Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Europa jesienią

ksunder

Jesień zastała mnie w Europie. Znalazła mnie w Hadze, gdzie ciepła pogoda i zieleń nie zwiastowały schyłku lata. Choć właśnie się rozpoczynała, liście nie zaczęły jeszcze żółknąć w nadmorskim klimacie Holandii. Chodziłem korytarzami bogato zdobionego Vreispalais, po polsku zwanego Pałacem Pokoju zastanawiając się o czym mogli myśleć ludzie przebywający w tym miejscu ponad 100 lat wcześniej, w roku 1914. Bowiem Pałac Pokoju wzniesiono na siedzibę Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, powołanego z początkiem XX wieku. Tu miano sądzić zbrodnie wojenne, wyniki starć i potyczek toczonych z dala od Europy. Jego wybudowanie było skutkiem podpisania konwencji haskiej w 1899, wskutek którego postanowiono, iż miejsce Trybunał powinien mieć stałą siedzibę. Podjął się tego Andrew Carnegie i wydał na to 1,5 miliona dolarów, nawet jak na tamte czasy olbrzymie pieniądze. Pałac gościł w roku 1907 monarchów i władców, którzy dołożyli się do jego wyposażenia zwożąc marmury, dzieła sztuki, dekorując wnętrza i ściany gigantycznymi kobiercami. Choć Trybunał wyniósł się do innego budynku, wciąż właśnie tu odczytywane są orzeczenia.

IMG_20180918_084635Skorzystałem z uprzywilejowanej sytuacji i przyznanej swobody, bo turystów się tu wpuszcza rzadko i nie pozwala robić zdjęć. Ale również samodzielnie musiałem dekodować znaczenie tych wszystkich mozaik i obrazów, bo wszystko tam jest zaplanowane, prowadząc gościa do jedynej słusznej konkluzji. Na podłodze „Sol iustitiae illustra nos”, czyli „Oby oświeciło nas słońce sprawiedliwości”, stanowiące jednocześnie motto Uniwersytetu w Utrechcie. Schody prowadzą na półpiętro, gdzie w centralnym punkcie do środka zbiegają się mozaiki – los i gniew wojny prowadzą do mądrości ludzkiej i sprawiedliwości, które przeradzają się w pokój. Z piętra wszystko błogosławi posąg Chrystusa. Widać w tym wszystkim duch czasu i wiarę epoki, że wojny już nigdy nie będzie, bo pokój jest najwyższą wartością dojrzałej ludzkości. Mozaikowe zdobienia to jeszcze czysta secesja, belle epoque i XIX wiek, choć budowę pałacu finalizowano w roku 1913. Miał gościć trzecią konferencję haską w roku 1914, nie zdążył, choć przecież jeszcze w roku 1912 Jan Bloch i wielu innych udowodniło przekonująco, że wojna w Europie jest nieopłacalna. No a jeszcze jesienią 1914 w murach tego pałacu padło zdanie, że potrwa krótko i będzie wojną, która położy kres wszelkim wojnom.

IMG_20180919_103237Holenderski pałac pokoju wzniesiono by wojny uniknąć, Uniknąć to złe słowo, bowiem bogate zdobienia pałacu jednoznacznie wskazują, na niezachwiane przekonanie, iż wojny nigdy nie będzie, bowiem pokój i sprawiedliwość są najwyższym dobrem cywilizowanej europejskiej ludzkości. Tej samej, która niczym w słynnej książce Jana Blocha miała już nigdy nie walczyć, gdyż w Europie końca belle epoque, było to przecież całkowicie nieopłacalne.

IMG_20180918_083945Kiedy zaczęła się wojna nikt już o tym nie myślał. Wszyscy parli do zwycięstwa, ochotnicy dla chwały swych krajów maszerowali pokonać przeciwnika. Haga i Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości stały się niczym więcej niż li tylko mrzonkami. Gdy jesienią 1914 roku front dotarł do gminy Jeziorna nikt o tym nie myślał, zapewne nikt z mieszkańców Urzecza nie miał również o tym pojęcia.

Położone pod Wiedniem Schonbrunn to zupełnie inne miejsce niż Pałac Pokoju, dziecko swych czasów i licznych wojen. Stąd Maria Teresa przesuwała kolumny swych wojsk ginących szparko w imię jej porządku, tu cesarz Francuzów upokorzył Austriaków podpisując pokój, stąd Metternich strzegł porządku Europy w imieniu Świętego Przymierza. Tu zmarł Franciszek Józef i wreszcie w tych murach cesarz Karol abdykował, kładąc kres 600 latom monarchii austriackiej. To było już w innym świecie, niż cztery lata wcześniej, gdy do wojny parły wszystkie mocarstwa. I ludzie, młodzi, gniewni, przekonani o swych racjach, pragnący położyć kres upokorzeniom jakie doznawały ich kraje, udowodnić ich potęgę. Bilans tego co miało nastąpić kilka lat później, był niewyobrażalny. A przecież prawa historii są niezmienne, tak jak po wojnach napoleońskich Kongres Wiedeński określił Europę na nowo, tak samo jasnym musiało być, że każda kolejna wojna zmieni nie tylko układ sił. Z perspektywy stu lat wydaje się niewyobrażalnym, że nikt tego nie przewidział.

IMG_20181003_172252Napisałem tekst o latarniach w roku 2014, sto lat po tym gdy Europa szła na wojnę. Niewielu ludzi zdawało się przewidywać, że kontynent ogarniają ciemności. Przez cztery lata tak wiele uległo zmianie. Obecnie, ponad wiek później dzieje się podobnie, pogrążamy się w dziwacznym szaleństwie, uchodźcy, szczepionki, oskarżenia polityczne… w zaklętym kręgu emocji, z którego nie potrafimy się wyrwać, który w roku 2014 wydawał się niedorzeczny i niemożliwy. Dwie rzeczy są tylko inne niż w roku 1918 – Europa nie jest już centrum świata, a Polska jest oczywistością i codziennością. W roku 1914 jasne było, że wojna skończy się zwycięstwem, wspaniałym i triumfalnym, nikt nie przewidział tego co nadejdzie, nie tylko tego, iż zacznie się na koniu a skończy w powietrzu, narodzi się wiek totalny, w którym zapanuje technika. Kto cztery lata temu przewidział szaleństwo związane z uchodźcami, choć kryzys czaił się tuż za rogiem?. Tak właśnie wygląda przewrotność historii, jeśli spojrzymy w przeszłość do roku 2014 możemy dostrzec przynajmniej część procesów, jakie miały miejsce sto lat temu.

IMG_20181003_170013Nad Schonbrunn góruje Glorieta, można stamtąd zobaczyć panoramę Wiednia. Tu niegdyś biło jedno z serc Europy, nim zaczęła nadchodzić jesień. Lecz choć czuje się w powietrzu, wciąż panuje tu koniec lata. Cztery lata temu także było ciepło, lato dobiegało końca, moje myśli krążyły wokół mauzoleum w Maryninie, gdzie złożono żołnierzy niemieckich i rosyjskich poległych podczas ofensywy jesienią 1914 roku. Miałem nadzieję, że uda się coś zrobić z tym miejscem, dokonać jego rewitalizacji lecz rzeczywistość mnie przerosła. Opisałem je za to dokładnie, okręgi nawiązujące do dawnych megalitycznych budowli, wskazując warstwę znaczeniową, która wiele mówiła o tamtej wojnie. Ostatniej wojnie, nad którą unosił się jeszcze duch rycerstwa, jeśli wojna ma w sobie w ogóle cokolwiek z rycerskości. Ta zaczęła się na koniach, a skończyła w powietrzu. Asy przestworzy były ówczesnymi rycerzami. Bo gdy w Europie wszyscy rzucali się by popełnić samobójstwo, nie wiedzieli, ze idą na pierwszą w historii wojnę totalną. Ich pochówki nie były pogrzebami żołnierzy, lecz bohaterów. Stąd w Maryninie określono ich mianem „krieger”, wojownik, dlatego złożono ich w nekropolii, zaprojektowanej pieczołowicie, odwołującej się do zapomnianych czasów pradawnej chwały. W AustroWęgrzech do projektowania grobów zaprzęgnięto cały wydział artystów, bohaterowie mieli mieć godny pochówek. Wojna to szaleństwo, przedłużenie polityki jak chciał Clausevitz, a jednak ci którzy w niej walczą, sto lat później są dla nas tak bardzo godni chwały. W Polsce wiek później polityka państwowa krąży wokół tego samego, gloryfikuje postawę chwalebnej walki za ojczyznę. Historia nie uczy nas niczego.

IMG_20181003_174517Cztery lata temu ruszyłem szlakiem Wielkiej Wojny. Najpierw odwiedzałem nekropolie, szlakiem kampanii rosyjskiej w Prusach przemierzyłem Warmię i Mazury, zatrzymując się przy wszystkich grobach, doceniając kunszt wojennych cmentarzy, takich jak choćby Orłowo nieopodal Nidzicy. Z największych nic nie zostało, pod Olsztynkiem nie ma nawet śladu po mauzoleum Hindenburga. Rozebrano je, a kamienie wykorzystano wznosząc budynek KC w Warszawie, później zmieniony w giełdę. Niemcy podczas II Wojny w ostatniej chwili ewakuowali ciało wielkiego generała, by nie dostali go Rosjanie. I znowu to wojenne szaleństwo… Lecz wróćmy do Wielkiej Wojny. Idąc jej szlakiem odkryłem wiele innych cmentarzy i grobów, w bezpośredniej bliskości Konstancina, zwłaszcza z drugiej, tym razem zwycięskiej, niemieckiej ofensywy, z 1915 roku. Niektórzy znający ten blog towarzyszyli tej wyprawie szlakiem Wielkiej Wojny, coraz bardziej owianej mgłą niepamięci. W Górze Kalwarii natrafiłem na grób austriackiego żołnierza, który zaplątał się nad Pilicę podczas walk, gdy armia rosyjska opuszczała Królestwo. Byłem w Gorlicach i Przemyślu, który bardziej przywoływał na myśl Monachomachię Krasickiego, z powodu swych świątyń na wzgórzach, niż niezdobytą twierdzę. Wszędzie Wielka Wojna nie była już taka Wielka, bowiem po niej przyszła następna, a pamięć o niej zatarła wszystko, co było wcześniej. Miałem poczucie, że coś mi umyka, bo recepcja i pamięć tej wojny praktycznie w Polsce nie istnieją, zupełnie jak gdyby nie była nasza. A przecież toczyła się na naszych ziemiach i walczyli w niej Polacy, co mówiłem uczniom tutejszej Szkoły prowadząc ich do zagubionego wśród pól miejsca pochówku, gdzie stawialiśmy tablicę upamiętniającą rok 1914. Mówiłem im dlaczego ta wojna jest taka ważna, bo na jej końcu znajduje się Wolna Polska.

Z perspektywy czasu wydaje się to wręcz niemożliwe, że nam się udało. Nie doceniamy tego, nie rozumiemy tego procesu, choć widzą to z perspektywy zagranicy inni. Sto lat temu Lloyd George mógł udawać, że nie ma pojęcia o jaką Galicję chodzi Polsce uznając ją jedynie za bękarta traktaktu wersalskiego. Wiek później Norman Davies pisze, że to, iż udało się zszyć w całość i stworzyć jednolity kraj z trzech terytoriów, pociętych przez zaborców zakrawało na cud. Który nie miał prawa się zdarzyć, każdy z terenów miał inną walutę, prawo, rozstaw torów. Zupełnie inni byli też ludzie. Inny Anglik, pisarz Dave Hutchinson powiedział mi, że historia Polski jest dla niego niesamowita. Bowiem jak daleko sięga w przeszłość zawsze istniało jakieś królestwo na Wyspach Brytyjskich, zaś Polski przez wiele lat była nie było, istniała jedynie jako stan konspiracji, który przeistoczył się w rzeczywisty byt w sposób zakrawający na opowieść godną beletrystyki, w którą nikt przy zdrowych zmysłach nie dałby wiary.

01_05_2013_KJ+i+okolice_publKomosa_fotKwireg_b%2526w_m03Ponad cztery lata temu pisałem o znaczeniu tamtej wojny dla Anglików. 11 listopada do Dzień Pamięci, podczas którego przypinają sobie papierowe maki, a o godzinie 11 zwyczajowo zapadają dwie minuty ciszy. To zwyczaj podobny do naszego znieruchomienia o godzinie 17 w rocznicę Powstania Warszawskiego, oba miały identyczny wymiar dla naszych krajów, kładąc się traumą dla historii narodu. Brytania straciła kwiat swej młodzieży, podobnie jak Polska. Skąd maki? Najkrwawsze walki toczono we Flandrii w latach 1914-18, na ziemi niczyjej rosły właśnie te kwiaty, ponoć dodając walczącym otuchy. Kanadyjski lekarz John McCrae opisał je w swym wierszu „In Flander Fields” w roku 1915, przenosząc je do legendy. Tym właśnie jest I Wojna dla Brytyjczyków i to oznacza dla niej jej koniec. Dla nas w zasadzie koniec wojny nie istnieje, jest pierwszym dniem niepodległości.

Europa pamięta o tej wojnie na Zachodzie, była dla niej większą traumą niż następna. Na wschodzie większe znaczenia ma druga, bowiem braliśmy w niej udział jako niepodległy kraj, walczący o swa wolność, a nie terytorium zależne od trzech mocarstw. Skoro wiedziałem, co sądzą o tej wojnie Anglicy, a Niemcy odpowiadali mi zazwyczaj, że na zachodzie bez zmian i abym czytał dalej Remarque’a byłem ciekaw co sądzą inni. Wszędzie gdzie byłem pytałem o tę I Wojnę Wojnę, Wielką Wojnę, która dała początek nowej Europie.

W Wiedniu pomyślałem, że mógłbym być w tym towarzystwie wiek temu, bowiem przy wspólnym stole siedziałem z Czechem, Słowakiem, Węgrem, Serbem i Austriakiem. Sto lat temu byłoby to możliwe, choć AustroWęgry w listopadzie roku 1918 już się rozsypały, a ciężar wojny wzięły na siebie Niemcy. Franciszek Józef nie żył od dwóch lat, Karol nie miał żadnego autorytetu. Gdybym żył 100 lat temu mógłbym być w Wiedniu, bo Królestwo od trzech lat znajdowało się pod panowaniem Niemców, sojusznikiem AustroWęgrów, więc nic nie stało na przeszkodzie, bym tam przybył. W roku 1914 wojnę zacząłbym jako poddany cara Mikołaja II i zapewne cieszyłbym się z odparcia Niemców. Potem ci sami Niemcy szkolili w Hugonówce żołnierzy przygotowując organizację Polnische Wermacht, na co tutejsi mieszkańcy patrzyli nieufnie. Wbrew temu co nam się wydaje nie każdy Polak walczył o niepodległość swego kraju, większość podobnie jak dzisiaj pragnęła wieść zwyczajne codziennie życie. Nie przypadkiem na pogrzeb cara Aleksandra III w roku 1881 zebrano w Warszawie w dwa dni więcej pieniędzy, niż w całej Polsce przez poprzednie 20 lat na skarb narodowy i walkę z zaborcą.

10511407_583352495118388_2020420230535635538_o

No i przez cztery lata gdziekolwiek się nie znalazłem pytałem o tę Wielką Wojnę i jej koniec, ciekaw odpowiedzi jakich udzielą mi mieszkańcy Europy. Kogo to obchodzi, odpowiedział mi David Smrcina, pragmatyczny Czech, którego spotkałem w Austrii. Pytałem Węgrów o ich stosunek do Austriaków płynący z historii, bo w końcu byli jednym krajem a do tego mocarstwem, ale patrzyli na mnie dziwnie, nie rozumieli o co mi chodzi, choć większość Polaków pytanych o Litwinów miała zupełnie inne spojrzenie. Ale w Europie roku 2018, wbrew temu co wydaje się liberalnym mediom mało kto wiedział jaka jest jej historia, podobnie jak nikt nie wiedział kim jest Kaczyński, zresztą poza mną i Węgrami nikt z mieszkańców Europy nie miał także pojęcia kim jest Orban. Sto lat temu nikt nie wiedział czym są to kraje i narody, które eksplodowały w Europie Środkowej. Nikogo tak samo to nie obchodziło, wszyscy żyli własnym życiem i mieli inne sprawy. Niewiele się zmienia, wydaje nam się, że żyjemy wygodnym i bezpiecznym życiem, a potem nadchodzi historia, tak jak nadeszła w Sarajewie w roku 1914, na Krymie w roku 2013 i nadejdzie na pewno w każdej chwili. Wydaje nam się tak samo jak w roku 1914, że pewne rzeczy nie mogą się wydarzyć, a jednak się dzieją. W roku 1917 gdy walki na froncie zachodnim zbierały krwawe żniwo, na wschodzie od zakończenia ofensywy 1916 roku sytuacja pozostawała bez zmian. Z okresu tego pochodzi zresztą jedno z mych ulubionych tutejszych zdjęć, najlepiej oddających grozę wojny. Podczas gdy w błocie i okopach ginęli żołnierze, w konstancińskim latowisku wczasowicz wesoło macha do fotografa kapeluszem. Wojna zdaje się być odległa. Popatrzmy na zdjęcia wykonywane przez nas, podczas gdy Syria czy Ukraina płoną. Nic nie powinno nas już dziwić.

Clipboard0111Nie tylko ja przez te cztery lata szukałem tropów tamtej zapomnianej wojny. Dziennikarz Tomasz Borówka na Twitterze codziennie publikował wycinki gazet sprzed stu lat. Robił to przez cztery lata. Gdy piszę te słowa codziennie czytam o tym jak Niemcy się cofają, a Polacy domagają się niepodległości. Wygląda na to, że wojna dobiega końca, lecz nie będzie miała zwycięzców. A miało być przecież tak pięknie, gdy cztery lata wcześniej lato dobiegało końca, a kraje europejskie rzuciły się sobie do gardeł by popełnić zbiorowe samobójstwo. To co nastąpiło dało początek ciemności w jakiej pogrążył się kontynent, długofalowo spowodowało skutki w postaci kolejnej wojny i podziału Europy na lata żelazną kurtyną. Dopiero gdy wiek dobiegał końca Europa wychodziła z zaćmienia. Historia zdawała się dobiegać końca, dawne waśnie zapomniane i zagrzebane głęboko w projekcie zjednoczonej gospodarki.

10416611_622650451188592_617352395146145302_nPrzez te cztery lata oglądałem groby dawno zapomnianej wojny, pozbawionej znaczenia i pytałem o jej sens stykając się z niezrozumieniem. Miałem nadzieję, że podróż zakończę tam gdzie się rozpoczęła i dotrę do Sarajewa, ale skończyłem w Podgoricy. Zapytałem Branka o Wielką Wojnę i usłyszałem, że liczy się tylko Kosowe Pole. Może ma to sens, każdy naród w Europie żyje własnymi mitami, nie prawdziwą historią, o tej mało kto pamięta. 11 listopada to dla każdego inna data.

10277825_622650344521936_384249004409164602_n11 listopada 1918 roku w Europie jesienią było już jasne, że Polska powstanie, wszystko było wiadome, a jednocześnie tak bardzo niepewne. Niemcy cofają się na Zachodzie, nie mają pomysłu jak zakończyć wojnę, sprzymierzeni nieubłaganie postępują naprzód. Na Wschodzie zakończyli walki, pogrążona w Rewolucji Rosja zniosła carat, niczym kamień u nogi Cesarstwu ciąży coraz bardziej dawne Królestwo Kongresowe, angażujące kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. AustroWęgry powoli pogrążają się w chaosie, pojawiają się pomysły, by stały się państwem związkowym. Piłsudski wciąż przebywa w twierdzy, odmawiając jej opuszczenia, dopóki nie zostaną spełnione jego postulaty. Do Królestwa przybywa delegacja z Austrii, dla wszystkich jest oczywiste, że odrodzona Polska składać się musi z ziem trzech zaborów. Wybuchają kolejne bunty i rewolty, Rzeczpospolita odradza się tamtej jesieni wiele razy, jako tarnobrzeska, zakopiańska, nim stanie się Polską, musi minąć jeszcze kilka dni. Nim nadejdzie 11 listopada. Rok wcześniej nie było to pewne, jasne i oczywiste, choć Polska rwała się już na wolność widząc przykład Finlandii czy Ukrainy. Wojna sprawiła, że Polska narodziła się na nowo.

1268040_437031313083841_2116799072_oJesienią Europa przyjechała do mnie do domu, w postaci dziewczynki przybyłej na wymianę szkolną z odległego Denzlingen na granicy niemiecko-francuskiej. Czekając na przybycie uczniów z Niemiec wraz z innymi rodzicami zagłuszaliśmy lekkie zdenerwowanie płynące z konieczności ugoszczenia dziecka z innego kraju niewybrednymi żartami, przywołując sławetny występ Johna Cleese’a w serialu „Hotel Zacisze”, w którym ćwierć wieku po wojnie miał podjąć Niemców w swym hoteli, a wciąż żywe resentymenty wojny sprawiały, że powtarzał sobie, by nie mówić o II Wojnie. Wyszło oczywiście odwrotnie. W trakcie tych żartów pomyślałem, że to kolejny dowód jak bardzo Wielka Wojna zatarła się w naszej pamięci. Wojna totalna i to co nastąpiło jako drugi akt wydarzeń z lat 1914-18, skutecznie sprawiły, że nie możemy ich w tej chwili zrozumieć. Zapominamy, że gdy Niemcy wkraczali w roku 1939 do Warszawy czy Krakowa, początkowo nikt nie przewidywał co się stanie. Wciąż spoglądano na tę okupację przez pryzmat poprzedniej. Bo gdy Niemcy zajęli Królestwo w roku 1915, nie dokonywali żadnych okrucieństw. Odbudowywali to co zniszczyli Rosjanie, choćby komin Papierni w Mirkowie. Dokonali inwentaryzacji i przygotowali mechanizmy umożliwiające wcielenie zajętych ziem do swego Państwa. Elementem tego było uczynienie z Konstancina Uzdrowiska. To była część niemieckiego porządku administracyjnego, budowy Państwa, w skład którego wchodziły letniska o określonym statusie, kraju junkrów i urzędników. Ten element umknął podczas zeszłorocznych obchodów stulecia uzdrowiska Konstancin. Sto lat później Europa jest zjednoczona i na pewnym poziomie wydaje się być zupełnie inna. Wiek temu w Denzlingen na granicy francusko-niemieckiej nie mogło być mowy o harmonijnym współżyciu, Polska nie istniała, kontynent przedzielony był granicami, trwała wojna. Podczas obchodów nie zauważono także jednego oczywistego faktu, gdy Konstancin stawał się Uzdrowiskiem trwała krwawa rzeź rodzącej się nowoczesności. Walory i zalety tutejszej solanki doceniają pruskie władze, nadając osadzie Konstancin status uzdrowiska. Decyzja ta wpisuje się reformę administracyjną prowadzoną przez Prusaków, którzy rok wcześniej zajęli Królestwo Polskie. Decyzja co do jego dalszych losów jeszcze nie zapadła, w owym czasie nie jest do końca czy stanowić będzie prowincję cesarstwa, czy też państwo kadłubowe, do czego zdaje się skłaniać niejasna deklaracja z 5 listopada 1916 roku. Jasne jest jednak, że zajęte tereny muszą zostać poddane reformom, przede wszystkim administracyjnym, dostosowującym biurokrację carską do potrzeb nowoczesnego państwa. Skoro Prusacy zajęli te tereny nie zamierzają ich oddawać, stąd też decyzja o statusie osady Konstancin, wpisująca się w ten sam ciąg reform, jak powiększenie granic Warszawy poza okopy Lubomirskiego. Umożliwi jej to rozwój i wykroczenie poza ciasne linie demarkacyjne wytyczone przez carskie władze, ograniczające jej powiększenie. Niemcy zapoczątkują proces, który kontynuować będzie Polska, każdy skutek ma swoją przyczynę.

10391389_570532939733677_3486395595077394291_nWłóczyłem się po tej Europie ostatnie cztery lata, oglądałem groby, kraje, miejsca bitew. W Podgoricy było jak w Warszawie, europejsko, w Wiedniu w dzielnicy hipsterów pełno było starych Albańczyków grających w karty. Pomyślałem, że to jakaś ironia historii, bowiem wojna zaczęła się na Bałkanach i sprawiła, że AustroWęgry przestały być Imperium. Tymczasem na skwerze miejskim otaczali nas przybysze z Bałkanów, pijący kawę, jedzący kebaba, słuchający Cecy i obcinający nas spojrzeniami swej gniewnej młodości. Markus patrzył na nas nieco nerwowo, nie rozumiejąc naszego zachowania, czemu właśnie na tym skwerze pijemy sznapsa i popijamy piwem. Piliśmy bo wczuwaliśmy się w klimat, bo było nam wszystko jedno i dlatego, że nie było wódki. Rozmyślaliśmy o przegranej przez AustroWęgry wojnie, którą wygrała Europa Środkowa i Polska. Sto lat później nie mającej żadnego znaczenia.

Po śmierci Franciszka Józefa cesarstwo upadło. Gdy 11 listopada 1918 roku zmuszano Karola do abdykacji w zasadzie już nie istniało, Kraków był w rękach Polaków, Węgry pogrążone w rewolucji. Cesarz udał się na wygnanie na którym umarł po kilku latach, przy życiu pozostała cesarzowa Zyta. Była świadkiem tego wieku szaleństwa, kolejnej wojny, żelaznej kurtyny i wreszcie roku 1989, w którym umarła, pochowano ją z honorami w Wiedniu. Kimś innym kto widział ten wiek szaleństwa był Edward hrabia Raczyński, który w roku 1989 w Londynie spoglądał na odradzającą się Polskę. Urodzili się w innych światach, gdy niepodzielnie panował Franciszek Józef, w AustroWęgrzech, nic nie było już takie same, jak w roku 1914, gdy Europa szła na wojnę, która miała być jej końcem. Za jego życia wydarzyło się to, w co jak przyznawał nikt nie wierzył, w roku 1918 odrodziła się wolna Polska. Potem był jej urzędnikiem, ministrem i wreszcie Prezydentem na wychodźstwie. W roku 1990 patrzył jak historia zatoczyła koło, pełen obaw i nadziei, gdy orzeł odzyskał koronę.
10653544_612910762162561_9007568879013849885_n

W roku 1918 w gminie Jeziorna 11 listopada padły strzały, gdy rozbrajano Niemców, w dniu który był końcem wojny i początkiem wolności. Lecz nie dlatego jest to takie ważne, ważne z powodu tego, czego obecnie nie pamiętamy i nie rozumiemy. Powszechna wojna, której wypatrywał Mickiewicz nadeszła i dała wolność. Której obecnie nie rozumiemy i nie doceniamy. Nie wiemy co będzie dalej, nikt nie wie tego w Europie, patrzącej w przyszłość z nadzieją, jaką patrzyła w roku 1918. Patrząc wieczorem na neon na budynku nowego ratusza miejskiego czuję, że na jakimś poziomie jest to niezmiernie ważne. Sto lat później, w Europie jesienią.

45554201_1858163944303897_2807349946477445120_n

Jastrzębia

ksunder

Jak łatwo zauważyć blogowanie znalazło się ostatnio w prawie całkowitym zaniku, więc śpieszę wyjaśnić, iż jest to czas mam nadzieję przejściowy. Kwestie remontowo-przeprowadzkowe oraz rehabilitacyjne pożarły resztki wolnego czasu i praktycznie całkowicie uniemożliwiają działalność na polu blogowym. Na szczęście jest teraz blog Witka, Miniatury Historyczne, na którego łamach autor odkrywa wiele tajemnic dotyczących tutejszych okolic. Sporo czasu pochłonęło także redagowanie pięknego albumu o Czarnowie. Padło w nim ciekawe zdanie o Jastrzębiu, dotyczące polowań jakie uprawiali w tutejszych lasach książęta mazowieccy i owo chciałbym teraz poszerzyć.

28925962222_3d1c409854_kLas Oborski obecnie. Zdjęcie z serwisu zdjęciowego K-J

Las zwany obecnie Chojnowskim dzielił się w przeszłości na część oborską, należącą do dóbr położonych na Urzeczu, graniczących z częścią chylicką, jak opisywano w tutejszych dokumentach granicznych w roku 1701 „daley mimo lug należący polową do Obór, połową Chylic Dóbr Królewskich, które ługi dzieli struga, od Boru po prawey ręce Cieciszewskiego, ługi oborskie a od boru Chylickiego ługi chylickie, od Północy graniczy bór Cieciszewski z borem oborskim y jest kopiec od Ługów”. Kusi by uznać, iż struga dzieląca las to nasza rzeczka Mała lub Wiebrzbna, czule zwana do niedawna przez tutejszych mieszkańców Smródką vel Śmierdziuszką, acz w przypadku niewielkich strumyków ich historyczny przebieg nie jest tak mocno ustalony jak wielkich, spławnych rzek. Bór oborski to rzecz jasna obszar ciągnący się od Słomczyna na zachód, ku Łubnej i ku Jeziorce. Zapewne niektórych zastanowi brak informacji o granicy ze Skolimowem, acz wyjaśnienie jest bardzo proste. W owym czasie Skolimów przynależał on już do włości Wielopolskich, zatem wchodził w skład dóbr oborskich, stanowiąc ich granicę z Chylicami. Po drugie jako położony po drugiej stronie Jeziorki Skolimów znajdował się w ziemi warszawskiej, zatem w tutejszych lasach granicy z Oborami nie posiadał.

Chylice to równie stara miejscowość jak inne spośród okolicznych osad. Wspomnijmy jedynie krótko, iż w dokumentach pojawia się często w XV wieku, jako należąca do książąt mazowieckich wieś, w której wzniesiono młyn na Jeziorce. Sama osada jest jednak dużo starsza, nazwę swą biorąc jak chcą językoznawcy od wczesnośredniowiecznego imienia Chyła. W XV wieku Chylice stanowiły własność książąt mazowieckich, po inkorporacji Mazowsza zmieniając się w królewszczyznę, stąd w przywołanym wyżej fragmencie mowa o Chylicach jako dobrach królewskich. Nas jednak interesuje co innego. W XIV lub XV wieku nieopodal Chylic lokowano kolejną osadę, Wolę Chylicką. Niezwykle popularna na terenie Polski nazwa „Wola” pochodzi właśnie z tamtych czasów, „Wolą” donatora, w tym wypadku księcia, lokowano nową osadę, nadając jej prawa (często niemieckie) i przywileje, a także wolniznę, „wolę” od obciążeń na określony czas, niezbędny na rozwój osady. Na podobnej zasadzie powstała niezbyt odległa Wola Cieciszewska, przy okazji której dawno temu proces ten został opisany szczegółowo. A Wola Chylicka utożsamiona została przez profesora Adama Wolffa właśnie z Jastrzębiem, czy też z Jastrzębią, bo taka właśnie była jedna z pierwotnych nazw tej miejscowości.

Clipboard0113A tu kolejna odmiana nazwy, folwark Jastrzębiec. Już z czasów przełomu XIX i  XX wieku i parcelacji.

O ile w dokumentach nazwa Wola Chylicka pojawia się jeszcze w XVI wieku, w roku 1603 mowa jest już wyłącznie o Jastrzębi, której dziesięciny stanowią uposażenie szkoły w Piasecznie. Taka zmiana nazewnictwa nie jest niczym dziwnym, ponownie posłużmy się przykładem Woli Cieciszewskiej, która zmieniła się najpierw w Cieciszew Mały, następnie Cieciszewek, by ostatecznie jako folwark dóbr oborskich przyjąć nazwę Goździe. Nim jednak Wola Chylicka przekształci się w Jastrzębie używana będzie jeszcze nazwa pośrednia: Yastrząbya Volya jak w zapisie z roku 1540, czy też Jastrzembia Wola, w roku 1576. Z biegiem lat ta „Wola” ulegnie zagubieniu, a Jastrzębia stanie się Jastrzębiem. W XIX wieku przestanie już być wsią, stając się folwarkiem położonym w dobrach chylickich.

Wróćmy jednak do Jastrzębia, bowiem nazwa jego wyraźnie wskazuje na jej pochodzenie. Choć z biegiem lat zaszedł proces, którzy językoznawcy określają jako uniwerbizację nazwy i za pomocą sufiksa „e” miejscowość zmieniła nazwę na Jastrzębie, zgodni są co do tego, iż wywodzi się ona od określenia „miejsca, gdzie było dużo Jastrzębi”. Gdzie więc hodowano je na potrzeby polowania, dawnej myśliwskiej osadzie książąt mazowieckich. Którą to właśnie osadę, w tym celu odwiedzali, udając się na łowy w lasach chylickich, na terenie których obecnie znajdują się Czarnów czy Wierzbno, wsie założone w XIX wieku przez późniejszych właścicieli Chylic, hrabiego Skarbka czy Juliana Czarnowskiego…

Clipboard0271830. Jastrzębie i las, w którym niegdyś polowano, a na terenie którego powstaną wkrótce Wierzbno i Czarnów...

I choć Jastrzębie wraz z ulicą Ptaków Leśnych znajduje się poza granicami gminy Konstancin-Jeziorna, a od Czarnowa oddziela je obszar leśny, stanowiący pozostałość dawnego boru chylickiego, to historia Czarnowa, założonego w roku 1858 zaczyna się właśnie tam, na długo przed XIX wiekiem. W czasach średniowiecza, gdy książęta mazowieccy przybywali tu na łowy…


Źródła i literatura:

  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa
  • Metryka Księstwa Mazowieckiego z XV-XVI wieku. Wydał A. Włodarski, t.I-II,Warszawa 1918, 1930
  • AGAD, Metryka Koronna
  • AGAD, Obory
  • Nazwy miejscowe Polski: historia, pochodzenie, zmiany, t. I - VI, red. K. Rymut, U. Bijak Warszawa 1996-2007

Jeziorański Nepomuk

ksunder

Pamięć o pochodzeniu tutejszego Nepomuka ginie w pomrokach dziejów, tajemnicy jego pochodzenia nie sposób odnaleźć w dokumentach, prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, w jakich okolicznościach ustawiono figurę znajdującą się na wprost papierni. Z całą pewnością uczyniono to w XVIII wieku na granicy ziem oborskich, na terenie parafii cieciszewskiej w Słomczynie, jako że wówczas świeżo po wybudowaniu kościoła w nowej lokalizacji taką właśnie nosiła nazwę. Jej barokowy wygląd i inwentaryzacja dokonana przez konserwatora zabytków podpowiadają nam jedynie, w którym wieku powstała.

Clipboard0112

Nepomuk w roku 1994 (Spotkania z Zabytkami)

XVIII wiek to czas gdy stawiano najwięcej Nepomuków, bowiem właśnie wówczas kanonizowano Jana Nepomucena, czeskiego kanonika żyjącego w XIV wieku. Gdy odmówił ujawnienia tajemnicy spowiedzi królowej Zofii, król Wacław kazał go torturować, a wskutek uporu księdza, nakazał utopienie go w Wełtawie. Nepomucen został patronem spowiedników, tonących oraz orędownikiem powodzian. Stąd też w pełni uzasadniona wydaje się obecność figury z piaskowca w tym miejscu. Zapewne utonęło tu wiele osób, gdyż powódź była czymś stałym. Adam Zyszczyk w swej świetnej broszurce o tutejszych krzyżach i kapliczkach przydrożnych napisał, iż Nepomuk spogląda na przecinający w tym miejscu rzekę most. Choć w zadumie kieruje swe spojrzenie w tym kierunku, jednak gdy go ustawiano, o moście w tym miejscu nikt nie pomyślał.

Wiele zmieniło się od czasów pierwotnego wydania broszurki Adama, posąg doczekał się zasłużonego remontu. Jeszcze więcej uległo zmianie od czasów jego ustawienia, co skłoniło mnie do refleksji geograficzno-historycznej. O moście przez Jeziorkę wówczas nikt nie marzył, raz z powodu zupełnie innego przebiegu rzeki, dwa jak to w czasach staropolskich bywało jego ustawienie nie było czymś prostym. Mostom się z reguły nie ufało, traktowano je jako coś sprzecznego naturze, stawiając wyżej niego usługę przewozu. Jako, że z dawna świadczono taką po stronie podległej dworowi w Oborach, gdy dzierżawcy królewszczyzny w Jeziornie Królewskiej usiłowali wybudować most na palach, był on traktowany jako co najmniej zamach na wolności posiadaczy Jeziorny Oborskiej. Jeszcze w roku 1781 z polecenia Urszuli Wielopolskiej wbite w rzekę pale wyrwano, a konstrukcję porąbano. Lecz niezależnie od tego, wybudowanie mostu przez ówczesną Jeziorkę przypominało próbę wznoszenia takiej konstrukcji na Jeziorze.

jez2O dawnym przebiegu Jeziorki pisałem już wielokrotnie, bowiem łatwo wpaść w pułapkę myślenia, iż jedną spośród niezmiennych rzeczy jest koryto rzeki. W pułapkę taką wpadły autorki najlepszego artykuł o historii Papierni, pisząc iż zalew św Jana powstał w roku 1730 i przyjmując, iż regulacja sprzed budowy imberfalu nie zmieniła przebiegu rzeki. Inni autorzy wyciągali z kolei wnioski, iż pojedynki, o których wspomniał Gloger i słynne „Wiesz gdzie Jeziorna” toczyły się zapewne gdzieś na terenie dzisiejszej Grapy. Tymczasem rzut oka na dawne mapy uświadomi nam, iż Nepomuk ustawiony został nie bez przyczyny w takim, a nie innym miejscu. Najstarszym znanym dowodem jego obecności, jest mapka gruntów odmierzonych w czerwcu 1812 roku. Figura ustawiona jest w nad zalewem, którego próżnie obecnie szukać, a staw Św Jana, nazywany tak zresztą potocznie od Nepomuka, to jedynie cień dawnej świetności. Spiętrzenie wodne poczynione na potrzeby istniejącego tu niegdyś młyna stanowi zaś znacznej wielkości jezioro, zalewające urocze mokradła przylegające do parku, które kilka lat temu doczekało się adaptacji w postaci wybudowanych mostków, umożliwiających oglądanie z bliska dzikiej przyrody. Jak pisałem już kiedyś północna nitka Jeziorki biegła dużo dalej, pod obecną restauracją, która w ciągu kilku istnienia tego bloga przeszła kilka zmian nazwy, ostatnio francuskie „Artuchaud” zmieniono na swojskiego „Karczocha”, przekładając na polski jego nazwę. Za rzeką zaczynały się ziemie oborskie, a co za tym idzie kończyła ziemia warszawska i zaczynała czerska. Jeśli gdzieś się pojedynkowano, to właśnie w tym miejscu. Najczęściej jednak niwa oborska, stanowiąca pastwiska Jeziorny Oborskiej była notorycznie zalana. Przebyć można było ją jedynie przewozem, na którym zarabiali przewoźnicy z tejże wsi, na terenie której obecnie wznosi się osiedle Grapa. Dla podróżnych oczekujących na transport wzniesiono tu z końcem XVIII wieku austerię, umożliwiającą nocleg. Dopiero w XIX wieku podjęto próbę regulacji. Niwa znalazła się wyraźnie pod wodą już praktycznie na stałe, w licznych listach skarżono się, iż Jeziorka wylewa tak często, iż jest praktycznie nie do przebycia. Mapka z roku 1856 pokazuje nam, iż podjęto próbę regulacji zalewu. W jego połowie zaczęto sypać groblę, która z czasem miała przekształcić się w wał. Nepomuk znalazł się na jego wysokości. Regulacja rzeki okazać się miała trwała, zalew mocno zmniejszono, a rzekę skierowano nowym torem, odsuwając od wsi Jeziorna Królewska. Koryto znaleźć się miało w miejscu zbliżonym do obecnego, z czasem o dawnych podziałach zapomniano . Na początku XX wieku grobla oznaczona jest już wyraźnie, z czasem przerwano ją budując imberfal. Jej dawna część, usypana 160 lat temu początek bierze przy Nepomuku.

center

1856

Dzięki mapce z roku 1812 widzimy jaką inną znaczną przemianę przeszła okolica. Nie tylko zmniejszono zalew (nota bene w okresie PRL były jakieś próby jego odtworzenia, lecz nie wyszło to poza fazę koncepcji, ale to już oddzielna historia), ale również mostek widoczny tu przy rozstaju dróg zniknął, podobnie jak koryto rzeki. Zdaje się zresztą, że zasypywał je już Michał Potulicki, bo otrzymywał na początku XIX wieku gniewne listy od Prusaków, żądających przywrócenia pierwotnego biegu rzeki i odtworzenia starej drogi. Mostek został zmieniony w przepust, a nad nim znalazło się miejsce nie tylko na skrzyżowanie dróg, lecz również na dom, co widać na pięknych starych zdjęciach z XX wieku. Obecnie to miejsce zajmuje rondo, które przesunęło drogę w kierunku oczka wodnego. Oczko wodne to pozostałość starego koryta jeziorki, na terenie którego urządzono obecnie targ, po tym jak koryto zlikwidowano, kopiąc kanał łączący obie papiernie.
Clipboard026

Fragment zalewu i przepustu w miejscu pierwotnego mostka. Przepust istnieje w tym miejscu do dzisiaj

A wracając do Nepomuka, wydaje się, ze wystawiono go w idealnym miejscu. Przed usypaniem grobli znajdowało się tu rozlewisko powodziowe, a on stał i wpatrywał się we wzbierającą rzekę. Na Urzecze.

Clipboard03

W tym miejscu znajduje się obecne rondo. Widoczna droga prowadzi w kierunku Mirkowa, znajduje się tam obecnie przystanek autobusowy obok parkingu Starej Papierni

Szpiedzy tacy jak my

ksunder

Jak powtarza co pewien czas Adam Zyszczyk, prowadzący zaprzyjaźniony profil na facebooku Konstancin-Jeziorna. Historia, ludzie, architektura, Konstancin jest miejscem, przez które przewinęła się lub kontakt z nim miała większość osób. Pojawiały się tu najbardziej znane osoby czy to ze świata nauki, czy to ze sfer wyższych, co odkrywamy z olbrzymim zdziwieniem, nawet jeśli wielu z nich nie moglibyśmy się spodziewać. Był więc jeden z najsłynniejszych światowych antropologów Bronisław Malinowski, przyjeżdżał generał De Gaulle, miasto odwiedził Cesarz Japonii, działało czerwone osiedle, z którego w latach stalinizmu kierowano krajem, wreszcie przebywał tu przez chwilę internowany Lech Wałęsa, a towarzysz Stalin zapłacił za katolicki pogrzeb na tutejszym cmentarzu i wzniesienie pomnika… Przyznam jednak, iż nie spodziewałem się, iż natrafię na informację wiążącą Konstancin, z jednym z najsłynniejszych szpiegów PRL.

Szpiedzy to temat wiecznie modny, nawet jeśli filmy szpiegowskie niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Ale niedawny pokaz filmu dokumentalnego w Hugonówce ściągnął tłumy, co pokazuje jak żywe jest zainteresowanie tym tematem. Choć metody szpiegowania zmieniły się przez tysiąclecia, cel pozostaje zawsze taki sami. Szczyt prowadzenia takich działań przypadł na lata zimnej wojny, a polski wywiad brał w nim aktywny udział. Najbardziej znanym polskim szpiegiem tamtego okresu jest Marian Zacharski, który ulokowany w USA uzyskał dostęp do najbardziej strzeżonych planów technicznych Bell Corporation. Drugim Leszek Chróst, który był agentem CIA ulokowanym w Polsce. Ich losy przecięły się dwukrotnie, po raz pierwszy w firmie Metalexport, gdzie przez chwilę byli razem zatrudnieni. Po jakimś czasie Chróst został posłany na placówkę do Bangkoku, gdzie został zwerbowany przez CIA.

ODg0NzYzJi1If2FMbU43cVYCYR53DT8tCldgCjV1

Tzw. tajnopis, przy pomocy którego Chróst otrzymywał polecenia. Zwykły list, po drugiej stronie którego stosowano "niewidzialny" atrament zapisując zaszyfrowaną treść

Było to w latach sześćdziesiątych, w Wietnamie sytuacja zaogniała się coraz bardziej, a USA imały się różnych sposobów, by ocalić się przed oblężeniem. Zgodnie z teorią domina uznawano, iż ZSRR będzie inicjował zwycięstwa komunistów w kolejnych krajach, które będą dołączać do jego obozu, aż w końcu USA zostaną same, w okrążeniu. W tamtych latach nie wiedziano, iż ZSRR to kolos na glinianych nogach, wręcz przeciwnie, niedawny kryzys kubański, umieszczenie na orbicie satelity i lot Gagarina w kosmos wskazywały, iż jest najpotężniejszym mocarstwem na świecie. Nic więc dziwnego, że Amerykanie nie szczędzili pieniędzy na działania szpiegowskie.

Chróst w Azji zarabiał około trzystu dolarów amerykańskich miesięcznie, po tym jak pracę dostała tam jego żona udawało się im odłożyć miesięcznie dwieście pięćdziesiąt dolarów. Była to wówczas kwota gigantyczna, po zwerbowaniu przez CIA miał do dyspozycji jeszcze większą. Po powrocie do Polski Chróst kupił nowy, zachodni samochód – forda taunusa – za tysiąc trzysta dolarów. Zapłacił za dom ulicy Antoniego Locciego, kupił także działkę pod Warszawą. Zakupy tłumaczył oszczędnościami poczynionymi w Bangkoku, czego przez lata nikt dokładnie nie zweryfikował. Chróst za pośrednictwem wymyślnych systemów łączności, kodów, skrytek i tajnopisów wykonywał przez ponad dekadę zadania zlecone przez CIA. Informacje, które przekazywał miały dla Amerykanów dużą wagę. Do końca nie wyjaśniono po dziś dzień wielu wydarzeń z nim związanych, choćby zamordowania w Azji jego byłego szefa Stanisława Gleba, który być może mógł zorientować się podwójnej grze podwładnego, gdy ten dorobił odcisk klucza do jego sejfu. Przez lata korzystał z przemyślnego systemu wymiany informacji, spotkania kontrolne odbywając w krajach Europy Zachodniej. Zgubił go nadmierny profesjonalizm, w trakcie rutynowej kontroli listów pisanych przez zachodnich dyplomatów, polskie służby ujawniły list zaadresowany tą samą ręką, którą adresowano listy do innych osób podejrzewanych o szpiegostwo, bowiem w CIA zajmował się tym wysokiej klasy agent, znający doskonale język polski. Tę jednak ważną przesłankę przegapiono, a polski kontrwywiad doszedł po nitce go kłębka. Chrósta zatrzymano w roku 1979, a po pokazowym procesie skazano na karę śmierci. Wyrok z czasem złagodzono i na słynnym berlińskim moście wymieniono wraz z innymi szpiegami CIA, między innymi za Mariana Zacharskiego, z którym spotkał się wówczas po raz drugi. Chróśt żyje do dzisiaj w USA, w wieku 80 lat nadal jest w świetnej formie.

58d26d922e6fb_o

Zatrzymanie Chrósta w roku 1979. Nakręcone sceny wykorzystano zarówno w filmie propagandowym jak i materiale szkoleniowym

A gdzie tu Konstancin? Hanna Chróst musiała rozwieść się z mężem, by ocalić dom na Sadybie, musiała jednak sprzedać część wzmiankowanej działki. Działka ta znajdowała się w Konstancinie. Oddajmy tu głos Leszkowi Chróstowi:

– Tę działkę kupił od mojej żony znany rzecznik prasowy z okresu PRL, nie pamiętam, jak się nazywał. – On kupił połowę działki, którą udało się zachować mojej żonie, druga połowa w wyniku konfiskaty należała do państwa.

Znanym rzecznikiem naturalnie jest Jerzy Urban, a na rzeczonej działce zakupionej przez Chrósta za pieniądze CIA stoi obecnie jego dom i znajduje się ogród.

Świat bywa przewrotny.


Źródła i literatura:

  • AWŁASEWICZ Tomasz, Łowcy Szpiegów. Polskie służby kontra CIA , Warszawa 2018

Manowce historii

ksunder

Dawno temu w tutejszych bibliotekach pojawiła się niewielka broszurka, którą można było kupić za grosze, opowiadająca o parafii cieciszewskiej. Zofia Krasuska jako pierwsza zdecydowała się spisać dzieje parafii, wedle coraz bardziej zapomnianej legendy mieszczącej się niegdyś w Cieciszewie. Książeczka jest przeurocza i pełna licznych błędów oraz anachronizmów. Lecz pamiętać należy, iż chyba to jedyna wydana w XX wieku publikacja, w której pojawia się zapomniana wówczas nazwa Urzecze, występująca w słowach lokalnej piosenki.

Z tejże broszurki także dowiedziałem się o istnieniu księgi nieznanej w zasadzie naukom historycznym, ani specjalistom od genealogii. To oprawiona w skórę Liber matrimoniorum ad ecclesiam et parochiam cieciszeviensem, czyli księga ślubów parafii cieciszewskiej, której spisywanie wkrótce po wojnach szwedzkich rozpoczął w dniu 15 sierpnia 1660 roku ówczesny cieciszewski proboszcz, Leon Stanisław Czarnysz. Księgę prowadzono przez pół wieku, po śmierci plebana z coraz mniejszą starannością, aż wreszcie w czasie wojen na początku XVIII wieku wpisy stały się coraz rzadsze. Przez 57 lat w parafii zawarto 941 związków małżeńskich. Wreszcie dowiadujemy się o zniszczeniu kościoła, bowiem ostatnie śluby zawierane są już w okolicznych wsiach. Ostatni wpis nakreślił jeden z kolejnych proboszczów 27 listopada 1717 roku w Gassach, jest on całkowicie nieczytelny. Trwała już wówczas budowa kościoła w Słomczynie, wznoszonego na skarpie, z dala od niszczycielskiej wody, która zniszczyła Cieciszew i inne okoliczne wsie. Nieznana ręka zachowała tę jedną księgę z dawnej świątyni i pozostała jedną z nielicznych pamiątek po pierwotnym miejscu siedziby jednej z najstarszych parafii tej części Mazowsza, erygowanej w roku 1236.

Clipboard0110Wróćmy jednak do książeczki Zofii Krasuskiej, o którą co jakiś czas jestem pytany przez tutejszych mieszkańców. Odpowiadam wówczas, iż ma ona dla mnie wyjątkową wartość sentymentalną, jednak prócz rozmaitych błędów próby weryfikacji oczywistych informacji przytaczanych przez Zofię Krasuską, niestety zderzały się z rzeczywistością. Nikt nie był w stanie wskazać lokalizacji dworu Cieciszewskich, którego położenie miał znać każdy z mieszkańców Cieciszewa, nie odnalazł się sztandar powstańców styczniowych celebrowany we wsi… Ale największym z błędów było wyciągnięcie wniosku, iż dwórka Kliczewska, podejrzewana o zabójstwo ostatnich mazowieckich książąt, wywodziła się z tutejszego Kliczyna

Mowa o wydarzeniu pośrednio wskutek którego Mazowsze utraciło swą odrębność i niezależność, stając się częścią Korony, a co za tym idzie Polski. Lud tutejszy zawsze związany był z tym krajem, cenił jednak swą odrębność od Małych i Wielkich Polaków, którzy traktowali ludzi z błota z wyższością. Lecz stopniowej inkorporacji obawiali się tylko panowie księstwa, a przeciw niej niewielu protestowało. Dość jednak, że jeszcze wiek później Mazurzy z dumą pielęgnowali swą niezależność. Jedną z przyczyn zniknięcia Księstwa Mazowieckiego była śmierć jego dziedziców, piastowskich książąt. W krótkim ze świata odeszli Stanisław i Janusz, pierwszy w 1524 roku, zaś drugi w 1526 roku, nie pozostawiając potomków.

Ostatni_Ksita_mazowieccyOstatni książęta Mazowieccy

To zapomniane obecnie wydarzenie miało wówczas siłę wstrząsu, jakim dla nas stała się choćby niedawna katastrowa samolotu w nieodległym kraju. Jeszcze kilkadziesiąt lat później Jędrzej Święcicki rozpamiętywał śmierć książąt i powtarzał żywą na Mazowszu historię, jakoby rozkochała ich w sobie Katarzyna Radziejowska, a następnie otruła. Marcin Bielski, ówcześnie żyjący kronikarz, nie dawał temu wiary, lecz lud uwierzył. Gniew nie mógł sięgnąć Katarzyny, bowiem jej ojciec Andrzej herbu Junosza był zbyt potężny, nadto jako wojewodzianka płocka nie polegała jurysdykcji mazowieckiej. Katarzyna schroniła się poza granicami księstwa, zaś gniew sięgnął więc jej dwórki, która miała wraz z Katarzyną namawiać do otrucia książąt, za co skonała na mękach. Nosiła ona nazwisko Kliczewska, stąd też Zofia Krasuska wyprowadziła karkołomną tezę, iż wywodziła się z rodu pochodzącego z Kliczyna. Historyk zbije to założenie bez trudu, biorąc pod uwagę iż nazwiska w XVI wieku kształtowały się od nazw majątku, a Kliczyn takowym nie był. Prawdopodobne Kliczewska pochodziła z rodu zamieszkującego w powiecie szreńskim (herbu Brodzic) lub płońskim (herbu Dołęga). Gdy inkorporacja stawała się coraz bardziej faktem, wskutek nacisków Bony Sforzy, lud wrzał, dochodząc do wniosku, iż Radziejowska rękami Kliczewskiej najpierw otruła matkę ostatnich książąt – Annę Radziwiłł, a potem po kolei braci. Sprawczyni zbrodni nigdy nie postawiono przed sądem, co wywołało kolejne fale domysłów i podejrzeń, że za zabójstwem stała Bona, która chciała, aby księstwo mazowieckie stało się dziedzicznym księstwem jej syna Zygmunta Augusta, późniejszego króla Polski. Podejrzenia były na tyle poważne, że Zygmunt Stary polecił przeprowadzić śledztwo.W jego wyniku ogłoszono edyktem w dniu 9 lutego 1528 roku, iż książęta:

„nie sztuką ani sprawą ludzką, lecz z woli Pana Wszechmogącego tego świata zeszli”

W roku 1529 Mazowsze zostało włączone do Polski. Choć szlachta mazowiecka została zrównana z prawami szlachty w Koronie, lokalne prawo obowiązywało do roku 1577. Jędrzej Święcicki jeszcze w roku 1634 w swym dziele bolał nad utratą niezależności, a przede wszystkim, iż Polacy traktują mieszkańców Mazowsza z wyższością, wspominając czasy przed nadejściem Korony i Polski, która dokonała zaboru. Nie przypadkiem wzmiankowałem tu katastrofę samolotu, obecnie rozpalającą wciąż nasze zmysły i wpływającą na codzienne życie. Po latach nikt o niej nie będzie pamiętał, podobnie jak o mazowieckich książętach, o Mazowszu, któremu Polska odebrała wolność. Wszystko przeminie, pozostanie tylko legenda, z którą historyk zawsze przegra.

Bo w układance mazowieckiej jest jeszcze jeden element, Katarzyna Radziejowska poślubić miała później Konrada Oborskiego. Kliczyn i Obory to zbyt wielka koincydencja jak na tak dziwną historię nieprawdaż?. Tak również sądziła Zofia Krasuska. A co na to historyk? Imię „Conrado” pojawia się dopiero w drugiej wersji „Opisania Mazowsza” Jędrzeja Święcickiego, zaś w pierwszym druku stoi tam „trado Oborski”. Kolejna więc literówka, zmieniająca przekaz w opowieść. A zatem czy Katarzyna poślubiła mężczyznę zwanego Oborski i czy jej służka, Katarzyna z Kliczewskich wywodzących się z Kliczyna należącego do Oborskich, którzy pierwszej ćwierci wieku XVI pełnili funkcje urzędnicze w Księstwie, miała coś wspólnego ze śmiercią książąt i klątwą Piastów? To kolejna z tajemnic historii, czy która przecież jak napisał Ambrose Bierce, jest li tylko przekazem, wydarzeń w większości nieistotnych, które są dziełem władców, w większości niegodziwców i żołnierzy, w większości głupców.


Źródła i literatura:

  • KRASUSKA Zofia, Słomczyn zarys najdawniejszych dziejów parafii cieciszewskiej , Słomczyn 1993
  • Dzieje Mazowsza, t. I, red. H. Samsonowicz, Pułtusk 2006

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci