Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Przydrożne krzyże

ksunder

Wszystkich zachęcam do pobrania darmowego ebooka ze strony konstancin.com. „Kapliczki, figury i krzyże przydrożne gminy Konstancin-Jeziorna” Adama Zyszczyka są pozycją obowiązkową dla wszystkich interesujących się nie tylko historią, ale również okolicami Konstancina. Autor z pasją i znastwem opisuje obiekty, które warto zobaczyć wędrując po tych terenach, zaś ebook pozwala nam na poznanie ich pochodzenia. Warto także obejrzeć zdjęcia kapliczek w serwisie zdjęciowym Konstancina, których autorem jest Bartek Biedrzycki, na zamieszczonej tam mapie można odnaleźć lokalizację każdego z miejsc znajdujących się na fotografii.

Nie zamierzam nawet próbować uzupełniać informacji Adama, bowiem bywalcy forum miłośników historii Konstancina-Jeziornywiedzą, iż od czasu pierwotnego wydania tej broszury przed kilku laty jego wiedza jeszcze się zwiększyła. Pozostaje mieć nadzieję, że się nią z nami podzieli i doczekamy się wydania dalszego ciągu tej pozycji. Przyznam, iż od początku istnienia tego bloga namawiam bezskutecznie Adama, aby coś nań napisał, może ta jakże zasłużona laurka sprawi, że wreszcie zmieni zdanie. Ja zaś pozwolę sobie jedynie na kilka zdań związanych z umiejscowieniem kilku z tych obiektów w świetle dawnych układów przestrzennych.

Wizerunek z krzyża znajdującego się niegdyś na starej drodze Łęg-Obory, w miejscu gdzie za współpracę z okupantem miał zostać zastrzelony jeden z mieszkańców gminy. Krzyż obecnie nie istnieje, wizerunek zabezpieczony przez Z. Skroka przechowywany przez jednego z miłośników historii Konstancina (zdjęcie A. Zyszczyk)

Kapliczki wdzięcznym i ciekawym elementem naszego krajobrazu. Podróżując przez Mazowsze zawsze zwracam uwagę na ich umiejscowienie przy drogach, którymi się przemieszczam. Dzięki temu można często rozpoznać czy trasa wiedzie jedną ze starych dróg, od wieków służących jako szlak i trakt handlowy, czy też została w tym miejscu wybudowana dopiero w czasach komunikacji samochodowej. Stare drogi zawsze mają skrzyżowania z polnymi drogami, nawet jeśli są już one nieużywane i nie da się w nie zjechać, przy których najczęściej stoją kapliczki, stawiane niegdyś na rozstajach dróg, gdzie jak powtórzę za ebookiem „diabeł ogonem zamiata”. W obiekty takie obfituje szczególnie Mazowsze północne i wschodnie, o innych regionach kraju nie będę nawet wspominał, bo kapliczki Warmii i Mazur są w ogóle zagadnieniem osobnym, nie związanym z tematyką tego bloga. Lecz i okolice Konstancina posiadają kapliczki i krzyże, warto czasem rozejrzeć się podążając drogą z Konstancina do Wilanowa i przyjrzeć krzyżom za Powsinem, a także jadąc w przeciwnym kierunku krzyżom umieszczonym przy drodze do Góry Kalwarii.

Nieistniejąca już kapliczka w Gassach z roku 1902 w starej lokalizacji, później przeniesiona na miejsce, w którym obecnie stoi kapliczka wybudowana w roku 1993. Zdjęcie z lat  trzydziestych XX wieku.

Krzyżem przydrożnym jest ten pochodzący z roku 1856, umieszczony na kopcu przy mirkowskim stawie. Układ dawnych dróg został zatarty, lecz nadal jest czytelny. Tu rozchodziły się niegdyś groble, po których dotrzeć można było do Obór, Fabryki Papieru oraz Chabdzina, nieistniejącą już trasą biegnącą przez obecną oczyszczalnię. Warto zwrócić uwagę na zawartą w ebooku informację, iż choć krzyż pochodzi z połowy XIX wieku, upamiętniać może powstańców padłych w walce w roku 1831. Powyższe potwierdzałaby zachowana wzmianka o niewielkim starciu, jakie wycofujące się Wojsko Polskie stoczyło w Papierni z kozakami.

Krzyżem przydrożnym jest również tak zwany krzyż „papieski”, znajdujący się przy pomniku poległych w Jeziornie, obok postoju taksówek. Jest to krzyż umieszczony na rozstaju dwóch dróg i jak słusznie zanotował autor, miał on zastąpić stojący w tym miejscu od XIX wieku drewniany krzyż. Potwierdza nam to mapa z tego okresu, gdzie krzyż ten oznaczono. Krzyż w tym miejscu mógł być ustawiony od dawna, bowiem tu spotykały się dwa dość istotne szlaki, o czym opowie jeden z najbliższych wpisów. Na mapie oznaczono także inne rozstajne krzyże, jak choćby nieistniejący obecnie przy skrzyżowaniu obecnych ulic Warszawskiej i Borowej, od niedawna zastąpionym przez rondo (choć znajduje się tam ciekawa kapliczka przydomowa). Jak wynika z tej mapy równie starą proweniencję ma krzyż ustawiony przy skrzyżowaniu ulic Wilanowskiej i Od Lasu. Lecz temu akurat nie sposób się dziwić, wszak tu biegnie stara droga z Obór w kierunku Łubnej, Baniochy i piaseczyńskiego szlaku.

Jak pisałem nie tak dawno temu, krzyże i kapliczki stawały się czasem także znakami granicznymi. I wówczas oznaczano je na dawnych mapach, jako nietrwałe elementy krajobrazu nie pojawiały się w dawnej kartografii, za wyjątkiem map szczegółowych, sporządzanych przy sprzedaży bądź podziale dóbr. Acz i wówczas oznaczano tam zazwyczaj jedynie kapliczki, a nie drewniane krzyże. Czasy, gdy jak głosi znane w kręgach zbliżonych do obrońców ojczyzny powiedzenie, iż na mapach cywilnych jest wyłącznie to co potrzebne, a na mapach wojskowych wszystko co tylko się tam zmieści, miały dopiero nadejść. Stąd na mapach z początku XIX wieku odnajdujemy jedynie krzyż stanowiący znak graniczny między dobrami Potulickich a Szymanowskich w Kawęczynie. Krzyż w tym miejscu przetrwał do dnia dzisiejszego, choć pamięć o jego znaczeniu już dawno się zatarła, podobnie jak i zmieniły się granice dóbr.

Nasz lokalny Nepomuk, znajdujący się przy Starej Papierni, oznaczony został na mapie wykonanej na potrzeby sprzedaży Papierni w roku 1812, co zresztą wskazał mi Adam Zyszczyk, bo jak łatwo sprawdzić w jednym z pierwszych wpisów dotyczących młynów na Jeziorce, nieopatrznie podpisałem oznaczoną kapliczkę jako krzyż stojący przy drodze. Zgodzić się z nim należy, że oznaczono w ten sposób figurę Jana Nepomucena, która pochodzi z XVIII wieku. W stosunku do tekstu opublikowanego ebooka zaszła tu znacząca zmiana – posąg doczekał się wreszcie restauracji.

Mam nadzieję, że zachęciłem do lektury „Kapliczek…” tych, którzy z jakiegoś powodu jeszcze tego nie uczynili, a jeśli rzecz się wam spodobała, warto namawiać autora aby napisał coś więcej.


Źródła i literatura:

  • Adam ZYSZCZYK, “Kapliczki, figury i krzyże przydrożne gminy Konstancin-Jeziorna”, Konstancin-Jeziorna 2010 -  pobierz TUTAJ

  

Tradycyjnie zapraszam do odwiedzania w najbliższych dniach profilu bloga na Facebooku. Będzie sporo o kapliczkach, nie tylko lokalnych.

Bloki na Grapie

ksunder

Ostatnio poruszana była kwestia zakwaterowania opuszczonych willi na Królewskiej Górze i ludzi oczekujących na przydział miejsca, w którym mogliby zamieszkać. Jako, że temat obecnie staje się coraz bardziej niezrozumiały dla tych którzy nie pamiętają minionego ustroju i pomóc może jedynie obejrzenie odcinka serialu „Alternatywy 4”, w którym Bronisław Pawlik usiłuje otrzymać mieszkanie, warto nieco zagadnienie poszerzyć.

Przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych to na obecnym terenie naszej gminy okres głębokich przemian. Fabryka papieru rozbudowuje się, z różnych części kraju sprowadza się wiele nowych osób. Rozpadające się drewniane domki w dawnym Konstancinku, gdzie mieszka 40% mieszkańców ówczesnej gminy Jeziorna nie wystarczają, lokatorzy dawno zasiedlili „opuszczone” wille i kwaterowani są w barakach. W tych warunkach podjęta zostaje decyzja o budowie dwóch bloków o charakterze socjalnym. Powstają w latach 1950-56 przy „szerokim trakcie prowadzącym w głąb lasu”. To obecna ulica Wilanowska. W pierwszym postawionym budynku ulokowany zostaje hotel robotniczy. Bloki wybudowane zostają w Jeziornie Oborskiej, sąsiadują przez ulicę z Skolimowem-Konstancinem. Do roku 1962 w miejscu tym wybudowane zostanie 9 bloków, dla osiedla ulokowanego w rejonie ulic Wilanowskiej i Literatów zapożyczona zostaje funkcjonująca nazwa położonego tu dotąd parku Grapa, co ciekawe już przed wybudowaniem bloków nazwa Grapa oficjalnie funkcjonowała jako adres dla położonych tu przy ówczesnej ulicy Parkowej domów. Administracyjnie bloki znajdują się w Jeziornie, mimo późniejszego połączenia dwóch miast historia tego podziału przechowała się w kodach pocztowych. Dla dawnego Skolimowa-Konstancina na zachód od Wilanowskiej obowiązuje kod 05-510, zaś dla dawnej gminy Jeziorna kod 05-520, w blokach po wschodniej stronie ulicy Wilanowskiej i w nadwiślańskich wsiach. Siedem następnych bloków stawianych jest już po stronie Skolimowa-Konstancina, jednocześnie z blokami położonymi bliżej skarpy.

Skrzyżowanie w robotnicznej Jeziornie z drogowskazem wskazującym dojazd do Konstancina

Jak zanotuje socjolog prowadzący badania na konstancińskiej części osiedla w roku 1963, te pierwsze bloki budowano szybko i tanio, aby rozwiązać problem mieszkaniowy pracowników Mirkowa. Nie posiadają centralnego ogrzewania, a łazienki są źle wyposażone. Przy zasiedlaniu obowiązywała norma metrażowa, zatem dziewięć osób mieszka w dwóch pokojach z kuchnią, a małżeństwo z dwojgiem dzieci w kawalerce. Kolejne sześć bloków powstaje więc już pod auspicjami zawiązanej świeżo spółdzielni mieszkaniowej „Mirków”. Budowane są po stronie Konstancina, przy ulicy Mickiewicza i Wilanowskiej. Bloki spółdzielcze są lepiej wyposażone, mają dużo większy metraż, posiadają dębowe parkiety oraz balkony. O ile pierwsze zasiedlili pracownicy WZP, wcześniej zajmujący baraki i opuszczone wille, te zasiedlają osoby które dokonały wpłat. Szczególnie trzy bloki przy ulicy Mickiewicza jak zauważa socjolog sprawiają wrażenie elitarnych, prócz wspomnianych udogodnień znajduje się tu kotłownia z centralnym ogrzewaniem oraz wykonane na wymiar meble i kuchnie, oddane w takim stanie nowym lokatorom. Zamieszkuje tu kadra kierownicza Mirkowskiej papierni, co powiązane z systemem wpłat, nie do końca odpowiada socjalistycznym oczekiwaniom socjologa.

>Obecna ulica Wilanowska rozdzielająca Jeziornę od Skolimowa-Konstancina w odstępie pół wieku

Naukowca interesuje wpływ zdrowej tkanki robotniczej na oblicze niegdyś elitarnego Skolimowa-Konstancina. Stąd przeprowadza badania wyłącznie w Konstancinie, pomijając bloki po drugiej stronie ulicy Wilanowskiej, „w robotniczej Jeziornie”. Zauważa wpływ kultury wysokiej na mieszkańców bloków, co uważa za zasługę Stowarzyszenia Przyjaciół Twórczości działającego przez krótki okres czasu pod kierownictwem, znanego w późniejszych latach dyrektora WZP, prywatnie również artystę, inż. Wincentego Szeleszkiewicza. Mieszkańcy bloków z malarzy cenią Chełmońskiego i Gersona, a przy okazji kupują obrazy olejne. Ich sprzedaż odbywa się w dość unikalny sposób, wśród bloków raz w miesiącu pojawia się konno obwoźny handlarz, sprzedający obrazy z wozu. Landszafty można kupić na raty płacone miesięcznie do ręki, poza oficjalnym obiegiem. Jak zauważa socjolog, jest to wspaniały sposób na wyposażenie pustych ścian w mieszkaniach, skoro robotników nie stać na obrazy, których nie sposób kupić w tej okolicy.

Ciekawy jest dostrzeżony konflikt wśród mieszkańców osiedla. Nowi mieszkańcy, przybyli na te tereny z różnych części kraju jak i z dawnych województw wschodnich czują, iż miejscowi traktują ich z wyższością. Są to potomkowie robotników przybyłych tu pod koniec XIX wieku z Mirkowa, pracujący w fabryce od dawna. Ci na tyle wrośli w miejscową ludność, że nie zauważają, aby zachowywali się inaczej.

Mickiewicza, czyli mieszkania oddane pod tak zwany "kluczyk", z meblami, dębowymi parkietami i centralnym ogrzewaniem

Socjolog zauważa również, że choć przy ulicy „znajduje się jeszcze parę will, będących wymownymi reliktami czasów minionych” to „mamy tu do czynienia z nowoczesnym osiedlem”. Gdy opuszcza osiedle, dobiega właśnie końca budowa pierwszych bloków. Jest rok 1964, komitety blokowe budują drogę do Szkoły Podstawowej nr 2, działającej od roku 1958, wybudowanej dla dzieci mieszkańców robotniczego osiedla, wcześniej uczęszczających do budynków przy ówczesnej Warszawskiej (później Al. Zjednoczenia, obecnie Piłsudskiego), oraz na rogu Sobieskiego i Mickiewicza, gdzie później ulokuje się dom dziecka. Szkoła odbiera imię dotychczasowego patrona najstarszej gminnej szkole w Jeziornie, zaś ulica przy której znajduje się osiedle zostaje przemianowana na XX-lecia PRL. Przy okazji ma miejsce zmiana numeracji na obowiązującą do dzisiaj, jedynie bloki przy Mickiewicza zachowują stare numery. A osiedle rozbudowuje się dalej, wykarczowane zostają drzewa w kierunku Jeziorki, gdzie powstaną bloki przy Literatów, Kopernika i w kolejnej dekadzie przy Sobieskiego. W nowobudowanych blokach normą staje się centralne ogrzewanie.

Bloki na Wilanowskiej w Skolimowie-Konstancinie, niektóre drzewa rosną nadal

Niejako na zakończenie, przywołajmy pewien cytat sprzed pół wieku. Nie tak dawno na stronie Wirtualnego Muzeum pojawiły się wspomnienia Juliana Henisza, zaś autor nie pamięta zapewne jak jego ojciec usiłował nieść 50 lat temu kulturę do ludu, działając we wspomnianym Stowarzyszeniu Przyjaciół Twórczości. A powtarzającym, iż na Grapie, gdzie płoną samochody, przy trzepakach się gromadzą, a bloki tagowane są napisem PKWN mogę jedynie przekazać, iż z akt Miejskiej Rady Narodowej Skolimowa-Konstancina pół wieku temu przebijał obraz osiedla, równie niespokojnego:

„Bardzo cenne próby podjęte przez ob. Krzysztofa Henisza, aby miejscowych chuliganów włączyć do lokalnej organizacji o celach popularyzujących i propagujących problematykę z dziedziny sztuki przyniosły w efekcie końcowym raczej fiasko. Przewodniczący sądzi, na podstawie dobrej znajomości terenu, że tylko zdecydowana akcja milicji może sprowadzić pożądane rezultaty. Ostatnio został przez milicję sporządzony szczegółowy spis miejscowych chuliganów, co od razu dało dobre wyniki, gdyż energiczniejsza postawa stróżów bezpieczeństwa uaktywnia ogół mieszkańców i dodaje im otuchy w samoobronie i przeciwstawianiu się wybrykom mętnych elementów”


Źródła i literatura:

  • APW Oddz. Grodzisk Mazowiecki, Akta gminy i MRN Skolimów-Konstancin
  • ORTHWEIN Kazimierz, Przemiany kulturalne i społeczne w podwarszawskm osiedlu Skolimów Konstancin, Wrocław 1969

wszystkie czarno-białe zdjęcia są autorstwa Roberta Kazimierczaka i zamieszczone zostały w wymienionej wyżej książce

Sprawy do załatwienia

ksunder

Porzućmy na razie Urzecze i zaginioną historię okolic Konstancina, skoro nawet i ta nie tak dawna zaczyna ulegać zapomnieniu. Niestrudzony twórca profilu FB „Konstancin-Jeziorna. Historia, Ludzie, Architektura” odnalazł w gazecie „Świat” artykuł opublikowany w roku 1957, stanowiący na tyle ciekawy dokument życia społecznego, iż zdecydowałem się zamieścić go tu w całości. Dla tych którzy wolą czytać skan niż tekst w tej postaci, znajduje się on na samym dole.

Na Królewskiej Górze mieszkała sama elita ówczesnej polskiej władzy, z Bolesławem Bierutem na czele, o czym w wywiadzie z Teresą Torańską opowiadała Julia Minc, którego fragmenty zamieszczałem na stronie Facebookowej bloga. Konstancin miał jakieś „szczęście” do PRL, wille mieli tu kolejni przywódcy, Gomułka na emeryturze wypoczywał w znanej willi przy ówczesnej ulicy KRN, gdzie z powodu jej stanu nie mieszkał na stałe a przyjeżdżał głównie wyprowadzać psy na spacer i zbierać grzyby, zaś Gierek mieszkał w Klarysewie, co spowodowało budowę drugiego pasa drogi z Warszawy, obwodnicy Powsina i otoczenia cmentarza wysokim murem, aby krzyże nie psuły z drogi widoku gościom pierwszego sekretarza. A gdzie przez lata kończyła się ta droga, której budowę przerwano wraz dekadą jego rządów, wszyscy pamiętamy… ponoć Piotr Jaroszewicz decydując o likwidacji kolejki wilanowskiej miał stwierdzić, iż pora aby te relikty przeszłości odeszły, a Polska dołączyła do epoki nowoczesności i komunikacji samochodowej. Mam nadzieję, że komuś uda się kiedyś napisać książkę o Konstancinie w PRLu, bo temat jest bardziej niż ciekawy.

Słów jeszcze kilka komentarza, bo bez znajomości kontekstu często trudno zrozumieć daną chwilę w historii i łatwo wyciągnąć pochopne wnioski. Czasy PRLu zaczynają powoli zacierać się w naszej świadomości i za jedną lub dwie dekady będą równie odległe, jak dwudziestolecie międzywojenne. Opisane tu wydarzenia miały miejsce prawie pół wieku temu, a okres ten dość dobrze opisany jest w książkach historycznych i znany jeszcze wielu żyjącym wówczas z autopsji. Ja przypomnę tylko z jakiego powodu mógł zostać opublikowany tekst o wyraźnie „rozliczeniowej” wymowie, jawnie wskazujący nadużycia władzy. Po śmierci Bolesława Bieruta Polska wyszła z najczarniejszego okresu w historii PRL i wraz z dojściem do władzy towarzysza Wiesława, na początku cieszącego się dość dużym poparciem społecznym, zaczął się czas odwilży, a w prasie pojawiło się wiele rozliczeniowych artykułów. Znany polski reporter Ryszard Kapuściński opublikował wówczas artykuł o warunkach życia w Nowej Hucie, który był dla wielu szokiem; bynajmniej nie z powodu tego co opisywał, lecz z powodu jego opublikowania. Także wtedy powiew wolności odczuć można było w piśmie „Po prostu”, idącego w awangardzie takich publikacji. Tytuł dzisiejszego wpisu zapożyczyłem zresztą ze świetnej książki traktującej o listach pisanych do tej gazety z prośbą o interwencję, autorstwa Adama Leszczyńskiego (wyd. TRIO, Warszawa 2000), której lekturę polecam. Artykuł o Królewskiej Górze został opublikowany właśnie na odwilżowej fali tematów interwencyjnych.

Jak łatwo zauważyć autor napisał tyle, ile mógł. Pozostawiłem oryginalne podpisy pod zdjęciami, na jednym z nich łatwo rozpoznać Julisin, uwspółcześniono jedynie zapis niektórych wyrazów. Mamy wiosnę, więc zachęcam do spacerów po Królewskiej Górze, po charakterystycznej drodze z czerwonej kostki, na której widoczny jest jeszcze ślad po bramie opisywanej w artykule…

 


"Świat" nr 5 (289) - rok VII, 3 lutego 1957 

KROLEWSKA GÓRA

Tekst: Andrzej Mularczyk                                            zdjęcia: Jan Kosidowski

Jeszcze parę lat temu ta szosa nie była tak gładka. Tłukły się po niej autobusy PKS i furmanki, dowożące na warszawski Zieleniak kapustę, buraki lub kartofle... Potem położono asfalt. Pojawiły się czarne limuzyny. Wzdłuż szosy stali niczym słupy telegraficzne, milicjanci. Potem asfalt prowadził do Królewskiej Góry koło Konstancina. Te limuzyny sunęły w tamtą stronę. Dlatego milicjanci pilnowali szosy... Królewska Góra została opasana siatką. Za siatką stały wille — białe, kremowe, szare... W zimie z kominów unosił się dym, chociaż zwykle domy stały puste. Strzegły ich siatka, wojsko i sygnalizacja alarmowa. Obok mieszkali ludzie, którzy rano zastawali w miednicy zamarzniętą wodę; przewiewnych „letniaków" nie udało się opalić. Ci ludzie pracują w Warszawie. Świtem szli do kolejki. Mieli daleko, bo stację w Konstancinie skasowano i przeniesiono na Rozjazd Oborski. Podobno gwizd kolejki wybijał ze snu jednego z dostojnych mieszkańców. Królewska Góra... Ludzie stali i czekali godzinami na autobus. Zabierze, czy nie? A może w ogóle nie stanie? Obok przemykały czarne, lśniące jak fokowe futro, limuzyny. Czasem udało się dojrzeć twarz znaną z portretów lub ze zdjęć w gazecie.  Królewska Góra...

1. Długo ta brama otwierała się tylko przed czarnymi limuzynami. Teraz, choć Jeszcze tkwi przy niej żołnierz, przewodniczący MRN przechodzi bez Indagacji. Za to Jego osaczają wciąż pytaniami:, „Kiedy wreszcie dostaniemy to mieszkanie? Koń z furmanką czeka — chcemy już być na swoich śmieciach”…

Potem w Polsce miało miejsce wiele zmian. Zniknęły z szosy czarne limuzyny, zniknęli milicjanci, piesi i na rowerach — za to pojawiła się w prasie informacja, — że tereny na Królewskiej Górze zostaną przekazane do użytku publicznego. Mieszkańcy tych terenów długo na to czekali; wreszcie się doczekali. Było to trzy miesiące temu. Dało się nadzieję młodemu małżeństwu ze Skolimowa, które wraz z rocznym dzieckiem mieszkało w hallu zrujnowanej willi... Matka 3-letniego dziecka przestała się bać nadchodzącej zimy w mieszkaniu, gdzie szpary trzeba było zatykać szmatami, a gwiazdy można było liczyć przez dach... Uwierzył w swoją gwiazdę młody aktor, który czyta w autobusie książki Stanisławskiego, a w nocy w temperaturze 0 stopni próbuje uczyć się roli... Liczyli na mieszkanie. Wreszcie zaczną mieszkać po ludzku. Złożyli podanie do Miejskiej Rady Narodowej w Skolimowie.

Kiedy próbowałem się dostać do gospodarzy miejscowej rady narodowej, stojący w korytarzu tłum zagrodził mi drogę. „Dokąd?" — spytali groźnie. —„Jest  kolejka.  Takich to my znamy!". W korytarzu MRN od trzech miesięcy wciąż stoją ludzie. Stoją od świtu. Czekają. Nie chcą przepuścić nikogo. Za długo już czekali. Po parę lat! Niechętnie przepuszczają „prasę". Niechętnie przyjmują ją również w pokoju przewodniczącego.

— Nic mam nie pomożecie. Już trzy miesiące temu byli tu dziennikarze. Wówczas powiedziałem: „Niby to jesteśmy władzą terenową, ale nasze kompetencje kończą się na siatce, okalającej „getto rządowe", lub na klamce wysokich dostojników”.  A teraz skończyło się wszystko — jest uchwała Prezydium Rady Ministrów.

2.  Trzeba trzymać — szafa może zlecieć. Cały dzień przeprowadzano dom dziecka. Do opuszczonego przez dzieci domu wprowadzą się lokatorzy. Ale to zaledwie kilka rodzin.

Teren ogrodzony siatką obejmuje o-kolo 90 hektarów i ponad 20 will. Oprócz tego do Olimpu należało 12 will położonych poza ogrodzeniem (około 80 izb). Na ogół stały puste. Kiedyś MRN wprowadziła tam robotniczą rodzinę Fukowskiego z równym tuzinem dzieci; w ich starym mieszkaniu zawalił się dach nad głową. Prezydium Rady Ministrów natychmiast zażądało wykwaterowania! Spalił się dom. Sześć rodzin zostało bez dachu nad głową. Jedną ośmielili się wprowadzić do domu „za żółtymi firankami''. Wówczas to się nasłuchali w Wojewódzkiej Radzie Narodowej: wykwaterować!

— Wykwaterować, ale gdzie?

— Choćby do lokalu waszej rady narodowej. Zsuńcie biurka 1 dajcie im miejsce na mieszkanie. Tam nie mogą pozostać!

Królewska Góra...

A teraz? Teraz siatka ogrodzenia została. Są jeszcze żołnierze. Całe szczęście — mówią gospodarze terenu, — bo by ludzie się wdarli bez pytania. I wtedy znowu by nam kazali: wykwaterować! W MRN leży ponad 400 podań. Ludzie stoją w korytarzu. Wymyślają. Czekają. A miejscowe władze z tych wszystkich domów uzyskały zaledwie pięć. To oznacza przydział dla piętnastu rodzin Rozdziału dokonało, poza plecami władz miejscowych. Biuro do Spraw Lokalowych przy Urzędzie Rady Ministrów; 8 budynków przyznano Minis­terstwu Zdrowia, 3 Ministerstwu Oświaty, 2 otrzymała dzielnica Wilanów na domy dziecka.

3. Ta kobieta mieszka wraz z mężem w jednym pokoiku o czterech drzwiach. Odbywa siej tu wszystko: gotowanie, pranie, suszenie pieluszek. W sąsiedztwie można trafić do pokoju o wymiarach cztery metry na cztery, gdzie mieszkają trzy rodziny. Wszyscy oni czekali na dzień, w którym otworzy się brama i na Królewską Górę...

— A przecież my — powiadają gos­podarze terenu — mamy swoje domy dziecka, którym należy się miejsce!

Decyzje podjęto jednak bez liczenia się z głosem władz miejscowych. Wy­powiedź przedstawiciela MRN w Skoli­mowie ograniczyła komisja do trzech minut. Zapadła uchwała Prezydium Ra­dy Ministrów. A ludzie wciąż czekali w korytarzach. Przychodzili z kamieniami w kiesze­niach. Żądali. Przecież Królewska Góra należy do MRN w Skolimowie! Wy wiec decydujecie! Wy — to znaczy gospodarze terenu. A oto ich głos:

— Mówi się o decentralizacji, o uprawnieniach rad narodowych po ós­mym plenum. A dalej zostaliśmy tylko czynnikiem wykonawczym…

Wydawałoby się — taki pozytywny temat — a jakie pełen sprzeczności. Klinika dziecięca, domy dziecka — to niewątpliwie dobro ogólne. Ale co ma­ją robić lokalne władze, które winny dbać o interesy swego terenu? 10 lat temu w tej okolicy mieszkało około 3 tysięcy ludzi — dziś jest już około ośmiu. W tym czasie nie zbudowano nowych mieszkań: Wręcz przeciwnie — ogrodzono siatką Królewską Górę. Teraz, kiedy bramy Olimpu się otworzyły — wydawało się. Te wszystkie zaległości zostaną pomyślnie załatwione. Tymczasem… Tymczasem w korytarzyku dalej tkwi tłum.  Przewodniczący rady, Pudełko, ma czerwone z niewyspania oczy. Wiceprzewodniczący Budnar mówi: „Aż się boję tego dnia, kiedy ogłosimy ostateczną listę przydziałów". Jest chory na serce, ale nie ma czasu chodzić na zastrzyki. W korytarzu wciąż czekają ludzie.

Asfaltową drogą jedzie platforma wyładowana szafami i krzesłami. To przeprowadza się dom dziecka.   Żołnierz przy bramie nie żąda przepustek. Otwiera bez słowa. To są ostatnie dni ich pobytu na Królewskiej Górze. Ciągną się puste uliczki. Za siatką piękne wille. Dobrze utrzymane ogrody. Latarnie... W willi, zajmowanej ongiś, przez Bo­lesława Bieruta, zamieszkało w tej chwili 55 dziewcząt z domu dziecka. Kierownik jest szczęśliwy: „Mamy salę teatralną, wspaniałą garderobę, basen w ogrodzie, kort do gier"… Inne wille stoją dalej puste. Z ką­tów wychodzi tylko echo naszych gło­sów.   Piękne posadzki, piękne sufity, piękne ściany: malinowe, seledynowe, kremowe…, Gdy to oglądałem, przy­pomniała mi się opowieść malarza, któ­ry pracował w tym domu.

4.  W tej willi, którą zajmowała przedtem jedna osoba, teraz znalazł pomieszczenie dom dziecka. Basen na pewno przyda się w lecie. Szkoda tylko, ze dawni gospodarze, opuszczając lokal, wymontowali lampy jarzeniowe: niepotrzebne koszty...

— Razem z kumplami i pomocnikiem szorowaliśmy ściany szarym mydłem. Az tu nagle staje w drzwiach jedna z tych Wielkich Pań. „Ależ tu cuchnie" — zawołała. — „Nie macie pachnącego mydła? Zaraz każą tu dostać"... No i przywieźli nam skrzynię toaletowego mydła. Jasną rzeczą, wzięliśmy to so­bie, a ściany dalej szorowaliśmy sza­rym mydłem. Tylko mój pomocnik mówi: „Tego jeszcze nie widziałem - ale co dziwnego. Królewska Góra”…

Na środku pustych pokojów stoi do­zorca w waciaku i gumowych butach.

— Paliło się cały rok, choćby nikogo nie było. Tu mieścił się gabinet, a za tym pokojem sypialnia.  W środku to chyba była jadalnia.

Tam willa towarzysza Z, tu willa to­warzysza X, a dalej to Y... Stoją pus­te — czekają, aż w poszczególnych mi­nisterstwach zapadnie decyzja o ich wykorzystaniu.   Tymczasem po tere­nach łażą komisje, wciąż zaglądają do papierów. Nadjeżdża znowu platforma z rze­czami.  Żołnierz otwiera bramę.  Dzieci ciągną na sankach krzesła...

Przewodniczącego MRN ciągnie za rękaw człowiek w górniczym mundu­rze.  Specjalnie przyjechał z Bytomia, żeby pomóc rodzinie w przeprowadzce.

— Panie przewodniczący, mnie dy­rektor tylko na jeden dzień zwolnił z „Dymitrowa". Na jutro muszę wrócić!

— Zaraz, zaraz — przewodniczący zdenerwowany.  Jeszcze nie wie, co i jak. Dziś musi wywiesić listę przyzna­nych nakazów. A tam w korytarzyku są ludzie. W aktach ponad 400 podań...

Wychodząc na szosę, po której nie pędzą już lśniące limuzyny — reporter pozwala sobie na chwilę zadumy: taki pozytywny temat.  Królewska Góra przekazana na użytek publiczny. A jed­nak ile tu sprzeczności! Władze central­ne mają swoje plany — władze tereno­we chcą mieć swoje prawa. Czy w tym wypadku nie należało dać pierwszeń­stwa władzom terenowym? Podjęta de­cyzja aczkolwiek obiektywnie słuszna, nie zlikwiduje rozjątrzenia, jakie za­panowało w okolicach Królewskiej Gó­ry. Czy może brzmieć pocieszająco dla mieszkańców i miejscowych gospodarzy zdanie, że sprawowanie władzy trudne jest nawet w tak małej miejscowości jak Królewska Góra?

P. S. Już po złożeniu tekstu w dru­karni dowiedziałem się o efektach tego dnia, którego tak bal się wiceprze­wodniczący MRN. Po wywieszeniu listy z przydziałami kilku członków prezy­dium zastało pobitych przez rozczaro­wanych. Jeszcze raz usłyszałem zdanie: „Gdybyśmy dysponowali całą Królew­ską Górą, sprawy mieszkaniowe na tym terenie byłyby prawie załatwione, a tak niezadowolonych jest więcej niż za­dowolonych”.

SKAN strona 1

SKAN strona 2

Uzupełnienia:

Fragment muru jaki oddzielał ulicę Potulickich (ówczesną KRN) od ulicy Żółkiewskiego (zdj. Adam Zyszczyk)

Zestawienie przedstawiające pozostałości dawnej bramy na ul Żółkiewskiego przez którą prowadziła jedyna droga do zamkniętego osiedla (fot. A. Zyszczyk)

Wiosna na Łurzycu

ksunder

Nadeszła wiosna więc Jeziorka przybrała, także i Wisła sięgnęła wałów. Nie bez powodu region zwano niegdyś Urzeczem, gdyż wiosenna woda potrafiła uczynić tu prawdziwe spustoszenie. Lecz usiłując się przed nią obronić, nasi przodkowie zwiększyli także zagrożenie zamieniając je na niebezpieczeństwo innego rodzaju. Gdy zaczęli budować główki, tamy i wały, płynąca leniwie woda, rozlewająca się po okolicznych polach, zaczęła wzbierać i nabierać pędu, nie mając dokąd ujść. Jak zapisywano, zaczęła się odbijać od jednego brzegu, by swym nurtem uderzyć w drugi. I tak jeden rodzaj powodzi zamieniono na inny i rozpoczęła się trwająca już prawie 190 lat historia walki z zabezpieczeniem wiślanych wałów i 150 letnia związana z przybieraniem Jeziorki w obrębie zbudowanych nad tą rzeką.

Wiosenna powódź pod Wilanowem i Zawadami, a w tle piękny chruściany płot (zbiory NAC)

Podczas wiosennego wezbrania wody powodowanego przez topniejący śnieg szczególnie niebezpieczne były zatory lodowe. Występowały przez wieki na całej długości Wisły, a ostatni wielki zator spowodował pamiętną powódź pod Płockiem na przełomie roku 1981 i 1982. Podobnie działo się w naszych stronach „gdy lody jedne pod Miedzeszynem a drugie pod Wólką Zerzeńską zatory poformowały wówczas koryto Wisły na lewy brzeg zwrócone zostało”, zanotowano w roku 1860. Przez lody i parcie wezbranej wody zmywane były tamy usypywane w ubiegłych latach, mające na celu spowolnienie wiślanego nurtu i skierowanie jego energii na środek rzeki. „Przejście lodów na Rzece Wiśle w roku bieżącym znaczne wyrządziło szkody w lądach a nawet i wałach ochronnych” jak zapisano w tym samym roku, a w usypanych niedawno wałach woda powodowała wyrwy. Wójt gminy Obory p. Lenk był wówczas świadkiem ofiarności dwóch kolonistów olęderskich, Jakoba Wolffa i Aleksandra Kurkowskiego, którzy usiłowali załatać przerwany wał pod wsią Zawady. Wody nie udało się powstrzymać, a Wisła rozlewając się za linią wałów w znacznym stopniu oprócz wsi zalała ich grunta leżące w Kępie Zawadowskiej i Nadwiślańskiej.

Lecz nie sądźmy, że problem dotyczyl tylko Wisły. Jeziorka przybierała od niepamiętnych czasów i zapewne stąd pochodzi jej pierwsza znana nazwa. Na łąkach między Jeziorną Królewską, a Jeziorną zwaną niegdyś Przyjeziorną bądź Wyględowem, a później Oborską, rozlewala się tworząc rozległe Jezioro. Właśnie wtedy znikał bród i konieczna była przeprawa łodziami, czym zajmowali się mieszkańcy wsi. Dawne rozlewisko wciąż jest widoczne, podobnie jak ślad dawnej linii brzegowej.  Wezbrana rzeka sięgała w swej dalszej części kępy, czy też „gruntu”, od którego wzięła nazwę wieś Grąd. Woda opływała teren dookoła nie zalewając go z racji istniejącego wzniesienia, stąd też w miejscu tym ulokowano Papiernię, której także zaczęła grozić wiosenna woda wzbierająca w obrębie wałów na Jeziorce, pochodząca również z Wisły.

Mapa z roku 1856 przedstawiająca rozlewisko pod Jeziorną

Sytuację częściowo poprawiło zatamowanie pod koniec lat dwudziestych XIX wieku przez hrabiego Kacpra Potulickiego ujścia Jeziorki i skierowanie jej do Wilanówki. Jednakże cofająca się woda zaczęła podnosić się wzdłuż tej ostatniej rzeki i powodowała powodzie na terenach zasiedlonych przez kolonistów olęderskich w dobrach wilanowskich, jezierskich i oborskich. W latach czterdziestych wieku XIX rozpoczęto rozbudowę istniejących wałów i sypanie nowych na lewobrzeżnym Urzeczu, a całością prac kierował początkowo dziedzic Bielawy, były oficer inżynieryjnych wojsk napoleońskich i polskich, Henryk Rossman. Wałami obudowano wtedy także Jeziorkę, lecz spiętrzona cofająca się woda spowodowała nowe zagrożenia. Dawne ujście było miejscem newralgicznym i podatnym na wiosenną wodę. W roku 1852 dyrektor Papierni Henryk Segno świadom zagrożenia doprowadził do wizji lokalnej z udziałem przedstawicieli Potockich z dóbr wilanowskich i Potulickich z Obór wskazując, iż gdyby więc w zagrożonym miejscu wał został przerwany przy cokolwiek wyższym stanie wody (…), natenczas ¼ część wody wiślanej buchnęłaby w wyłom, zapełniła dawne teraz miejscami osuszone, jednak zawsze nisko położone koryto Wilanówki, podniosłaby wodę w Jeziorce i tem samemy tamtejszym zakładom wielką wyrządziła szkodę, dalej pędząc zalałaby posiadłości JW. Hrabiego Pana [Potockiego] zalałaby również osady do Willanowa należące zatopiłaby łąki pod Willanowem i wiślaną żółtą wodę sprowadziłaby do czystego Jeziorna Wilanowskiego. Gdyby wyłom w wale raz został zrobiony ludzka siła nie wystarczyłaby aby w tem samem miejscu prąd wody zatrzymać . Pokazuje się z tego nie tylko że JW. Hrabia Potulicki, Papiernia w Jeziornie, lecz także skarb JW. Hrabiego Pana w niniejszej rzeczy jest zainteresowany lubo przerwaniem zagrożony wał nie jest w terytorium JW. Hrabiego Pana sytuowany. Dawne konflikty graniczne ustąpić musiały wspólnym interesom, związanym ze zmianą powstałą przez wybudowanie wałów. Tama o której tu mowa już nie istnieje, od ponad pół wieku Jeziorka jak dawniej wpada do Wisły w okolicach Habdzinka, po dokonanej regulacji rzeki.

Zdjęcie Marii Chrząszczowej z roku 1947 przedstawiające wiosenny wylew rzeczki Wierzbnej (Małej) na ulicy Batorego w Konstancinie. (zbiory Wirtualnego Muzeum Konstancina)

Historia powodzi, wezbrań wody i zagrożeń rzecz jasna trwa nadal, o czym chyba wiedzą najlepiej mieszkający nad Jeziorką, wzdłuż której w wielu miejscach woda podnosi się również za linią ochronną. W ostatnich latach wezbrana woda w Jeziorce po wielokroć na wiosnę przesączała się przez wały, naruszone przez bobry i w zasadzie choć nie przedostało się to do szerszej świadomości, tylko dzięki ofiarności ochotniczych straży pożarnych i mieszkańców tutejszych wsi, w tej części Urzecza nie doszło do powodzi, które wiele lat były tu codziennością.

A z wezbraniami wody i wiosną, było także nierozerwalnie związane odrabianie szarwarków. Ale o tym już innym razem…


Źródła i literatura:

  •  AGAD, Obory
  • AGAD, AGWil, Dział IX

Pogranicze w ogniu (2)

ksunder

Od Kawęczyna granica chylicka szła lasem, powtórzmy tu raz jeszcze przywoływany już niegdyś cytat inwentarza z roku 1701: „daley mimo lug należący polową do Obór, połową Chylic Dóbr Królewskich, które ługi dzieli struga, od Boru po prawey ręce Cieciszewskiego, ługi oborskie a od boru Chylickiego ługi chylickie, od Północy graniczy bór Cieciszewski z borem oborskim y jest kopiec od Ługów”. Jak widać dzieląc dobra prócz usypania kopca wykorzystano tu naturalne cieki wodne, do dziś często spotykanie w tej części lasu chojnowskiego.  Tak dotarliśmy do Skolimowa, od początków wieku XVII należącego do dóbr oborskich, od północy graniczącego z wsią zwaną wówczas Kierz lub Kierzek, obecnie zaś Kierszek, wywodzącemu swą nazwą od krzaków, zarośli. Nazwę taką nosił również las rozdzielający te ziemie. Od roku 1677 Kierszek był w posiadaniu Jana III Sobieskiego, który włączył wieś do zakupionych dóbr wilanowskich, obejmujących Powsin i wszystkie tereny na północ od obecnej gminy Konstancin-Jeziorna. Granicę tych dóbr z Jeziorną wyznaczały kopce i brak tu informacji o konfliktach. Tych nie brakło za to na granicy jezierskiej.

Granica Skolimowa, Jeziorny i dóbr Oborskich. Na łuku rzeki, gdzie w przyszłości powstanie Hugonówka... (mapa rozgraniczenia dóbr z początku XIX wieku)

Spory graniczne zaczęły się już w XV wieku, gdy Jeziornę (Królewską) posiadał Justyn, a na sile przybrały gdy Oborscy wybudowali przepust i zmienili bieg rzeki, kierując do swych dóbr główny nurt Jeziory. Przepust znajdował się zapewne w tym samym miejscu, gdzie na wprost parku obok wału widać ślad nie tak dawnych regulacji, w postaci metalowych prętów wystających z wody.

Pozostałość po regulacjach hydrotechnicznych. Przepust powstały w XVI wieku był gdzieś w tej okolicy.

„Granica Wsi Obór ze wsią Jeziorną Królewską poczyna się od ściany wsio Skolimowa do białego brzegu stamtąd jak jest rów między łąkami skolimowskimi i jezierskimi” jak zapisano w roku 1781 oraz „Rzeka Jeziora od wieków wieś jeziornę Królewską od Obór odgraniczna y do dóbr Obór obydwa brzegi tej rzeki należą”. Powyższe zdania pochodzą z zeznań świadków, zeznających w procesie granicznym, do którego doprowadził spór Urszuli z Potockich Wielopolskiej i starosty łęczyckiego Dzierzbickiego, ówczesnego posesora Jeziorny. Spór ten trwał od wieków i przez lata przygasał bądź wybuchał ze zdwojoną siłą, w zależności od tego gdzie pasano krowy, bądź próbowano budować na północnej odnodze rzeki most. Ponieważ południowy brzeg należał do Wielopolskich, na przestrzeni wieków kilka razy odnotowano, jak most na Jeziorze został porąbany na ich polecenie, bowiem kończąc się na ich terenie naruszał teren dóbr oborskich. Ostatni raz dokonano tego na polecenie Urszuli z Potockich, co wkrótce zaczęli wykorzystywać chłopi z Jeziorny, bowiem szlak ten w międzyczasie stał się jak pamiętamy jedną z dróg pocztowych, wychodzących z Warszawy. I jak zapisano „Dotąd z wielką niewygodą publiczną  podczas wylewów wody na rzece w Jeziorney z niemałym niebezpieczeństwem przeprawiano się, a do tego że poddani Jezierney Królewskiej z drugiey strony korzystając z takowey okazji (…) od dawnych lat czołnami na zysk swoy przejeżdżającym przeprawiali” co rzecz jasna godziło w interesy Obór, bowiem „obydwa brzegi tej rzeki do posesyi dziedzicznej Obór należą”. Rzeka rozlewała się w tej części szeroko, zwłaszcza podczas wiosennych odwilży, wskazuje zresztą na to nazwa samej wsi. Chłopi z Jeziorny, wykorzystywali po prostu koniunkturę na tej jakże ruchliwej trasie.

Wspomniane wypasanie bydła także prowadziło do wzajemnych podstępów. W maju  1775 roku ujawniono za młynem oborskim przy granicy wsi Jeziorny Królewskiej przecięty chruściany płot, znajdujący się na gruncie oborskim. Na łące pasło się bydło Dzierzbickiego. Pastwisko to było szczególnie problematyczne, bowiem jak żalił się przed sądem jeden z mieszkańców Jeziorny: „Obory na tym pastwisku zawsze broniły bydła przed Jeziorzanami  królewskimi a jeżeli który pasał to albo się za o opłacał dworowi oborskiemu albo pańszczyznę odrabiał”.

Rzeka graniczna (źródło: serwis zdjęciowy Konstancina Jeziorny, autor B. Biedrzycki)

Nic więc dziwnego, że w roku 1781 zjechała do obu Jeziorn komisja graniczna, a komisarze mieli wysłuchać stron sporu, zapoznać się z dokumentami zawierającymi wyciąg praw do gruntu i usypać na nowo rozsypane kopce graniczne. Obory okazały się lepiej przygotowane, bowiem Wielopolscy posiadali komplet dokumentów potwierdzających od czasów średniowiecza prawa dziedziców Obór do gruntów, opisujący dotychczasowe spory. Tak doszło do rezolucji granicznej, a linia podziału ustabilizowała się na północnej odnodze rzeki. Przy Wielopolskich pozostała znaczna część ziem po drugiej stronie Jeziorki, co w przyszłości pozwoliło podczas uwłaszczenia rozparcelować te grunty gminie Jeziorna pod pierwszą gminną szkołę powszechną w roku 1867. Szkoła ta znajduje się zresztą w tym miejscu po dziś dzień. Sąsiadująca ziemia została wówczas przy Potulickich, dzięki czemu możliwe było usypanie tam grobli, po której przez Rozjazd Oborski zaczęła dojeżdżać do powstałego letniska Konstancin kolejka.

Lecz cofnijmy się w przeszłość. Sypanie kopców na granicy Obór z Jeziorną odwleczono z powodu przedłużającego się sporu między Oborami a Bielawą i Bielawą a Powsinem oraz Powsinem i Falenicą, gdzie konflikty trwały także od wieków…


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, AGW, Anteriora 

 

Trzecia część niniejszego tekstu pojawi się na blogu za trzy lub cztery tygodnie, w międzyczasie będą oczywiście inne teksty, o charakterze bardziej ogólnym lub źródłowym, a przyczyny takiego posunięcia postaram się wyjaśnić już niedługo, gdy mam nadzieję uda się wreszcie doprowadzić do końca pewien czasochłonny projekt. Jeszcze w ramach informacji, bowiem komuś mogło umknąć, iż dzięki Bartkowi Biedrzyckiemu teksty z bloga stały się dostępne w formie audio. Podcast dostępny jest tutaj, planowo pojawiać się ma raz w tygodniu, a powiadomienia o nowych nagraniach oraz o nowych tekstach dostępne są na Forum Miłośników Historii Konstancina (pomysł ten zebrał rozmaite opinie, ja pragnę tylko przypomnieć, że jest to podcast, a nie audiobook bowiem zauważyłem, że nie wszyscy to rozróżnili). Także od niedawna blog ma swoją stronę na Facebooku, gdzie także pojawiają się powyższe informacje, a także odniesienia do ciekawych tekstów. Wbrew „fejsowej” zasadzie TLTR (czyli tłumacząc z angielskiego za długie do czytania) zamieszczam tam odniesienia do artykułów, traktujących o historii naszych okolic, które warto przeczytać. Ostatnio było o Kabatach i Powsinie, więc nawet jeśli ktoś ma awersję do FB, warto tam czasem zajrzeć.

FB – Historia okolic Konstancina. 

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci