Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Manowce historii

ksunder

Dawno temu w tutejszych bibliotekach pojawiła się niewielka broszurka, którą można było kupić za grosze, opowiadająca o parafii cieciszewskiej. Zofia Krasuska jako pierwsza zdecydowała się spisać dzieje parafii, wedle coraz bardziej zapomnianej legendy mieszczącej się niegdyś w Cieciszewie. Książeczka jest przeurocza i pełna licznych błędów oraz anachronizmów. Lecz pamiętać należy, iż chyba to jedyna wydana w XX wieku publikacja, w której pojawia się zapomniana wówczas nazwa Urzecze, występująca w słowach lokalnej piosenki.

Z tejże broszurki także dowiedziałem się o istnieniu księgi nieznanej w zasadzie naukom historycznym, ani specjalistom od genealogii. To oprawiona w skórę Liber matrimoniorum ad ecclesiam et parochiam cieciszeviensem, czyli księga ślubów parafii cieciszewskiej, której spisywanie wkrótce po wojnach szwedzkich rozpoczął w dniu 15 sierpnia 1660 roku ówczesny cieciszewski proboszcz, Leon Stanisław Czarnysz. Księgę prowadzono przez pół wieku, po śmierci plebana z coraz mniejszą starannością, aż wreszcie w czasie wojen na początku XVIII wieku wpisy stały się coraz rzadsze. Przez 57 lat w parafii zawarto 941 związków małżeńskich. Wreszcie dowiadujemy się o zniszczeniu kościoła, bowiem ostatnie śluby zawierane są już w okolicznych wsiach. Ostatni wpis nakreślił jeden z kolejnych proboszczów 27 listopada 1717 roku w Gassach, jest on całkowicie nieczytelny. Trwała już wówczas budowa kościoła w Słomczynie, wznoszonego na skarpie, z dala od niszczycielskiej wody, która zniszczyła Cieciszew i inne okoliczne wsie. Nieznana ręka zachowała tę jedną księgę z dawnej świątyni i pozostała jedną z nielicznych pamiątek po pierwotnym miejscu siedziby jednej z najstarszych parafii tej części Mazowsza, erygowanej w roku 1236.

Clipboard0110Wróćmy jednak do książeczki Zofii Krasuskiej, o którą co jakiś czas jestem pytany przez tutejszych mieszkańców. Odpowiadam wówczas, iż ma ona dla mnie wyjątkową wartość sentymentalną, jednak prócz rozmaitych błędów próby weryfikacji oczywistych informacji przytaczanych przez Zofię Krasuską, niestety zderzały się z rzeczywistością. Nikt nie był w stanie wskazać lokalizacji dworu Cieciszewskich, którego położenie miał znać każdy z mieszkańców Cieciszewa, nie odnalazł się sztandar powstańców styczniowych celebrowany we wsi… Ale największym z błędów było wyciągnięcie wniosku, iż dwórka Kliczewska, podejrzewana o zabójstwo ostatnich mazowieckich książąt, wywodziła się z tutejszego Kliczyna

Mowa o wydarzeniu pośrednio wskutek którego Mazowsze utraciło swą odrębność i niezależność, stając się częścią Korony, a co za tym idzie Polski. Lud tutejszy zawsze związany był z tym krajem, cenił jednak swą odrębność od Małych i Wielkich Polaków, którzy traktowali ludzi z błota z wyższością. Lecz stopniowej inkorporacji obawiali się tylko panowie księstwa, a przeciw niej niewielu protestowało. Dość jednak, że jeszcze wiek później Mazurzy z dumą pielęgnowali swą niezależność. Jedną z przyczyn zniknięcia Księstwa Mazowieckiego była śmierć jego dziedziców, piastowskich książąt. W krótkim ze świata odeszli Stanisław i Janusz, pierwszy w 1524 roku, zaś drugi w 1526 roku, nie pozostawiając potomków.

Ostatni_Ksita_mazowieccyOstatni książęta Mazowieccy

To zapomniane obecnie wydarzenie miało wówczas siłę wstrząsu, jakim dla nas stała się choćby niedawna katastrowa samolotu w nieodległym kraju. Jeszcze kilkadziesiąt lat później Jędrzej Święcicki rozpamiętywał śmierć książąt i powtarzał żywą na Mazowszu historię, jakoby rozkochała ich w sobie Katarzyna Radziejowska, a następnie otruła. Marcin Bielski, ówcześnie żyjący kronikarz, nie dawał temu wiary, lecz lud uwierzył. Gniew nie mógł sięgnąć Katarzyny, bowiem jej ojciec Andrzej herbu Junosza był zbyt potężny, nadto jako wojewodzianka płocka nie polegała jurysdykcji mazowieckiej. Katarzyna schroniła się poza granicami księstwa, zaś gniew sięgnął więc jej dwórki, która miała wraz z Katarzyną namawiać do otrucia książąt, za co skonała na mękach. Nosiła ona nazwisko Kliczewska, stąd też Zofia Krasuska wyprowadziła karkołomną tezę, iż wywodziła się z rodu pochodzącego z Kliczyna. Historyk zbije to założenie bez trudu, biorąc pod uwagę iż nazwiska w XVI wieku kształtowały się od nazw majątku, a Kliczyn takowym nie był. Prawdopodobne Kliczewska pochodziła z rodu zamieszkującego w powiecie szreńskim (herbu Brodzic) lub płońskim (herbu Dołęga). Gdy inkorporacja stawała się coraz bardziej faktem, wskutek nacisków Bony Sforzy, lud wrzał, dochodząc do wniosku, iż Radziejowska rękami Kliczewskiej najpierw otruła matkę ostatnich książąt – Annę Radziwiłł, a potem po kolei braci. Sprawczyni zbrodni nigdy nie postawiono przed sądem, co wywołało kolejne fale domysłów i podejrzeń, że za zabójstwem stała Bona, która chciała, aby księstwo mazowieckie stało się dziedzicznym księstwem jej syna Zygmunta Augusta, późniejszego króla Polski. Podejrzenia były na tyle poważne, że Zygmunt Stary polecił przeprowadzić śledztwo.W jego wyniku ogłoszono edyktem w dniu 9 lutego 1528 roku, iż książęta:

„nie sztuką ani sprawą ludzką, lecz z woli Pana Wszechmogącego tego świata zeszli”

W roku 1529 Mazowsze zostało włączone do Polski. Choć szlachta mazowiecka została zrównana z prawami szlachty w Koronie, lokalne prawo obowiązywało do roku 1577. Jędrzej Święcicki jeszcze w roku 1634 w swym dziele bolał nad utratą niezależności, a przede wszystkim, iż Polacy traktują mieszkańców Mazowsza z wyższością, wspominając czasy przed nadejściem Korony i Polski, która dokonała zaboru. Nie przypadkiem wzmiankowałem tu katastrofę samolotu, obecnie rozpalającą wciąż nasze zmysły i wpływającą na codzienne życie. Po latach nikt o niej nie będzie pamiętał, podobnie jak o mazowieckich książętach, o Mazowszu, któremu Polska odebrała wolność. Wszystko przeminie, pozostanie tylko legenda, z którą historyk zawsze przegra.

Bo w układance mazowieckiej jest jeszcze jeden element, Katarzyna Radziejowska poślubić miała później Konrada Oborskiego. Kliczyn i Obory to zbyt wielka koincydencja jak na tak dziwną historię nieprawdaż?. Tak również sądziła Zofia Krasuska. A co na to historyk? Imię „Conrado” pojawia się dopiero w drugiej wersji „Opisania Mazowsza” Jędrzeja Święcickiego, zaś w pierwszym druku stoi tam „trado Oborski”. Kolejna więc literówka, zmieniająca przekaz w opowieść. A zatem czy Katarzyna poślubiła mężczyznę zwanego Oborski i czy jej służka, Katarzyna z Kliczewskich wywodzących się z Kliczyna należącego do Oborskich, którzy pierwszej ćwierci wieku XVI pełnili funkcje urzędnicze w Księstwie, miała coś wspólnego ze śmiercią książąt i klątwą Piastów? To kolejna z tajemnic historii, czy która przecież jak napisał Ambrose Bierce, jest li tylko przekazem, wydarzeń w większości nieistotnych, które są dziełem władców, w większości niegodziwców i żołnierzy, w większości głupców.


Źródła i literatura:

  • KRASUSKA Zofia, Słomczyn zarys najdawniejszych dziejów parafii cieciszewskiej , Słomczyn 1993
  • Dzieje Mazowsza, t. I, red. H. Samsonowicz, Pułtusk 2006

Początki Słomczyna

ksunder

Słomczyn wydaje się pozornie brać swą nazwę od słomy, tak też sądzili jego mieszkańcy w latach trzydziestych XX wieku przygotowując informacje dotyczące opisywanej jakiś czas temu wzorcowej wsi. Tymczasem język polski ulegał przez stulecia znacznym przemianom, stąd też założenie to jest całkowicie błędne. Nazwa wsi nie uległa zmianie, jednak jej znaczenie od czasów średniowiecza zupełnie się zatarło. Słomczyn to bowiem nic innego niż Sławkowo, czyli osada Sławka.

Skąd więc ta dziwaczna zmiana nazewnictwa? Już śpieszę z wytłumaczeniem. Podeprę się tu autorytetem wybitnych językoznawców Witolda Taszyckiego i Urszuli Bijak, którzy wskazywali, iż występująca we wczesnośredniowiecznych dokumentach forma imienia Slanchone (Slanczone) jest zapisem imienia Sławka czyli Sławomira. Od tego imienia wywodzić należy więc nazwę osady, pierwotnie zapisywanej jako Slanczino. Powstała ona zatem na podobnej zasadzie jak Cieciszew od Ciecisza, Habdzin od Hebdy a Opacz od Opaka. Jako ciekawostkę podajmy, iż w akcie lokacji Woli Cieciszewskiej z roku 1363 świadkiem spisania aktu jest między innymi Slanczone Wiszniensi, czyli Sławko z Wizny. Koincydencja to bez mała ciekawa, nic jednak nie wiemy o owej postaci, ani jej związkach z rodem Pierzchałów.

Clipboard018Słomczyn, druga połowa XVII wieku

Powyższe intryguje jednak o tyle, iż Słomczyn powstał najprawdopodobniej mniej więcej w tamtym okresie, na przełomie XIV i XV wieku. Najstarsze ślady archeologiczne wskazują na XV wiek i jest to zgodne z najstarszym pojawieniem się miejscowości w dokumentach. Założono ją na terenie dóbr cieciszewskich, być może początkowo jako folwark, lub domenę jednego z potomków Stanisława Pierzchały o imieniu Slanczone, choć nie mamy przesłanek pozwalających utożsamić go ze Sławkiem z Wizny. Potomkowie Stanisława dzielili między siebie ziemię Cieciszewa, co z czasem spowoduje rozdrobnienie i powstanie kolejnych miejscowości, dawno już zapomnianych, w postaci Cieciszewka czy Cieciszewa Mniejszego. Słomczyn pojawia się po raz pierwszy w takim kontekście, w roku 1430 jego właścicielem jest Jan ze Słomczyna, mąż Katarzyny córki Jana z Sosnkowa (być może niedalekiej Sosnki), który dokonuje sprzedaży części ziemi. Ten najstarszy zapis nazwy miejscowości brzmi właśnie Slanczino.

Jako niewielka osada w granicach Cieciszewa Słomczyn pojawia się pośród średniowiecznych dokumentów niezmiernie rzadko, kolejnej wzmianki doczeka się dopiero w roku 1476, przy okazji znoszenia powinności rycerskich przez księcia Konrada II Mazowieckiego. Należy wówczas do Jakuba Cieciszewskiego, pana Cieciszewa Mniejszego, Cieciszewka, Imielina oraz Slanczyna, a zatem znacznej części majątku rodu z Cieciszewa. Jako wieś położona na terenie dóbr Cieciszewskich wzmiankowany jest kilkakrotnie w takim kontekście. Ciekawsze informacje przyniesie nam dopiero XVI wiek, kiedy bracia Cieciszewscy zaczną spisywać podziały swego majątku. I tak w roku 1563 Jakub, Piotr, Andrzej, Jan  Cieciszewscy dziedzice Cieciszewa, Łyczyna, Słomczyna i Okunina dzielą dobra. Świadkami są znani nam doskonale inni potomkowie Pierzchałów – Turowscy z Turowic (Kawęczyna) i Oborscy z Obór.

Jakuba i Jana pomińmy w tych opisach, dzielili się oni bowiem innymi niż Słomczyn miejscowościami. Andrzej otrzymał dział w Słomczynie wraz z poddanymi mu rolnymi (chłopami). Odnotowano najstarsze znane nam nazwiska tych mieszkańców Słomczyna, byli to Kuna, Roczek, Dzieska oraz Byczek. Z kolei Piotrowi Cieciszewskimu wraz z działem w Słomczynie przypisano innych mieszkańców, noszących nazwiska Pathora, Stacheta, Staszek i Czirana oraz ogrodnika Szymona Wielkiego.

Tu mały komentarz, jak widzimy w owym czasie nie sposób mówić o nazwiskach w rozumieniu jakie znamy. Nie tylko w przypadku chłopów, tradycja nazwisk kończyła się właśnie wykształcać, określenia nadawane od zajmowanych dóbr takie jak Cieciszewski czy Oborski stawały się właśnie nazwiskami. Do tego okresu możliwe było jeszcze, iż obejmując inne dobra ich właściciel zyskiwał związany z nim przydomek – jak Czosnowski od Czosnowa czy Okoński od Okunina. Przydomki stały się nazwiskami, odrywając od nazw dóbr. Kolejny wiek nazwiska przylegały do przedstawicieli niższego stanu, gdy zajrzymy do księgi parafialnej Cieciszewa z drugiej połowy XVII wieku zobaczymy, iż każdy mieszkaniec wsi posiada już nazwisko. O ile był mężczyzną, w przypadku kobiet musiało to jeszcze chwilę potrwać.

Clipboard024

Raz jeszcze Słomczyn w XVII wieku.

W ramach ciekawostki dodać można, iż potomkowie części osób wymienionych XVI wiecznych osób zamieszkują te okolice do tej pory – choćby rodzina Kopytów, których przodek Thopith zamieszkiwał w roku 1563 Kozłów, na terenie którego obecnie leżą Piaski.

Wróćmy jednak do Słomczyna, bowiem dawno to zamierzchłe i zapomniane czasy, kiedy jak odnotowano Słomczyn od Goździ oddzielała rzeka Wisła. Obecnie jej pozostałości zmieniły się w jeziora w Cieciszewie, wówczas płynęła starorzeczem w kierunku Obór, przez teren dzisiejszej Parceli. Na południu i w lesie na zachodzie Słomczyn graniczył z dobrami Kawęczyna. Jak zanotowano w roku 1603 dziesięciny ze wsi Słomczyn (po raz pierwszy pod taką nazwą) stanowiły uposażenie kościoła w Cieciszewie.

W XVII wieku wraz z upadkiem rodziny Cieciszewskich zmienił właściciela i został sprzedany. Ale o tym innym razem.


Źródła i literatura:

  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa
  • Archiwum Parafialne w Słomczynie
  • AGAD, Obory

Sempołowska w Mirkowie

ksunder

Jak co roku 8 marca przyjrzyjmy się bliżej kolejnej przedstawicielce płci pięknej, która położyła zasługi dla historii tych stron. I jak to zwykle bywa są one praktycznie zapomniane, bowiem nie była związana z letniskiem Konstancin i jego elitarnym towarzystwem. Jak łatwo domniemywać po tytule wpisu, chodzi o Stefanię Sempołowską.

Sempołowska jest postacią znaną i wciąż jeszcze pamiętaną w Polsce, jej działalność oświatowa i nauczycielska nie zblakła mimo upływu lat. Była jedną z osób, które poniosły kaganek oświaty w lud, a po szczegóły odesłać należy szacownego czytelnika choćby do skróconego życiorysu w Wikipedii. Co ma jednak Sempołowska do Mirkowa? Zapewne niektórzy kojarzą, ja pozwolę sobie opowieść tę rozwinąć, bowiem rzecz sprowadza się nie tylko do mirkowskiego kinematografu. Sempołowska była bowiem jedną z osób, której jedna z największej fabryk w ówczesnej Kongresówce zawdzięcza Dom Ludowy.

299336Historia ta bierze swój początek podczas Rewolucji 1905, która dość mocno zradykalizowała społeczeństwo Królestwa. Wraz z rewolucyjnymi ruchami robotniczymi powróciła sprawa polska, w szkołach wiecowano i strajkowano, domagając się między innymi prawa do nauczania w języku polskim. W centrum tych wydarzeń były Maria Gomólińska i Stefania Sempołowska, która doprowadziła do zwołania zjazdu delegatów Kół Nauczycielskich Królestwa Polskiego. Postanowiono tam wbrew zaborcy nauczać w języku polskim, a przede wszystkim zając się edukacją najniższych warstw społecznych. Mimo uspokojenia nastrojów znaczna część postulatów znalazła się w programie Towarzystwa Kultury Polskiej, założonego w 1906 roku przez znanego działacza Aleksandra Świętochowskiego. Sempołowska działała w nim aktywnie od początku. Celem Towarzystwa było szerzenie działalności kulturalnej, a przede wszystkim edukacyjnej. Niezwłocznie po założeniu głównego oddziału w Warszawie, który skupił się na robotnikach tutejszych zakładów, oczy działaczy skierowały się na nieodległa Mirkowską Fabrykę Papieru. W lutym 1907 otwarto tam oddział towarzystwa, a o tym, iż ziarno padło na podatny grunt, możemy przeczytać w pierwszym numerze miesięcznika TKP wydanym przez Świętochowskiego w tym samym roku. Oddział w Jeziornie był pierwszy, po nim otwierano kolejne w miastach Mazowsza.

Jak pisał anonimowy sprawozdawca: „[Oddział] Istnieje od Lutego b. r., a liczy 64 członków,- 5 kobiet i 59 mężczyzn. Starania swe zwraca głównie w kierunkach oświatowym i ekonomiczno-społecznym. W tym calu założono bibliotekę, która posiada około 800 tomów i czytelnię. Urządzono dwa odczyty: jeden o „Konstytucyi 3 maja 1791 r.“ (S. Sempołowska), drugi o „Słowianach przedhistórycznych“ (M. Gomólińska). Obecnie oddział dąży do tego, ażeby odbywały się dwa wykłady na miesiąc z dziedziny nauk społecznych, ekonomicznych, historycznych, hygienicznych i przyrodniczych. Opracowywane są tablice graficzne, przedstawiające stan analfabetyzmu śród robotników i robotnic Mirkowskiej fabryki papieru w Jeziornie (około 1500 ludzi). Na początku Grudnia otwarto kursy dla analfabetów i wykłady popularne.

W kierunku ekonomiczno-społecznym oddział wystarał się:

1) o założenie państwowej kasy oszczędności w fabryce

i 2) o wybudowanie przez fabrykę piekarni, która będzie prowadzona przez kooperatywę robotniczą.

W Kwietniu urządzono drzewosadzenie, w którem wzięło udział kilkaset dziatwy robotniczej.

Dla kultury towarzyskiej zorganizowano zbiorowe lekcye tańców, na które uczęszcza 50 osób z młodzieży fabrycznej, a których udziela nauczyciel z Warszawy dwa razy tygodniowo. Lekcye te wyrabiają zręczność i ogładę towarzyską, a przytem mają wpływ demokratyzujący, gdyż robotnicy, robotnice i urzędnicy fabryczni spędzają razem wieczory na zabawie. Czysty dochód z lekcyi tańca przeznaczony jest na Dom Ludowy w Jeziornie.”

O ówczesnych zabawach w Mirkowie poczytać możemy w książce o Ciepokach Kalicińskiego, skupmy się jednak na Domu Ludowym. Zaprojektował go Stefan Szyller, jak widać jednak właściciele fabryki początkowo nie kwapili się z datkami na jego powstanie, mimo iż trwała właśnie budowa robotniczego osiedla. Miało to oczywiście związek z faktem, iż zdawali sobie sprawę z nastrojów pośród robotników, pozostając pod wrażeniem niedawnej rewolucji. Działalność TPK trafiła zresztą na podatny grunt, już w roku 1905 powołać miano zalążek Domu Ludowego, by organizować tu życie kulturalne. TPK ze swymi odczytami, imprezami oświatowymi i teatralnymi wyzyskała moment dziejowy. Brak budynku był jednak dotkliwie odczuwalny.

„Celem głównym oddziału jest wybudowanie takiego Domu, którego brak daje się czuć dotkliwie. Cała praca oświatowo - kulturalna biegłaby stokroć szybciej, gdyby było ognisko, w którem lud roboczy znalazłby pokarm duchowy, zdrową rozrywkę i t. p. To też oddział wytęża wszystkie siły, ażeby zdobyć kapitał potrzebny dla urzeczywistnienia tej myśli.”

9415f9bcd76598f9c08127db1641b596_LSempołowska była mocno zaangażowana w rozwój oddziału w Mirkowie, a po wybudowaniu Domu Ludowego ufundować miała dlań kinematograf. I tak rozpoczęła się historia kina „Mirków”.

Odnotujmy jeszcze, iż największy opór wobec przedsięwzięcia stawiły wcale nie władze, ani tez kierownictwo Papierni.

,,Ze strony władz rządowych oddział nie doświadczał utrudnień. Władze fabryczne zachowują się wobec niego biernie. Jedynie wrogi nastrój i przeciwdziałanie ujawnia duchowieństwo parafialne i okoliczne rzymsko-katolickie, które wszelkimi środkami tamuje pracę oddziału, wychodząc z założenia, że Tow. Kultury Polskiej jest instytucyą anti-religijną i jako takie powinno być bezwzględnie zwalczane.

Kopie protokółów z zebrań organizacyjnych dostatecznie wyświetlają ten stosunek; dodać jednak musimy, że na piśmienne prośby poświęcenia lokalu bibliotecznego oraz sadzonych drzewek otrzymaliśmy odpowiedź odmowną oraz że zdarzają się częste wypadki odciągania ludzi od Tow. Kultry Polskiej przez konfesyonał. Wogólę ze strony duchowieństwa, oddział doznaje wielu krzywd i spotyka najwięcej przeszkód".

Dziś oczywiście trudno stwierdzić czy opór proboszcza (ze Słomczyna, stanowiącego wówczas siedzibę Parafii) wywoływała osoba Aleksandra Świętochowskiego, znanego ze swych antyklerykalnych poglądów, czy też świeże doświadczenie rewolucyjne. Ruchy robotnicze w tamtych latach nie miały jeszcze przed sobą doświadczeń rewolucji radzieckiej i nie kojarzyły się z programową walką z kościołem, choć poglądy większości ówczesnych księży mocno kłóciły się z postępowymi dążeniami osób takich jak Stefania Sempołowska, postulującymi równość wszystkich w dostępie do edukacji. Nie bez znaczenia mógł być fakt, iż w owym czasie trwała budowa filialnego mirkowskiego kościoła, a działalność TPK i budowa Domu Ludowego traktowana mogła być jako konkurencja. Koniec końców jak to zwykle bywa wszystko się ułożyła.

W tym roku historyczny kwiatek w postaci wspomnienia z okazji Dnia Kobiet otrzymują więc Stefania Sempołowska, Maria Gomólińska i inne nieznane z nazwiska członkinie TPK, za to co uczyniły dla tych okolic, a o czym mało kto pamięta, a po upływie bez mała stu lat nie jest świadom wagi tych działań.


Źródła i literatura:

  • Kultura Polska, miesięcznik TPK, styczeń 1908

Wieś wzorcowa (3)

ksunder

W roku 1938 nie mniejszym autorytem niż proboszcz cieszył się kierownik szkoły Piotr Szczur, znany w powojennych latach dyrektor szkoły przy mirkowskiej papierni. Były to lata kiedy ksiądz i nauczyciel stanowili punkt odniesienia w niewielkich społecznościach, a osoba wykształcona będąca w stanie pośredniczyć w kontaktach z urzędnikami była nie do przecenienia. W przypadku Piotra Szczura jak i innych nauczycieli w szkole w Słomczynie istotną rolę grał dodatkowo aspekt społecznikowski, bowiem działali oni na rzecz tutejszych mieszkańców. Czego dowodem może być relatywnie niedawne nadanie imienia patrona szkoły w Słomczynie, którym został Jan Mejster, uczący w Słomczynie właśnie w roku 1938, zamordowany podczas wojny w Katyniu. Przez wielu tutejszych mieszkańców wspominany do dziś.

Przejdźmy teraz do drażliwej kwestii. W upolitycznionym życiu codziennym końca II Rzeczpospolitej urzędnicy musieli ważyć swe słowa. O Słomczynie zapisano więc dyplomatycznie: „Gromada nie ma wyrobienia politycznego. Są i endecy i ludowcy i sympatyzujący z Rządem, przeważnie jednak politycznie obojętni.” Ostatnie zdanie w całości zdaje się możemy odnieść również do dzisiejszych czasów. Odnośnie ówczesnej władzy najniższego szczebla zapisano, iż sołtysem do niedawna był „Ziemski Mikołaj, 60 lat, ukończył trzy klasy szkoły rosyjskiej, oczytany, prowadzi ładny sad, niejednokrotnie otrzymywał nagrody za gruszki i jabłka”. Doczekał się pięknego wspomnienia spisanego przez jego wnuka Stefana Rulskiego w książce o kółku rolniczym ze Słomczyna i Brześcc. W trakcie sporządzania dokumentu na stanowisku sołtysa Ziemskiego zastąpił go Kazimierz Gutt.

Wypas_owiec_w_miedzywalu_lata__70.80._kol

Lekarza we wsi nie było, z Jeziorny dojeżdżał doktor Gutkowski. Stanu zdrowia dopatrywała higienistka Ośrodka Zdrowia w Konstancinie „raz w miesiącu przyjeżdżająca”.

Radioaparatów doliczono się w ówczesnym Słomczynie 15 sztuk. Zapewniono, iż byłoby więcej, gdyby we wsi „była elektryfikacja, ale problemem był brak nafty dla generatorów”. Przewidywano podłączenie wsi do prądu w niedalekiej przyszłości, bo 100 metrów od wsi przebiegała linia elektryczna do Góry Kalwarii.

Droga przez wieś powoli przestawała być piaszczysta. „W 1937 zadeklarowano i wykonano brukowanie szarwarkami i opłatami. Dziś droga w ¾ jest zabrukowana, chodnik z płyt betonowych. Wykonywano po 2 metr 3 piachu z morgi i po 1 metra 3 kamienia na każde 10 mg. Prowadzi od traktu do sąsiedniej gromady Borowina. Polna, piaszczysta, okopana rowami, obsadzona wierzbami. Powstała Spółka Drogowa gromad wybrukowała w latach 1928 – 33-4 km drogi z Jeziorny do Góry Kalwarii.” Dzięki ofiarności tutejszych mieszkańców wybrukowano drogę wiodącą do Góry, choć zastanawiać może jak wyliczono dwukrotność odległości z Jeziorny Królewskiej. Miłośnicy Urzecza zwrócili zapewne uwagę na informację o obsadzeniu dróg wierzbami wzdłuż rowów, wzorem zapożyczonym od olędrów.

Siedziba gminnego posterunku Policji mieściła się w Jeziornie Królewskiej, obchodu we wsi dokonywano raz w tygodniu. Pragnącym czynić porównania do obecnej sytuacji pozwolę sobie przypomnieć z jego z dawnych wpisów, iż w ówczesnej gminie liczącej łącznie 10432 mieszkańców porządku pilnowało czterech posterunkowych i komendant posterunku. Aż do lat pięćdziesiątych po wsiach pełniono stróżę. Podobnie w Słomczynie, gdzie jak informowano pełnili ją gospodarze. W roku 1936 wynajęto stróża gromadzkiego o nazwisku Zieliński w wieku 35 lat, któremu płacono „złotówkę od budynku”. Acz jak zauważano od płacenia za stróżę nagminnie się uchylano.

W roku 1938 przez Słomczyn przechodziło 5 – 10 włóczęgów dziennie. Gromada nie posiadała domu noclegowego, z uwagi na obowiązujące wówczas przepisy o włóczęgostwie nie mogli oni pozostawać nocą poza nadzorem . Zwracali się więc do Sołtysa, a ten kierował ich na nocleg do mieszkańców Słomczyna, z poleceniem pisemnym przyjęcia pod dach, opatrzonym stosowną pieczęcią. Jak łatwo się domyślić nie spotykało się to z uznaniem: „Zdarza się, że zgłasza się po kilku naraz, żebracy, podróżni, agenci firm, często zawszeni, pijani chorzy, że zachodzi obawa wpuścić do mieszkania takiego gościa. Nad nocującym trzeba dozorować. Ludzie wychodzą rano do pracy, a podróżny ociąga się. Gdy zgłasza się po odbiór dokumentów, sołtys ustala najpierw u gospodarza czy nic nie zniknęło, a osoba nie wymaga zatrzymania”

A na zakończenie zerknijmy jeszcze na funkcjonowanie Straży Pożarnej, o której remizie wspominałem ostatnio: „Pożar ostatni był w 1929 roku. Spłonęła wtenczas zagroda Kowalskich., którzy sami dla uzyskania odszkodowania pogorzelowego podpalili swoje domostwo. Spotkała ich za to zasłużona kara więzienia, przy czym Kowalski. w nim zmarł.”. Pozwoliłem sobie na całkowitą zmianę nazwiska, bo sprawy to już dawno zapomniane, a obecny Słomczyn żyje już zupełnie innymi sprawami.

Niestety annały gminne milczą na temat dalszych losów dokumentu opisującego wzorcową wieś. W aktach zachowała się jedynie jego kopia wykonana przy użyciu fioletowej kalki.


Źródła i literatura:

  • APW O/Grodzisk Mazowiecki, Akta gminy Jeziorna

zdjęcie "Wypas owiec w międzywalu" pochodzi z książki "Nadwiślańskie Urzecze" Ł. M. Stanaszka. Wykonano je w okolicach Piasków

Wieś wzorcowa (2)

ksunder

Jak w 1938 raportowali włodarze gminy Jeziorna, Słomczyn korzystał z dobrodziejstw płynących z położenia na nadwiślańskim Urzeczu. Poniższy opis doskonale współgra z tezami, iż bogactwo regionu płynęło z bliskości warszawskiego rynku, przekazuje także informacje na temat ważności otwockiego letniska, które zaopatrywały lewobrzeżne wsie.

„Tutejsi gospodarze oddają się najwięcej sadownictwu i warzywnictwu, co im się ze względu na bliskość Otwocka /8km/ i Warszawy /20 km/ opłaca, bo tam mają zbyt na owoce i warzywa. To też każda zagroda w Słomczynie tonie w masie drzew owocowych i zasobna jest w różne warzywa. Niewątpliwie zachętą był do tego najstarszy ogród w Słomczynie miejscowego proboszcza jak i największy, starannie utrzymywany, jako przykład służy dla tutejszych gospodarzy, którzy zamieniają swe pola na ogrody.”

Dalsze akapity przynoszą nam informacje o stosunkach sąsiedzkich widzianych z zewnątrz, z perspektywy gminy Jeziorna, co nie do końca odpowiada prawdzie, co skonfrontować można z łatwością z dalszymi fragmentami tekstu.  „Stosunki [we wsi] nie są najlepsze, ani najgorsze. Specjalnie wielkiej zażyłości nie ma wśród nich, łatwiej im do niezgody, niż do pojednania się. Każdy radzi sobie jak może i rzadko kiedy w gromadzie wspólnie czegoś dokonano. Największe kłótnie powoduje gotówka.”. Pieniądze po dziś dzień pozostają drażliwym tematem. My zwróćmy jednak uwagę na fakt, iż opis społeczności niezmiernie przypomina odnotowane relacje o łurzockach skłonnych do bitki i kłótni, grymlach o gorącej krwi.

Majątek gromady Słomczyn w roku 1938 stanowiło „200 prętów ziemi wydzielonych za czasów ukazowych oraz droga prowadząca do lasu oborskiego”. Niezmierne znaczenie ma jednak kolejna informacja, z której wynika, iż w roku 1900 41 morg ziemi ornej przekazały Słomczynowi dobra oborskie, w zamian za prawo do serwitutu w lesie oborskim. Chcąc sprzedać i rozparcelować ziemię w lesie, Potuliccy musieli przekazać ekwiwalent dla Słomczyna. Dopiero gdy mieszkańcy wsi zgodzili się na zamianę, można było rozparcelować dalszą część lasu na potrzeby letniska o nazwie Konstancin. Miłośnicy tutejszego letniska winni więc podziękować za tę zgodę mieszkańcom Słomczyna, którzy 41 morgów ziemi podzielili między sobą. Odnośnie serwitutu pojawia się jeszcze informacja, iż Słomczyn posiadał takie prawo pod Wągrodnem, gdzie wskutek ukazu uwłaszczeniowego rozparcelowano inne ziemie Potulickich. Dokument wspomina, iż niegdyś pasano tam krowy i ścinano drewno, ziemia jednak zmieniła się w ługi. Dodam, iż najstarsi mieszkańcy Słomczyna pamiętają jeszcze całodzienne wyprawy do Wągrodna. P. Stefan Rulski opowiadał mi, jak tuż przed drugą wojną światową zabierano go tam na wyprawy po drewno.

Interesujące informacje na temat tutejszej Straży Pożarnej, zawiera kolejny fragment: „Jest też jeszcze mały kawałek ziemi /25 prętow/ formatem podobny do sera, na którym obecnie znajduje się remiza strażacka. Dość ciekawa jest historia tego placu. Jest on położony między drogą a szosą do Góry Kalwarii. Plac ten należał do majątku Obory. Kiedy w roku 1934 przeprowadzana była licytacja niektórych części ziem oborskich, zjeżdżali do Słomczyna komornik, mierniczy i inni urzędnicy i głowili się co uczynić z tym kawałkiem ziemi. Dla łatwiejszego zakończenia swych czynności pominęli go zupełnie i od tego czasu roztoczyła nad nim opiekę wieś.”

Wreszcie nadchodzi pora na informacje o Słomczynie, które są niezwykle ciekawe. W roku 1938 gromada czerpała dochody z wynajmu na polowania organizowane przez Towarzystwo Myśliwskie „Szarak”. Proboszczem od 29 lat był ks. Kozłowski, „cieszący się autorytem w gromadzie”. Zastąpił na tym stanowisku ks. Wincentego Tymienieckiego, późniejszego biskupa łódzkiego. Wikariuszem w roku 1938 był Antoni Nowak, organistą Zygmunt Chmielewski. Ówczesną radę parafialną tworzyli Józef Utrata z Opaczy, Jan Molak i Józef Latoszek z Cieciszewa, Wojciech Należyty z Szymanowa i Kazimierz Makulski z Czernideł. Liczba wiernych w parafii wynosiła 7500, zatem należała do niej większość mieszkańców ówczesnej gminy Jeziorna, przy czym parafia słomczyńska obejmowała wówczas także filialne kościoły w Konstancinie, Skolimowie i Mirkowie.

Dokończenie w następnym wpisie.


Źródła i literatura:

  • APW O/Grodzisk Mazowiecki, Akta gminy Jeziorna

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci