Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

O wycinaniu lasów

ksunder

Zaznaczmy na wstępie, że dzisiejszy wpis w żaden sposób nie będzie wiązał się z wycinką drzew prowadzoną od początku tego roku jak Polska długa i szeroka, co miałem okazję sam wielokrotnie stwierdzić, przemierzając kraj z południa na północ i wschodu na zachód. Dziś przyjrzymy się zmianom w zalesieniu na tych terenach na przełomie dziejów, bo kto dziś świadom jest, że okolice Bielawy i Jeziorny porastały lasy?

28925960422_6e5552474b_bLas Oborski. Zdjęcie ze zbiorów serwisu zdjęciowego Konstancina

Drzewa zarastały większą część Mazowsza i od czasów średniowiecza z wolna wycinano je na potrzeby osadnictwa. Jednakże był to proces długotrwały, ślady istnienia areałów leśnych znajdujemy w tych stronach aż po czasy nowożytne. Ciekawe okazuje się przede wszystkim prześledzenie nazewnictwa okolicznych miejscowości, które daje nam wskazówki co istnienia w tych stronach dawnej puszczy. Sytuowane wzdłuż szlaku handlowego wiodącego wzdłuż Wisły wsie stopniowo rozrastały się. Zauważyć przede wszystkim należy, iż to właśnie wycinka lasów przyczyniła się w dużej mierze do narodzin Urzecza i trapiących je powodzi. Częste wylewy Wisły były skutkiem rozregulowania sieci hydrograficznej i zmianą tutejszego średniowiecznego mikroklimatu.  Rozwój osadnictwa wpływał na niszczenie szatę leśną, co rozregulowało poziom wód gruntowych. Wyrąb lasów wokół dopływów Wisły, zagospodarowywanie tych ziem, przekształciły ją z rzeki spokojnej i łagodnej w krnąbrną i niebezpieczną. Im więcej drzew znikało, tym bardziej rzeka przybierała, następnie rozlewała się pośród pustych przestrzeni.

Wędrując od północy tuż za Powsinem odnajdziemy nieistniejącą już wieś Łazy, której kilka lat temu poświęciłem osobny wpis. Jej nazwę jej zapisywano początkowo jako Lassy bądź Lasy, co wskazuje nam na założenie na terenie zalesionym, w miejscu w którym teraz znajdują się pola i mokradła. Nazwa ta oznaczała niegdyś teren uprawny powstały w lesie po wykarczowaniu drzew, gdzie gospodarowano na wypalenisku. Również inne wzmianki potwierdzają nam, iż jeszcze w XVI wieku w okolicy Bielawy znajdował się duży las. Po jego wycięciu w Łazach znajdował się młyn, który podupadł, gdy Oborscy z Obór zmienili bieg Jeziorki, co oznaczało również koniec tutejszego lasu. Jego część istniała jeszcze w roku 1565, gdy podczas lustracji królewszczyzn notowano, iż w Okrzeszynie „jest też tam łęgu trochę dębowego, którego Wisła co rok urwie”. Stopniowo rzeka zabrała las całkowicie, bowiem w kolejnych latach nie ma już o nim mowy.

Z kolei las znany obecnie jako kabacki aż do XVIII wieku porastał obszar sięgający co aż do Jeziorny Królewskiej. Jego spora część należała do dóbr Bielawy, a na skarpie znajdował się „bór zwany Gawrońcem”. Drzewa porastały również obszar na granicy z Jeziorną Królewską, w XVIII wieku wyrąbano je, a tamtejszy obszar zwać zaczęto Porąbką. Nazwa ta przetrwała aż do dnia dzisiejszego. Jak donoszą mieszkańcy tamtejszych stron po dziś dzień zdarza im się wykopywać potężne karpy, świadczące o porastaniu tych obszarów przez dawną puszczę. O ile określenie Porąbka funkcjonuje po dziś dzień, przede wszystkim jako określenie Szkoły Podstawowej nr 3, zaginęła inna nazwa, odnosząca się do lasu graniczącego z Jeziorną Królewską. Jego granice ukazuje nam pochodząca z roku 1789 mapa Karola de Perthees, choć zapewne w owym czasie był już w dużej mierze wyrąbany. Jego miejsce zajęły pola uprawne, choć jeszcze w latach pięćdziesiątych XX wieku używano nazwy Borowina, na określenie obszarów ciągnących się w kierunku Lasu Kabackiego. Słowo to oznacza obszar pozostały po wyrąbanym lesie. Z czasem nazwa ta w okolicach Jeziorny zniknęła, zastąpiona przez Wygon, choć jak wspominają dorastający w Jeziornie Królewskiej tuż po wojnie, nie mieli pojęcia, iż na w niedalekiej okolicy znajduje się inna miejscowość o nazwie Borowina.

pth2

Mapa Karola de Perthees. Widoczne pozostałości lasu jeziorańskiego

Jej historia nie jest długa. W połowie XIX wieku Las Chojnowski ciągnął się nieprzerwanie między Łubną a Baniochą, należąc do Szymanowskich, zamieszkujących w Łubnie i Turowicach. Walerian Szymanowski w latach pięćdziesiątych szukając źródeł dochodu wyciął las i sprzedał drewno. Ubytek drzewostanu musiał być znaczny, bowiem do władz złożył skargę ówczesny proboszcz słomczyński w 1855 roku. Z trzydziestu włók pozostały cztery porośnięte młodnikiem, a proboszcz nie mógł tym samym skorzystać przysługującego mu od dawna prawa wyrębu. Drewno kupował począwszy od 1848 roku kupiec Icek Blass z Góry Kalwarii, a w lasacg Łubnej wycięto drzewa olszowe, sosnowe, brzozowe i dębowe. W ich miejscu zakładano kolonie: Szulec, Nowy Szymanów, Wypęk i Goździak. Obecnie znajdziemy w tych miejscach Szymamów, Szymanówek i właśnie Borowinę. W tym samym czasie, w roku 1858, założono osadę w środku lasu należącego do Chylic, zwaną Czarnowem. W ten sposób powoli znikał las istniejący tu od czasów średniowiecza, w którym polował jeszcze książę mazowiecki, Janusz Starszy, przybywając do Jastrzębia.

Choć w niniejszym opisie pominąłem osady znajdujące się na Urzeczu, zaznaczyć należy iż mimo powodzi i zmian koryta Wisły istnienie areałów leśnych notowane jest jeszcze w czasach nowożytnych, choćby w Gassach, zaznaczono je ponadto na mapach pochodzących z XVIII wieku. Nazwy takie jak Borek, Dębówka czy wreszcie Imielin, pochodzący od Jemioły, ukazują nam dawną lokalizację takich miejsc.
Clipboard023

Las Oborski nakreślony ręką XVII-wiecznego kartografa, Jana z Jawora

My jednak wróćmy na powrót na skarpę, bowiem sosnowy las to środek Konstancina, jego esencja i serce. Letnisko lokowano w lesie i nieopodal jego, a on sam stal się w XX wieku fragmentem chojnowskiego parku krajobrazowego. Las porasta centrum miasta, a z pomiędzy jego wyrastają domy między którymi ciągną się ulice. Wystarczy nimi trochę powędrować, by wejść między drzewa, gdzie ulic już nie ma. I rozejrzeć się dookoła, by ujrzeć Konstancin 110 lat temu. Taki las dzielił Witold hrabia Skórzewski. Las, który do roku 1897 spoglądał z góry na okoliczne miejscowości. Las, przez który brzegiem skarpy wiodła droga do Góry. W lesie nikt nie mieszkał, kilkukrotnie go wycinano, odrastał przez cały XIX wiek. Spójrzmy raz jeszcze na mapę, jeszcze raz wróćmy do linii skarpy. Jej linia ciągnie się od zachodu wzdłuż Jeziorki i z południa na północ, starym korytem holoceńskiej Wisły. Zarówno w wieku XVIII jak i XIX, a co za tym idzie i wcześniejszym, nie uświadczymy tu żadnych osad. Las rośnie na skarpie, spoglądając z niej w dół, na rzeki i pola. Ludzie od wieków osiedlali się w dawnym korycie rzeki, gdzie nie trzeba było karczować drzew, piaszczysta gleba nadawała się do uprawy roślin. Zaś las był tam od początku, wiosną barwiąc niebo swą zielenią, zaś jesienią jak do tej pory przybierając barwę płomienia, porośnięty przez trawę pożółkłą niczym sen. Ludzie mieszkali poniżej, za rzeką, las zaś dawał im oparcie. W przeciwieństwie do Waleriana Szymanowskiego Potuliccy zamiast wyciąć las, a drewno sprzedać kupcom z Góry Kalwarii zdecydowali się założyć tu letnisko. Ale to już inna opowieść…


Źródła i literatura:

  • AGAD, ASK
  • AGAD, Obory
  • Lustracja województwa mazowieckiego 1565 r. wyd. PWN, W-wa 1965, red. I Gieysztorowa A. Żaboklicka
  • DUNIN-WĄSOWICZOWA Anna, Geografia historyczna Mazowsza XVI-XVIII w., Rocznik Mazowiecki t. 7, 1979, s. 57-67
  • OSTROWSKI Janusz, Warunki przyrodnicze i zmiany zalesienia powiatu Piaseczno na przestrzeni dziejów w: Studia i materiały do dziejów powiatu piaseczyńskiego, red. J. Antoniewicz, Warszawa 1973

Zaginione parafie Urzecza

ksunder

Miesiąc temu minęła 70 rocznica największej w powojennej historii Polski wiślanej powodzi i jednocześnie najbardziej tragicznej. Gwałtownie topniejące śniegi przyniosły zagładę większości domostw między Wisłą a Puszczą Kampinoską, gdzie w okolicach Leoncina i Kazunia gospodarstwa dawnych olęderskich osadników przestały istnieć. Film dokumentalny „Powódź” uwiecznił tamte chwile, podobnie kronika filmowa. Na południe od Warszawy wylew nie był tak tragiczny w skutkach, lecz właśnie z tamtych dni pochodzą zamieszczone poniżej zdjęcia zalanego Wilanowa i ewakuacji. Woda wezbrała w Wilanówce, do której wówczas wpadała jeszcze Jeziorka. Cofka spowodowała zalanie wilanowskich pól, na Kępach i w Zawadach. Wały wzdłuż Wisły wytrzymały, lecz zapewne powyższe spowodowało całkowitą przebudowę istniejącego systemu ochrony przeciwpowodziowej, powstałego w połowie XIX wieku. W latach pięćdziesiątych ponownie przekopano ujście Jeziorki do Wisły, zasypane podczas obwałowywania Niziny Moczydłowskiej. Tym razem wzniesiono wzdłuż niej wały i dokonano jej regulacji, zaś pozbawiona dopływu Wilanówka zmieniła się w wątły strumyczek, nie przypominający obecnie w niczym wezbranej rzeki jaką była w roku 1947. Powodzie na Urzeczu przeszły do historii, choć tamta sprzed 70 lat wciąż żywa jest w pamięci mieszkańców Zawad. Od starych gospodarzy wciąż można usłyszeć jeszcze opowieść o tamtych dniach, podobnie jak opowiadane na południe od Jeziorki historie o wielkiej powodzi z końca XIX wieku, która zalała dobra oborskie.

Powódź w roku 1947 w Wilanowie i Zawadach

Nikt nie pamięta już jednak wylewu z roku 1713, trudno także znaleźć cokolwiek na jego temat w dawnych dokumentach. Jednak była to jedna z najbardziej tragicznych powodzi jaka wydarzyła się w tych stronach. Swego czasu dr Łukasz Maurycy Stanaszek stawiał ciekawą tezę, iż na bogactwo i rozwój regionu Urzecza wpływ miało bogactwo Warszawy, dla której swoistym spichlerzem stały się żyzne wiślane mady i tutejsze uprawy. Swoistym potwierdzeniem powyższego jest fakt, iż latem 1713 w Warszawie zapanował głód, którego przyczyną była jak chcą ówczesne wzmianki katastrofalna powódź.

Zniszczeniom uległy tutejsze miejscowości, niektóre spośród nich całkowicie. Niektóre rodziny w tymczasie opuszczają swe rodzinne wsie i zamieszkują w innych, co prześledzić możemy w księgach parafialnych. Inne osady znikają z kart historii na dobre, jak choćby Kozłów położony nad Wisłą, w miejscach obecnych Piasków, jeszcze w połowie XVII wieku największa z tutejszych wsi, granicząca z Dudą, Karczewem i Cieciszewem. Piaski to zresztą pozostałość tamtej właśnie powodzi, nazwę swą wywodzą od osadu naniesionego wówczas przez Wisłę. Pierwsze osadnictwo w Piaskach wzmiankowane jest dopiero w roku 1734. Jednak powódź była katastrofalna dla całej Niziny Moczydłowskiej. Dostrzeżemy to jeśli zauważymy, iż Urzecze jest geograficzno-społeczną całością, a Wisła nie dzieli obu brzegów, lecz łączy, będąc dla nich zszywającą je nicią. Nic nie dzieje się tu przypadkiem, losy ludzkie są powiązane, choć od ponad pół wieku historie otwockie czy konstancińskie spisuje się rozdzielnie. Nie bez powodu w tym samym okresie budowano dwór w Oborach i pałac w Otwocku Wielkim, wznoszono kościoły w Słomczynie i Karczewie czerpiąc wzajemnie inspiracje oraz konkurując wzajemnie. Podobnie jest z powodzią. Czy ktoś dotąd zauważył, że analogiczny los dotknął parafie w Radwankowie i Cieciszewie? Obie są zaginionymi parafiami Urzecza, obydwie zniszczone zostały w tym samym roku 1713, kiedy wielka woda zabrała tutejsze kościoły, pozostawiając jedynie ruiny.

 

Pisałem niegdyś o „churchingu” łurzyckim, gdzie wskutek zmieniania przez Wisłę koryta zarówno wierni jak i duchowni przestawali wiedzieć do jakiej parafii przynależą tutejsze wsie, a do niektórych z nich, jak choćby Nabrzeża, przyznawał się odległy o wiele kilometrów Osieck. Innym z nadwiślańskich fenomenów są zniszczone przez wodę kościoły, w XIX wieku los Cieciszewa i Radwankowa podzielił jeszcze Ostrówek. W każdym z tych trzech przypadków świątynie przenoszono w inne miejsce, wznosząc od początku, tam gdzie powódź nie mogła ich dosięgnąć. Jednak zaginione parafie w Cieciszewie i Radwankowie ukazują nam coś jeszcze – jak niszczycielska musiała być powódź roku 1713, nawet w skali Urzecza, gdzie wysoka woda była przecież czymś normalnym. Nie na darmo w książce „Nadwiślańskie Urzecze” autor poświęca jej cały rozdział, stanowi bowiem ważny element tutejszej tożsamości kulturowej.  W ciągu roku normą były trzy przybory wody – Krakówki lub Marcówki w marcu, Janówki czy też Świętojanki w czerwcu i Jakubówki w lipcu. Nie mniej niebezpieczne były zatory lodu, przed którymi chroniono się wbijając w Wisłę kafary i pale, by woda nie rwała bokami, przez tamy i wały budowane od co najmniej XVIII wieku. Dopływy Wisły jak Świder, Wilanówka czy Jeziorka także powodowały podtopienia, jak choćby we wspomnianym roku 1947, jak mawiano na Urzeczu Wisła chodziła. Oj żeby na Łurzycu a woda nie topiła, oj to by Łurzycunka da we złocie chodziła. Oj, ale na Łurzycu co roku woda topi oj, to się Łurzycunka da nigdy nie dorobi, notowała w Cieciszewie Zofia Krasuska. Dość więc, iż życie z powodzią stanowiło tu codzienność, co po dziś dzień można usłyszeć w wielu z tutejszych opowieści, a rodzinne historie przekazywane są z pokolenia na pokolenie, choć świadomość życia w cieniu wielkiej wody powoli zanika. Jednak powódź roku 1713 musiała być czymś niespotykanym, niszcząc większość tutejszych miejscowości i dwa kościoły. Zwróćmy uwagę, iż doświadczenie to nie doprowadziło do ich odbudowy, choć przecież w tym samym miejscu wznoszono je po choćby po pożarach w XV wieku jak w Cieciszewie, czy też po tym jak kościół zabrała powódź, co w Radwankowie miało miejsce w roku 1618. Tym razem jednak zdecydowano się przenieść oba kościoły. Świątynię cieciszewską odbudowywać rozpoczęto w roku 1719 na wysokiej skarpie w Słomczynie, by nigdy już nie zagroziła jej niszczycielska siła wody. Kościół w Radwankowie odbudowany został w Warszawicach, z dala od Wisły, gdzie w roku 1736 jego fundacji dokonał marszałek koronny Franciszek Bieliński, pan na Otwocku Wielkim. Jak chce legenda, świątynię w jeden dzień wznieść mieli parafianie. Wkrótce przeniesiono tam siedzibę parafii, z kolei jeszcze do końca XIX wieku proboszcz ze Słomczyna używał pieczęci o treści „parafia cieciszewska z siedzibą w Słomczynie”.

Trzy kościoły, spośród których dwa zabrała jedna i ta sama powódź, dziś już całkowicie zapomniana, choć zmieniła mapę tutejszych ziem, niszcząc nie tylko świątynie, lecz wiele spośród tutejszych miejscowości, sprawiając iż ich mieszkańcy przenieśli się z dala od rzeki, z którą byli przecież na co dzień związani.  Powódź z czasem zniknęła z pamięci, zatarta przez kolejne, następujące w wieku XIX, stanowiące stały element cyklu życia na Urzeczu, w czasach przed usypaniem wałów.

Most w Jeziornie

ksunder

Niedawno Adam Zyszczyk odnalazł niezwykle ciekawe zdjęcia Jeziorny Królewskiej pochodzące z roku 1947 i zamieścił je na profilu Konstancin-Jeziorna. Historia, Ludzie, Architektura. Fotografie pochodzą ze zbiorów p. Witolda Rawskiego, a ja pozwalam zamieścić je jako ilustrację niniejszego tekstu. Poniżej widoczna jest zamarznięta Jeziorka, przez którą wiedzie prowizoryczna kładka, zaś niedaleko dostrzec możemy betonowe podpory. Nie są to jednak bynajmniej elementy budowanego mostu, lecz pozostałości poprzedniego. Być może historia budowy kolejnego mostu jest mało wdzięczną rzeczą, lecz wartą opisania.

16508089_1404959816205607_2408523888798969744_nPierwotny most ginie w mrokach tajemnicy, zapewne wybudowano go na przełomie XIX i XX wieku, bowiem widnieje na mapach z ówczesnego okresu. Dlaczego tak późno? Stali czytelnicy tego bloga być może pamiętają, jaką trudność z punktu widzenia inżynieryjnego nastręczała konstrukcja stałych przepraw, które bardzo długo uważano za budowle przeczące prawom natury. W XVI wieku Klonowic pisał, że zwyczajną rzeczą jest prom, nie most. Gdy pod koniec XVIII wieku Adam Poniński pobierał myto z drewnianego mostu z Warszawy na Pragę, wszyscy wyczekiwali chwili, gdy zabiorą go lody. Drewniane konstrukcje kiepsko sprawiały się w starciach z krą i zatorem. Na mniejszych rzekach takich jak Jeziorka występowały problemy innego rodzaju. Od XVII wieku próby budowy mostu z Jeziorny Królewskiej do Oborskiej torpedowali właściciele tych dóbr, w szczególności Wielopolscy, pobierający opłatę za przewóz przez rzekę, szczególnie po utworzeniu w Jeziornie Oborskiej placówki królewskiej poczty. Akta pełne są pretensji do Urszuli Wielopolskiej, z której polecenia porąbano most budowany od strony Jeziorny Królewskiej, a z rzeki wyrwano pale, wbite przez poddanych imć Dzierzbickiego. Brak mostu sprawiał, że przeprawa przez Jeziorkę nie zawsze była możliwa, jeszcze w roku 1853 dzieci z Bielawy nie mogły uczęszczać do szkoły w Słomczynie, gdyż proboszcz z Powsina pisał w dramatycznym tonie „rzeka w Jeziornie często wylewa i dzieci mało korzystają z nauki w szkole”. Most zdołano wreszcie wznieść, choć nie sposób odnaleźć dokumentów, które podawały by nam datę zakończenia jego konstrukcję. Most zmienił wiele w sposobie podróżowania, z czasem przekonano się, że jest pewniejszym sposobem przedostania się przez rzekę niż przewóz. Dla zobrazowania problemów natury logistycznej z jakimi mierzono się w XIX wieku przywołajmy prosty przykład z roku 1809, gdy armia austriacka by zniszczyć armię Księstwa Warszawskiego po bitwie pod Raszynem musiała przedostać się przez Wisłę. Po zniszczeniu mostu w Warszawie do wyboru miała dwa najbliższe: w Toruniu i Puławach. To uzmysławia nam jak wiele zmieniło się w transporcie przez ostatnich 200 lat. Tamta historia zakończyła się bitwą pod niedalekim Ostrówkiem, my jednak wróćmy do roku 1947.

16649093_1404959782872277_1646570871624719956_nKraj podnosił się zniszczeń, mostu przez Jeziorkę nie było, bowiem zniszczyli go w roku 1945, Niemcy wycofujący się w styczniu przed ofensywą polsko-rosyjską. Przy okazji wysadzili również spiętrzenia i tamy na zakolu Świętego Jana oraz Jeziorce, co sprawiło, iż stała się rzeką dziką i wezbraną. Wkrótce spiętrzone wody powodziowe zabrały most w Mirkowie, co spowodowało, iż w tej okolicy jedynym mostem umożliwiającym transport inny niż pieszy, był mostek kolejowy nieopodal Hugonówki. Niezbędne było jednak szybkie udrożnienie transportu, zwłaszcza dla odbudowywanej Papierni, stąd też 20 czerwca 1947 roku powołany został Komitet Budowy Mostu na Jeziorce. Podjęto decyzję, iż odbudowany most ma być mostem stałym. Problemem okazały się finanse. Był to jeszcze czas, gdy powojenne państwo posiadało wciąż silne samorządy, tolerowało ruchy społeczne, a władze komunistyczne dopiero wprowadzały rządy stalinowskie. Początkowo zaplanowano budowę mostu z funduszy gminnych, wspomaganych opodatkowaniem w naturze mieszkańców gminy, z dotacji i dofinansowania dokonanego przez Papiernię, żywo zainteresowaną uczynnieniem mostu, a wykonanie prac przy pomocy świadczeń w naturze, z istniejących jeszcze wówczas szarwarków. Komitet gminny wkrótce rozpoczął zbiórkę, planując jednocześnie odbudowę mostu w Mirkowie, który wyceniono na 200000 złotych.

16508704_1404959756205613_313044041301136745_nKierownikiem komitetu był ówczesny wójt gminy Jeziorna, Piotr Szczur, znany tutejszy społecznik i nauczyciel, późniejszy twórca szkoły znanej jako „cyrk”. Skupiono się na budowie mostu na drodze Wilanów-Jeziorna-Konstancin. Na wniosek komitetu powstały trzy projekty planowanego msotu, które Urzad Gminy skeirował do zaopiniowania do Urzędu Wojewódzkiego Warszawskiego w Pruszkowie, wnosząc o wybranie projektu belki wzmocnionej łukiem. W październiku 1947 roku opracowano projekt zawierający 2 belki wypornikowe z zawieszoną belką środkową. Poprzedniemu projektowi z przyczyn technicznych sprzeciwiono się w Urzędzie Wojewódzkim, opiniując go negatywnie w Wydziale Komunikacji w Zarządzie Drogowym.

16640993_1404959832872272_2454015138742527795_nOpiniodawcą kolejnej wersji był inżynier Stanisław Kądziołko zamieszkujący w Skolimowie przy ul. Prekera. Jak napisał: „Przesyłając niniejszym czwarty wariant mostu przez rzekę Jeziornę w Jeziornie, zwracam uwagę że wariant ten nie nadaje się absolutnie do wykonania w miejscowych warunkach i żądanie wykonywania go nie może być uzasadnione żadnymi rzeczowymi argumentami. Mosty podobne projektuje się przy rozpiętościach 70-100 m, ze względow żeglugowych. W naszych warunkach grozi zalewaniem belek przez wysoką wodę i może być przyczyną podwyższenia fali powodziowej”.

10366137_762130340488561_6746688392891510797_nDecyzję o budowie stałego mostu żelazo-betonowego podjęto 22 stycznia 1948 roku, o czym poinformowano wówczas gminę Jeziorna. Decyzja zapadła z pominięciem komitetu, ponadto wbrew opinii inż. Kądziołki, który w kwietniu 1948 roku skierował do Urzędu Wojewódzkiego gniewne pismo, zaczynające się od słów: „Naskutek ciągłego odwlekania sprawy przez Pow Zarz Drog pomimo moich wielokrotnych osobistych interwencji (...) projekt powierzono do wykonania osobom trzecim, jednocześnie akceptując łuki i belki, które wcześniej jak tłumaczono mi, nie mogło być mowy”. Najwyraźniej jednak otrzymano zgodę na rozpoczęcie budowy mostu, bowiem 11 maja 1948 roku Komitet Odbudowy Mostu wezwał mieszkańców gminy Kąty Turowic i Kawęczyna do zwózki żwiru z Turowic.

10301050_762130343821894_1834032586234966447_n

Wybudowany most w roku 1952

Niestety odbudowa mostu własnymi siłami niewiele dała. Papiernia nie przekazala obiecanych pieniędzy, komitet zaś nie zdołał zebrać wystarczających funduszy. Wreszcie nie zdołano bez rozebrać pozostałości dawnych filarów i wsporników, lipiec i sierpień przyniosły zaś wysokie stany wód Jeziorki, uniemożliwiając budowę. W tym stanie rzeczy realizację budowy przejęło Państwo i nowy most wzniesiono począwszy od roku 1949 jako przedsięwzięcie rządowe. Most nie posiadał łuków i belek, większość zapewne doskonale go pamięta, poddany gruntownemu remontowi w roku 1987, został rozebrany kilka lat temu, a w jego miejscu wzniesiono zupełnie nową konstrukcję. Etapy prac można podziwiać w serwisie zdjęciowym Konstancina.

10308108_762130353821893_7255124658227250384_n

Na zakończenie jeszcze raz rok 1952


Zdjęcia oznaczone jako "Kolekcja rodziny Rawskich" pochodzą ze strony, zdjęcia z roku 1952 pochodzą ze zbiorów p. Małgorzaty Szturomskiej, odcisk pieczątki komitetu ze zbiorów własnych

Źródła:

  • AGAD, AGWil
  • AGAD, Obory
  • APW O/Grodzisk Mazowiecki, Akta gminy Jeziorna

Pani na Pieskowej Skale

ksunder

Cóż my właściwie wiemy o Urszuli Wielopolskiej z Potockich? Pozostało nam jedynie kilka dat i portret autorstwa Łukasza Orłowskiego, namalowany w roku 1750, pochodzący z kolekcji Wielopolskich z Chobrza. Obecnie znajduje się w Muzeum Narodowym w Kielcach. Spogląda na nas kobieta w sile wieku, odziana zgodnie z ówczesną modą, w siwą perukę skrywającą jej prawdziwy kolor włosów, z bladą twarzą przykrytą pudrem, w sukni z czasów saskich. Zacięty wyraz twarzy i nieco podejrzliwie, zniecierpliwione spojrzenie zdradza nam jej charakter. Zupełnie nie wygląda na 25 lat, które miała w chwili namalowania portretu. Wydaje się, że życie odcisnęło na niej swe piętno.

ukasz_Orowski_Portret_Urszuli_z_Potockich_WielopolskiejDużo więcej moglibyśmy powiedzieć o jej mężu, koniuszym koronnym i właścicielu licznych dóbr, w tym klucza oborskiego, Hieronimie Wielopolskim. To właśnie on założył słynny browar i umożliwił Kurtzowi założenie Papierni. Urszula zdaje się być jedynie przypisem do tej historii, tymczasem po śmierci Hieronima to ona odegra kluczową rolę dla historii dworu w Oborach. Jak co roku 8 marca warto przyjrzeć się kolejnej z kobiet, o których lokalna historia nie pamięta, a które wywarły niemały wpływ na dzieje tych okolic.

Urszula Potocka herbu Pilawa Złota przyszła na świat w roku 1725 jako córka starosty trembowelskiego Michała. Mając 16 lat wychodzi za mąż za Pana na Pieskowej Skale, Hieronima Wielopolskiego, właściciela licznych dóbr ziemskich, posiadacza pałacu Wielopolskich w Warszawie i klucza kilku wsi położonych na zalewowym Urzeczu, podlegających dworowi w Oborach, wraz z sąsiadującym z nim majątkiem w Skolimowie. Na małżeństwie z pewnością szybko zaważył fakt, iż okazało się bezdzietne. Gdy sporządzany jest w roku 1750 portret Urszula z pewnością już wie, że nigdy nie doczeka się potomstwa. Dziś modne jest szukanie w historii rozmaitych tajemnic alkowy, tu jednak nie dostajemy podpowiedzi co mogło być tego przyczyną. Dość, że liczne majątki nie doczekały się dziedzica, zatem po śmierci Hieronima przejść miały na któregoś z jego braci, bądź potomków. Za wyjątkiem Obór, pałacu w Warszawie i Krakowie, do których mieli jedynie częściowe prawa, bowiem Hieronim zadbał by zapisać je Urszuli.

Skoro jesteśmy znowu przy dobrach oborskich, poszukajmy odpowiedzi na pytanie, czy Urszula kiedykolwiek je odwiedziła. W dokumentach nie znajdziemy śladu takiej informacji, jednak skoro wiemy, iż z pewnością odwiedzał je Hieronim, który wskazał Kurtzowi młyn nad Jeziorką, jako dobre miejsce do ulokowania Papierni, nie możemy wykluczać, iż odpoczywała w tutejszym dworze. Zwłaszcza w młodym wieku, bowiem nie na darmo trzymano w roku 1744 w Oborach bestię na łańcuchu w postaci niedźwiedzia, lecz ku uciesze odwiedzających dwór gości Hieronima. Zapewne przybyła tu nieraz i Urszula. Choć gdy w późniejszych latach po śmierci męża w roku 1779 została właścicielką majątku i przeniosła się do Krakowa, nadal podejmowała wiele decyzji i to do niej zwracali się zarządcy.

Jednakże istotny dla dalszych dziejów Obór okazał się rok 1761. Wówczas umiera starsza o 3 lata od Urszuli jej siostra Eleonora, małżonka Aleksandra Potulickiego. Pozostawia niespełna 5-letniego syna. Od Aleksandra jego wychowanie przejmuje Urszula, stając się dla Michała Bonawentury Potulickiego drugą matką. On zaś jest dla niej synem, którego nigdy nie miała. Dba o jego edukację i jej kolejne etapy, począwszy od konwiktu księży teatynów, aż po studia na Akademii Turyńskiej, które zmienią młodego hrabiego w naukowca. Gdy w roku 1776 powraca do kraju, Urszula czyni na jego rzecz pierwsze zapisy. Choć później sceduje nań prawa do Wągrodna i Rogowa, pierwszym majątkiem, którego dziedzicem zostaje Michał Potulicki są Obory. Z roku 1778 pochodzą dokumenty sporów sądowych, gdzie Michał powołuje się na swe dziedziczne prawa do Obór.

Rozbiory sprawiają, iż Urszula na stałe pozostaje w Krakowie, zaś Obory początkowo znajdują się terenie Prus. Tych samych, w których Michał Potulicki posiada majątki w Wielkopolsce. Urszula ceduje nań klucz wsi na Urzeczu, którego nadal formalnie jest właścicielką. Lecz to „Graf von Potulicki” będzie dla pruskich władz stroną rozmów.

Śmierć zabiera Michała Potulickiego tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1805. Urszula czym prędzej przybywa do Warszawy, zatrzymując się po raz ostatni w pałacu Wielopolskich. Tuż po pogrzebie zmienia swój testament. Wciąż mam przed oczami piękne zwroty, w jakie ubrała swe słowa: „Ja Urszula z Potockich (…) uważając nieuchronny dla każdego przypisany Wyrok Boski, że kto się rodzi umierać powinien, nie chcąc bez rozrządzenia duszy i majątku mego z tego schodzić świata, zdrowa na umyśle i ciele to ostatnie czynię postanowienie”. Tak oto dziedzicami majątku stają się Kasper i Kazimierz Potulicki, a w ich imieniu do czasu osiągnięcia dorosłości opiekę nad Oborami przejmuje matka. Urszula powraca do Krakowa, gdzie umiera cztery miesiące później, w dniu 15 maja, Obory wraz z przynależnymi im dobrami przechodzą w ręce Potulickich.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory

Krótka historia gminy Słomczyn

ksunder

Zapewne większość osób zapoznała się już z pomysłem zmiany granic administracyjnych. W obecnym kształcie zapis nie pozostawia złudzeń, w skład Miasta Stołecznego Warszawy wejdzie gmina Konstancin-Jeziorna, wraz z wianuszkiem pozostałych gmin okalających Warszawę tworząc powiat warszawski. Powiat piaseczyński przestanie istnieć i zostanie podzielony. Nie będę tu wypowiadał się o tym projekcie, bo nie miejsce na to, nic nie trwa wiecznie, także podział samorządu terytorialnego. Wszystko to przypomniało mi nie tak dawną historię, z czasów prawie najnowszych sprzed sześćdziesięciu kilku lat. Ale po kolei…

Podział terytorialny zawsze rodził się w bólach, nim Rosjanie utworzyli gminę Jeziorna, przez chwilę funkcjonowały gmina Bielawa z siedzibą w Jeziornie i gmina Obory, której siedzibę z nieznanych obecnie przyczyn władze zaborcze postanowiły umieścić w Ciszycy. Obie połączono w roku 1867 i tak powstała gmina, której obszar praktycznie pokrywa się z obecnie istniejącą. W roku 1924 nieco ją zmniejszono, wyłączajac z niej teren letniska i tworząc gminę Skolimów-Konstancin. W takim stanie tutejsza administracja przetrwała wojnę.

Aż nadszedł rok 1952. Reforma samorządowa trwała w najlepsze, właśnie powiększono Warszawę włączając do niej ościenne gminy i w ten sposób zamiast graniczyć jak dotąd z gminą Wilanów, Jeziorna zaczęła graniczyć ze stolicą. Która przy okazji zabrała sobie nieco terenów należących do gromady Bielawa, o czym już niegdyś pisałem. Na nich utworzono Ogród Botaniczny. Przez długi czas zresztą władz gminy Jeziorna nikt nie poinformował, jakie właściwe tereny jej odebrano, bowiem pomiaru granic dokonali geometrzy Warszawy. Zresztą ówcześni urzędnicy nie byli zbytnio skłonni do uzyskiwania takich informacji, oczekując aż zostaną o tym poinformowani. Dopiero rok później dowiedzieli się, iż grunta orne Gawrońca, Kierszka, Łęczycy i Bielawy stały się częścią stolicy.

Reforma wchodziła w życie stopniowo, początkowo nic nie zapowiadało tego co się stanie. 31 maja 1952 roku utworzono powiat piaseczyński z miastem Piasecznem i Skolimowem-Konstancinem oraz gminą Jeziorna. W związku z likwidacją gminy Nowo-Iwiczna gmina Jeziorna znacznie się powiększyła. W jej skład weszły Julianów, Józefosław przejęte od m. Piaseczna oraz wieś Skolimów. Do gminy Jeziorna dołączono także Chylice i Chyliczki, Czarnów, Jastrzębie i Siedliska. Zmienił się skład ówczesnej Gminnej Rady Narodowej, od 7 lipca dołączyli do niej radni z połączonych miejscowości. Od początku zarządzanie tak dużym obszarem stało się problemem, przy ówczesnych trudnościach komunikacyjnych, braku dróg, do tego pośrodku gminy znajdował się wyłączony spod jej władzy obszar miasta Skolimów-Konstancin. Nowym radnym nie było zupełnie na rękę włączenie ich do istniejącej od dawna, okrzepłej struktury, gdzie stanowiska były już z dawna obsadzone, a oni sami znaleźli się poza lokalnymi układami. Stąd też 28 listopada 1952 na sesji rady wystąpili z wnioskiem o zmianę granic gminy Jeziorna, proponując by z nowowłączonych gromad utworzyć gminę Chylice, w skład której wejdą Wierzbno, Czarnów, Jastrzębie, Siedliska, Kierszek, Julianów, Józefosław i Skolimów-wieś z Chyliczkami i oczywiście Chylice, mające być siedzibą nowej gminy. Mało kto protestował przeciw takiemu rozwiązaniu, gmina Jeziorna dzięki temu mogła pozbyć się problemu, a wyłączone z Piaseczna i likwidowanej Nowo-Iwicznej miejscowości utworzyć nową strukturę, w której czuły się ze sobą związane. Chylice wybrano jako wieś najlepiej z pozostałymi skomunikowaną.

Jednak niespodziewany wniosek złożyli przedstawiciele Słomczyna, nie uprzedzając nikogo, co doprowadziło do awantury. W piśmie podpisanym przez 47 rolników wniesiono o pozostawienie miejscowości na terenie gminy, miast tego o utworzenie gminy Słomczyn, w skład której wejdą Borowina, Cieciszew, Czernidła, Gassy, Obory wraz z Cegielnią, Piaski i Słomczyn. Sesję rady przerwano, a w teren popędzili przedstawiciele urzędu dokonywać ustaleń.

Jak się okazało Słomczyn przeprowadził dywersję, rozpytywani mieszkańcy pozostałych miejscowości wyrażali zdziwienie, że podpisali takie pismo. Rozpytywani na okoliczność wniosku twierdzili, że nie wiedzą nic o takich planach. Mieszkańcy Piasków wyrazili wprost „niechęć do bycia w Słomczynie”, w pozostałych wsiach oświadczono, iż stworzy to mieszkańcom znaczne trudności „bo w Jeziornie jest poczta, posterunek MO oraz sklepy, których w Słomczynie ze względu na brak lokali nie będzie”. Jedynie rolnicy z Czernideł stwierdzili, że nie obchodzi ich gdzie znajdzie się siedziba gminy, bo odległość do Słomczyna i Jeziorny Królewskiej mają taką samą.

Pomysł upadł, po latach docenić można jednak ten sprytny ruch Słomczyna i jego mieszkańców, którzy pragnęli wykorzystać dziejowy moment, wiedząc iż reforma jest w toku i awansować do rangi siedziby gminy. Obecnie to jedynie zabawna dykteryjka, którą po latach będą zapewne także działania w sprawie obecnej reformy. Która podobnie jak poprzednie wywróci wszystko, wraz z powiatem do Warszawy przeniesie się Urząd Podatkowy, Wydział Komunikacji, zmiana terytorialna wymusi reformę wszystkich organów przez Policję, Sanepid i inne. Ale to nie jest temat na łamy tego bloga.

Warto jedynie przypomnieć, iż wkrótce okazało się, że pomysły mieszkańców Słomczyna i Chylic spełzły na niczym. Gminy zlikwidowano całkowicie i aż do roku 1973 samorząd właściwie nie istniał, reprezentowany przez gromadzkie rady narodowe czy rady osiedli. Dopiero wtedy powstała gmina Konstancin-Jeziorna w kształcie w jakim istnieje do dzisiaj.


Źródła:

  • APW O/Grodzisk Mazowiecki, Akta gminy Jeziorna

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci