, często osiedlając się na jej brzegach, bądź wędrując dalej po uzyskaniu zapłaty. Liczne bindugi rozsiane na obu brzegach Wisły, zbijenki czy też pale, pomagały w kontaktach z miejscową ludnością. Wzdłuż brzegów pełno było karczm, w kluczu oborskim takie przybytki obsługiwały podróżujących Wisłą w Dębówce, w Kopytach, przy przewozie w Gassach, w Chabdzinku, na Kępie Chabdzińskiej, zaś przed wybudowaniem wałów dopłynąć można było starorzeczami do przystani w Cieciszewie, Opaczy i Łęgu. Kolejne karczmy leżały w kierunku Wilanowa, na obu brzegach co 2-3 kilometry, co pokazuje nam ich dużą popularność wśród oryli. Choć flisak uznawany był za nieokrzesanego, podobnie jak marynarz w porcie, na brzegu miał czasem „narzeczone”. Stąd wzięło się zapewne zróżnicowane pochodzenie mieszkańców Urzecza, a w XVII wiecznej księdze metrykalnej zaginionej parafii w Cieciszewie wśród mieszkańców nadwiślańskich miejscowości wiele łacińskich wpisów o treści „zrodzona w niesławie”, „imię ojca nieznane”.

Lecz nierzadko i ludzie tacy osiedlali się i wtapiali w nową społeczność. Pomagał w tym zwyczaj szybkiego ponownego ożenku, wdowy rzadko długo pozostawały w tym stanie. Już w roku 1563 poddanym Piotra Cieciszewskiego ze Słomczyna był „rolny” Jan Fliszek, zamieszkujący Goździe. Z kolei w Jemielinie zamieszkiwał Flisz Stary, poddany Jana Cieciszewskiego, pana na Łyczynie. Być może osiadł tu na starość, bo przecież spław był ciężką fizyczną pracą, na którą nie starczało sił. Po orylach Łurzycoki odziedziczyć mieli swą kłótliwość i skłonność do bitki, choć nie tylko w tym regionie na wiejskich zabawach Maćki biły się ze sobą całymi wsiami. Odnotujmy jedynie, iż mieszkańców okolic Gassów zwano Grymlami, być może od niemieckiego słowa „grimm”, oznaczającego furię i gniew.

Właśnie dzięki flisakom na Urzeczu mogło początkowo rozpowszechnić się słownictwo niemieckiego pochodzenia, niekoniecznie zapożyczone od olęderskich osadników. Szymon Klonowic, autor słynnego XVI wiecznego poematu o flisie, napisał: „A te przezwiska od Niemców są wzięte / A w polskich flisów porządek przyjęte / Nie dziwujże nam, że źle wymawiamy/ Co z Niemiec mamy”. Stąd i „brzeg statku” czyli burta, niemiecki Bord; lecz przede wszystkim rozpowszechnione na Wiśle łachy, z niemieckiego „lache”. W okolicach Miedzeszyna po dziś dzień odnaleźć można Łachę Łurzycką, słowo to w okolicach Konstancina znane było już przed przybyciem Olędrów. Było już w powszechnym użyciu na początku XVII wieku, kiedy Jan i Jakub Oborscy dokonując działo dóbr opisali kępę na Wiśle, jako „łachę próchnowską”, biorącą swą początek  przy Chabdzinku. Przy Łęgu czy też „kępie łęskiej" zaczynała się z kolei ciągnąca aż do Imielina „łacha jemielińska". Słowo to do tutejszego języka wprowadzili być może flisacy, przejmując je zapewne z hanzeatyckiego Gdańska, bądź od osiadłych na Żuławach mennonitów, czy napotykanych na wodzie Olędrów…

Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden aspekt flisactwa.Wzdłuż Wisły biegły wydeptane ścieżki, zwane trelami, którymi holowano szkuty pod prąd, wykorzystując w drodze powrotnej technikę ślizgu. Ułatwiało to kontakty z mieszkańcami terenów nadbrzeżnych, a także ugruntowywało opinię o flisakach, którzy jak napisał w roku 1634 opisujący Mazowsze Jędrzej Święcicki: „złorzeczą sobie wzajemnie i wyzywającym odpowiadają obelżywie”, gdy mijały się ze sobą statki holowane, płynące z prądem i flisackie załogi. Gdy w XIX wieku rozpoczęto regulowanie wiślanego nurtu zdarzało się, że spławiane drewno uderzało w powstające tamy. Acz zdarzało się też, że wydarzenia takie powodowano celowo. W roku 1852 w protokole rewizyjnym z Kępy Nadwilanowskiej zapisano, iż „mniemane uszkodzenie tamy było pozorem zatrzymania drzewa ażeby z takowego powyrywać najgrubsze  pnie i gałęzie”. Łurzycoki dogadali się z orylami, którzy miast na brzeg skierowali pale na tamę, co umożliwiło kradzież znacznej jego części. Śledztwo wilanowskich oficjelistów ujawniło sprawcę, w postaci Januszka Nasiołowskiego z jednej z pobliskich wsi.

Dokument opłacenia podatku spławienia Wisłą z Małopolski do Obór drewna zakupionego przez Elżbietę Potulicką z 4 listopada 1812 roku, zbiory archiwalne

Tak doszliśmy do jeszcze jednej nieco pomijanej w literaturze sprawy. Po dostarczeniu spławionego towaru, czy to zboża, soli, a zwłaszcza drewna, następował powrót do miejsca wyruszenia. Wówczas flisacy imali się rozmaitych zajęć, aby drogę tę uczynić dochodową. W roku 1744 flisacy w dobrach oborskich zostali najęci do „wycinania korzeni z Wisły” oraz wykonania innych prac, mających na celu ochronienie brzegów. W tym samym roku młyn w kluczu oborskim był budowany przez górali zapewne z bali spławionych jako tratwy, wedle wskazówek młynarza z gór, przybyłego Wisłą. Jeszcze w XX wieku we wsiach Urzecza domy budowano z modrzewi  z południowej Polski, a tratwy flisackie zmieniające się po przybyciu na miejsce w domostwa, były czymś naturalnym.

Znów wypada napisać, że Wisła żyła, choć trudno obecnie sobie to wyobrazić, jej toń oraz brzegi były tłoczne. A retmani, szyprowie, czy sternicy, tworzyli społeczność posiadającą własne zwyczaje i gwarę. I stali się częścią tożsamości Urzecza.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, AGWil
  • KLONOWIC Sebastian, Flis to jest Spuszczanie statków Wisłą i inszemi rzekami do niej przypadającemi
  • OBUCHOWSKA – PYSIOWA Honorata, Handel wiślany w pierwszej połowie XVII wieku, Wrocław 1969
  • RESZKA Adam, Wiślane statki i techniki nawigacyjne od XVI do XX wieku, Gdańsk 2012
  • STANASZEK Ł. M.,  Na Łużycu. W zapomnianym regionie etnograficznym nad Wisłą, Warszawa-Czersk 2012

(do tej ostatniej pozycji jak zwykle odsyłam. Choć nie można jej już kupić na terenie gminy Konstancin-Jeziorna dostępna jest w większości bibliotek. A znajduje się tam cały rozdział o flisakach i orylach, z którego zaczerpnąłem jedynie kilka informacji, zaś pozostałe nie są dostępne nigdzie indziej)

O braci flisackiej zaś można jeszcze poczytać tutaj.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci