Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Tajemnice kaplicy Potulickich

ksunder

Ostatnio na blogu niewiele się dzieje, a powodów jest jak zawsze wiele, począwszy od uroków życia zawodowego, poprzez pracę zawodową, na aktywności wykrywkowców kończąc. Chodzący po polach z wykrywaczami metalu napastują mnie ostatnio coraz bardziej aktywnie, co bardziej bezczelni, kontaktują się ze mną prosząc o wskazanie miejsc, w których znaleźć można coś ciekawego, nie mając czasu czytać wszystkich tekstów na blogu. Jeden proponował nawet abym sfotografował mu mapę, na której zaznaczono tutejsze stanowiska archeologiczne. Łatwo można się domyślić co sądzę o takich propozycjach, choć niektórzy podejmują ze mną nawet próby dyskusji, że gdyby nie ich odkrycia, wszystkie znaleziska przepadłyby w ziemi i archeolodzy nie wiedzieliby jak wiele ciekawych rzeczy można tam odnaleźć, wyraźnie widać, iż nie mają pojęcia o czym piszą. Ale dość jasno uświadomili mi, że niestety wiele tekstów na blogu dotyczy zaginionych miejsc, o których dzięki mnie się dowiedzieli, co powoduje u mnie niechęć do wskazywania im kolejnych. Może i generalizuję, niesłusznie wrzucając do jednego worka wszystkich poszukiwaczy, ale ostatnio media doniosły o pewnym idiocie, który rozkopał średniowieczne grodzisko koparką.

Skoro dałem upust swym uczuciom, możemy przejść do treści wpisu, którą jest kaplica Potulickich. Miejsce to niezwykłe, podobnie jak i sam cmentarz położony na granicy Cieciszewa i Słomczyna. Kaplica stanowi zwieńczenie głównej alei, położona jest na jej zakończeniu, na niewielkim wzniesieniu, górując nad cmentarzem. Jest to jeden z najpiękniej położonych cmentarzy na Mazowszu, posiada w sobie ciszę i spokój, kryjąc się w cieniu starych drzew. Wiele osób mówi o magicznej sile jego przyciągania. Kaplica dawnych dziedziców Obór stanowi istotny element tej tajemnicy, Miron Białoszewski chadzał tu o północy, chcąc spotkać ducha. Wiele osób 1 listopada bezwiednie zapala tu znicz, lecz sporo osób pamięta jeszcze rodzinę, niektórzy wciąż mają dokumenty zakupu ziemi od hrabiny Marii tuż przed wybuchem II Wojny Światowej. Właściwie to kaplica Potulickich i skoligaconych z nimi Melżyńskich. Kilka lat temu szperając w archiwum odkryłem, iż wzniesiono ją dopiero pod koniec XIX wieku, fundacją Konstancji Skórzewskiej (czyli „matki chrzestnej” Konstancina oraz Stanisława i Marii Potulickich w latach 1893-96, nadając jej wezwanie Narodzenia Najświętszej Marii Panny i składając na jej utrzymanie depozyt 200 rubli srebrem, które zabrała rewolucja oraz dwie wojny światowe. Dlaczego więc w stellach wmurowanych w boczne ściany kaplicy widoczne są daty śmierci nawet o pół wieku wcześniejsze? Odpowiedź na to pytanie nie jest trudna. Do czasu wybudowania kaplicy ciała rodziny Potulickich składane były na miejscowym cmentarzu. Dlaczego nie w kościele, skoro byli patronami tutejszej świątyni w Słomczynie, siedzibie dawniejszej parafii cieciszewskiej? Prawo patronackie odziedziczyli wraz ze spadkiem po rodzie Wielopolskich, dla których dobra oborskie były jednymi z licznych majątków, spośród których głównym klejnotem była Pieskowa Skała. Stąd też w budowanym około roku 1724 kościele, konsekrowanym w roku 1739, grobów ich nie uświadczymy. Urszula Wielopolska testamentem przekazała dobra oborskie na rzecz młodocianego Kaspra Potulickiego w roku 1806. A to już praktycznie czas narodzin Księstwa Warszawskiego, które powstało w rok później. W nim to wydano rozporządzenie, by cmentarze zakładać w odległości od ludzkich siedzib i tak oto narodziły się cmentarze na Mazowszu jakie znamy obecnie, w tym tutejszy. Stąd i najstarszym pochowanym z Potulickich w tym miejscu będzie Kasper. O jego śmierci i pochówku donosiły w roku 1853 ówczesne gazety. Ciało złożono do grobu w ziemi, którą ukochał. W owym czasie Potuliccy posiadali dobra oborskie, w tym okoliczne wsie, co zmienić się miało dopiero po Powstaniu Styczniowym, gdy nastąpiło uwłaszczenie. Kolejnych przedstawicieli z rodu również składano na tutejszym cmentarzu, aż wybudowano rzeczoną kaplicę, do której przeniesiono doczesne szczątki. Usypano sztuczne wzniesienie, łatwo zauważyć skąd wzięto ziemię, bowiem na przedpolu kaplicy się ona obniża. W oryginalnym założeniu otoczenie kaplicy było puste, kaplica spoglądała na cmentarz poniżej, zupełnie jakby hrabiowie pełnili straż nad zmarłymi poddanymi. Grób mojego prapradziadka zmarłego w roku 1901 znajduje się w odległości kilkudziesięciu metrów od tego miejsca, znać że pochówków początkowo nie dokonywano w otoczeniu kaplicy.

Ale to nie koniec związanych z nią zagadek. Jeśli porównamy daty narodzin i śmierci członków rodu pochowanym w kaplicy wprawimy się w niewielką konfuzję. O ile prawidłowo oddano okres życia hrabiego Kaspra, już w przypadku jego małżonki Teresy z Melżyńskich dostrzeżemy znaczącą różnicę. Urodzić się miała 28 kwietnia 1795, podczas gdy w akcie chrztu stoi data późniejsza – 20 lipca 1797. Szybkie badanie genealogiczne przyniesie nam inne rewelacje, rzeczywistości nie odpowiada znaczna część podanych dat urodzenia złożonych tu członków rodu, zresztą w większości w wypadku ich nie ma i ograniczono się do podania wieku zmarłego, który zazwyczaj także nie odpowiada prawdzie, różniąc się o rok lub dwa lata od rzeczywistego. Cóż się stało, można zapytać?

Urodzin w wieku XIX jeszcze nie świętowano, okazją taką były raczej imieniny. Nie przykładano do tych pierwszych wagi, a w świecie pozbawionym dowodów osobistych i numerów PESEL, mało kto zwracał uwagę na datę przyjścia na świat. Odnotowywano ją w kościelnych księgach, lecz później niewielu do nich zaglądało. Stąd też w sposób niejako naturalny dochodziło do ujmowania sobie lat, niektórzy zapewne do końca życia nie wiedzieli, ile mają naprawdę, przyjmując jak im powiedziano w dzieciństwie, że było to „ze sześć lat temu”. Oczywiście im dalej w mroki historii tym gorzej, stąd nie dziwi nas, że rodzina Potulickich nie była do końca świadoma, kiedy urodziła się nestorka ich rodu, hrabina Teresa. Tak zanotowano w Oborach, inna data była w Niechanowie, lecz nikt tego wówczas nie sprawdzał, nie było po temu powodu.

Jutro 1 listopada i jak zawsze u stóp kaplicy zapłoną znicze, może także i wasze.

Fischer w Julisinie

ksunder

Dzisiaj mała cegiełka dotycząca pobytu w Julisinie gubernatora GG Ludwiga Fischera. Mało znana relacja, wpisująca się w szerszy kontekst opowieści o strzelaninie do piłkarzy na placu Sportowym, znanej już wcześniej. A także kolejny przyczynek do opowieści o planowanym na niego zamachu, spośród których wychodził zazwyczaj cało.

Relacja Władysława Kaczmarskiego, spisana podczas przesłuchania w charakterze świadka w Warszawie 23 maja 1945 r. przez sędziego śledczego Halina Wereńko, delegowaną do Komisji Badania Zbrodni Niemieckich,

W środku lipca 1943 roku, daty dokładnie nie pamiętam, w Konstancinie na boisku futbolowym przy willi Pomianowskiego o godz. 17.00 policja niemiecka z batalionu ochronnego Fischera pod dowództwem Oberleitnanta Vossa, imienia nie znam, urządziła łapankę na grających w piłkę i widzów. Policja obstawiła boisko, po czym zagarnęła przeważnie młodzież do samochodów, których było kilka. Wywiązała się strzelanina do uciekających, słyszałem, iż były dwa wypadki zastrzelenia. Nazwisk zastrzelonych nie znam.

Ja w tym czasie byłem nad rzeką. Słysząc strzały, poszedłem do domu, po drodze dowiedziałem się o przebiegu łapanki. W końcu lipca lub na początku sierpnia 1943 roku, daty dokładnie nie pamiętam, dowiedziałem się także od uciekających z miejsca obławy, iż nad jeziorem, koło toru kolejowego przed Konstancinem w kierunku Warszawy, policja niemiecka z batalionu ochronnego Fiszera, o godz. 17.00, przy największym nasileniu kąpiących się, urządziła obławę. Mówiono mi, iż złapanych wywieziono 10 czy 15 samochodami. W czasie obławy była strzelanina za uciekającymi, kilka osób odniosło rany. Nazwisk nie znam. Nie wiem również, ile osób w obu obławach zatrzymano. Obławą kierował Oberleitnant Voss.

Zaznaczam, iż policja batalionu ochronnego Fischera stacjonowała w Konstancinie, gdzie w okresie letnim przyjeżdżał też czasem Fischer do willi Wertheima. W 1940 roku willa w Konstancinie przy ul. Piasta 19, własność rodziny Kiełbasińskich, moich krewnych, została zarekwirowana przez Niemców. W 1943 była zamieszkana przez Niemca Szeffera urzędnika z kontroli cen, który przysłał Kiełbasińskim zawiadomienie, iż mają opłacać podatki za dom, oraz że jeden pokój na piętrze jest dla nich zarezerwowany. Latem 1943 roku od czerwca przyjeżdżałem do tego pokoju na soboty i niedziele. W końcu czerwca, daty nie pamiętam, Szeffer zaprosił mnie do siebie, bym posłuchał radia z Londynu. Sam Szeffer wyszedł z domu, a ja w jego mieszkaniu słuchałem radia. W związku z tym zaprosiłem w następną niedzielę kilku kolegów i w pokoju Szeffera słuchaliśmy radia angielskiego. W trakcie tego posłyszeliśmy kroki na schodach, złapaliśmy stację niemiecką, a do pokoju wszedł Szeffer i dwóch policjantów. Zaznaczam, iż należałem do PAL, jak również moi koledzy tam obecni: Bogdan Kurniak (zam. Kutno, ul. Krakowskie Przedmieście 26), Młyn[arz?] Franciszek Kust, prezes Samopomocy Chłopskiej na województwo krakowskie. Wszyscy trzej, przyjeżdżając do Konstancina, chcieliśmy zbadać teren, po czym urządzić zamach na Fischera. W chwili słuchania radia, gdy weszli Scheffer i dwaj policjanci, jeden z tych, co weszli, chwycił za broń, drugi – jak się okazało Oberleitnant Voss – uspokoił go. Staliśmy chwilę, po czym nie zatrzymywani wyszliśmy do swego pokoju. Po godzinie przybył do nas Voss, mówiąc, iż nie wyciągnie żadnych konsekwencji z faktu, iż słuchaliśmy radia. W lipcu 1943, po łapance na boisku, wieczorem spotkałem w ogrodzie Vossa i powiedziałem mu: „–Co pan dziś narobił”, odpowiedział mi: „ Dlaczego Polacy w biały dzień prowokują Fischera? Wracał właśnie samochodem z Warszawy i widział ten mecz, po czym polecił mi osobiście przez telefon, żebym rozpędził tych bandytów” machnął ręką i powiedział: „ Alles guatz”. Na tym się rozmowa nasza zakończyła.

Pewnej niedzieli w lipcu czy na początku sierpnia 1943 Szeffer mi powiedział, iż Fischer znów osobiście kazał Vossowi zrobić łapankę na Polaków kąpiących się w jeziorku za Konstancinem. Mówiąc to Szeffer był podchmielony. Odczytano. julisin01_700


źródło: Repozytorium Ośrodka Badania nad Totalitaryzmami

Piwo z Cieciszewa

ksunder

Równo tydzień temu miałem okazję być w Cieciszewie i powiedzieć kilka słów o historii tej miejscowości. Co bardziej zorientowani wiedzą, że w zasadzie blog ten powstał kilka lat temu niejako na marginesie pisanej wówczas książki na ten temat. A historię Cieciszew ma fascynującą, sięgającą czasów odległej historii początków Polski. W zasadzie tam leżą korzenie „konstancińskiej” części tutejszej gminy, bowiem ziemie należące to tamtejszego grodu sięgały w XIII wieku rzeki Jeziorki, na wschodzie oparte o Wisłę, na zachodzie w ich skład wchodziły Łubna i Baniocha, na południu graniczyły z Moczydłowem. Z czasem włości podzielono na część cieciszewską i oborską, później na kolejne. A na dziale oborskim powstać miał pod koniec XIX wieku Konstancin. Z obszarem dawnych włości Cieciszewa pokrywała się parafia, w XVIII wieku przeniesiona do Słomczyna, choć jeszcze długo zwała się cieciszewską. Podzielono ją w XX wieku, tworząc filie, a później odrębne parafie w Mirkowie, Konstancinie, Skolimowie, Baniosze (stąd po dziś dzień Baniocha jest w tutejszym dekanacie, choć do gminy nie należy). Wszystko to można znaleźć na blogu, dziś historia nieco mniej znana, z końcowego okresu świetności Cieciszewa.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m10Wiele osób kojarzy, iż pod koniec XVIII wieku na terenie Obór wytwarzano piwo, które cieszyło się w pewnym okresie znaczną sławą w Warszawie. Jak przywoływał Zygmunt Gloger warzono tu szczególnie dobre piwo angielskie. Browar na terenie majątku zwanego wówczas kluczem oborskim, w skład którego wchodziły wszystkie okoliczne wsie położone na Urzeczu wraz ze Skolimowem, fundował Hieronim Wielopolski. Ten sam, który wydzierżawił teren pod zakładaną Papiernię. Lecz skąd w ogóle produkcja piwa? Cofnijmy się o lat mniej więcej 150, po „Potopie” szwedzkim zniszczona Polska zaczyna tracić, to co dawało szlachcie pieniądze przez ostatnie wieki, a co jak naucza się w szkołach wynikało z „dualizmu gospodarczego Europy”. Zaczyna się spadek eksportu zboża, szukać należy nowych źródeł dochodu. Okazuje się nim propinacja, czyli sprzedaż alkoholu, przede wszystkim własnym chłopom w licznie budowanych karczmach. Lecz nie do końca było tak, jak to pokazano w pewnym filmie, iż „dziedzic rozpijał pańszczyźnianych chłopów”. Choć obowiązywał przymus propinacyjny, zmuszający do zakupu piw i gorzałki, szybko zorientowano się, że na produkcji przeznaczonej na „eksport”, czyli sprzedaż poza granicami majątku, można nieźle zarobić. Stąd pod koniec XVIII wieku świetnie prosperowały browary w Oborach, Bielawie czy Wilanowie (a ciekawą historię awantury o piwowara w tych dwóch ostatnich swego czasu opisywałem). Jednakże nim powstał browar w Oborach, pierwszą próbę jego budowy podjęto w Cieciszewie.

Wybór był jak najbardziej naturalny. Tu znajdowała się siedziba parafii, którą co niedzielę odwiedzali poddani dóbr. Tędy wiódł szlak prowadzący do Czerska i dalej, aż na Ruś. Stąd i wzniesiona tu karczma była znacznych rozmiarów, co pod koniec XVII wieku odnotował francuski podróżnik kawaler De Tende. Zatem i produkcja piwa była niemała, wyraźnie piwo wytwarzane przez karczmarza było w ilości niewystarczającej, bowiem już w roku 1700 w Cieciszewie istniał browar. W roku 1701 w browarze w Cieciszewie był kocioł piwny w tym roku kupiony, kadź wielka, od spodu reparatiey potrzebne i pobiciu tak dębowej do spuszczania piwa. Beczek piwnych 20. Jak wynika z dalszego opisu znajdowała się tam także gorzelnia, wyremontowana w tym samym roku, wyposażona w szklane okna. Inwestycja w kadź oznaczała, iż browar powstał z myślą o zwiększonej produkcji. Warto zauważyć, że budynek browaru był w lepszym stanie niż znajdujący się tuż obok dwór w Cieciszewie, który w owym czasie się rozpadał. Budynek starano się naprawiać, co wyraźnie mówi nam coś o związanych z nim planach.

Browar nie przetrwał powodzi, która około roku 1713 zniszczyła Cieciszew i okoliczne wioski sprawiając, iż kościół parafialny odbudowano w Słomczynie. Kolejny browar powstał już w oddaleniu od wiślanego starorzecza, w Oborach. W drugiej połowie XVIII wieku dochody ze sprzedaży trunków staną się podstawą ekonomii dworskiej, stąd rozwój browaru w Oborach. Korzenie browarnictwa w kluczu oborskim znajdują się jednak w Cieciszewie.

Może to i dobry moment, by ktoś znowu zaczął produkować tu lokalne piwo? Od roku 2013 nie ma już browaru w Oborach, a piwo marki „Konstancin” produkowane jest w innej części polski. Lecz skoro mamy już cydr z Czerska (podobno nawet można kupić go w Górze Kalwarii, polecam bo jest naprawdę dobry), warto o tym pomyśleć. Nazwy nie trzeba długo szukać, choćby Ciecisz, czyli założyciel tutejszego grodu...


Źródła i literatura:

  • AGAD, Archiwum Wielopolskich i Potulickich z Obór

Ulica Lipowa

ksunder

Dzisiejszy wpis na blogu poświęcę ulicy położonej w Bielawie. Choć nie objęta wpisem do rejestru zabytków stanowi znaczący element historii tych okolic. Wkrótce może go już zabraknąć, bowiem wkrótce ma zostać przeprowadzona wycinka wszystkich znajdujących się tu drzew. Wnioskowało o to starostwo; ponoć jeden z mieszkańców złożył w tym celu obszerny wniosek, argumentując iż drzewa zagrażają przechodniom. Ile prawdy jest w tym, że położenie drzew utrudnia poruszanie i parkowanie w tym miejscu nie podejmuję się stwierdzić, niepokojący jest fakt, że wycinka drzew ma zostać ponoć przeprowadzona bez uzyskania opinii dendrologa. A wówczas zniknie to, co stanowi o wartości tej ulicy, czyli właśnie lipy, dające jej swą nazwę. Lipowa należy bowiem do pomników historii takich samych jak Aleja Kasztanowa na Ursynowie, gdzie drzewa sadzono na przyjazd cara, by utrudnić przeprowadzenie na niego zamachu, czy też wspaniała Aleja Lipowa wiodąca do pałacu w Otwocku Wielkim. Nieszczęściem Lipowej jest to, że ciasno na niej od domów, nie ma szansy stać się spacerową uliczką.

gallery_3_5_109552Ulica Lipowa. Zdjęcie pożyczone z forum Piaseczna, autorstwa użytkownika Stento - LINK

Czy drzewa rzeczywiście mają 200 lat, jak chcą relacje? Cofnijmy się w czasie. W roku 1816 właścicielem Bielawy pozostaje kupiec Karol Braeunig, któremu poświęcę niegdyś odrębny wpis. Bielawa wówczas to znaczny majątek, w jego skład wchodzą także obecne Klarysew, Gawroniec i tereny dzisiejszego Ogrodu Botanicznego. Graniczy z Jeziorną Królewską, Okrzeszynem i Powsinem wchodzącym w skład dóbr wilanowskich. Dość, że Bielawa to wówczas najludniejsza miejscowość położona na terenie obecnej gminy, w roku 1827 mieć będzie 487 mieszkańców, daleko w tyle pozostawiając za sobą Jeziornę Królewską z jej 273 mieszkańcami i Gassy, gdzie mieszkać będzie 220 osób. Karol Braeunig umrze w roku 1818, własność Bielawy przejdzie na jego syna Bogumiła, który żyć będzie jeszcze 8 lat. Wdowa po Karolu i matka Bogumiła, Klarysa z Lutzów w roku 1837 Bielawę sprzeda. Klarysa to zapomniana postać historii tych okolic, choć jej imieniem nazwany zostaje utworzony przy drodze warszawskiej folwark, nieopodal karczmy bielawskiej, leżącej na rozstaju dróg prowadzących do Jeziorny Królewskiej i Obór oraz Papiernii (dziś ulica Mirkowska). Z czasem karczma weźmie nazwę folwarku – Klarysów, po latach zmieniając się w Klarysew. Kto wie, może Potuliccy nazywając folwarki imieniem kobiet swego rodu – Teresin, Anusin wreszcie Konstancin – kierowali się tym przykładem?

Rzecz jednak w tym, że przeglądając akta i dokumenty dotyczące tych stron zorientujemy się, iż Henryk Rossman przebywał tu już wcześniej. Bielawę zaczął dzierżawić już w latach dwudziestych. Być może jeszcze od Bogumiła Braeuniga, z pewnością czynił to, gdy nominalną właścicielką majątku była Klarysa. I z czasem przekonał ją do sprzedaży, by osiąść tu na stare lata. Karierę pułkownika Rossmana przywoływałem już wielokrotnie, ten oficer wojsk napoleońskich, uczestnik wielu bitew, walczący w Powstaniu Listopadowym, przyczynił się do stworzenia kanału augustowskiego, a także usypania nadwiślańskich wałów. Wyraźnie jednak z Bielawą pragnął związać się już wcześniej, nim jeszcze stał się jej pełnoprawnym właścicielem.

mapka2Ulica Lipowa w roku 1856. Lipy nasadzone po obu stronach drogi, wówczas jeszcze nikt przy niej nie mieszka. Z dworu trakt wiedzie wprost do Klarysowa, u zbiegu z obecną Mirkowską i Saneczkową.

Przyglądając się starym mapom dostrzeżemy, iż na przełomie XVIII i XIX wieku ulicy Lipowej jeszcze nie ma, podróżuje się dwoma traktami biegnącymi z Powsina, prowadzącymi do Bielawy i Jeziorny, oba zresztą przetrwały po dziś dzień, ten ostatni to obecna ruchliwa ulica Warszawska, poprzecinana licznymi rondami. Lipowa pojawia się późno, dopiero w latach trzydziestych. Wytyczono ją, by prowadziła do dworu. Choć przyjęto, że dwór został wybudowany dopiero w roku 1837, na podstawie faktu, iż wówczas Henryk Rossman stał się właścicielem tej miejscowości, zauważmy jednak, że w tych stronach przebywał już wcześniej. Zachowane fragmentaryczne wzmianki w aktach Potulickich z Obór świadczą, że w dzierżawionej Bielawie pomieszkiwał, nie traktując jej jako lokaty, z której czerpał zyski. I to właśnie on odpowiedzialny jest za wytyczenie nowego traktu, prowadzącego wprost do bielawskiego dworu. Trudno powiedzieć więc tak naprawdę, kiedy dwór był wzniesiony, wcześniej istniała tu dawna drewniana budowla, zapewne w tym samym miejscu, na co wskazuje nam lokalizacja browaru, sytuowanego w XVIII wieku nieopodal właśnie dworu. Wcześniejszym właścicielom i dzierżawcom połączenie z drogą warszawską nie było potrzebne, dworu trakt wiódł prosto na tę samą trasę aż do Powsina, gdzie się z nią łączył. Obecnie to wciąż popularny skrót, wiodący za Szkołą Amerykańską. Sytuację zmienił wiek XIX i czasy Królestwa Polskiego. To okres reformy drogowej, jakbyśmy ją dziś nazwali. Wówczas powstaje Puławska, wiodąca do Puław, bita jest szosa lubelska, wszystko to ma służyć również ułatwieniu przemieszczania wojsk. W owym czasie zdegradowany zostaje szlak służewski, wówczas główna droga wiodąca na południe z Warszawy, obecnie ledwie polna droga na tyłach Ogrodu Botanicznego. Trakt z Wilanowa do Jeziorny, stanowiący przedłużenie Królewskiej Drogi nabiera znaczenia. Zostaje wzmocniony, w ramach szarwarków utrzymywany w należytym porządku. I tu należy upatrywać przyczyn wytyczenia Lipowiej, co czyni Henryk Rossman. W ten sposób powstaje droga wiodąca z głównej trasy wprost do dworu, podobnie jak w Jeziornie Królewskiej, czy Oborach.

Zapewne rację ma więc p. Hlebowiczowa, ostatnia z potomkiń Henryka Rossmana zamieszkująca w Bielawie, iż lipy nasadzano z polecenia jej przodka w czasach Powstania Listopadowego. W owym czasie drzewa rosły wzdłuż każdego traktu, jak chce legenda z polecenia Napoleona sadzono je, by dawały cień maszerującemu wojsku. Poniższa mapa ukazuje nam, iż podobny wygląd jak Lipowa miała także trasa do Wilanowa. Obecnie w Polsce w większości miejsc GDDKiA usuwa drzewa w skrajni, czasy się zmieniły i są niebezpieczne dla kierowców. Czy taki los spotka już wkrótce Lipową? Zobaczymy.

mapkaaaW roku 1838


Źródła i literatura:

  • AGAD, Archiwum Wielopolskich i Potulickich z Obór

Początki Ciszycy

ksunder

Wakacje już za nami, zrobię chwilową przerwę w opowieści o spisku papierniczym, bowiem w ostatnim numerze „Biuletynu gminy Konstancin-Jeziorna” w artykule o Ciszycy padło kilka zdań na temat genezy jej nazwy oraz daty założenia. Jakoś tak się złożyło, że w dotychczasowych wpisach początki historii tej części nadwiślańskiego Urzecza potraktowałem nieco po macoszemu, więc pora to uzupełnić.

Nim zastanowimy się skąd nazwa Ciszyca, zacznijmy od najważniejszego. Obecnie w jej skład wchodzą trzy stare nadwiślańskie miejscowości, spośród których dwie stają się coraz bardziej zapomniane. Wprawne oko dostrzeże je jeszcze na niektórych mapach, lecz po ostatniej wojnie pozostały głównie w ludzkiej pamięci. Mowa o Kole oraz Kliczynie, położonych do niedawna bezpośrenio nieopodal wiślanych wałów. Dawne wsie przetrwały jako gromady, a po wojnie włączono je do tworzonego sołectwa Ciszyca. W ten sposób powoli zniknęły z nazewnictwa, podobnie jak Habdzinek, gdy stał się częścią sołectwa Obórki. Mało kto prócz mieszkańców tamtych okolic pamięta obecnie, że Ciszyca to nazwa sołectwa, składającego się z trzech wsi, jedynie najstarsi mieszkańcy mówią, że mieszkają na Kole, a uprawy położone są tamże lub pod Kliczynem. Zresztą i upraw z roku na rok coraz mniej…

Jak to więc z tą Ciszycą i okolicznymi miejscowościami było? Rzeczywiście toponomaści wywodzą jej nazwę od słów „cis” lub „cichy”. I trudno orzec, które z nich dało miejscowości swą nazwę. Wzmiankowana jest po raz pierwszy w roku 1476 jako własność Pawła z Błędowa, podczaszego ziemi rawskiej. Prawdopodobnie to jeden z potomków Wojciecha z Chabdzina herbu Ciołek, sędziego grodu warszawskiego, rodu który od co najmniej XIV wieku posiadał ziemie w tych stronach. Do nich należał Powsin z przyległościami, z czasem Bielawa, a także Kawęczyn i Brześcce i właśnie Chabdzin, o czym niegdyś pisałem (Początki Habdzina). Ówczesny Chabdzin to ziemie położone w kierunku Wisły, między Chabdzinkiem a Imielinem i Gassami, stanowiącymi własność rodu Pierzchałów, już wkrótce zwącymi się Oborskimi i Cieciszewskimi. Zauważmy, że ziemie te powstały gdy bieg swój zmieniła Wisła, koryto rzeki odsunęło się od skarpy wiślanej zapewne w XIII – XIV wieku. Przestało wówczas płynąć pod Czerskiem, a także pod Cieciszewem czy Habdzinem, przydając im niezwykle żyznej ziemi uprawnej, złożonej z wiślanych madów. W roku 1476 gdy Konrad II Mazowiecki wymienia posiadłości swych rycerzy, zwalniając ich z powinności, w skład dóbr chabdzińskich prócz Chabdzina wchodziły powstałe w ciągu minionego wieku osady: Opacz, Łęg oraz Ciszyca. Te dwie pozostawmy na razie na rzecz odrębnych wpisów, wspomnę jeszcze, iż Chabdzinek nie jest tu wymieniony, bowiem w międzyczasie zmienił właściciela, pojawia się natomiast zagadkowa łacińska nazwa osady Lubyen. Domniemywałbym, że chodzić tu może o Lubin lub Lublin, który nie pojawia się nigdy w dokumentach tych stron jako wieś, lecz raczej nazwa miejsca. W połowie XVIII wieku wspomniany jest jako nazwa pola, położonego „w urzeczu”, a zatem nad Wisłą. Może zatem rzeka tę osadę szybko zabrała i jedynym jej śladem było właśnie określenie uprawy w tamtych stronach.

maplaa

Mapa z początku wieku XIX, teren przed wybudowaniem wałów jest trudno rozpoznawalny, ale widoczny jest jeszcze zarys dawnego półwyspu. Pojawia się także tajemnicza nazwa Wicie, występująca jedynie na trzech mapach, a nie odnotowana w żadnym dokumencie. Kliczyn zamieniono miejscami z Ciszycą.

Wróćmy jednak do Ciszycy i jej sąsiadów, którzy pojawiają się w dokumentach już z początkiem wieku XVI. Skąd nazwy Koło i Kliczyn? Obie są „terenowe” i wywodzą się od ukształtowania terenu, a rzut okiem na dawne mapy podpowiada nam dlaczego. Jeszcze w XVIII wieku widoczne wyraźnie są pozostałości dawnego półwyspu, zapewne niegdyś będącego kępą, czyli wyspą pośród urzyckich starorzeczy. Kształt kłykcia, czyli kciuka przyczynia się do powstania nazwy Kłyczyn, z czasem zapisywanej jako Kliczyn. Nieopodal Chabdzinka Wisła zakręca ku Jeziorce, płynąc wokół, właśnie w Koło. Stąd i nazwy położonych nad rzeką osad. O ile Ciszyca należy do dóbr chabdzińskich, obszary nad Świdrem i Wisłą wzmiankowane są jako właśność Ciołków kapituły warszawskiej, „aż po wieś Świder”, jak zostaje to wymienione w roku 1510, wraz z Chabdzinkiem i Kołem. W latach 1519-24 dobra chabdzińskie zostają sprzedane, Chabdzin, Opacz, Łęg oraz Ciszyca przechodzą na własność Jana i Marcina Oborskich, z doskonale znanych nam Obór. W tym samym wieku przez członków rodu zostają zakupione także Chabdzinek, Koło oraz Kliczyn, a także działy w Falenicy i Świdrze, jakie pochodziły jeszcze z czasów Ciołków. Nie wskażemy tu jednak dokładnej daty. Nazwa Kliczyn pojawia się po raz pierwszy w roku 1564, należąc do jednego z Cieciszewskich. W roku 1625 stanowi już wówczas własność Oborskich.

mapla22

 

Lata trzydzieste XX wieku. Jedna z ostatnich map, na których pojawia się Kliczyn.

Odnotujmy jeszcze, że zachowały się imiona najstarszych mieszkańców Ciszycy, z roku 1616. W umowie podziału dóbr między Janem i Jakubem Oborskimi poczyniony został następujący zapis: Druga wioska Koło (...) należeć mają temuż Panu Jakubowi ze wszystkimi przyległościami właśnie tym wioskom należącym od dawna. W Ciszycy czwartej wsi poddani mają należeć imć Panu Jakubowi to jest Pyszałka i Jędrzejek.

Warto też zauważyć, że obecne nazwiska mieszkańców Ciszycy notowane są na Urzeczu już w XVII wieku. Latoszkowie, Odolińscy czy Utratowie to stare łurzyckie rody, których przedstawiciele mieszkali w tych stronach już w początkach Ciszycy i innych okolicznych miejscowości.


Źródła i literatura:

  • IH PAN, Kartoteka prof. Wolffa
  • AGAD, Archiwum Wielopolskich i Potulickich z Obór

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci