Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Tajemnice Papierni

ksunder

Ambrose Bierce, amerykański nowelista, aforysta, a także awanturnik, stał się autorem cytatu, którego początek w polskim tłumaczeniu brzmi mniej więcej tak: Historia jest przekazem, w większości fałszywym, wydarzeń, w większości nieistotnych… Uchwycił w ten sposób istotę historii, będącej w dużej mierze zapisem suchych historycznych faktów, stanowiącymi  jedynie nic nie znaczące wydarzenia, ukazanymi w odpowiednim świetle. Im dalej się w nią zagłębimy, tym częściej dojdziemy do takich wniosków. Nierzadko w przeszłości poszukuje się tajemnic, zagrzebanych w jej piaskach półprawd, tajemniczych stowarzyszeń i sekretów. Stąd moda na powieści odkrywające istnienie sekretnych grup i tajemnych spisków. A co byście powiedzieli, gdyby okazało się, że nie trzeba szukać takich sprzysiężeń w powieściach w rodzaju „Kodu Da Vinci” i podobnych? Co jeśli nie trzeba szukać pociągu ze złotem, bursztynowej komnaty, gdy okaże się że od lat tajemnicę mieliśmy ukrytą przed samymi oczami?

papiernia_konstancin_fotografia_przemyslowa1zdjęcie Papierni autorstwa P. Suder ze strony http://www.pawelsuder.pl

Wakacje to dobry czas, by pisać o rzeczach, które nie przystoją historykowi, pozostając czymś jedynie nieco więcej niż spekulacją. Zatem pora na opowieść o największej tutejszej tajemnicy, związanej z założeniem Papierni. Pozornie wszystko jest wyjaśnione, lecz tak naprawdę geneza ginie w pomrokach dziejów. Koniec historii Papierni to dobry czas by pisać o jej narodzinach, gdy zacząłem prowadzić tego bloga wciąż jeszcze cały kompleks istniał, obecnie pozostało po niej jedynie kilka budynków, często odwiedzanych przez miłośnikow urbexu, a los zabudowań nie jest pewny. W internecie i literaturze znajdziemy różne daty powstania Papierni, skąd ta rozbieżność starałem się kilka lat temu wyjaśnić we wpisie o założeniu Papierni. Pewne jest, że istniał tu wcześniej młyn we wsi Grąd, na wyniesionym terenie pośród rozlewisk Jeziorki, który miał dać początek produkcji Papieru. Zazwyczaj tę część opowieści sprowadza się do jednej wzmianki, „W 1775 roku baron Jan Kurtz zwrócił się do króla Poniatowskiego z propozycją założenia w Jeziornie papierni”, co jak łatwo sprawdzić podaję za wikipedią. W literaturze znajdziemy jeszcze informacje, iż był on wiedeńskim aktorem, który obracał się królewskim dworze, jednym z aktorów komedii wiedeńskiej. Sam nie jestem bez winy, opisałem go podobnym zdaniem na potrzeby przewodnika po Konstancinie i okolicach. Trudno zresztą rozpisywać się na temat postaci, którą los uczynił twórcą Papierni, a która w ciągu kilku miesięcy z dziejów manufaktury papierniczej zniknęła. Blog to dobre miejsce, by przybliżyć ostatniego aktora niemieckiej komedii improwizowanej.

Jan Józef Feliks von Kurtz, zwany Bernadonem, na świat przyszedł w Wiedniu 22 lutego 1717 roku i w tymże samym mieście dokonal żywota 3 lutego 1784 roku. Obecnie zapomniany, należał do najwazniejszych i najsławniejszych komików i aktorów wiedeńskich XVIII wieku. Urodził się jako syn Feliksa i Edmundy Kurtz, w wędrownej teatralnej trupie. Jego ojciec już wówczas mial przydomek „comicus Felix”, stąd też od swych urodzin Jan grywał role dzieci podczas nieustającego tournée po Cesarstwie – w Brnie, Monachium, Pradze, Ołomuńcu czy Wrocławiu. W roku 1737 dołączył do teatru Kärntnertortheater, gdzie narodziła się postać, grywająca obok Arlekina - improwizujący Bernadon, który stał się przydomkiem Kurtza. W kolejnych latach udał się do Frakfurtu i Drezna, gdzie poślubił Franciszkę Toscani, która urodziła mu ósemkę dzieci. Gdy powrócił w latach pięćdziesiątych do Wiednia, trafił na gorący okres reform teresjańskich. Cesarzowa Maria Teresa wydanym dekretem starała się przywrócić powagę przedstawień teatralnych, wulgarne improwizowane komedie odejść miały w przeszłość, wskazano również z nazwy postacie „bernadońskie”. Choć wkrótce po wydaniu dekretu w roku 1752 Kurtz opuścił Wiedeń, wrócił do niego już dwa lata później, bowiem jak się okazało zarzązenie egzekwowano niezbyt mocno. Także w tym okresie Kurtz owdowiał, jednak już w roku 1758 poślubił aktorkę Theresinę Morelli, grającą kobiecą partnerkę Bernadona. W tym czasie współpracował także z Haydnem, choć niestety nie zachowała się żadna z partytur. W latach sześćdziesiątych jego gwiazda zaczęła blednąć, miało to związek ze zmierzchem komedii improwizowanej po śmierci największych reprezentantów tego gatunku – Gottfrieda Prehausera i Friedricha Weiskerna. Rok 1770 przyniósł kolejną zmianę- po wprowadzeniu cenzury, teatry znalazły się pod kontrolą Państwa, nie było w nich miejsca na improwizację. Kurtz rozpoczął tułaczkę, w roku 1771 występował we Wrocławiu i Gdańsku, w roku 1772 dotarł do Warszawy.

Kurz_StichMiedzioryt przedstawiający Kurtza autorstwa Johanna Landerera, wikicommons

I tak docieramy do najciekawszej części naszej opowieści, gdy Kurtz zagrać miał rolę swojego życia. Zwróćmy uwagę, iż nie posiadał tytułu arystokratycznego, tym bardziej nie był baronem. Gdzieś po drodze do Polski do jego nazwiska przyplątało się „von”.

Wrocę jeszcze raz do wspomnianego wpisu o założeniu Papierni, gdzie prześledziwszy historię odtwarzania dziejów młyna papierniczego wskazałem, iż udział Kurtza odkrył Włodzimierz Budka w roku 1980, rozwiązując zagadkę działania manufaktury przed rokiem 1778. Cóż, okazuje się, że jak to zwykle bywa w historii informację tę podano już wcześniej, w roku 1899 w książce wydanej we Frankfurcie nad Menem. Uczynił to Ferdinand Raab, a książka wymieniona poniżej pozostowała nieznana, przyznać też należy, że nie w Polsce raczej niewiele osób interesowało się Kurtzem. Tymczasem na stronie 182 wspomnianego dzieła jak byk stoi, iż niespodziewanie po zakończeniu kariery scenicznej objawił się w nim człowiek przemysłu, bowiem założył Papiernię (oto potęga bibliotek cyfrowych). Lecz nagłego zainteresowania produkcją papieru nie potrafi autor już wyjaśnić, podobnie nie był w stanie tego uczynić Włodzimierz Budka.

Tymczasem odpowiadali za to kamerdyner, koniuszy i król. Ale jak w każdej dobrej opowieści, napięcie należy dozować odpowiednio, więc o spisku papierniczym przeczytacie w następnym wpisie.


Źródła i literatura:

  • Ferdinand Raab: Johann Joseph Felix von Kurz genannt Bernardon. Ein Beitrag zur Geschichte des deutschen Theaters im XVIII. Jahrhundert. Aus dem Nachlaß herausgegeben von Fritz Raab. Rütten & Loening, Frankfurt am Main 1899

Nad rzeką Liwiec

ksunder

wpis o tym, co zamek w przesławnej miejscowości Liw nieopodal Węgrowa ma wspólnego z dziedzicznymi ziemiami rodu Oborskich, z nie mniej sławnych Obór


W połowie lata dotarłem do Liwa*. Słońce świeciło jeszcze ciepłe, dzień był upalny, a w rzeczce kąpali się ludzie. Liw okazał się urokliwą miejscowością, wzdłuż drogi wyrastały drewniane domy jakie jeszcze niedawno znaleźć można było w Jeziornie Królewskiej. Z głównej trasy prowadzącej z Węgrowa do Kałuszyna zjechałem na boczną drogę brukowaną kocimi łbami. Na jej krańcu znajdował się zamek i dobudowany do niego dworek.
Podążając od strony Konstancina znajdziecie inną drogę, tę prowadzącą od Kałuszyna bądź z miejscowości Dobre, oba szlaki z mińskiego gościńca. Kiedyś dotrzeć można było tu zupełnie inaczej, jednakże od pewnego czasu można znowu uczynić to co czynił dziedziczny starosta grodowy liwski, odbywający taką podróż. Przeprawić się promem w Gassach i ruszyć dalej w kierunku Liwa, obecnie trasą przez Sobiekursk, która wówczas nie istniała, a podążający do Liwa zapewne z Karczewa jechał przez lasy w kierunku Pogorzeli. Mowa o Janie Oborskim i jego poprzednikach, bowiem ród Oborski z Liwem związany był już od czasów średniowiecza.

DSC06784
Pierwszym znanym mi przedstawicielem tego rodu był Stanisław, prawdopodobnie wnuk Stanisława Pierzchały z Cieciszewa, protoplasty rodów Cieciszewskich i Oborskich. Pierwsza wzmianka o Oborach w księgach czerskich pochodzi z roku 1409 i dziedzic Obór określony jest wówczas przydomkiem Liwski. Przydomki takie wywodzono wówczas po części od dziedziczonych ziem (stąd Oborski, czy Chabdziński w przypadku Wojciecha z ówczesnego Chabdzina) bądź od pełnionych funkcji. W tym wypadku Stanisław z Obór był także kasztelanem liwskim. Ziemia liwska to jedna z najmniejszych ziem dawnego Księstwa Mazowieckiego, jak pisał Gloger „rozległa mil kwadratowych 17, cała na lewym brzegu rzeki Liwca, który odgranicza ją od wschodu z ziemią Drohicką, czyli od województwa Podlaskiego, nie była podzielona na powiaty. Starostwo miała grodowe, Liwskie, i niegrodowe, Korytnickie. Sejmikowała w Liwie, obierając 2 posłów i co piąty rok deputata. Miasto Liw, nad rzeką Liwcem, stołeczne tej ziemi, ze starożytnym murowanym zamkiem książąt mazowieckich, osada bardzo dawna, co wskazuje mnóstwo znajdowanych tu pieniędzy staro-rzymskich”. W XVII wieku Liw stracił na znaczeniu na rzecz niedalekiego Węgrowa, do tego jednak czasu, zwłaszcza w średniowieczu był jednym z ważniejszych punktów obronnych, z czasem stając się istotnym punktem handlowym. Już w XV wieku wzniesiono tu gotycki zamek, którego ruiny znajdują się na wzgorzu nad rzeczką Liwiec, do którego dobudowany jest ciekawy dworek. Zamek warto zobaczyć, nie tylko z uwagi na znajdującą się tu znaczną kolekcję broni pochodzącej z różnych epok, lecz choćby na malowniczą lokalizację.
Wróćmy jednak do Oborskich, bo o zamku w Liwie z łatwością znajdziecie informacje, wszak ja dotarłem tu z ich powodu. Ciekawe, że Oborscy mający przez lata rodową siedzibę w Oborach, przez wieki posłowali z ziemi liwskiej i tu sięgali po urzędy. Bynajmniej nie dlatego, że z czasem narodziła się linia oborskich zwana kuflewsko-łukowską, leżących w bliskości tych stron. Tradycja rodowa była silna, na początku XVI wieku kasztelanem liwskim był Mikołaj z Obór. Opisywałem już kiedyś wyprawę moskiewską Jana Oborskiego, który przed jej podjęciem sprzedał rodową siedzibę hetmanowi Koniecpolskiemu. I wyniósł się do Liwa, skąd uprzednio posłował, sejmikował i trzymał urząd starosty grodowego. Nawet po sprzedaży Obór rodzina wciąż używała tytulatury Oborskich z Obór i wciąż związana była z Liwem. Marcin Oborski z Obór, marszałek sejmu z końca XVII wieku, uczestnik wyprawy wiedeńskiej, był podkomorzym liwskim a następnie starostą.
Oglądając dzisiejszy Liw, na rzecz którego ród opuścił Obory i Czernidła zabierając ze sobą część swych poddanych warto pamiętać, że jeszcze w pierwszej połowie XVII wieku była to kwitnąca miejscowość, w czasach świetności rozważano ją na miejsce elekcji królewskich. Zniszczenie miasteczka przyniosły wojny ze Szwedami, a wreszcie upadek Rzeczpospolitej, który przyniósł kres ziemi liwskiej i przeniósł stolicę tej części Mazowsza do Siedlec.
Ale Liw warto zobaczyć.

*Właściwie powinienem napisać do Liwu, acz niepoprawna odmiana Liwa zakorzeniona jest mocno w lokalnej tradycji, podobnie jak odmienianie Całowań na Urzeczu. Zresztą forma ta znana jest również z tradycyjnego zawołania „Do Liwa!”, od którego ukuto herb Doliwa


I na razie to ostatni wpis, przez najbliższy czas ich nie uświadczycie, podobnie nie zastaniecie mnie na facebooku. Życie mnie zmusiło do dłuższej przerwy. 

Starożytności konstancińskie

ksunder

Uroczystości 1050-lecia Chrztu Polski za nami, choć oczywiście z punktu widzenia faktografii rację ma profesor Urbańczyk zauważając, iż jest to co najwyżej rocznica ochrzczenia Mieszka, sprawującego władzę nad terytorium podbitym przez Polan, a nie Polski. Data więc to bardziej symboliczna, nie umniejszająca rzecz jasna rangi wydarzenia w wymiarze religijnym, a od lat zakorzeniona w ludzkiej świadomości jako początek państwa polskiego. Ze swych szkolnych czasów pamiętam jednak przekonanie, iż między upadkiem Rzymu a narodzinami Polski panowała wielka czarna dziura, co wynikało z takiego a nie innego nauczania historii w Szkole Podstawowej. Jak wiadomo jednak lata 476 - 966 były niezwykle bogate w wydarzenia, nie jest tak, że Polska wyłoniła się z niebytu. Warto przyjrzeć się z tej okazji temu co było wcześniej w tych stronach. Bo choć najstarszą znaną nam z dokumentów datą tyczącą się tych terenów jest rok 1253 i wzmiankowanie Cieciszewa, oraz późniejszy passus wskazujący na założenie tam parafii w roku 1236, historia tych terenów jest dużo starsza. A tak się składa, że nikt dotąd jej nie opisał i nie opracował. Poniżej więc nieco o zapomnianych dziejach tych terenów, których skróconą wersję przygotowałem na potrzeby przewodnika po tych stronach.

Niestety w przeciwieństwie do Karczewa, Góry Kalwarii czy Czerska teren gminy Konstancin-Jeziorna nie doczekał się dotąd opracowania naukowego tyczącego się odkryć archeologicznych. Choć wydaje się to niemożliwe nie prowadzono tu zresztą nigdy badań, znaleziska zawdzięczamy przypadkowym odkryciom oraz badaniom powierzchniowym prowadzonym pod koniec lat osiemdziesiątych przez Stanisława Wojdę. Stąd też niestety brak bardziej szczegółowych informacji, o ile dzięki pracy archeologów takich jak choćby Teresa Kiersnowska dowiedzieć się możemy wiele o Czersku sprzed X wieku, a teren Urzecza przynależny do gminy Karczew w dawnych wiekach opisał kilkanaście lat temu Łukasz Maurycy Stanaszek, opracowań takich dla okolic Konstancina nie znajdziemy.

2.Urnyzgrobustarosowiaskiegoodkrytew1908r.wokolicachJeziornejNajstarsze ślady obecności ludzi na tych obszarach pochodzą z okresu mezolitu i neolitu (ok. 8000 – 1800 p.n.e.), a także epoki brązu (1800 – 400 p.n.e.). Ówczesne osadnictwo podążało z biegiem Wisły, nad brzegiem której osiedlali się ludzie pozostawiając po sobie liczne narzędzia bądź fragmenty ceramiki, widoczne po dziś dzień gołym okiem choćby na skarpie nieopodal Grapy, choć niewprawne oko ich nie rozpozna. Na terenie Kawęczynka i Czarnowa odnaleziono odłupki kamienne, dowodami osadnictwa są także ślady grobów kloszowych odnajdywane w Oborach oraz Jeziornie Królewskiej. W tej ostatniej w roku 1947 odnaleziono 9 takich grobów na jednym z pól. Zasiedlony był także rejon dzisiejszej Bielawy, w roku 1984 wykopano tam grób całopalny, podobnych odkryć dokonywano we wsi często już w okresie przedwojennym, a także tuż po wojnie. Te pierwsze osady mogły przetrwać aż po okres wpływów rzymskich (do połowy V wieku naszej ery), bowiem ich istnienie poświadczają kolejne źródła materialne. W tym czasie powstała na pewno osada na terenie obecnego Kawęczyna, zachowały się ślady stałego osadnictwa w Skolimowie, Bielawie, Oborach i Cieciszewie oraz na terenie obecnej Parceli. Niewiele wiemy o tych osadach, na pewno wytapiano w nich żelazo z rud darniowych, o czym świadczą bryłki żużlu znalezione w tej ostatniej miejscowości. Ciekawym przypadkiem jest niepozorna Dębówka, gdzie odkryto cmentarzysko z okresu wczesnorzymskiego. Jak widać prócz Skolimowa położonego nad Jeziorką osadnictwo wyznaczyła wiślana skarpa i koryto rzeki. Wisła stała się ówczesnym szlakiem handlowym, a wzdłuż niej z czasem powstała droga handlowa prowadząca na wschód. Rejon ten penetrowano już w II wieku, bowiem z tego okresu pochodzą monety z czasów cesarza Trajana, które odnaleziono w okolicach Powsina. Podobne znaleziska pochodzą z okolic Czerska.

Osada w tej miejscowości istniała już co najmniej w wieku VII, w wieku XI przekształcając się w gród. Z jego istnieniem jako ważnego ośrodka na mapie tych okolic wiązać należy także rozprzestrzenianie się tutejszego osadnictwa wzdłuż drogi wiodącej nad rzeką. Podążali nim kupcy, trwała wymiana handlowa, stanowił on jedynie fragment dłuższego szlaku biorącego swój początek w Marsyli, prowadzącego przez Europę aż do Kijowa. Kilka lat temu na terenie Parceli odnalezione zostały arabskie monety pochodzące z wieku X, czemu zresztą poświęciłem swego czasu odrębny wpis - dostępny TUTAJ. W XI wieku powstała już osada na terenie Kawęczynka, niewiele późniejsze są znaleziska pochodzące z Bielawy, Jeziorny Królewskiej i Cieciszewa. O ile osada w Kawęczynku nie przetrwała, te trzy ostatnie stanowią najstarsze istniejące po dziś dzień nieprzerwanie gminne miejscowości. Wszystkie powstały nad wiślanym nurtem, wówczas płynącym nieco bliżej skarpy niż obecnie. Jeziorna wykształciła się z osady położonej nad brodem przez Jeziorkę, zaś w Cieciszewie znajdowała się wówczas przeprawa przez Wisłę. Jeśli spojrzymy na historię lat późniejszych, zauważymy iż nieco to symboliczne, bowiem rzeka Jeziorka rozdzielać miała ziemię warszawską od czerskiej, w tej pierwszej położona będzie Bielawa, w drugiej Cieciszew, a na jej granicy znajdzie się Jeziorna Królewska.

Gdy Mieszko przyjmuje wiarę chrześcijańską w Czersku istnieje gród, do którego prowadzi droga. Być może już wówczas osiedlają się przy niej ludzie, którzy założą te trzy osady. O ile w Jeziornie i Bielawie nie sposób się doszukiwać śladów zachowanego grodu, układ terenu w Cieciszewie po dziś dzień wskazuje nam dość jasno na jego istnienie, o czym przeczytać można w tym wpisie. Z czasem ziemie te staną się częścią Księstwa Mazowieckiego, a dopiero później Polski. Lecz kto pamięta, że historia gminy Konstancin-Jeziorna bierze początek na długo wcześniej?


Źródła i literatura:

  • NID, AZP

Tajemniczy Ogród

ksunder

W ciągu minionego tygodnia drzewa się zazieleniły, zakwitły kwiaty. Czas idealny do zwiedzania Ogrodu Botanicznego PAN w Powsinie, w ubiegły wtorek magnolie ledwie pączkowały, zapewne w dniu dzisiejszym już kwitną. Jak zawsze apogeum zwiedzania ogrodu przypadnie na weekend majowy, niedawno minęło 25 lat od kiedy został udostępniony publiczności (pamiętacie jeszcze czas, gdy nikt nie miał wstępu do miejsca, które nieopodal Powsina odgrodzono wysokim płotem?). Nie tak dawno temu wybrano go magicznym miejscem Warszawy. Kto jednak pamięta, że Ogród wcale w Warszawie nie leży? Założono go bowiem na terenie gminy Jeziorna i dawnych dóbr Bielawy. 

1016749_604816396219957_1716824959_n

Rację będą mieli oczywiście wszyscy, którzy przyjrzą się mapie i stwierdzą, że Ogród znajduje się w granicach stolicy. Lecz wystarczy rzucić okiem na plany sprzed II Wojny Światowej, by odkryć, że ówczesna gmina Wilanów, granicząca z gminą Jeziorna, kończyła się w Powsinie, a jej kresem było pole golfowe, w którego lokalizacji znajduje się obecnie Park Kultury. Dalej położone były pola dawnych dóbr bielawskich, z których część na terenie dawnego Gawrońca została sprzedana pod rezydencje letniskowe. Jak więc doszło do tego, że część Bielawy i gminy Jeziorna została włączona do Warszawy? Na pytanie to trudno znaleźć dziś odpowiedź, jednak miało to zapewne związek z planowanym utworzeniem Ogrodu Botanicznego. W oficjalnej historii Ogrodu nie znajdziemy o tym informacji, nikt o tym nie pamięta poza nielicznymi mieszkańcami Bielawy, których pola z dnia na dzień znalazły się na terenie miasta stołecznego. Teren wybrano nieprzypadkowo, odznaczał się szczególnymi warunkami mikroklimatycznymi. Poniżej skarpy żyzne i urodzajne ziemie Urzecza, na górze teren zwany z dawna Gawrońcem. Już w XVII wieku określano tak tamten rejon dóbr Bielawy, podzielony między ród Bielawskich. Skarpę porastał bór zamieszkiwany zapewne właśnie przez gawrony, które nadały mu nazwę. W nim odnaleźć można było już wówczas sadzawki, których być może pozostałością są stawy znajdujące się obecnie na terenie Ogrodu.

944262_604816402886623_1691444076_n_1

Planowany Ogród  - rok 1956

Lecz historia Ogrodu bierze swój początek w roku 1947, kiedy profesor Kobendza przedstawił projekt ulokowania projektowanego Ogrodu między Kabatami a Klarysewem. Przyglądając się planom z ówczesnych gazet nie sposób odmówić im socrealistycznego rozmachu, Ogród jest trzy razy większy niż obecnie, sięga trasy Wilanów-Konstancin, nieopodal której znajdować się miał przeznaczony dla celów rekreacyjnych zalew wiślany powstały po poszerzeniu Wilanówki (mowa o czasach, gdy przebudowa koryta Jeziorki znajdowała się w fazie projektowania). Ostatecznie Ogród nie zajął całego terenu, na części po dziś dzień znajdują się uprawy rolne, stary szlak służewski przetrwał do dziś biegnąc z tyłu ogrodzenia. Ale powyższa opinia zdeterminowała lokalizację przyszłej placówki. W owym czasie między Klarysewem a Kabatami na skarpie znajdował się wydzielony z początkiem XX wieku z dóbr bielawskich majątek zwany Janówkiem, gdzie stała willa Fangorówka należąca do rodziny Fangorów. Dzieciństwo swe spędzali tam późniejszy malarz Wojciech Fangor i jego nieżyjący już brat, astronom Roman. Janówek wpadł najwyraźniej komuś w oko, bo jego lokalizację uzwględniono podczas planowania ogrodu i w pewnym momencie Fangorów wysiedlono, podobnie jak pozostałych mieszkańców Janówka, płacąc odszkodowanie. Jeśli przyjrzymy się fotografiom, dostrzeżemy iż teren wówczas otaczały wspomniane pola.

plank

Ogród obecny (kolor żółty) na tle planowanego (kolor czerwony)

Sama historia wcielenia części gminy Jeziorna do Warszawy jawi się w sposób wielce zagadkowy. Obszar gromadzki Gawroniec posiadał 260 mieszkańców w tym 90 rolników, pozarolnych mieszkańców willi było 170, stanowiąc obszar ogólny 78,35 ha, z czego grunty orne 57,55 w tym sady i ogrody miały 5,76 ha. Warszawa zainteresowała się Janówkiem nie podając konkretnych przyczyn, władze lokalne nie zostały dopuszczone do dyskusji na temat nowego ustroju terytorialnego, który powiększał granice stolicy. Przypomnijmy, że niedawno obchodziliśmy stulecie powiększenia granic miasta w roku 1916 i wcielenia doń m.in. Czerniakowa czy Mokotowa. W roku 1951 miasto powiększyło swe terytorium po raz kolejny, wchłaniając uprawne Ursynowa i Białołęki, czy Wilanów i Las Kabacki. Ponad pół wieku zajęło stopniowe zabudowywanie tych obszarów. Z łatwością można odnaleźć rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów z dnia 30 czerwca 1951 r., (dla zainteresowanych nr A-60 poz. 809) gdzie wskazano, iż część gruntów gromady Gawroniec i Bielawy wchodzi w skład Warszawy. Co ciekawe władze gminy Jeziorna nie miały pojęcia, aż do roku 1953, bowiem dopiero wówczas geodeci dokonali szczegółowych pomiarów i poinformowali, iż Janówek przestał być częścią gromady Gawroniec. Do tego czasu nie mieli pojęcia o tym nawet mieszkańcy Janówka, choć rzeczone rozporządzenie opublikowano w Monitorze Polskim. W dniu 30 marca 1953 roku poinformowano dopiero władze gminy Jeziorna, iż Janówek wraz z Łęczycą i polami należącymi do Kierszka oraz Bielawy włączono do nowych granic miasta stołecznego Warszawy.

76545_604816422886621_296756642_n

Ulica Borowa w roku 1956. Tędy wjeżdża obecnie autobus linii 139 w drodze do Ogrodu.

Wniosek z powyższego płynie jeden, Janówek wraz z Łęczycą oraz polami Bielawy znalazł się na terenie Warszawy z uwagi na pomysł profesora Kobendzy, aby w tym miejscu założyć Ogród Botaniczny. W ten sposób Fangorówka zakupiona przez Fangorów w roku 1922 przeszła na własność Państwa, by po latach znaleźć się na terenie Ogrodu Botanicznego. Wciąż można odnaleźć z tyłu willi kort tenisowy, obecnie wykorzystywany do celów gospodarczych.

Fangorówka w roku 1951 i 2012

Zatem spacerując wiosennie po Ogrodzie nieopodal Fangorówki pomyślmy, że znajduje się on na historycznych ziemiach dawnej Bielawy, gdzie rósł niegdyś bór zwany Gawrońcem.

1004795_604811889553741_973807683_n

Kort tenisowy obecnie


Źródła i literatura:

Piwowar z Bielawy

ksunder

Prima Aprilis już minął, więc dzisiejszy wpis na poważnie, choć w nieco żartobliwym tonie. W okolicy nie ma już browarów, piwo Konstancin od trzech lat produkowane jest w zupełnie innym regionie kraju, a browar Obory przestał funkcjonować. Jego istnienie przywoływane jest dość często, bowiem wzmiankowany był w XVIII wieku jako miejsce, gdzie Hieronim Wielopolski rozpoczął produkcję doskonałego piwa angielskiego, lecz w tych stronach było jeszcze wiele browarów. Choć nie zyskały takiej sławy, każde „dominium” czyli majątek ziemski, w tamtych czasach produkowało piwo zarówno na potrzeby własne, rozprowadzając je po licznych karczmach, jak i sprzedając je do pobliskich miast, takich jak Warszawa. Proces ten opiszę innym razem, bo jest niezwykle ciekawy, dzisiaj przyjrzyjmy się browarowi w Bielawie. Pod koniec XVIII wieku założył go kasztelan Antoni Barnaba Jabłonowski, do którego majątek podówczas należał, a zlikwidował go dopiero kryzys lat trzydziestych XX wieku, kiedy nadal należał do dawnych właścicieli Bielawy, wówczas reprezentowanych przez Karolinę Rossman. Do rejestru zabytków wciąż wpisany jest zachowany fragment browarnego muru z roku 1860. Aby robić piwo niezbędny był mistrz piwowarski, bowiem nie była to sztuka łatwa, zważyć piwo zadaniem prostym nie było, a przypominam, że mówimy o czasach sprzed pasteryzacji, gdy piwo zmieniło się co prawda z zielonego napoju o gęstości zupy, podawanego jako polewka również dzieciom, lecz nie stało się jeszcze do końca napojem jakim znamy. Bez piwowara doglądającego procesu fermentacji i znającego jego tajniki wychodził co najwyżej płyn, który można było wylać, toteż mistrzów podkupywano, opłacano sowicie i o nich walczono, wykorzystując każdy sposób by ich zdobyć. Nawet kiepski piwowar był na wagę złota, lecz jeśli myślano o czymś więcej, niż tylko dystrybucja piw w lokalnych karczmach, gdzie pieniądz zostawiali urzyccy chłopi, należało poszukać mistrza z prawdziwego zdarzenia. Zwłaszcza, że by jeśli piwo jakości było podłej, chętnie sięgali oni po zakazane trunki, czyli piwo warzone w sąsiednich dominiach, którego podawanie było zakazane.

Kompania_Piwowarska_rynku_6424066Latem 1807 piwo warzone w Wilanowie jakości najlepszej nie było, a świadomy tego faktu był ówczesny administrator dóbr wilanowskich, podjął próbę zastąpienia piwowara z Wilanowa innym. Przeprowadził więc intrygę, mającą na celu podkupienie lepszego wyrobnika. W owym czasie majątek wilanowski obejmował Powsin, granicząc z leżącymi na południe dobrami bielawskimi należącymi do kupieckiej rodziny Braeunigów. Wiedząc, iż piwowarowi bielawskiemu kończy się kontrakt (co ustalił uprzednio dzięki zaufanym ludziom) w tajemnicy posłał do Bielawy swego wysłannika, wybierając do tego celu Żyda, który odwiedził browar pod fałszywym pretekstem, gdzie zaczepił tutejszego piwowara Beniamina Schultza. Piwowar na propozycję objęcia browaru wilanowskiego zareagował pozytywnie proponując, iż z każdego korca przeznaczonego na warzenie piwa otrzyma 27 groszy. Kolejne negocjacje prowadzono w Wilanowie, gdzie z kolei w tajemnicy przybył Schultz, by ugodzić się co do zapłaty. Projekt umowy posłano przez Żyda do Bielawy, acz piwowar negocjował dalej, odesłał umowę dopisując do niej, iż z każdego wora otrzyma dodatkowo beczkę piwa, którą będzie mógł sprzedawać. Administrator Wilanowa musiał być mocno zdesperowany, bowiem na zmiany przystał, Schultz kontrakt podpisał, a następnie rozwiązano umowę z piwowarem z Wilanowa, oczekując objęcia przez nowego obowiązków.

Acz niespodziewanie Schultz kontrakt odesłał. Poinformował, iż nie zamierza piwa w Wilanowie warzyć w ogóle. Najwyraźniej o wszystkim dowiedział się rządca dóbr Bielawy o nazwisku Borowski, który zaproponował piwowarowi nowy kontrakt, na znacznie lepszych warunkach. Administrator Wilanowa mógł chwilowo jedynie się wściekać i grozić Sądem, acz piwo warzyć trzeba było. Nie było wyjścia, trzeba było zwrócić się do zwolnionego piwowara, który oczywiście nie mógł nie skorzystać z okazji. Jak zanotował administrator Gellani: „W takowym więc zdarzeniu kiedy iuż piwowara dawnego odprawiłem i innego maystra dobrego dostać nie mogłem, musiałem więc dawnego piwowara obligować aby został na miejscu, ten profitując rachował mi różne z okazji tej wydatki i niechęć zupełną okazał wrócenia się nazad tak, że przy wielkim targu lewdwiem go mógł zobowiązać do pozostania”. Finalnie Wilanów pozostał więc z kiepskim piwowarem, któremu trzeba było zapłacić dużo więcej, bowiem warunki jakie postawił świadom sytuacji, okazały się prawie zaporowe. Nie było wyjścia, trzeba było zacisnąć zęby i zapłacić, a co gorsza wytłumaczyć to hrabiemu Potockiemu. Administrator zdecydował się nie czynić tego osobiście, a swój list zaczął od słów: „Żem chory obłożnie, przeto nie mogąc do hrabiego osobiście, uświadamiam rzecz następującą” następnie całe zdarzenie opisał, usiłując wyjaśnić okoliczności, które doprowadziły do tego, iż sowicie został opłacony piwowar, który piwa warzyć najwyraźniej zbyt dobrze nie potrafił. Jako, iż piwowar bielawski warzyć piwa nie zaczął, ani nie pobrał wynagrodzenia, nie sposób było podać go pod Sąd i w ten sposób Wilanów został z podłym piwem, które ktoś musiał wypić.

A na zakończenie, skoro już jesteśmy przy Bielawie i browarze, a za nami Wielkanoc, piosnka spisana w okolicach tegoż w XIX wieku przez Oskara Kolberga:

A w browarze grają gracze,
Pod browarem Maciek skacze,
Czemuś ty, Maćku, mocny?
Bom jadł placek wielkanocny.

11_kolberg_nuty

Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWil
  • Oskar Kolberg, Pieśni ludu polskiego, Warszawa 1857

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci