Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Na Urzeczu

Wiosna na Łurzycu

ksunder

Nadeszła wiosna więc Jeziorka przybrała, także i Wisła sięgnęła wałów. Nie bez powodu region zwano niegdyś Urzeczem, gdyż wiosenna woda potrafiła uczynić tu prawdziwe spustoszenie. Lecz usiłując się przed nią obronić, nasi przodkowie zwiększyli także zagrożenie zamieniając je na niebezpieczeństwo innego rodzaju. Gdy zaczęli budować główki, tamy i wały, płynąca leniwie woda, rozlewająca się po okolicznych polach, zaczęła wzbierać i nabierać pędu, nie mając dokąd ujść. Jak zapisywano, zaczęła się odbijać od jednego brzegu, by swym nurtem uderzyć w drugi. I tak jeden rodzaj powodzi zamieniono na inny i rozpoczęła się trwająca już prawie 190 lat historia walki z zabezpieczeniem wiślanych wałów i 150 letnia związana z przybieraniem Jeziorki w obrębie zbudowanych nad tą rzeką.

Wiosenna powódź pod Wilanowem i Zawadami, a w tle piękny chruściany płot (zbiory NAC)

Podczas wiosennego wezbrania wody powodowanego przez topniejący śnieg szczególnie niebezpieczne były zatory lodowe. Występowały przez wieki na całej długości Wisły, a ostatni wielki zator spowodował pamiętną powódź pod Płockiem na przełomie roku 1981 i 1982. Podobnie działo się w naszych stronach „gdy lody jedne pod Miedzeszynem a drugie pod Wólką Zerzeńską zatory poformowały wówczas koryto Wisły na lewy brzeg zwrócone zostało”, zanotowano w roku 1860. Przez lody i parcie wezbranej wody zmywane były tamy usypywane w ubiegłych latach, mające na celu spowolnienie wiślanego nurtu i skierowanie jego energii na środek rzeki. „Przejście lodów na Rzece Wiśle w roku bieżącym znaczne wyrządziło szkody w lądach a nawet i wałach ochronnych” jak zapisano w tym samym roku, a w usypanych niedawno wałach woda powodowała wyrwy. Wójt gminy Obory p. Lenk był wówczas świadkiem ofiarności dwóch kolonistów olęderskich, Jakoba Wolffa i Aleksandra Kurkowskiego, którzy usiłowali załatać przerwany wał pod wsią Zawady. Wody nie udało się powstrzymać, a Wisła rozlewając się za linią wałów w znacznym stopniu oprócz wsi zalała ich grunta leżące w Kępie Zawadowskiej i Nadwiślańskiej.

Lecz nie sądźmy, że problem dotyczyl tylko Wisły. Jeziorka przybierała od niepamiętnych czasów i zapewne stąd pochodzi jej pierwsza znana nazwa. Na łąkach między Jeziorną Królewską, a Jeziorną zwaną niegdyś Przyjeziorną bądź Wyględowem, a później Oborską, rozlewala się tworząc rozległe Jezioro. Właśnie wtedy znikał bród i konieczna była przeprawa łodziami, czym zajmowali się mieszkańcy wsi. Dawne rozlewisko wciąż jest widoczne, podobnie jak ślad dawnej linii brzegowej.  Wezbrana rzeka sięgała w swej dalszej części kępy, czy też „gruntu”, od którego wzięła nazwę wieś Grąd. Woda opływała teren dookoła nie zalewając go z racji istniejącego wzniesienia, stąd też w miejscu tym ulokowano Papiernię, której także zaczęła grozić wiosenna woda wzbierająca w obrębie wałów na Jeziorce, pochodząca również z Wisły.

Mapa z roku 1856 przedstawiająca rozlewisko pod Jeziorną

Sytuację częściowo poprawiło zatamowanie pod koniec lat dwudziestych XIX wieku przez hrabiego Kacpra Potulickiego ujścia Jeziorki i skierowanie jej do Wilanówki. Jednakże cofająca się woda zaczęła podnosić się wzdłuż tej ostatniej rzeki i powodowała powodzie na terenach zasiedlonych przez kolonistów olęderskich w dobrach wilanowskich, jezierskich i oborskich. W latach czterdziestych wieku XIX rozpoczęto rozbudowę istniejących wałów i sypanie nowych na lewobrzeżnym Urzeczu, a całością prac kierował początkowo dziedzic Bielawy, były oficer inżynieryjnych wojsk napoleońskich i polskich, Henryk Rossman. Wałami obudowano wtedy także Jeziorkę, lecz spiętrzona cofająca się woda spowodowała nowe zagrożenia. Dawne ujście było miejscem newralgicznym i podatnym na wiosenną wodę. W roku 1852 dyrektor Papierni Henryk Segno świadom zagrożenia doprowadził do wizji lokalnej z udziałem przedstawicieli Potockich z dóbr wilanowskich i Potulickich z Obór wskazując, iż gdyby więc w zagrożonym miejscu wał został przerwany przy cokolwiek wyższym stanie wody (…), natenczas ¼ część wody wiślanej buchnęłaby w wyłom, zapełniła dawne teraz miejscami osuszone, jednak zawsze nisko położone koryto Wilanówki, podniosłaby wodę w Jeziorce i tem samemy tamtejszym zakładom wielką wyrządziła szkodę, dalej pędząc zalałaby posiadłości JW. Hrabiego Pana [Potockiego] zalałaby również osady do Willanowa należące zatopiłaby łąki pod Willanowem i wiślaną żółtą wodę sprowadziłaby do czystego Jeziorna Wilanowskiego. Gdyby wyłom w wale raz został zrobiony ludzka siła nie wystarczyłaby aby w tem samem miejscu prąd wody zatrzymać . Pokazuje się z tego nie tylko że JW. Hrabia Potulicki, Papiernia w Jeziornie, lecz także skarb JW. Hrabiego Pana w niniejszej rzeczy jest zainteresowany lubo przerwaniem zagrożony wał nie jest w terytorium JW. Hrabiego Pana sytuowany. Dawne konflikty graniczne ustąpić musiały wspólnym interesom, związanym ze zmianą powstałą przez wybudowanie wałów. Tama o której tu mowa już nie istnieje, od ponad pół wieku Jeziorka jak dawniej wpada do Wisły w okolicach Habdzinka, po dokonanej regulacji rzeki.

Zdjęcie Marii Chrząszczowej z roku 1947 przedstawiające wiosenny wylew rzeczki Wierzbnej (Małej) na ulicy Batorego w Konstancinie. (zbiory Wirtualnego Muzeum Konstancina)

Historia powodzi, wezbrań wody i zagrożeń rzecz jasna trwa nadal, o czym chyba wiedzą najlepiej mieszkający nad Jeziorką, wzdłuż której w wielu miejscach woda podnosi się również za linią ochronną. W ostatnich latach wezbrana woda w Jeziorce po wielokroć na wiosnę przesączała się przez wały, naruszone przez bobry i w zasadzie choć nie przedostało się to do szerszej świadomości, tylko dzięki ofiarności ochotniczych straży pożarnych i mieszkańców tutejszych wsi, w tej części Urzecza nie doszło do powodzi, które wiele lat były tu codziennością.

A z wezbraniami wody i wiosną, było także nierozerwalnie związane odrabianie szarwarków. Ale o tym już innym razem…


Źródła i literatura:

  •  AGAD, Obory
  • AGAD, AGWil, Dział IX

Handel wiślany

ksunder

Na temat wiślanego handlu napisano już wiele książek, stąd jego krótkie omówienie jest w zasadzie niewykonalne. Jednakże historia okolic Konstancina związana jest nierozerwalnie z Wisłą i z czasami jej świetności, gdy rzeka była głównym szlakiem handlowym dawnej Rzeczpospolitej.

Choć trudno obecnie sobie to wyobrazić, odwołajmy się do pewnej analogii. Wyobraźmy sobie, że na terenie kraju jest tylko jedna trasa szybkiego ruchu, która niczym autostrada umożliwia transport olbrzymiej ilości towarów. A przy trasie tej leżą okolice Konstancina. Jest to jednocześnie szlak o znaczeniu międzynarodowym, którego opłacalność jest dużo większa niż transport lądowy z południa na północ i w kierunku odwrotnym. Prędkość podróżna załadowanego wozu wynosiła w czasach nowożytnych 30 km dziennie, statek płynący Wisłą mógł przebyć w tym samym czasie 90 kilometrów lub nawet i 150. Statki umożliwiały załadowanie większej ilości ładunku i obsługiwało je kilku ludzi ludzi, a nie liczne zwierzęta ciągnące wozy, które trzeba było codziennie karmić. W czasach nowożytnych sprawiło to, że opłacalność transportu powyżej 100 km była bezdyskusyjna, gdzie tylko się dało wykorzystywano rzeki.

Szkuta idąca na Wiśle pod prąd w Warszawie na obrazie Canaletta z 1770 r.

Rola Mazowsza w handlu wzrastała od XIV wieku, nim zaczęto spław zbożowy do Gdańska, w górę rzeki płynęły choćby śledzie. Z tych czasów pochodzi zresztą znane powiedzenie – jak śledzie w beczce. Jak tłumaczył wybitny polski historyk Henryk Samsonowicz, także ono dowodzi opłacalności wiślanego handlu. W średniowieczu średnio co 30 kilometrów na rzekach stały komory celne, w których zwyczajowo lokalni władycy pobierali część przewożonego towaru. Stąd też do beczek wciskano ryb jak najwięcej, aby mimo pobierania cła w postaci kilkudziesięciu śledzi z każdej przewożonej beczki, dało się zarobić na dostarczeniu ich do Krakowa.

Jednak już od XV wieku na Wiśle wzrasta spław zbożowy do Gdańska, po pokoju toruńskim i zakończeniu wojny z Krzyżakami, Wisła stopniowo staje się główną arterią komunikacyjną. Kolejne zarządzenie królewskie i sejmowe zakazują na niej stawiania blokad i jazów, jako choćby ta z 1631 roku gdy uchwałą sejmową przystąpiono do uzdatniania żeglowności Wisły. Ruch na rzece wzrasta, a szczytowym okresie, w roku 1641 odbywa się on przez 240 dni w roku, jak wskazują nam notowania warszawskiej komory celnej. W zasadzie więc poza zimą nie było dnia, gdy Wisłą nie płynęły liczne statki handlowe, bądź odbywał się spław flisacki, czy też holowanie powrotne brzegiem rzeki.  Czas żeglugi na Wiśle trwał od marca do listopada, zalecano by zboże wywozić już wczesną wiosną, gdy ruszą pierwsze lody. Stąd sezon pływacki rozpoczynał się wraz z topnieniem lodów i śryzą i trwał do późnej jesieni. Charakterystyczne dla Wisły były wahania stanów wody, liczne mielizny i zatopione pnie. W XVI wieku w warszawskiej komorze celnej notowano w ciągu przepływ 1000 statków, w roku 1751 było ich już 2222. Prócz statków handlowych Wisłą płynęli także flisacy, czy Olędrzy, a rzeka tętniła życiem.

O ile Wisła kojarzona jest zazwyczaj z handlem zbożem, to w zasadzie rzeką płynął każdy możliwy towar. Potęga Rzeczpospolitej zbudowana została także na soli, o czym obecnie mało kto pamięta poza historykami. Jednakże sól była najczęściej na Mazowsze sprowadzana i kupowana, a w Warszawie znajdował się skład solny. W roku 1670 erygowano Królewską Komorę Celną w Nowej Jerozolimie, czyli obecnej Górze Kalwarii, która zastąpiła prawdopodobnie dawną komorę w Ostrówku. To stamtąd sprowadzali do Obór sól Wielopolscy. Zachowały się liczne pokwitowania, pochodzące głównie z wieku XVIII, część z nich notowano na dokumentach zapłaty pogłównego. Rocznie do Obór trafiało sześć bałwanów soli, które opłacano we wspomnianej komorze. Następnie spławiano je do Karczewa, gdzie jak odnotowano znajdował się pal. Jak nazwa wskazuje, służył on do przycumowania statku, była to niewielka przystań. Większość szlachty miała własne pale, gdzie stały statki i galary, czasem przy palach takich odbywało się zimowanie statków spławowych. Jako, że Karczew leżał w oddaleniu od rzeki, pal ten znajdował się zapewne w okolicy Przewozu, bowiem tu sól płynęła na drugą stronę rzeki, skąd trafiała do Obór. Przy wiosennym wysokim stanie wód możliwy był zapewne wyładunek po stronie oborskiej.

Prócz zboża i soli rzeką płynął każdy możliwy towar. W warszawskiej komorze celnej odnotowano wino, małmazję (słodkie wino greckie), owoce, miedź, cynę, stal, sól, piwo, drzewo i wiele innych przedmiotów. Z przewożonych towarów korzystały leżące przy brzegach wsie. Jak odnotowano w XVII wieku brano stąd cynę, używaną do wykonywania naczyń i ich łatania. Stąd w parafii cieciszewskiej znajdowało się sioło o nazwie Cynaki, stanowiące zapewne część zaginionego Kozłowa. Mieszkała tu rodzina nosząca takie przezwisko, świadczące o ich zajęciu. Jeszcze w XVIII wieku Ciniakowie zamieszkiwali Kępę Dudzką i Rybacką i parafię karczewską…

Pozostałości szkuty z końca XV wieku odnalezionej w starorzeczu Wisły pod Czerskiem w roku 2009 

Już na przełomie XV i XVI Warszawa odgrywała dość znaczną rolę w eksporcie zboża, wosku i imporcie śledzi. Szybko stała się ukształtowanym centrum regionalnego rynku, obsługującego okolice Czerska pod względem skupu i spławu zboża, a czasem i zaopatrzenia spożywczego.  Wtedy z klucza oborskiego spławiano tam produkty rolne. Katastrofalna powódź w roku 1715 spowodowała głód w okolicach miasta i w samej Warszawie, do której nie dostarczono zatopionych zbiorów.

Z Wisły uzupełniano także bieżące potrzeby klucza oborskiego. Jak notowano zakupywano tu w XVIII wieku drewno i wapno przeznaczone na naprawy zabudowań pałacowych. Prócz tego rzecz Wisłą sprowadzano i ekspediowano część towarów, jak drewno i cegły przeznaczone na budowę i remont znajdującego się w Warszawie pałacu.

Kres wiślanego handlu przynosi koniec wieku XVIII i wiek XIX. Przez Wisłę przebiega granica między trzema zaborami co nie sprzyja handlowi. Choć w akcie notarialnym sprzedaży Papierni Potuliccy zezwalają jeszcze, aby „Fabryka z Wisły w Gassach korzystała, miała tam skład drewna i materiału dla Banku Polskiego na lat sześć z wolnością przewożenia drogą publiczną materiałów nie przez wał ochronny, pola, łąki lub Wisłę” i w ten sposób  utworzono na krótki czas przystań wodną, był to już koniec wiślanego handlu. Rozwój przemysłu, środków transportu, budowa kolei na prawym łurzyckim brzegu sprawiają, iż Wisła w tej części kraju traci na znaczeniu. Stąd po pierwszej wojnie światowej żegluga wiślana odbywa się głównie na trasie Warszawa-Tczew, w dawnym zaborze rosyjskim zostaje zaniedbana. Jednak przez 500 lat handel wiślany, wraz z mobilnością flisaków, oryli, kupców ukształtował oblicze Urzecza.

 


Źródła i wybrana literatura:

  • AGAD, Obory
  • BARTOSIEWICZ Agnieszka i Henryk, Kartografia miast Mazowsza i ziemi dobrzyńskiej do końca XIX wieku, Warszawa-Pułtusk 2006
  • BARTOSZEWICZ Agnieszka, Handel Solą na Mazowszu w XV i XV wiekuRocznik Mazowiecki t. 18, 2006, ss. 47-62
  • BURSZTA Józef, Z badań nad spławem w dorzeczu środkowej Wisły w drugiej połowie XVIII wieku, Kwartalnik Historii Kultury Materialnej r. XXIV z. 1 ss. 23-35
  • CHUDOBA Tadeusz, Z zagadnień handlu wiślanego Warszawy w XVI wieku , Przegląd Historyczny t. L z 2 ss. 297 – 321
  • OBUCHOWSKA – PYSIOWA Honorata, Handel wiślany w pierwszej połowie XVII wieku, Wrocław 1969
  • OBUCHOWSKA – PYSIOWA Honorata, Warunki naturalne, technika i organizacja spławu wiślanego w XVII wieku, Kwartalnik Historii Kultury Materialnej r. XIII z. 2 ss. 281-297
  • RESZKA Adam, Wiślane statki i techniki nawigacyjne od XVI do XX wieku
  • STANASZEK Łukasz Maurycy, Nieznane fakty z dziejów powstania i funkcjonowania Królewskiej Komory Solnej w Górze Kalwarii, Komunikat TMGK i C nr 1 (91) styczeń 2012

O ludziach rzeki i flisakach na Urzeczu niebawem, jak zwykle wpis zagadnienia nie wyczerpuje, zaciekawionych tematem zachęcam do sięgnięcia do literatury, bowiem zabrakło miejsca choćby na opisanie statków, którymi pływano po Urzeczu. Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył, tak teraz zwie się region gwarowo zwany Łurzycem (przez rz). Chcących poznać całkowicie naukowe przyczyny tej zmiany odsyłam na stronę Na Łurzycu, zaś zainteresowanym tematyką handlu wiślanego i spławu polecam lekturę strony Domu Wisły.

Życie nad Wisłą

ksunder

Obecnie Wisła jest dla okolic Konstancina tylko ciekawostką, miejscem turystycznych wycieczek i nieprzekraczalną granicą. Na rzece kończy się gmina Konstancin-Jeziorna i nawet w mej głowie stanowi ona pewną mentalną barierę. Należę do pokolenia, które choć miało jeszcze to szczęście, że brało udział w zamierającym wypoczynku i kąpieli w Wiśle nie pamięta, że rzeka niegdyś łączyła mieszkańców obu brzegów. Dla Łurzyca zaś była spoiwem.

Po II wojnie nad rzeką zaczęło stopniowo zamierać życie. Powszechniejąca komunikacja sprawiła, że wyasfaltowano drogi i łatwiej było pojechać na drugą stronę rzeki pojazdem, by odwiedzić krewnych, niż przeprawiać się drewnianym przewozem. Jednakże takie wizyty stały się siłą rzeczy rzadsze. Karczew, przez 500 lat główne miejsce wypraw dla mieszkańców tych ziem, stracił na znaczeniu. Jego miejsce zajęła Warszawa, gdzie ze wsi zaczęto dostarczać płody rolne. A przecież przewóz, o którym wciąż zbieram materiały i mam nadzieję kiedyś napisać, był jednym z serc regionu. Mieszkańcy okolicznych wsi przeprawiali się na karczewski targ, a w drugą stronę płynęli polscy i żydowscy handlarze. Na terenie przedwojennej gminy Jeziorna skupowali owoce, warzywa, żywiec… dostarczali potem wprost towary karczewskim sklepikarzom i rzeźnikom. Targ karczewski był największy w okolicy, dzięki rynkowi targowemu Karczew w roku 1548 uzyskał prawa miejskie. I wówczas stał się dzięki jarmarkom i targom, sąsiedztwu szlaku handlowych, centralnym punktem tych ziem. A prowadził doń przewóz, który od początku XVI wieku dzierżyli Oborscy i pobierali opłaty. W mieście krzyżował się szlak handlowy małopolski z ruskim, ze szlakiem wiślanym i przewozowym. O tym jak ważnym miejscem był dla mieszkańców klucza oborskiego niech świadczy fakt, że drogę przez Obory do przewozu już w XVIII wieku zwano „drogą od Karczewia”, co jednocześnie podkreśla iż Wisła granicy nie stanowiła… Sam niestety historie o przeprawie w końcowym okresie jego istnienia, gdy zarządzała nim rodzina Kanabusów, znam już tylko z rodzinnych opowieści. Przewoźnik nie miał łatwego życia, jak w świetnej książce o Łurzycu opisał Maurycy Stanaszek, dowcipnisie pokrzykiwali „Przewozu! Przewozu! Czekaj chamie do mrozu!”. A gdy poirytowany długim oczekiwaniem na zabawiających się w odwiedzinach u Zawiślaków odchodził zabierając wiosła, zdarzali się i tacy jak mój dziadek, który wyciąwszy drągi z nadbrzeżnej roślinności przeprawił swą rodzinę na drugą stronę rzeki uprowadzając łódź.

Dzięki przewozowi i licznym łodziom pychówkom przeprawianie się na drugi brzeg nie było niczym nadzwyczajnym. Zimą przechodziło się na drugi brzeg po lodzie, a trasę przejścia wyznaczały ułożone witki lub tyczki, prowadzące w kierunku wsi Nadbrzeże, omijające miejsca gdzie lód był cieńszy. W ten sposób odwiedzało się rodziny, często z powodu śniegu z Gassów, Ciszycy czy Opaczy łatwiej było udać się do kościoła do Karczewa, który leżał dużo bliżej. Zdarzało się także, że tamtejsza parafia przejmowała rolę parafii słomczyńskiej, jak w zimie przełomu roku 1794 i 1795, gdy na ziemiach oborskich zapanowały „tempora belli”, czasy wojenne jak odnotowano w kronikach kościelnych, czy też rewolucji jak mówiono w dobrach oborskich…

W książce o Łurzycu zabrakło niestety miejsca, by opisać wiele aspektów bogatego życia nad Wisłą, gdzie jeszcze nie tak dawno wzdłuż brzegów wisiało w sobotę pranie, które wykonywano raz w tygodniu w rzece w nadwiślańskich wsiach, przy okazji biorąc kąpiel. Rzeka pełna była rybaków, a w Wiśle żyły wspaniałe ryby, jak wspominają tutejsi mieszkańcy aż do lat siedemdziesiątych XX wieku rzeka w nie obfitowała. W zachowanym liście pruskiego landrata (urzędnika ziemskiego) powiatu czerskiego z roku 1804, kierowanego do ekonoma Obór, widnieje zalecenie że gdy będzie się u niego zjawiał na zarządzoną odprawę wraz z sołtysami wsi nadrzecznych, dostarczyć ma karpia lub szczupaka wiślanego… Niektórzy żyli z ryb sprzedając je w Gassach czy Ciszycy handlarzom z Karczewa, w tym wspomnianym Żydom.

Połowy na odnodze Wisły, 1942, ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Choć do początku XX wieku Wisła straciła swe znaczenie handlowe, wciąż była szlakiem spławnym. Niektóre z domów w okolicznych wsiach budowane były z drewna, spławionego z gór przez flisaków i oryli. Wzdłuż wiślanych brzegów wiodły wydeptane ścieżki, którymi holowano łodzie i tratwy, a flisacy gościli w licznych karczmach. Mimo, iż handel z czasem ustał, długo jeszcze po Wiśle pływały bocznokołowce. Dobijały do przewozu w Gassach, gdzie jak wspominają najstarsi mieszkańcy, pasażerowie kupowali owoce.

W latach pięćdziesiątych przeprawa promowa uległa likwidacji, a plan strategiczny Układu Warszawskiego zakładający jak najmniejszą liczbę mostów na Wiśle, aby powstrzymać NATO przed przeprawą, uniemożliwił odbudowę mostu w Świdrze. A z czasem ruch na rzece zamarł i dziś trudno uwierzyć, że była ona pełna życia.

W kolejnych wpisach postaram się przybliżyć wiślany handel i jego znaczenie dla okolic Konstancina, a także flis i Olędrów oraz związki tych ziem z Karczewem. Dla okolic Konstancina, gminy i klucza oborskiego miały one olbrzymie znaczenie.

Choć dawna świetność Wisły już nie powróci, to w ostatnich czasach wzdłuż jej biegu organizowane są liczne imprezy – jedną z nich jest Flis Festiwal, odbywający się w Gassach, gdzie podejmowane są próby reaktywacji tradycyjnych biegów łodzi wiślanych, przeprawy promowej, a także pojawiają się przedstawiciele starych wiślanych zawodów. W tym roku będzie to między innymi szkutnik Mateusz Tabaka z Basonii – poniżej zobaczyć można świetny film z jego udziałem. Basonia to nadwiślana miejscowość, gdzie zachowała się sztuka wykonywania drewnianych łodzi, o czym można poczytać tutaj, ja zaś polecam film z wizyty w Basonii przedstawicieli Fundacji Szerokie Wody. O samym festiwalu będę jeszcze pisał, bo impreza ta odwołuje się do wiślanej tradycji Łurzyca, zresztą link do strony festiwalu gości już od jakiegoś czasu na bocznej szpalcie. Polecam jeszcze Facebookową stronę Domu Wisły, stanowiącą zbiór ciekawych informacji na temat Wisły.

A być może znów za jakiś czas do Gassów dopłynie bocznokołowiec. Remontowany holownik Lubecki, weteran trzech wojen, wybudowany w roku 1911 ma powrócić na rzekę i wozić pasażerów. Początkowo tylko w Warszawie, gdzie miastu przywrócona zostanie rzeka, lecz później być może uda się na południe.

Na Łurzyca.

Lubecki


[we wpisie w stosunku do oryginalnego dokonano zmian w postaci zastąpienia słowa Łużyce słowem Łurzyce, bowiem jak wynika z najnowszych badań naukowych, formą prawidłową jest ta ostatnia - patrz tutaj]

Zaginione miejsca: Łazy

ksunder

W okolicach Konstancina jest wiele zapomnianych miejsc, czy to wsi czy folwarków, które przepadły w odmętach historii z różnych przyczyn. Także region Łurzyca obfituje w tajemnicze zaginięcia całych miejscowości, takich jak Żelawino, nieopodal Góry Kalwarii w pobliżu której zlokalizowano królewską komorę solną, Sosnka leżąca nieopodal Cieciszewa, czy choćby w niedawnej historii Konstancina założony przez Potulickich Teresin. Niniejszym chciałbym zainaugurować przybliżanie historii tych miejscowości i tajemnic ich zaginięcia, czasem związanych z działalnością przyrody, a czasem człowieka.

Zaczniemy od Łazów, wsi leżącej niegdyś w parafii Powsin. W Atlasie Historycznym Polski w XVI wieku, jednym z fundamentalnych dzieł polskiej nauki historycznej, nie dysponując precyzyjnymi wskazaniami ulokowano Łazy błędnie, na północ od Powsina w kierunku Powsinka. Odnalezione zapiski w archiwum oborskim pozwalają nam na umieszczenie wsi bardziej dokładnie i w nieco innym miejscu.

Łazy położone były pomiędzy Bielawą a Powsinem, na granicy obu tych miejscowości, zapewne w okolicach obecnego tzw. Pałacu Hinckfussowej. Miejscowość po raz pierwszy odnotowano w wieku XV, gdy darowano z niej dziesięcinę w roku 1428 plebanowi powsińskiemu. Należała do rodu Ciołków z Powsina i nazwę jej zapisywano początkowo jako Lassy bądź Lasy, co wskazuje nam na założenie na terenie zalesionym, w miejscu w którym teraz znajdują się pola i mokradła. Nazwa ta oznaczała niegdyś teren uprawny powstały w lesie po wykarczowaniu drzew. Fakt, że niegdyś w okolicy Bielawy znajdował się duży las, potwierdzają nam także inne wzmianki. W XVI wieku wieś zaczęto zwać Łazami, po czym jak odnotował wybitny polski historyk Aleksander Gieyszor, „wieś zaginęła na początku XVII wieku”. Co więc się przydarzyło? Ród Oborskich z Obór.

Jak zapisano Łazy leżały nad Jeziorką, bowiem „Od niepamiętnych czasów Jeziora przez Powsin” płynęła. Jeszcze pod koniec XVI wieku północna odnoga Jeziorki, stanowiąca granicę dóbr Oborskich płynęła w sposób nie do końca dla nas odgadniony, lecz przepływała przez Powsin korzystając ze starorzecza wiślanego i płynąc dalej w kierunku Wilanowa. Jej pozostałością są nie tylko jeziorka powsińskie i lisowskie, lecz i niewielka skarpa, po której przejedziemy wjeżdżając do Powsina drogą z Bielawy za szkołą amerykańską, a którą dostrzeżemy także na polach z drogi między Powsinem a Powsinkiem. Jak zanotowano w dobra powsińskie Jeziorka wpadała „począwszy od wsi Łazy”, z ukształtowania terenu domyślać się możemy, iż koryto rzeki skręcało ku Powsinowi w miejscu gdzie obecnie w Bielawie znajdują się jeziorka. Z opisu powyższego wiadomo, że Łazy leżały między Bielawą a Powsinem, gdzie znajdował się młyn.

Pradawne” koryto rzeki zmienione zostało w roku 1594. Marcin Oborski, podczaszy czerski, zmienił bieg rzeki Jeziorki. Gdzieś na północnej odnodze została usypana grobla, która przegrodziła rzekę i skierowała ją na w nowo wykopane koryto, prowadzące wprost do młyna oborskiego we wsi Podjeziora. Jak odnotowano „przy wsi K[tór]ej Jeziorey grobla nowo usypana która grobla skok wodny od kołje młyna prosto obrócony w grunt oborski zaczym rzeka Jeziora z Starego Meatu swego jest wzięta a ku dobrom wsi Obory obrócona przez to usypanie takowey grobli i nawrócenie skoku wodnego”. Spowodowało to, że główny nurt płynąć zaczął południową odnogą i zapewne wpływ miało także na stopniowy upadek młyna w Jeziornie Królewskiej, którego losy uprzednio opisywałem. Wówczas główny nurt Jeziorki skierowany został przez wieś Grąd i dalej istniejącym korytem koło wsi Chabdzinek (Habdzinek) do Wisły. Zaś fragment rzeki „starodawny który szedł ku dobrom powsińskim wsu rzeczoney Łazy gdzie przed tym starodawny młyn na tey rzece Jeziorey dziedzice z Powsina miewali jest osuszony a ta rzeka odjęta”.

Usypanie grobli przerwało dopływ wody z Jeziorki, a niemożność spiętrzenia wody i jej ciągłego dopływu sprawiła że młyn stracił rację bytu. Gdy okolica się zabagniła i została pozbawiona świeżej wody ludzie się wynieśli i w ten sposób wieś na początku XVII wieku przestała istnieć. A Jeziorka już nigdy nie popłynęła przez Powsin i z czasem zapomniano, że znajdujące się tam jeziorka są pozostałością po tej rzece, a nie po Wiśle. Rzecz jasna powyższy czyn spowodował niesnaski między Ciołkami a Oborskimi, jednakże do ugody doszło w miarę szybko. Oba rody nie miały w zasadzie wspólnych granic poza niewielkim fragmentem lasu nieopodal Skolimowa, ponadto Ciołkowie nie mogli podważyć faktu, iż Oborscy zatamowali rzekę na swej ziemi, a zgodnie ze staropolskim prawem wody Jeziorki w tym miejscu należały do nich.

Nie było to pierwsze i ostatnie wydarzenie wywołane przez dziedziców Obór, które dziś nazwać można katastrofą ekologiczną. Nie tak dawno temu podczas budowy wspomnianego już pałacyku zmieniono stosunki wodne w Powsinie i Bielawie, niszcząc przy tym unikalną florę i faunę tych terenów. Gdy składano wówczas zawiadomienie do Prokuratury nikt nie podejrzewał, że budowniczy pałacu mieli swego protoplastę, w osobie Marcina Oborskiego, który zmienił oblicze tych terenów 400 lat wcześniej.


Źródła:

  • AGAD, Obory
  • Kartoteka Adama Wolffa, IH PAN
  • Atlas historyczny Polski: Mazowsze w połowie XVI wieku, Warszawa 1973

Rejon na tzw. Mapie Kwatermistrzostwa (pomiary w latach trzydziestych XIX wieku) i mapie dóbr powsińskich z roku 1845. W rejonie wsi Lisy i Zamoście widoczne wyraźnie rozlewisko, a między Powsinem a Bielawą teren mokradeł - rozlewanie wiosenne wyraźnie oznaczono na drugiej mapie tego rejonu - woda wybierała zapewne drogę pozostałościami dawnego koryta.


[we wpisie w stosunku do oryginalnego dokonano zmian w postaci zastąpienia słowa Łużyce słowem Łurzyce, bowiem jak wynika z najnowszych badań naukowych, formą prawidłową jest ta ostatnia - patrz tutaj]

Zima na Łurzycu

ksunder

Przyjrzyjmy się jak wyglądała w przeszłości zima nad Jeziorką i Wisłą, gdyż znowu spadł śnieg i rozpoczęła się walka o miejsca parkingowe, co skłoniło mnie do dzisiejszego wpisu. Poza nieodśnieżonymi drogami i oblodzonymi chodnikami nie mamy tak naprawdę powodów do narzekań. Niegdyś opady śniegu potrafiły odciąć niektóre z okolicznych wsi od świata, chyba nie trzeba nikogo przekonywać jakim wyzwaniem jest wędrówka przez śnieżne zaspy, łatwo domyślić się co oznaczała konieczność udawania się z wsi takich jak Chabdzinek (Habdzinek) czy Opacz na mszę do kościoła w Cieciszewie, a później w Słomczynie. Nie każde gospodarstwo chłopskie dysponowało saniami bądź płozami zaczepianymi w miejsce kół, poza tym wielopokoleniowa rodzina nie mieściła się w całości na wozie. Drogi nie były odśnieżane ani posypywane, zatem należało wydeptać ścieżki. Potuliccy czy Wielopolscy podróżowali własnymi zaprzęgami, sanie zresztą były w zimie zwyczajnym środkiem transportu. Mecenas reprezentujący interesy Potulickich w połowie XIX wieku w przedstawianym im rozliczeniu rachunku wielokrotnie wykazywał, iż przemieszczał się sankami, podobnie czynił sądowy woźny, doręczający wezwania kolonistom olęderskim z dóbr oborskich.


Rzeki zamarzały. Pozwalało to wykuć z nich lód i zebrać jego zapas, stosowano go do przechowywania produktów spożywczych, wraz z rozwojem propinacji stał się także niezbędny do produkcji piwa. Wycięte i zebrane fury i bryły lodu przechowywano w lodowniach. Na ziemiach polskich istniały one od średniowiecza, nim w roku 1876 Carl von Linde odkrył jak wykorzystać amoniak do obniżenia temperatury co doprowadziło do stworzenia lodówek, lód przechowywano w nich. Lodownie istniały przy większości gospodarstw, w większości wypadków były dołami wykopanymi w ziemi, wyłożonymi drewnem, przykrytymi od zewnątrz, a ich ślad znaczyły kopce. Lód wydobywano jeszcze w połowie XX wieku, a lodownie przetrwały co najmniej do lat sześćdziesiątych. Do dziś w okolicy Konstancina wspominany jest p. Ziętek z Habdzina, który wytwarzał lody z krowiego mleka, jajek i brył lodowych wyciętych ze stawu habdzińskiego. Lód był zresztą przedmiotem handlu, wykorzystywano go w przetwórstwie spożywczym i zaopatrywano się weń właśnie zimą. Zachował się ciekawy opis z roku 1783 wielkiej lodowni dóbr oborskich zlokalizowanej w Dębówce, „pod górą” czyli skarpą. Dziurę wykopaną w ziemi wzmocniono „słupami mocnymi dębowymi”, obsypano ziemią i „pokryto słomą”.

Zamarznięta Jeziorka umożliwiała przeprawę między Jeziorną Oborską i Królewską, z kolei Wisła dawała możliwość przejścia w miejscu przeprawy karczewskiej. Lód łączył także ze sobą Gassy i Nabrzeże, gdzie związki rodzinne obu wsi od wieków były szczególnie bliskie. Jednakże zamarzające rzeki powodowały znaczne zagrożenia. Zamarzająca woda tworzyła szczeliny w śluzach na Jeziorce i niszczyła ustępy wodne. Zdarzyło się także, że zwały lodowe podniosły i uszkodziły młyńskie koła. Większe spustoszenia powstawały na Wiśle, gdzie lód wielokrotnie „urywał” wiślane brzegi, a spiętrzenia kry prowadziły do powstania zatorów. Były one szczególnie niebezpieczne, bowiem rozmarzająca woda rozlewała się wtedy po polach. W 1785 odnotowano, iż „dla utrzymania brzegów Wisły” w okolicach wsi Kopyty sprowadzono z lasów wągrodzkich ścięte sosny, a powstałe w ten sposób pale „kafarem na Wiśle po lodzie ubito”.  60 pali rozerwało płynący lód i uniemożliwiło powstanie zatoru, jednakże impet płynącego lodu był tak wielki, iż „połowę tych pali lody powyrywały y zabrały”. Lód doskwierał także na stawach i jeziorach, z Cieciszewa do Piasków nie było wówczas jeszcze grobli, drogę łączył most, który jak odnotowano był przez lody „psuty”.

Zima dobiegała wreszcie końca i nadchodziła wiosna. A wraz z nią roztopy i rozpoczynały się powodzie…


Źródła:

  • AGAD, Obory

Na zdjęciach powyżej pochodzących z Narodowego Archiwum Cyfrowego przedstawiono wyrąb i transport lodu przez przedsiębiorców lodowych w okolicach Warszawy w roku 1935. O lodowniach istniejących na ziemiach polskich od średniowiecza, poczytać można w tym miejscu.


[we wpisie w stosunku do oryginalnego dokonano zmian w postaci zastąpienia słowa Łużyce słowem Łurzyce, bowiem jak wynika z najnowszych badań naukowych, formą prawidłową jest ta ostatnia - patrz tutaj]

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci