Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Rozmaitości

Manowce historii

ksunder

Dawno temu w tutejszych bibliotekach pojawiła się niewielka broszurka, którą można było kupić za grosze, opowiadająca o parafii cieciszewskiej. Zofia Krasuska jako pierwsza zdecydowała się spisać dzieje parafii, wedle coraz bardziej zapomnianej legendy mieszczącej się niegdyś w Cieciszewie. Książeczka jest przeurocza i pełna licznych błędów oraz anachronizmów. Lecz pamiętać należy, iż chyba to jedyna wydana w XX wieku publikacja, w której pojawia się zapomniana wówczas nazwa Urzecze, występująca w słowach lokalnej piosenki.

Z tejże broszurki także dowiedziałem się o istnieniu księgi nieznanej w zasadzie naukom historycznym, ani specjalistom od genealogii. To oprawiona w skórę Liber matrimoniorum ad ecclesiam et parochiam cieciszeviensem, czyli księga ślubów parafii cieciszewskiej, której spisywanie wkrótce po wojnach szwedzkich rozpoczął w dniu 15 sierpnia 1660 roku ówczesny cieciszewski proboszcz, Leon Stanisław Czarnysz. Księgę prowadzono przez pół wieku, po śmierci plebana z coraz mniejszą starannością, aż wreszcie w czasie wojen na początku XVIII wieku wpisy stały się coraz rzadsze. Przez 57 lat w parafii zawarto 941 związków małżeńskich. Wreszcie dowiadujemy się o zniszczeniu kościoła, bowiem ostatnie śluby zawierane są już w okolicznych wsiach. Ostatni wpis nakreślił jeden z kolejnych proboszczów 27 listopada 1717 roku w Gassach, jest on całkowicie nieczytelny. Trwała już wówczas budowa kościoła w Słomczynie, wznoszonego na skarpie, z dala od niszczycielskiej wody, która zniszczyła Cieciszew i inne okoliczne wsie. Nieznana ręka zachowała tę jedną księgę z dawnej świątyni i pozostała jedną z nielicznych pamiątek po pierwotnym miejscu siedziby jednej z najstarszych parafii tej części Mazowsza, erygowanej w roku 1236.

Clipboard0110Wróćmy jednak do książeczki Zofii Krasuskiej, o którą co jakiś czas jestem pytany przez tutejszych mieszkańców. Odpowiadam wówczas, iż ma ona dla mnie wyjątkową wartość sentymentalną, jednak prócz rozmaitych błędów próby weryfikacji oczywistych informacji przytaczanych przez Zofię Krasuską, niestety zderzały się z rzeczywistością. Nikt nie był w stanie wskazać lokalizacji dworu Cieciszewskich, którego położenie miał znać każdy z mieszkańców Cieciszewa, nie odnalazł się sztandar powstańców styczniowych celebrowany we wsi… Ale największym z błędów było wyciągnięcie wniosku, iż dwórka Kliczewska, podejrzewana o zabójstwo ostatnich mazowieckich książąt, wywodziła się z tutejszego Kliczyna

Mowa o wydarzeniu pośrednio wskutek którego Mazowsze utraciło swą odrębność i niezależność, stając się częścią Korony, a co za tym idzie Polski. Lud tutejszy zawsze związany był z tym krajem, cenił jednak swą odrębność od Małych i Wielkich Polaków, którzy traktowali ludzi z błota z wyższością. Lecz stopniowej inkorporacji obawiali się tylko panowie księstwa, a przeciw niej niewielu protestowało. Dość jednak, że jeszcze wiek później Mazurzy z dumą pielęgnowali swą niezależność. Jedną z przyczyn zniknięcia Księstwa Mazowieckiego była śmierć jego dziedziców, piastowskich książąt. W krótkim ze świata odeszli Stanisław i Janusz, pierwszy w 1524 roku, zaś drugi w 1526 roku, nie pozostawiając potomków.

Ostatni_Ksita_mazowieccyOstatni książęta Mazowieccy

To zapomniane obecnie wydarzenie miało wówczas siłę wstrząsu, jakim dla nas stała się choćby niedawna katastrowa samolotu w nieodległym kraju. Jeszcze kilkadziesiąt lat później Jędrzej Święcicki rozpamiętywał śmierć książąt i powtarzał żywą na Mazowszu historię, jakoby rozkochała ich w sobie Katarzyna Radziejowska, a następnie otruła. Marcin Bielski, ówcześnie żyjący kronikarz, nie dawał temu wiary, lecz lud uwierzył. Gniew nie mógł sięgnąć Katarzyny, bowiem jej ojciec Andrzej herbu Junosza był zbyt potężny, nadto jako wojewodzianka płocka nie polegała jurysdykcji mazowieckiej. Katarzyna schroniła się poza granicami księstwa, zaś gniew sięgnął więc jej dwórki, która miała wraz z Katarzyną namawiać do otrucia książąt, za co skonała na mękach. Nosiła ona nazwisko Kliczewska, stąd też Zofia Krasuska wyprowadziła karkołomną tezę, iż wywodziła się z rodu pochodzącego z Kliczyna. Historyk zbije to założenie bez trudu, biorąc pod uwagę iż nazwiska w XVI wieku kształtowały się od nazw majątku, a Kliczyn takowym nie był. Prawdopodobne Kliczewska pochodziła z rodu zamieszkującego w powiecie szreńskim (herbu Brodzic) lub płońskim (herbu Dołęga). Gdy inkorporacja stawała się coraz bardziej faktem, wskutek nacisków Bony Sforzy, lud wrzał, dochodząc do wniosku, iż Radziejowska rękami Kliczewskiej najpierw otruła matkę ostatnich książąt – Annę Radziwiłł, a potem po kolei braci. Sprawczyni zbrodni nigdy nie postawiono przed sądem, co wywołało kolejne fale domysłów i podejrzeń, że za zabójstwem stała Bona, która chciała, aby księstwo mazowieckie stało się dziedzicznym księstwem jej syna Zygmunta Augusta, późniejszego króla Polski. Podejrzenia były na tyle poważne, że Zygmunt Stary polecił przeprowadzić śledztwo.W jego wyniku ogłoszono edyktem w dniu 9 lutego 1528 roku, iż książęta:

„nie sztuką ani sprawą ludzką, lecz z woli Pana Wszechmogącego tego świata zeszli”

W roku 1529 Mazowsze zostało włączone do Polski. Choć szlachta mazowiecka została zrównana z prawami szlachty w Koronie, lokalne prawo obowiązywało do roku 1577. Jędrzej Święcicki jeszcze w roku 1634 w swym dziele bolał nad utratą niezależności, a przede wszystkim, iż Polacy traktują mieszkańców Mazowsza z wyższością, wspominając czasy przed nadejściem Korony i Polski, która dokonała zaboru. Nie przypadkiem wzmiankowałem tu katastrofę samolotu, obecnie rozpalającą wciąż nasze zmysły i wpływającą na codzienne życie. Po latach nikt o niej nie będzie pamiętał, podobnie jak o mazowieckich książętach, o Mazowszu, któremu Polska odebrała wolność. Wszystko przeminie, pozostanie tylko legenda, z którą historyk zawsze przegra.

Bo w układance mazowieckiej jest jeszcze jeden element, Katarzyna Radziejowska poślubić miała później Konrada Oborskiego. Kliczyn i Obory to zbyt wielka koincydencja jak na tak dziwną historię nieprawdaż?. Tak również sądziła Zofia Krasuska. A co na to historyk? Imię „Conrado” pojawia się dopiero w drugiej wersji „Opisania Mazowsza” Jędrzeja Święcickiego, zaś w pierwszym druku stoi tam „trado Oborski”. Kolejna więc literówka, zmieniająca przekaz w opowieść. A zatem czy Katarzyna poślubiła mężczyznę zwanego Oborski i czy jej służka, Katarzyna z Kliczewskich wywodzących się z Kliczyna należącego do Oborskich, którzy pierwszej ćwierci wieku XVI pełnili funkcje urzędnicze w Księstwie, miała coś wspólnego ze śmiercią książąt i klątwą Piastów? To kolejna z tajemnic historii, czy która przecież jak napisał Ambrose Bierce, jest li tylko przekazem, wydarzeń w większości nieistotnych, które są dziełem władców, w większości niegodziwców i żołnierzy, w większości głupców.


Źródła i literatura:

  • KRASUSKA Zofia, Słomczyn zarys najdawniejszych dziejów parafii cieciszewskiej , Słomczyn 1993
  • Dzieje Mazowsza, t. I, red. H. Samsonowicz, Pułtusk 2006

Sempołowska w Mirkowie

ksunder

Jak co roku 8 marca przyjrzyjmy się bliżej kolejnej przedstawicielce płci pięknej, która położyła zasługi dla historii tych stron. I jak to zwykle bywa są one praktycznie zapomniane, bowiem nie była związana z letniskiem Konstancin i jego elitarnym towarzystwem. Jak łatwo domniemywać po tytule wpisu, chodzi o Stefanię Sempołowską.

Sempołowska jest postacią znaną i wciąż jeszcze pamiętaną w Polsce, jej działalność oświatowa i nauczycielska nie zblakła mimo upływu lat. Była jedną z osób, które poniosły kaganek oświaty w lud, a po szczegóły odesłać należy szacownego czytelnika choćby do skróconego życiorysu w Wikipedii. Co ma jednak Sempołowska do Mirkowa? Zapewne niektórzy kojarzą, ja pozwolę sobie opowieść tę rozwinąć, bowiem rzecz sprowadza się nie tylko do mirkowskiego kinematografu. Sempołowska była bowiem jedną z osób, której jedna z największej fabryk w ówczesnej Kongresówce zawdzięcza Dom Ludowy.

299336Historia ta bierze swój początek podczas Rewolucji 1905, która dość mocno zradykalizowała społeczeństwo Królestwa. Wraz z rewolucyjnymi ruchami robotniczymi powróciła sprawa polska, w szkołach wiecowano i strajkowano, domagając się między innymi prawa do nauczania w języku polskim. W centrum tych wydarzeń były Maria Gomólińska i Stefania Sempołowska, która doprowadziła do zwołania zjazdu delegatów Kół Nauczycielskich Królestwa Polskiego. Postanowiono tam wbrew zaborcy nauczać w języku polskim, a przede wszystkim zając się edukacją najniższych warstw społecznych. Mimo uspokojenia nastrojów znaczna część postulatów znalazła się w programie Towarzystwa Kultury Polskiej, założonego w 1906 roku przez znanego działacza Aleksandra Świętochowskiego. Sempołowska działała w nim aktywnie od początku. Celem Towarzystwa było szerzenie działalności kulturalnej, a przede wszystkim edukacyjnej. Niezwłocznie po założeniu głównego oddziału w Warszawie, który skupił się na robotnikach tutejszych zakładów, oczy działaczy skierowały się na nieodległa Mirkowską Fabrykę Papieru. W lutym 1907 otwarto tam oddział towarzystwa, a o tym, iż ziarno padło na podatny grunt, możemy przeczytać w pierwszym numerze miesięcznika TKP wydanym przez Świętochowskiego w tym samym roku. Oddział w Jeziornie był pierwszy, po nim otwierano kolejne w miastach Mazowsza.

Jak pisał anonimowy sprawozdawca: „[Oddział] Istnieje od Lutego b. r., a liczy 64 członków,- 5 kobiet i 59 mężczyzn. Starania swe zwraca głównie w kierunkach oświatowym i ekonomiczno-społecznym. W tym calu założono bibliotekę, która posiada około 800 tomów i czytelnię. Urządzono dwa odczyty: jeden o „Konstytucyi 3 maja 1791 r.“ (S. Sempołowska), drugi o „Słowianach przedhistórycznych“ (M. Gomólińska). Obecnie oddział dąży do tego, ażeby odbywały się dwa wykłady na miesiąc z dziedziny nauk społecznych, ekonomicznych, historycznych, hygienicznych i przyrodniczych. Opracowywane są tablice graficzne, przedstawiające stan analfabetyzmu śród robotników i robotnic Mirkowskiej fabryki papieru w Jeziornie (około 1500 ludzi). Na początku Grudnia otwarto kursy dla analfabetów i wykłady popularne.

W kierunku ekonomiczno-społecznym oddział wystarał się:

1) o założenie państwowej kasy oszczędności w fabryce

i 2) o wybudowanie przez fabrykę piekarni, która będzie prowadzona przez kooperatywę robotniczą.

W Kwietniu urządzono drzewosadzenie, w którem wzięło udział kilkaset dziatwy robotniczej.

Dla kultury towarzyskiej zorganizowano zbiorowe lekcye tańców, na które uczęszcza 50 osób z młodzieży fabrycznej, a których udziela nauczyciel z Warszawy dwa razy tygodniowo. Lekcye te wyrabiają zręczność i ogładę towarzyską, a przytem mają wpływ demokratyzujący, gdyż robotnicy, robotnice i urzędnicy fabryczni spędzają razem wieczory na zabawie. Czysty dochód z lekcyi tańca przeznaczony jest na Dom Ludowy w Jeziornie.”

O ówczesnych zabawach w Mirkowie poczytać możemy w książce o Ciepokach Kalicińskiego, skupmy się jednak na Domu Ludowym. Zaprojektował go Stefan Szyller, jak widać jednak właściciele fabryki początkowo nie kwapili się z datkami na jego powstanie, mimo iż trwała właśnie budowa robotniczego osiedla. Miało to oczywiście związek z faktem, iż zdawali sobie sprawę z nastrojów pośród robotników, pozostając pod wrażeniem niedawnej rewolucji. Działalność TPK trafiła zresztą na podatny grunt, już w roku 1905 powołać miano zalążek Domu Ludowego, by organizować tu życie kulturalne. TPK ze swymi odczytami, imprezami oświatowymi i teatralnymi wyzyskała moment dziejowy. Brak budynku był jednak dotkliwie odczuwalny.

„Celem głównym oddziału jest wybudowanie takiego Domu, którego brak daje się czuć dotkliwie. Cała praca oświatowo - kulturalna biegłaby stokroć szybciej, gdyby było ognisko, w którem lud roboczy znalazłby pokarm duchowy, zdrową rozrywkę i t. p. To też oddział wytęża wszystkie siły, ażeby zdobyć kapitał potrzebny dla urzeczywistnienia tej myśli.”

9415f9bcd76598f9c08127db1641b596_LSempołowska była mocno zaangażowana w rozwój oddziału w Mirkowie, a po wybudowaniu Domu Ludowego ufundować miała dlań kinematograf. I tak rozpoczęła się historia kina „Mirków”.

Odnotujmy jeszcze, iż największy opór wobec przedsięwzięcia stawiły wcale nie władze, ani tez kierownictwo Papierni.

,,Ze strony władz rządowych oddział nie doświadczał utrudnień. Władze fabryczne zachowują się wobec niego biernie. Jedynie wrogi nastrój i przeciwdziałanie ujawnia duchowieństwo parafialne i okoliczne rzymsko-katolickie, które wszelkimi środkami tamuje pracę oddziału, wychodząc z założenia, że Tow. Kultury Polskiej jest instytucyą anti-religijną i jako takie powinno być bezwzględnie zwalczane.

Kopie protokółów z zebrań organizacyjnych dostatecznie wyświetlają ten stosunek; dodać jednak musimy, że na piśmienne prośby poświęcenia lokalu bibliotecznego oraz sadzonych drzewek otrzymaliśmy odpowiedź odmowną oraz że zdarzają się częste wypadki odciągania ludzi od Tow. Kultry Polskiej przez konfesyonał. Wogólę ze strony duchowieństwa, oddział doznaje wielu krzywd i spotyka najwięcej przeszkód".

Dziś oczywiście trudno stwierdzić czy opór proboszcza (ze Słomczyna, stanowiącego wówczas siedzibę Parafii) wywoływała osoba Aleksandra Świętochowskiego, znanego ze swych antyklerykalnych poglądów, czy też świeże doświadczenie rewolucyjne. Ruchy robotnicze w tamtych latach nie miały jeszcze przed sobą doświadczeń rewolucji radzieckiej i nie kojarzyły się z programową walką z kościołem, choć poglądy większości ówczesnych księży mocno kłóciły się z postępowymi dążeniami osób takich jak Stefania Sempołowska, postulującymi równość wszystkich w dostępie do edukacji. Nie bez znaczenia mógł być fakt, iż w owym czasie trwała budowa filialnego mirkowskiego kościoła, a działalność TPK i budowa Domu Ludowego traktowana mogła być jako konkurencja. Koniec końców jak to zwykle bywa wszystko się ułożyła.

W tym roku historyczny kwiatek w postaci wspomnienia z okazji Dnia Kobiet otrzymują więc Stefania Sempołowska, Maria Gomólińska i inne nieznane z nazwiska członkinie TPK, za to co uczyniły dla tych okolic, a o czym mało kto pamięta, a po upływie bez mała stu lat nie jest świadom wagi tych działań.


Źródła i literatura:

  • Kultura Polska, miesięcznik TPK, styczeń 1908

Pani na Pieskowej Skale

ksunder

Cóż my właściwie wiemy o Urszuli Wielopolskiej z Potockich? Pozostało nam jedynie kilka dat i portret autorstwa Łukasza Orłowskiego, namalowany w roku 1750, pochodzący z kolekcji Wielopolskich z Chobrza. Obecnie znajduje się w Muzeum Narodowym w Kielcach. Spogląda na nas kobieta w sile wieku, odziana zgodnie z ówczesną modą, w siwą perukę skrywającą jej prawdziwy kolor włosów, z bladą twarzą przykrytą pudrem, w sukni z czasów saskich. Zacięty wyraz twarzy i nieco podejrzliwie, zniecierpliwione spojrzenie zdradza nam jej charakter. Zupełnie nie wygląda na 25 lat, które miała w chwili namalowania portretu. Wydaje się, że życie odcisnęło na niej swe piętno.

ukasz_Orowski_Portret_Urszuli_z_Potockich_WielopolskiejDużo więcej moglibyśmy powiedzieć o jej mężu, koniuszym koronnym i właścicielu licznych dóbr, w tym klucza oborskiego, Hieronimie Wielopolskim. To właśnie on założył słynny browar i umożliwił Kurtzowi założenie Papierni. Urszula zdaje się być jedynie przypisem do tej historii, tymczasem po śmierci Hieronima to ona odegra kluczową rolę dla historii dworu w Oborach. Jak co roku 8 marca warto przyjrzeć się kolejnej z kobiet, o których lokalna historia nie pamięta, a które wywarły niemały wpływ na dzieje tych okolic.

Urszula Potocka herbu Pilawa Złota przyszła na świat w roku 1725 jako córka starosty trembowelskiego Michała. Mając 16 lat wychodzi za mąż za Pana na Pieskowej Skale, Hieronima Wielopolskiego, właściciela licznych dóbr ziemskich, posiadacza pałacu Wielopolskich w Warszawie i klucza kilku wsi położonych na zalewowym Urzeczu, podlegających dworowi w Oborach, wraz z sąsiadującym z nim majątkiem w Skolimowie. Na małżeństwie z pewnością szybko zaważył fakt, iż okazało się bezdzietne. Gdy sporządzany jest w roku 1750 portret Urszula z pewnością już wie, że nigdy nie doczeka się potomstwa. Dziś modne jest szukanie w historii rozmaitych tajemnic alkowy, tu jednak nie dostajemy podpowiedzi co mogło być tego przyczyną. Dość, że liczne majątki nie doczekały się dziedzica, zatem po śmierci Hieronima przejść miały na któregoś z jego braci, bądź potomków. Za wyjątkiem Obór, pałacu w Warszawie i Krakowie, do których mieli jedynie częściowe prawa, bowiem Hieronim zadbał by zapisać je Urszuli.

Skoro jesteśmy znowu przy dobrach oborskich, poszukajmy odpowiedzi na pytanie, czy Urszula kiedykolwiek je odwiedziła. W dokumentach nie znajdziemy śladu takiej informacji, jednak skoro wiemy, iż z pewnością odwiedzał je Hieronim, który wskazał Kurtzowi młyn nad Jeziorką, jako dobre miejsce do ulokowania Papierni, nie możemy wykluczać, iż odpoczywała w tutejszym dworze. Zwłaszcza w młodym wieku, bowiem nie na darmo trzymano w roku 1744 w Oborach bestię na łańcuchu w postaci niedźwiedzia, lecz ku uciesze odwiedzających dwór gości Hieronima. Zapewne przybyła tu nieraz i Urszula. Choć gdy w późniejszych latach po śmierci męża w roku 1779 została właścicielką majątku i przeniosła się do Krakowa, nadal podejmowała wiele decyzji i to do niej zwracali się zarządcy.

Jednakże istotny dla dalszych dziejów Obór okazał się rok 1761. Wówczas umiera starsza o 3 lata od Urszuli jej siostra Eleonora, małżonka Aleksandra Potulickiego. Pozostawia niespełna 5-letniego syna. Od Aleksandra jego wychowanie przejmuje Urszula, stając się dla Michała Bonawentury Potulickiego drugą matką. On zaś jest dla niej synem, którego nigdy nie miała. Dba o jego edukację i jej kolejne etapy, począwszy od konwiktu księży teatynów, aż po studia na Akademii Turyńskiej, które zmienią młodego hrabiego w naukowca. Gdy w roku 1776 powraca do kraju, Urszula czyni na jego rzecz pierwsze zapisy. Choć później sceduje nań prawa do Wągrodna i Rogowa, pierwszym majątkiem, którego dziedzicem zostaje Michał Potulicki są Obory. Z roku 1778 pochodzą dokumenty sporów sądowych, gdzie Michał powołuje się na swe dziedziczne prawa do Obór.

Rozbiory sprawiają, iż Urszula na stałe pozostaje w Krakowie, zaś Obory początkowo znajdują się terenie Prus. Tych samych, w których Michał Potulicki posiada majątki w Wielkopolsce. Urszula ceduje nań klucz wsi na Urzeczu, którego nadal formalnie jest właścicielką. Lecz to „Graf von Potulicki” będzie dla pruskich władz stroną rozmów.

Śmierć zabiera Michała Potulickiego tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1805. Urszula czym prędzej przybywa do Warszawy, zatrzymując się po raz ostatni w pałacu Wielopolskich. Tuż po pogrzebie zmienia swój testament. Wciąż mam przed oczami piękne zwroty, w jakie ubrała swe słowa: „Ja Urszula z Potockich (…) uważając nieuchronny dla każdego przypisany Wyrok Boski, że kto się rodzi umierać powinien, nie chcąc bez rozrządzenia duszy i majątku mego z tego schodzić świata, zdrowa na umyśle i ciele to ostatnie czynię postanowienie”. Tak oto dziedzicami majątku stają się Kasper i Kazimierz Potulicki, a w ich imieniu do czasu osiągnięcia dorosłości opiekę nad Oborami przejmuje matka. Urszula powraca do Krakowa, gdzie umiera cztery miesiące później, w dniu 15 maja, Obory wraz z przynależnymi im dobrami przechodzą w ręce Potulickich.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory

Krótka historia gminy Słomczyn

ksunder

Zapewne większość osób zapoznała się już z pomysłem zmiany granic administracyjnych. W obecnym kształcie zapis nie pozostawia złudzeń, w skład Miasta Stołecznego Warszawy wejdzie gmina Konstancin-Jeziorna, wraz z wianuszkiem pozostałych gmin okalających Warszawę tworząc powiat warszawski. Powiat piaseczyński przestanie istnieć i zostanie podzielony. Nie będę tu wypowiadał się o tym projekcie, bo nie miejsce na to, nic nie trwa wiecznie, także podział samorządu terytorialnego. Wszystko to przypomniało mi nie tak dawną historię, z czasów prawie najnowszych sprzed sześćdziesięciu kilku lat. Ale po kolei…

Podział terytorialny zawsze rodził się w bólach, nim Rosjanie utworzyli gminę Jeziorna, przez chwilę funkcjonowały gmina Bielawa z siedzibą w Jeziornie i gmina Obory, której siedzibę z nieznanych obecnie przyczyn władze zaborcze postanowiły umieścić w Ciszycy. Obie połączono w roku 1867 i tak powstała gmina, której obszar praktycznie pokrywa się z obecnie istniejącą. W roku 1924 nieco ją zmniejszono, wyłączajac z niej teren letniska i tworząc gminę Skolimów-Konstancin. W takim stanie tutejsza administracja przetrwała wojnę.

Aż nadszedł rok 1952. Reforma samorządowa trwała w najlepsze, właśnie powiększono Warszawę włączając do niej ościenne gminy i w ten sposób zamiast graniczyć jak dotąd z gminą Wilanów, Jeziorna zaczęła graniczyć ze stolicą. Która przy okazji zabrała sobie nieco terenów należących do gromady Bielawa, o czym już niegdyś pisałem. Na nich utworzono Ogród Botaniczny. Przez długi czas zresztą władz gminy Jeziorna nikt nie poinformował, jakie właściwe tereny jej odebrano, bowiem pomiaru granic dokonali geometrzy Warszawy. Zresztą ówcześni urzędnicy nie byli zbytnio skłonni do uzyskiwania takich informacji, oczekując aż zostaną o tym poinformowani. Dopiero rok później dowiedzieli się, iż grunta orne Gawrońca, Kierszka, Łęczycy i Bielawy stały się częścią stolicy.

Reforma wchodziła w życie stopniowo, początkowo nic nie zapowiadało tego co się stanie. 31 maja 1952 roku utworzono powiat piaseczyński z miastem Piasecznem i Skolimowem-Konstancinem oraz gminą Jeziorna. W związku z likwidacją gminy Nowo-Iwiczna gmina Jeziorna znacznie się powiększyła. W jej skład weszły Julianów, Józefosław przejęte od m. Piaseczna oraz wieś Skolimów. Do gminy Jeziorna dołączono także Chylice i Chyliczki, Czarnów, Jastrzębie i Siedliska. Zmienił się skład ówczesnej Gminnej Rady Narodowej, od 7 lipca dołączyli do niej radni z połączonych miejscowości. Od początku zarządzanie tak dużym obszarem stało się problemem, przy ówczesnych trudnościach komunikacyjnych, braku dróg, do tego pośrodku gminy znajdował się wyłączony spod jej władzy obszar miasta Skolimów-Konstancin. Nowym radnym nie było zupełnie na rękę włączenie ich do istniejącej od dawna, okrzepłej struktury, gdzie stanowiska były już z dawna obsadzone, a oni sami znaleźli się poza lokalnymi układami. Stąd też 28 listopada 1952 na sesji rady wystąpili z wnioskiem o zmianę granic gminy Jeziorna, proponując by z nowowłączonych gromad utworzyć gminę Chylice, w skład której wejdą Wierzbno, Czarnów, Jastrzębie, Siedliska, Kierszek, Julianów, Józefosław i Skolimów-wieś z Chyliczkami i oczywiście Chylice, mające być siedzibą nowej gminy. Mało kto protestował przeciw takiemu rozwiązaniu, gmina Jeziorna dzięki temu mogła pozbyć się problemu, a wyłączone z Piaseczna i likwidowanej Nowo-Iwicznej miejscowości utworzyć nową strukturę, w której czuły się ze sobą związane. Chylice wybrano jako wieś najlepiej z pozostałymi skomunikowaną.

Jednak niespodziewany wniosek złożyli przedstawiciele Słomczyna, nie uprzedzając nikogo, co doprowadziło do awantury. W piśmie podpisanym przez 47 rolników wniesiono o pozostawienie miejscowości na terenie gminy, miast tego o utworzenie gminy Słomczyn, w skład której wejdą Borowina, Cieciszew, Czernidła, Gassy, Obory wraz z Cegielnią, Piaski i Słomczyn. Sesję rady przerwano, a w teren popędzili przedstawiciele urzędu dokonywać ustaleń.

Jak się okazało Słomczyn przeprowadził dywersję, rozpytywani mieszkańcy pozostałych miejscowości wyrażali zdziwienie, że podpisali takie pismo. Rozpytywani na okoliczność wniosku twierdzili, że nie wiedzą nic o takich planach. Mieszkańcy Piasków wyrazili wprost „niechęć do bycia w Słomczynie”, w pozostałych wsiach oświadczono, iż stworzy to mieszkańcom znaczne trudności „bo w Jeziornie jest poczta, posterunek MO oraz sklepy, których w Słomczynie ze względu na brak lokali nie będzie”. Jedynie rolnicy z Czernideł stwierdzili, że nie obchodzi ich gdzie znajdzie się siedziba gminy, bo odległość do Słomczyna i Jeziorny Królewskiej mają taką samą.

Pomysł upadł, po latach docenić można jednak ten sprytny ruch Słomczyna i jego mieszkańców, którzy pragnęli wykorzystać dziejowy moment, wiedząc iż reforma jest w toku i awansować do rangi siedziby gminy. Obecnie to jedynie zabawna dykteryjka, którą po latach będą zapewne także działania w sprawie obecnej reformy. Która podobnie jak poprzednie wywróci wszystko, wraz z powiatem do Warszawy przeniesie się Urząd Podatkowy, Wydział Komunikacji, zmiana terytorialna wymusi reformę wszystkich organów przez Policję, Sanepid i inne. Ale to nie jest temat na łamy tego bloga.

Warto jedynie przypomnieć, iż wkrótce okazało się, że pomysły mieszkańców Słomczyna i Chylic spełzły na niczym. Gminy zlikwidowano całkowicie i aż do roku 1973 samorząd właściwie nie istniał, reprezentowany przez gromadzkie rady narodowe czy rady osiedli. Dopiero wtedy powstała gmina Konstancin-Jeziorna w kształcie w jakim istnieje do dzisiaj.


Źródła:

  • APW O/Grodzisk Mazowiecki, Akta gminy Jeziorna

Korzenie spisku

ksunder

W roku 1773 Kurtz dociera do Warszawy, posługuje się już wówczas przedrostkiem „von” przed nazwiskiem. To co dla jego ojca było jedynie przydomkiem znaczącym ni mniej ni więcej „krótki”, w Polsce staje się arystokratycznie brzmiącym mianem. Czy zaczyna podawać się za barona? Trudno dociec, dokumenty podpisuje jako Bn von Kurtz, co historyk po latach rozszyfruje jako skrót od barona, można jednak zastanawiać się czy przypadkiem nie chodziło o Bernadona, choć w historii polskiego teatru trudno szukać informacji o tej charakterystycznej figurze. Jednak na terenie Austrii Kurtz posługiwał się nim jako przydomkiem, możliwe też, że tak przedstawiał się w Polsce. Baronem jak wiemy nie był, ani też arystokratą, jednak to właśnie towarzystwo możnych staje się czymś dlań ze wszech miar pożądanym. W Warszawie trafia bowiem na dziewiczy grunt, kraj jest zraniony świeżo rozbiorem, konfederacją barską. Od kilku lat nie odbywają się przedstawienia teatralne inne niż wystawiane przez przygodne trupy. Świeżo rozebrano budynek przy ul. Królewskiej, gdzie do roku 1767 przedstawienia dawał w Operalni przez dwa lata teatr, który z czasem miał przekształcić się w Narodowy. Na razie jednak jego działalność jest zawieszona, minie jeszcze rok nim powróci, tym razem na Placu Krasińskich. Lecz publika jest głodna tak hołubionych komedii, które upodobał sobie wcześniej król i inni reformatorzy, pragnący za pomocą teatru zmieniać mentalność mieszkańców podupadającej Rzeczpospolitej. Kurtz dostrzega tu szansę dla siebie, postanawia osiąść w Warszawie, skoro do Cesarstwa nie ma dlań na razie powrotu. Cenzura jest tu innego rodzaju, bardziej polityczna niż obyczajowa, nastawiona raczej na eliminację akcentów antyrosyjskich. Komedia świetnie się tu odnajdzie, choć gatunek ten potępia duchowieństwo. Kurtz postanawia otworzyć stałą scenę teatralną, by jednak tego dokonać potrzebuje mecenasa, jakbyśmy dziś powiedzieli, sponsora. Kilka pierwszych przedstawień zapewnia mu rozgłos, usiłuje zaczepić się przy dworze, staje się wydarzeniem towarzyskim. Tak oto poznaje Franciszka Ryxa.

Obraz7

Ryx

Na temat tej szarej eminencji, królewskiego kamerdynera, nie tak dawno szereg artykułów popełnił Dawid Miszkiewicz na swoim blogu – Chylice i okolice. Zachęcam do ich lektury, nie chcąc powtarzać znajdujących się tam informacji. Ryx jest postacią niezwykle ciekawą, powoli zdobywa zaufanie Stanisława Augusta Poniatowskiego, w roku 1768 otrzymuje nobilitację szlachecką. W roku 1773 wciąż poszerza swoje wpływy. Wówczas styka się z Kurtzem, pragnącym stworzyć teatr inny niż dworski. Decyduje się udzielić mu pożyczki na rozwój działalności. Korzystając z królewskiego poparcia włącza się w działalność teatralną i kontynuuje ją w późniejszych latach, w tym miejscu można przywołać cytat ze wspomnianego wpisu na blogu:

Początkowo była to jedynie pożyczka udzielona wiedeńskiemu aktorowi, który podjął się wystawiania przedstawień teatralnych w Warszawie, niedługo później Ryx został jednym ze wspólników prowadzących teatr, a w końcu posiadł monopol na wystawianie przedstawień teatralnych w całej Warszawie. Głównie wydzierżawiał teatr, chociaż w niektórych latach z powodzeniem prowadził go samodzielnie. Za jego czasów teatr uzyskał dużą stabilność finansową, dzięki czemu mógł się swobodnie rozwijać. Nie bez znaczenia było tutaj królewskie poparcie, także finansowe.”

Jak zauważają historycy jego wsparcie dla rozwijającego się teatru miało raczej dlań znaczenie jakie dziś określilibyśmy biznesowym. Niewątpliwie jednak przyczynił się do rozwoju sceny narodowej, przejmując monopol po Sułkowskim. Początki jego teatralnych zainteresowań leżą w znajomości z Kurtzem w roku 1773. Kurt tymczasem nie próżnuje. Stara się zareklamować swą działalność, dzięki wsparciu Ryxa przy dworze zakłada arystokratyczny klub towarzyski. Przez krótki czas przynależność do niego staje się modna, zaciekawiony przybyszem z Cesarstwa poznać przybywa go hrabia tegoż samego Świętego Cesarstwa Rzymskiego, koniuszy koronny, generał major i szef Regimentu Gwardii Konnej Koronnej od 1745, starosta generalny krakowski, przemykowski, żarnowiecki, wkrótce kawaler Orderu Orła Białego, pan na Pieskowej Skale – Hieronim Wielopolski.

Pieskowa_Skala_2

Pieskowa Skała pod koniec XVIII wieku

Tak oto aktor, kamerdyner i koniuszy pojawiają się na wspólnej scenie. Nadchodzi rok 1774, w którym Ryx otrzyma starostwo piaseczyńskie, z czasem stanie się właścicielem Chyliczek, Wólki Kozodawskiej, Jesówki i cześci Jazgarzewa. Kilka kilometrów od jego włości, podążając z biegiem Jeziorki dotrzeć można do Skolimowa, należącego do dóbr Wielopolskiego, z siedzibą w Oborach. Zapewne Ryx odwiedza znajdujący się tu dwór, z całą pewnością czyni to Kurtz. Droga z Warszawy wiedzie przez groblę, na którą skręca się nieopodal folwarku, gdzie znajduje się karczma bielawska, wchodząca w skład majątku kasztelana Jabłonowskiego. Następnie prowadzi koło wzniesionych niedawno nowych zabudowań młyńskich w Grądzie.

Wszystkie postacie dramatu są już na scenie, na razie pora na antrakt. Wkrotce narodzi się spisek papierniczy, a do dramatis personae dołączy król.


Źródła i literatura:

  • KRÓL Barbara, Warszawski teatr Sułkowskich, Dokumenty z lat 1774-1785, Warszawa 1957

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci