Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Na Urzeczu

Kościół w Cieciszewie

ksunder

W Cieciszewie znajduje się plac, który jak pisano już 100 lat temu „przez mieszkańców otoczony jest wielkim szacunkiem jako miejsce dawnej parafii, o czym przekazują sobie opowieści w kolejnych pokoleniach”. Przeprowadzone badania potwierdziły tę opowieść, bowiem w tym miejscu znajdował się kościół. Do niedawna przyjmowano w ślad za pierwszą znaną wzmianką o proboszczu cieciszewskim Boleście, obecnym przy erygowaniu parafii powsińskiej, że ówczesna parafia św. Prokopa powstała w roku 1398. Data taka widnieje na kamieniu pamiątkowym ustawionym na placu w 600-lecie tego wydarzenia, choć ks. Nowacki, wybitny znawca historii archidiecezji poznańskiej wskazywał, iż parafia powstała zapewne w XIII wieku. W jego początkach szerzył bowiem się kult św. Prokopa z Sazawy będącego pierwszym patronem parafii, nasilony wskutek kanonizacji w roku 1204.

Domysły te udało się potwierdzić, dzięki odnalezionym zapiskom w Archiwum Głównym Akt Dawnych związanych z przeniesieniem kościoła do Słomczyna. Jak zapisano w XVIII wieku, stary kościół powstał w roku 1236. Powyższe sprawia, iż świątynia znajdująca się obecnie w Słomczynie staje się najstarszą na Łurzycu i w tej części Mazowsza, bowiem pierwsza wzmianka o kościele w Górze, który miał istnieć „od czasów najdawniejszych” pochodzi z roku 1252, zaś uznawana dotąd za najstarszą służewska parafia św. Katarzyny, powstała dopiero w roku 1238. I choć zapisek o powstaniu kościoła pochodzi z roku 1737, a już pół wieku później zapisano o początkach kościoła Cieciszewskiego od kogo był fundowany i jak uposażony wiedzieć nie można, gdyż ta wiadomość sięgałaby aż wieku tysięcznego dwóchsetnego, uznać można go za wiarygodny. W sukurs przychodzi tu wiedza ks. Nowackiego, który już kilkadziesiąt lat temu wskazywał, iż kościół powstał w wieku XIII, gdzie jak wiemy istniał wówczas gród Ciecisza. Zapisek sporządzono zaś z okazji ustanowienia parafii w Słomczynie, odwołując się do dokumentów zniszczonych w kościele w Cieciszewie, z którego ocalić zdołano jedynie księgę małżeństw. A uczyniony został ręką współczesnych, którzy pamiętali jeszcze dokumenty przechowywane w dawnym kościele…

Miejsce dawnego kościoła przez stulecia przechowało się w pamięci mieszkańców Cieciszewa. Jeden z kamieni znajdujących się w miejscu dawnej siedziby parafii (fot. Ł. M. Stanaszek)

Co więc stało się z kościołem w Cieciszewie? Prócz powyższego zdadnia udało się odnaleźć szereg innych dokumentów, które w przyszłości umożliwią opracowanie jego historii. Tutaj jedynie jej krótki zarys, zresztą znany już wcześniej i opisany dość dobrze na stronie parafii w Słomczynie. W roku 1412 kościół został odnowiony przez Mrocisława inaczej Mroczka z rodu Pierzchałów, którego wnukowie znani byli już jako Cieciszewscy. W roku 1439 kościół został odbudowany ponownie, po rostrzygnięciu sporu między przedstawicielami rodu Pierzchałów, którzy nie zgadzali się co do jego lokalizacji. Ostatecznie jednak wzniesiono go w pierwotnym miejscu, gdzie stał przez kolejne stulecia, aż do roku 1715. To nie szereg powodzi przyczynił się do jego upadku, mimo iż tak wskazywano dotąd notując, że kościołowi zagrażała Wisła. Przez lata znajdował się w tym samym miejscu, a w okolicy kwitło osadnictwo. Cieciszew nie leżał już wówczas nad rzeką, a do części zwanej „Wielkie Cieciszewo Kościelne”, gdzie niegdyś na półwyspie znajdował się gród, woda docierała rzadko. Świątynia od lat nie znajdowała się nad brzegiem Wisłą.

Kościół doszczętnie zniszczyła jedna powódź, która zmieniła także koryto Wisły kierując je w inne miejsce. Kroniki notują, iż w roku 1713 wskutek takiego kataklizmu w Warszawie i okolicach zapanował głód, być może więc właśnie w tym roku przyszła katastrofa. W kluczu oborskim zagładzie i późniejszemu zapomnieniu uległa największa miejscowość, z którą Cieciszew graniczył, zwana Kozłowem, która znalazła się na dnie rzeki. Zniszczona została wieś Sosnka i większa część Cieciszewa. W roku 1715 na niegdyś zasiedlonych gruntach zaczęło się nowe osadnictwo, a na zniszczonych ziemiach nazwanych od osadów wiślanych Piaskami powstała nowa wieś. A Cieciszew zmniejszył się do kilku domostw na dawnym półwyspie. I jak zapisano zniszczeniu przez powódź uległ także kościół, a jego resztki rozebrano. Stało się to przyczyną odbudowy kościoła na skarpie. Przez kolejne lata cieciszewski kościół był niejako ruchomy, bowiem wszelkie zachowane świadectwa sakramentów wskazują, iż chrzciny, małżeństwa i pogrzeby miały miejsce we wsiach na terenie parafii. Dopiero w roku 1725 ukończono budowę nowego kościoła, a w roku 1737 ustanowiono parafię, która jeszcze w XIX wieku znana była pod nazwą „parafii cieciszewskiej w Słomczynie”.

Taki los spotkał kościół, który datą powstania wyprzedza świątynie w Górze Kalwarii, na Służewie oraz inne w tej części Mazowsza. Choć pamiętać należy oczywiście, że w miejscach tych istniały już wcześniejsze ośrodki kultów religijnych. Jednakże Cieciszew i jego mieszkańcy mają prawo czuć się dumni z tej wielowiekowej historii, którą przechowali dla potomnych wskazując przez lata miejsce dawnego kościoła.

 


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • ks. Józef Nowacki, „Dzieje archidiecezji poznańskiej t.II, Poznań 1966

 

Kościół w Słomczynie wybudowany w roku 1725, od roku 1737 siedziba parafii cieciszewskiej (fot. T. Kwiręg)

O flisakach i orylach

ksunder

Flisactwo to kolejny temat-rzeka, o którym już wiele napisano, co przyczyniło się do poznania zwyczajów i organizacji ludzi zajmujących się spławem rzecznym. Lecz w opisach zwyczajów, życia codziennego i organizacji cechu flisackiego zazwyczaj pomijany jest jeden aspekt – ludzi zajmujący się spławem i przemożny wpływ jaki wywarli na regiony nadrzeczne, takie jak Urzecze.

Flisacy na Wiśle, 1934. Zbiory NAC

Flisactwo czy też orylka nie cieszyły się na Urzeczu uznaniem, daleko tutaj do szacunku znanego choćby z Ulanowa. Orylami zwano w tych okolicach ludzi gwałtownych i kłótliwych, klnących ponad miarę i awanturniczych. Nierzadko flisem jako szeregowi oryle parali się ludzie co najmniej przypadkowi, luźni, zajmujący się pracą najemną. Spływali oni rzeką pomagając przy spławie, często osiedlając się na jej brzegach, bądź wędrując dalej po uzyskaniu zapłaty. Liczne bindugi rozsiane na obu brzegach Wisły, zbijenki czy też pale, pomagały w kontaktach z miejscową ludnością. Wzdłuż brzegów pełno było karczm, w kluczu oborskim takie przybytki obsługiwały podróżujących Wisłą w Dębówce, w Kopytach, przy przewozie w Gassach, w Chabdzinku, na Kępie Chabdzińskiej, zaś przed wybudowaniem wałów dopłynąć można było starorzeczami do przystani w Cieciszewie, Opaczy i Łęgu. Kolejne karczmy leżały w kierunku Wilanowa, na obu brzegach co 2-3 kilometry, co pokazuje nam ich dużą popularność wśród oryli. Choć flisak uznawany był za nieokrzesanego, podobnie jak marynarz w porcie, na brzegu miał czasem „narzeczone”. Stąd wzięło się zapewne zróżnicowane pochodzenie mieszkańców Urzecza, a w XVII wiecznej księdze metrykalnej zaginionej parafii w Cieciszewie wśród mieszkańców nadwiślańskich miejscowości wiele łacińskich wpisów o treści „zrodzona w niesławie”, „imię ojca nieznane”.

Lecz nierzadko i ludzie tacy osiedlali się i wtapiali w nową społeczność. Pomagał w tym zwyczaj szybkiego ponownego ożenku, wdowy rzadko długo pozostawały w tym stanie. Już w roku 1563 poddanym Piotra Cieciszewskiego ze Słomczyna był „rolny” Jan Fliszek, zamieszkujący Goździe. Z kolei w Jemielinie zamieszkiwał Flisz Stary, poddany Jana Cieciszewskiego, pana na Łyczynie. Być może osiadł tu na starość, bo przecież spław był ciężką fizyczną pracą, na którą nie starczało sił. Po orylach Łurzycoki odziedziczyć mieli swą kłótliwość i skłonność do bitki, choć nie tylko w tym regionie na wiejskich zabawach Maćki biły się ze sobą całymi wsiami. Odnotujmy jedynie, iż mieszkańców okolic Gassów zwano Grymlami, być może od niemieckiego słowa „grimm”, oznaczającego furię i gniew.

Właśnie dzięki flisakom na Urzeczu mogło początkowo rozpowszechnić się słownictwo niemieckiego pochodzenia, niekoniecznie zapożyczone od olęderskich osadników. Szymon Klonowic, autor słynnego XVI wiecznego poematu o flisie, napisał: „A te przezwiska od Niemców są wzięte / A w polskich flisów porządek przyjęte / Nie dziwujże nam, że źle wymawiamy/ Co z Niemiec mamy”. Stąd i „brzeg statku” czyli burta, niemiecki Bord; lecz przede wszystkim rozpowszechnione na Wiśle łachy, z niemieckiego „lache”. W okolicach Miedzeszyna po dziś dzień odnaleźć można Łachę Łurzycką, słowo to w okolicach Konstancina znane było już przed przybyciem Olędrów. Było już w powszechnym użyciu na początku XVII wieku, kiedy Jan i Jakub Oborscy dokonując działo dóbr opisali kępę na Wiśle, jako „łachę próchnowską”, biorącą swą początek  przy Chabdzinku. Przy Łęgu czy też „kępie łęskiej" zaczynała się z kolei ciągnąca aż do Imielina „łacha jemielińska". Słowo to do tutejszego języka wprowadzili być może flisacy, przejmując je zapewne z hanzeatyckiego Gdańska, bądź od osiadłych na Żuławach mennonitów, czy napotykanych na wodzie Olędrów…

Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden aspekt flisactwa.Wzdłuż Wisły biegły wydeptane ścieżki, zwane trelami, którymi holowano szkuty pod prąd, wykorzystując w drodze powrotnej technikę ślizgu. Ułatwiało to kontakty z mieszkańcami terenów nadbrzeżnych, a także ugruntowywało opinię o flisakach, którzy jak napisał w roku 1634 opisujący Mazowsze Jędrzej Święcicki: „złorzeczą sobie wzajemnie i wyzywającym odpowiadają obelżywie”, gdy mijały się ze sobą statki holowane, płynące z prądem i flisackie załogi. Gdy w XIX wieku rozpoczęto regulowanie wiślanego nurtu zdarzało się, że spławiane drewno uderzało w powstające tamy. Acz zdarzało się też, że wydarzenia takie powodowano celowo. W roku 1852 w protokole rewizyjnym z Kępy Nadwilanowskiej zapisano, iż „mniemane uszkodzenie tamy było pozorem zatrzymania drzewa ażeby z takowego powyrywać najgrubsze  pnie i gałęzie”. Łurzycoki dogadali się z orylami, którzy miast na brzeg skierowali pale na tamę, co umożliwiło kradzież znacznej jego części. Śledztwo wilanowskich oficjelistów ujawniło sprawcę, w postaci Januszka Nasiołowskiego z jednej z pobliskich wsi.

Dokument opłacenia podatku spławienia Wisłą z Małopolski do Obór drewna zakupionego przez Elżbietę Potulicką z 4 listopada 1812 roku, zbiory archiwalne

Tak doszliśmy do jeszcze jednej nieco pomijanej w literaturze sprawy. Po dostarczeniu spławionego towaru, czy to zboża, soli, a zwłaszcza drewna, następował powrót do miejsca wyruszenia. Wówczas flisacy imali się rozmaitych zajęć, aby drogę tę uczynić dochodową. W roku 1744 flisacy w dobrach oborskich zostali najęci do „wycinania korzeni z Wisły” oraz wykonania innych prac, mających na celu ochronienie brzegów. W tym samym roku młyn w kluczu oborskim był budowany przez górali zapewne z bali spławionych jako tratwy, wedle wskazówek młynarza z gór, przybyłego Wisłą. Jeszcze w XX wieku we wsiach Urzecza domy budowano z modrzewi  z południowej Polski, a tratwy flisackie zmieniające się po przybyciu na miejsce w domostwa, były czymś naturalnym.

Znów wypada napisać, że Wisła żyła, choć trudno obecnie sobie to wyobrazić, jej toń oraz brzegi były tłoczne. A retmani, szyprowie, czy sternicy, tworzyli społeczność posiadającą własne zwyczaje i gwarę. I stali się częścią tożsamości Urzecza.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, AGWil
  • KLONOWIC Sebastian, Flis to jest Spuszczanie statków Wisłą i inszemi rzekami do niej przypadającemi
  • OBUCHOWSKA – PYSIOWA Honorata, Handel wiślany w pierwszej połowie XVII wieku, Wrocław 1969
  • RESZKA Adam, Wiślane statki i techniki nawigacyjne od XVI do XX wieku, Gdańsk 2012
  • STANASZEK Ł. M.,  Na Łużycu. W zapomnianym regionie etnograficznym nad Wisłą, Warszawa-Czersk 2012

(do tej ostatniej pozycji jak zwykle odsyłam. Choć nie można jej już kupić na terenie gminy Konstancin-Jeziorna dostępna jest w większości bibliotek. A znajduje się tam cały rozdział o flisakach i orylach, z którego zaczerpnąłem jedynie kilka informacji, zaś pozostałe nie są dostępne nigdzie indziej)

O braci flisackiej zaś można jeszcze poczytać tutaj.

Chwalcie łąki umajone

ksunder

Dzisiejszy wpis ma charakter bardziej antropologiczny i refleksyjny niż historyczny, o czym uprzedzam już na wstępie; przyznam, iż nie był on uprzednio przeze mnie planowany. Znów wypada wspomnieć o kapliczkach przydrożnych, opisanych przez Adama Zyszczyka, których wygląd dokumentuje w serwisie zdjęciowym Bartek Biedrzycki. Nadszedł maj i kapliczki zaczęły być przyozdabiane kwieciem, zgodnie ze starym ludowym obyczajem. Przy niektórych zaś odprawiane są majowe modły, nie tylko na Urzeczu, lecz i w całej Polsce.

Kilka dni temu widziałem majowe nabożeństwo przy kapliczce w Borowinie. Na terenie naszej gminy wieczorne modły odbywają się jeszcze w kilku wsiach, zastanowiłem się kto z mieszkańców miasta Konstancin, czy osiedla Grapa ma jeszcze o tym pojęcie, bowiem zwyczaju tego nie uświadczymy przy krzyżach i kapliczkach stojących wśród zabudowań.

Zwyczaj zanika tak samo na Urzeczu jak i w reszcie kraju, w naszych okolicach coraz szybciej gdyż podlegają akulturacji związanej z bliskością Warszawy. Warto wiedzieć, iż nie jest on aż tak stary, bowiem w diecezji warszawskiej wprowadzony został dopiero w roku 1863. Jednakże już pod koniec XIX wieku w większości tutejszych wsi, oddalonych od siedzib parafii w Słomczynie i Powsinie gromadziło się wiele osób. Najstarsi mieszkańcy wspominają z przekazów swoich babć i dziadków, iż było to najczęściej późnym wieczorem, po zakończonej pracy na polu, a w nabożeństwach brały udział głównie kobiety i dzieci. Ośpiewywano litanię loretańską. We wsiach nadwiślańskich jeszcze w latach pięćdziesiątych przy kapliczkach gromadzili się przede wszystkim młodzi, bowiem jak zapamiętano, starsi nie mieli na to czasu, zajęci pracą. Kapliczki były wówczas miejscem spotkań, w tym nieistniejącym już świecie, w którym nie było telefonów i facebooka, gdzie młodzi mogli spędzać razem czas i odprowadzać się nawzajem do domów.

Majowe zdarzyło mi się widzieć nie tylko w Borowinie, zwyczaj trwa jeszcze w Opaczy, Gassach, Obórkach, także innych miejscowościach w powiecie piaseczyńskim jak Głosków; zapewne także jeszcze w innych miejscach naszej gminy, o których nie mam pojęcia. Lecz z roku na rok odbywają się coraz rzadziej, nie zawsze codziennie i biorą w nich udział osoby starsze, które jak wynika z przeprowadzanych przeze mnie rozmów, jeszcze do lat pięćdziesiątych nie przeważały wśród uczestniczących w tych nabożeństwach na Urzeczu. I z roku na rok jest ich coraz mniej. A w niektórych miejscach zanikł już nawet zwyczaj przystrojenia kapliczki. Pozbawiona jakichkolwiek kwiatów jest w tym roku najstarsza kapliczka w naszej gminie, znajdująca się na granicy Cieciszewa i Słomczyna, wybudowana w roku 1894.

Kapliczka na granicy Cieciszewa i Słomczyna, w tym roku nie została przystrojona (fot. A. Zyszczyk)

Kapliczki znikają wśród powstałej infrastruktury i dziś trudno sobie wyobrazić, że dawniej stały pośród lasów, czy łąk. Często w Warszawie mam okazję przechodzić obok kapliczki przy ulicy Olszewskiej na Mokotowie, powstałej w roku 1832. Dziś, w sąsiedztwie głośnej linii tramwajowej na ulicy Puławskiej, trudno sobie wyobrazić, że powstała przy polnej drodze, nieopodal wsi Mokotów, oddalonej od Warszawy. Zabudowa nieubłaganie przybliża się do Konstancina, a gmina stała się częścią aglomeracji, choć zarzucono na szczęście plany z końca PRL-u, mające na celu administracyjne połączenie ze stolicą. Jednak pola powoli się zabudowują, niedawna rozbudowa drogi sprawiła, że zacierają się widoczne odległości między dawnymi wsiami. Zniknęły już rosnące przy tej trasie drzewa, wkrótce jedynym widocznym śladem granicy między Bielawą a Powsinem będzie stojąca wśród zabudowań tabliczka, podobna do tych informujących o wjeździe do Marek czy Raszyna, gdzie trudno dostrzec, iż wjeżdża do innej miejscowości. Gmina w ciągu ostatnich dwóch dekad straciła rolniczy charakter, przestawia się powoli na profil turystyczno-usługowy i sprowadza się do niej coraz więcej osób, traktując Konstancin jak przedmieścia. Stąd i dawne zwyczaje, zanikają na naszych oczach.

Dlatego warto zwrócić uwagę na to, że ktoś ozdabia kwiatami krzyże w maju, a tam gdzie przetrwały jeszcze stare, wiejskie wspólnoty, odprawiane są majowe modły. Przystanąć na chwilę, posłuchać, zwrócić uwagę, iż przy każdej z kapliczek śpiewa się nieco inaczej, innymi słowami i inną melodią, utrwalić tę chwilę w pamięci, bowiem niestety w ciągu najbliższych lat zwyczaj prawdopodobnie wygaśnie.

Kolejny wpis pojawi się na już za kilka dni i będzie natury stricte historycznej, ten zakończę cytatem z Reymonta, który w znanej dwutomowej powieści tak opisał majowe nabożeństwo:

„Zebrali się przeto odprawiać nabożeństwo (…), kaj obok bramy stojała mała kapliczka z figurą Matki Boskiej. Każdego maja przystrajały ją dziewczyny w papierowe wstęgi a korony wyzłacane i polnym kwieciem obrzucały, broniąc od zupełnej ruiny (…) Kowal przyklęknął na przedzie, przed progiem, zarzuconym tulipanami a głogiem różowym, i pierwszy zaczął śpiewać. (…) Zaś naród śpiewał wpatrzony w jasną twarz Matki, co wyciągała błogosławiące ręce nad wszystkim światem: Dobranoc, wonna Lilija, dobranoc!” 

536229_547748535245533_119346057_n

Umajony krzyż znajdujący się w zawiślańskiej miejscowości Ostrówiec w gminie Karczew, zwany przez miejscowych "krzyżem na Łurzycu", ustawiony ponoć na pamiątkę potyczki powstańczej w roku 1863 (zdjęcie: Ł. M. Stanaszek)

 (tytuł zaczerpnięto pośrednio z artykułu, w którym także posłużono się tytułem tej pieśni – Jacek Jackowski „Chwalcie łąki umajone. Nabożeństwa majowe przy krzyżach i kapliczkach przydrożnych na Mazowszu w Łowickiem i Rawskiem” w: Gadki z chatki nr 79, marzec 2009)

Wiosna na Łurzycu

ksunder

Nadeszła wiosna więc Jeziorka przybrała, także i Wisła sięgnęła wałów. Nie bez powodu region zwano niegdyś Urzeczem, gdyż wiosenna woda potrafiła uczynić tu prawdziwe spustoszenie. Lecz usiłując się przed nią obronić, nasi przodkowie zwiększyli także zagrożenie zamieniając je na niebezpieczeństwo innego rodzaju. Gdy zaczęli budować główki, tamy i wały, płynąca leniwie woda, rozlewająca się po okolicznych polach, zaczęła wzbierać i nabierać pędu, nie mając dokąd ujść. Jak zapisywano, zaczęła się odbijać od jednego brzegu, by swym nurtem uderzyć w drugi. I tak jeden rodzaj powodzi zamieniono na inny i rozpoczęła się trwająca już prawie 190 lat historia walki z zabezpieczeniem wiślanych wałów i 150 letnia związana z przybieraniem Jeziorki w obrębie zbudowanych nad tą rzeką.

Wiosenna powódź pod Wilanowem i Zawadami, a w tle piękny chruściany płot (zbiory NAC)

Podczas wiosennego wezbrania wody powodowanego przez topniejący śnieg szczególnie niebezpieczne były zatory lodowe. Występowały przez wieki na całej długości Wisły, a ostatni wielki zator spowodował pamiętną powódź pod Płockiem na przełomie roku 1981 i 1982. Podobnie działo się w naszych stronach „gdy lody jedne pod Miedzeszynem a drugie pod Wólką Zerzeńską zatory poformowały wówczas koryto Wisły na lewy brzeg zwrócone zostało”, zanotowano w roku 1860. Przez lody i parcie wezbranej wody zmywane były tamy usypywane w ubiegłych latach, mające na celu spowolnienie wiślanego nurtu i skierowanie jego energii na środek rzeki. „Przejście lodów na Rzece Wiśle w roku bieżącym znaczne wyrządziło szkody w lądach a nawet i wałach ochronnych” jak zapisano w tym samym roku, a w usypanych niedawno wałach woda powodowała wyrwy. Wójt gminy Obory p. Lenk był wówczas świadkiem ofiarności dwóch kolonistów olęderskich, Jakoba Wolffa i Aleksandra Kurkowskiego, którzy usiłowali załatać przerwany wał pod wsią Zawady. Wody nie udało się powstrzymać, a Wisła rozlewając się za linią wałów w znacznym stopniu oprócz wsi zalała ich grunta leżące w Kępie Zawadowskiej i Nadwiślańskiej.

Lecz nie sądźmy, że problem dotyczyl tylko Wisły. Jeziorka przybierała od niepamiętnych czasów i zapewne stąd pochodzi jej pierwsza znana nazwa. Na łąkach między Jeziorną Królewską, a Jeziorną zwaną niegdyś Przyjeziorną bądź Wyględowem, a później Oborską, rozlewala się tworząc rozległe Jezioro. Właśnie wtedy znikał bród i konieczna była przeprawa łodziami, czym zajmowali się mieszkańcy wsi. Dawne rozlewisko wciąż jest widoczne, podobnie jak ślad dawnej linii brzegowej.  Wezbrana rzeka sięgała w swej dalszej części kępy, czy też „gruntu”, od którego wzięła nazwę wieś Grąd. Woda opływała teren dookoła nie zalewając go z racji istniejącego wzniesienia, stąd też w miejscu tym ulokowano Papiernię, której także zaczęła grozić wiosenna woda wzbierająca w obrębie wałów na Jeziorce, pochodząca również z Wisły.

Mapa z roku 1856 przedstawiająca rozlewisko pod Jeziorną

Sytuację częściowo poprawiło zatamowanie pod koniec lat dwudziestych XIX wieku przez hrabiego Kacpra Potulickiego ujścia Jeziorki i skierowanie jej do Wilanówki. Jednakże cofająca się woda zaczęła podnosić się wzdłuż tej ostatniej rzeki i powodowała powodzie na terenach zasiedlonych przez kolonistów olęderskich w dobrach wilanowskich, jezierskich i oborskich. W latach czterdziestych wieku XIX rozpoczęto rozbudowę istniejących wałów i sypanie nowych na lewobrzeżnym Urzeczu, a całością prac kierował początkowo dziedzic Bielawy, były oficer inżynieryjnych wojsk napoleońskich i polskich, Henryk Rossman. Wałami obudowano wtedy także Jeziorkę, lecz spiętrzona cofająca się woda spowodowała nowe zagrożenia. Dawne ujście było miejscem newralgicznym i podatnym na wiosenną wodę. W roku 1852 dyrektor Papierni Henryk Segno świadom zagrożenia doprowadził do wizji lokalnej z udziałem przedstawicieli Potockich z dóbr wilanowskich i Potulickich z Obór wskazując, iż gdyby więc w zagrożonym miejscu wał został przerwany przy cokolwiek wyższym stanie wody (…), natenczas ¼ część wody wiślanej buchnęłaby w wyłom, zapełniła dawne teraz miejscami osuszone, jednak zawsze nisko położone koryto Wilanówki, podniosłaby wodę w Jeziorce i tem samemy tamtejszym zakładom wielką wyrządziła szkodę, dalej pędząc zalałaby posiadłości JW. Hrabiego Pana [Potockiego] zalałaby również osady do Willanowa należące zatopiłaby łąki pod Willanowem i wiślaną żółtą wodę sprowadziłaby do czystego Jeziorna Wilanowskiego. Gdyby wyłom w wale raz został zrobiony ludzka siła nie wystarczyłaby aby w tem samem miejscu prąd wody zatrzymać . Pokazuje się z tego nie tylko że JW. Hrabia Potulicki, Papiernia w Jeziornie, lecz także skarb JW. Hrabiego Pana w niniejszej rzeczy jest zainteresowany lubo przerwaniem zagrożony wał nie jest w terytorium JW. Hrabiego Pana sytuowany. Dawne konflikty graniczne ustąpić musiały wspólnym interesom, związanym ze zmianą powstałą przez wybudowanie wałów. Tama o której tu mowa już nie istnieje, od ponad pół wieku Jeziorka jak dawniej wpada do Wisły w okolicach Habdzinka, po dokonanej regulacji rzeki.

Zdjęcie Marii Chrząszczowej z roku 1947 przedstawiające wiosenny wylew rzeczki Wierzbnej (Małej) na ulicy Batorego w Konstancinie. (zbiory Wirtualnego Muzeum Konstancina)

Historia powodzi, wezbrań wody i zagrożeń rzecz jasna trwa nadal, o czym chyba wiedzą najlepiej mieszkający nad Jeziorką, wzdłuż której w wielu miejscach woda podnosi się również za linią ochronną. W ostatnich latach wezbrana woda w Jeziorce po wielokroć na wiosnę przesączała się przez wały, naruszone przez bobry i w zasadzie choć nie przedostało się to do szerszej świadomości, tylko dzięki ofiarności ochotniczych straży pożarnych i mieszkańców tutejszych wsi, w tej części Urzecza nie doszło do powodzi, które wiele lat były tu codziennością.

A z wezbraniami wody i wiosną, było także nierozerwalnie związane odrabianie szarwarków. Ale o tym już innym razem…


Źródła i literatura:

  •  AGAD, Obory
  • AGAD, AGWil, Dział IX

Handel wiślany

ksunder

Na temat wiślanego handlu napisano już wiele książek, stąd jego krótkie omówienie jest w zasadzie niewykonalne. Jednakże historia okolic Konstancina związana jest nierozerwalnie z Wisłą i z czasami jej świetności, gdy rzeka była głównym szlakiem handlowym dawnej Rzeczpospolitej.

Choć trudno obecnie sobie to wyobrazić, odwołajmy się do pewnej analogii. Wyobraźmy sobie, że na terenie kraju jest tylko jedna trasa szybkiego ruchu, która niczym autostrada umożliwia transport olbrzymiej ilości towarów. A przy trasie tej leżą okolice Konstancina. Jest to jednocześnie szlak o znaczeniu międzynarodowym, którego opłacalność jest dużo większa niż transport lądowy z południa na północ i w kierunku odwrotnym. Prędkość podróżna załadowanego wozu wynosiła w czasach nowożytnych 30 km dziennie, statek płynący Wisłą mógł przebyć w tym samym czasie 90 kilometrów lub nawet i 150. Statki umożliwiały załadowanie większej ilości ładunku i obsługiwało je kilku ludzi ludzi, a nie liczne zwierzęta ciągnące wozy, które trzeba było codziennie karmić. W czasach nowożytnych sprawiło to, że opłacalność transportu powyżej 100 km była bezdyskusyjna, gdzie tylko się dało wykorzystywano rzeki.

Szkuta idąca na Wiśle pod prąd w Warszawie na obrazie Canaletta z 1770 r.

Rola Mazowsza w handlu wzrastała od XIV wieku, nim zaczęto spław zbożowy do Gdańska, w górę rzeki płynęły choćby śledzie. Z tych czasów pochodzi zresztą znane powiedzenie – jak śledzie w beczce. Jak tłumaczył wybitny polski historyk Henryk Samsonowicz, także ono dowodzi opłacalności wiślanego handlu. W średniowieczu średnio co 30 kilometrów na rzekach stały komory celne, w których zwyczajowo lokalni władycy pobierali część przewożonego towaru. Stąd też do beczek wciskano ryb jak najwięcej, aby mimo pobierania cła w postaci kilkudziesięciu śledzi z każdej przewożonej beczki, dało się zarobić na dostarczeniu ich do Krakowa.

Jednak już od XV wieku na Wiśle wzrasta spław zbożowy do Gdańska, po pokoju toruńskim i zakończeniu wojny z Krzyżakami, Wisła stopniowo staje się główną arterią komunikacyjną. Kolejne zarządzenie królewskie i sejmowe zakazują na niej stawiania blokad i jazów, jako choćby ta z 1631 roku gdy uchwałą sejmową przystąpiono do uzdatniania żeglowności Wisły. Ruch na rzece wzrasta, a szczytowym okresie, w roku 1641 odbywa się on przez 240 dni w roku, jak wskazują nam notowania warszawskiej komory celnej. W zasadzie więc poza zimą nie było dnia, gdy Wisłą nie płynęły liczne statki handlowe, bądź odbywał się spław flisacki, czy też holowanie powrotne brzegiem rzeki.  Czas żeglugi na Wiśle trwał od marca do listopada, zalecano by zboże wywozić już wczesną wiosną, gdy ruszą pierwsze lody. Stąd sezon pływacki rozpoczynał się wraz z topnieniem lodów i śryzą i trwał do późnej jesieni. Charakterystyczne dla Wisły były wahania stanów wody, liczne mielizny i zatopione pnie. W XVI wieku w warszawskiej komorze celnej notowano w ciągu przepływ 1000 statków, w roku 1751 było ich już 2222. Prócz statków handlowych Wisłą płynęli także flisacy, czy Olędrzy, a rzeka tętniła życiem.

O ile Wisła kojarzona jest zazwyczaj z handlem zbożem, to w zasadzie rzeką płynął każdy możliwy towar. Potęga Rzeczpospolitej zbudowana została także na soli, o czym obecnie mało kto pamięta poza historykami. Jednakże sól była najczęściej na Mazowsze sprowadzana i kupowana, a w Warszawie znajdował się skład solny. W roku 1670 erygowano Królewską Komorę Celną w Nowej Jerozolimie, czyli obecnej Górze Kalwarii, która zastąpiła prawdopodobnie dawną komorę w Ostrówku. To stamtąd sprowadzali do Obór sól Wielopolscy. Zachowały się liczne pokwitowania, pochodzące głównie z wieku XVIII, część z nich notowano na dokumentach zapłaty pogłównego. Rocznie do Obór trafiało sześć bałwanów soli, które opłacano we wspomnianej komorze. Następnie spławiano je do Karczewa, gdzie jak odnotowano znajdował się pal. Jak nazwa wskazuje, służył on do przycumowania statku, była to niewielka przystań. Większość szlachty miała własne pale, gdzie stały statki i galary, czasem przy palach takich odbywało się zimowanie statków spławowych. Jako, że Karczew leżał w oddaleniu od rzeki, pal ten znajdował się zapewne w okolicy Przewozu, bowiem tu sól płynęła na drugą stronę rzeki, skąd trafiała do Obór. Przy wiosennym wysokim stanie wód możliwy był zapewne wyładunek po stronie oborskiej.

Prócz zboża i soli rzeką płynął każdy możliwy towar. W warszawskiej komorze celnej odnotowano wino, małmazję (słodkie wino greckie), owoce, miedź, cynę, stal, sól, piwo, drzewo i wiele innych przedmiotów. Z przewożonych towarów korzystały leżące przy brzegach wsie. Jak odnotowano w XVII wieku brano stąd cynę, używaną do wykonywania naczyń i ich łatania. Stąd w parafii cieciszewskiej znajdowało się sioło o nazwie Cynaki, stanowiące zapewne część zaginionego Kozłowa. Mieszkała tu rodzina nosząca takie przezwisko, świadczące o ich zajęciu. Jeszcze w XVIII wieku Ciniakowie zamieszkiwali Kępę Dudzką i Rybacką i parafię karczewską…

Pozostałości szkuty z końca XV wieku odnalezionej w starorzeczu Wisły pod Czerskiem w roku 2009 

Już na przełomie XV i XVI Warszawa odgrywała dość znaczną rolę w eksporcie zboża, wosku i imporcie śledzi. Szybko stała się ukształtowanym centrum regionalnego rynku, obsługującego okolice Czerska pod względem skupu i spławu zboża, a czasem i zaopatrzenia spożywczego.  Wtedy z klucza oborskiego spławiano tam produkty rolne. Katastrofalna powódź w roku 1715 spowodowała głód w okolicach miasta i w samej Warszawie, do której nie dostarczono zatopionych zbiorów.

Z Wisły uzupełniano także bieżące potrzeby klucza oborskiego. Jak notowano zakupywano tu w XVIII wieku drewno i wapno przeznaczone na naprawy zabudowań pałacowych. Prócz tego rzecz Wisłą sprowadzano i ekspediowano część towarów, jak drewno i cegły przeznaczone na budowę i remont znajdującego się w Warszawie pałacu.

Kres wiślanego handlu przynosi koniec wieku XVIII i wiek XIX. Przez Wisłę przebiega granica między trzema zaborami co nie sprzyja handlowi. Choć w akcie notarialnym sprzedaży Papierni Potuliccy zezwalają jeszcze, aby „Fabryka z Wisły w Gassach korzystała, miała tam skład drewna i materiału dla Banku Polskiego na lat sześć z wolnością przewożenia drogą publiczną materiałów nie przez wał ochronny, pola, łąki lub Wisłę” i w ten sposób  utworzono na krótki czas przystań wodną, był to już koniec wiślanego handlu. Rozwój przemysłu, środków transportu, budowa kolei na prawym łurzyckim brzegu sprawiają, iż Wisła w tej części kraju traci na znaczeniu. Stąd po pierwszej wojnie światowej żegluga wiślana odbywa się głównie na trasie Warszawa-Tczew, w dawnym zaborze rosyjskim zostaje zaniedbana. Jednak przez 500 lat handel wiślany, wraz z mobilnością flisaków, oryli, kupców ukształtował oblicze Urzecza.

 


Źródła i wybrana literatura:

  • AGAD, Obory
  • BARTOSIEWICZ Agnieszka i Henryk, Kartografia miast Mazowsza i ziemi dobrzyńskiej do końca XIX wieku, Warszawa-Pułtusk 2006
  • BARTOSZEWICZ Agnieszka, Handel Solą na Mazowszu w XV i XV wiekuRocznik Mazowiecki t. 18, 2006, ss. 47-62
  • BURSZTA Józef, Z badań nad spławem w dorzeczu środkowej Wisły w drugiej połowie XVIII wieku, Kwartalnik Historii Kultury Materialnej r. XXIV z. 1 ss. 23-35
  • CHUDOBA Tadeusz, Z zagadnień handlu wiślanego Warszawy w XVI wieku , Przegląd Historyczny t. L z 2 ss. 297 – 321
  • OBUCHOWSKA – PYSIOWA Honorata, Handel wiślany w pierwszej połowie XVII wieku, Wrocław 1969
  • OBUCHOWSKA – PYSIOWA Honorata, Warunki naturalne, technika i organizacja spławu wiślanego w XVII wieku, Kwartalnik Historii Kultury Materialnej r. XIII z. 2 ss. 281-297
  • RESZKA Adam, Wiślane statki i techniki nawigacyjne od XVI do XX wieku
  • STANASZEK Łukasz Maurycy, Nieznane fakty z dziejów powstania i funkcjonowania Królewskiej Komory Solnej w Górze Kalwarii, Komunikat TMGK i C nr 1 (91) styczeń 2012

O ludziach rzeki i flisakach na Urzeczu niebawem, jak zwykle wpis zagadnienia nie wyczerpuje, zaciekawionych tematem zachęcam do sięgnięcia do literatury, bowiem zabrakło miejsca choćby na opisanie statków, którymi pływano po Urzeczu. Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył, tak teraz zwie się region gwarowo zwany Łurzycem (przez rz). Chcących poznać całkowicie naukowe przyczyny tej zmiany odsyłam na stronę Na Łurzycu, zaś zainteresowanym tematyką handlu wiślanego i spławu polecam lekturę strony Domu Wisły.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci