Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wiosna na Łurzycu

ksunder

Nadeszła wiosna więc Jeziorka przybrała, także i Wisła sięgnęła wałów. Nie bez powodu region zwano niegdyś Urzeczem, gdyż wiosenna woda potrafiła uczynić tu prawdziwe spustoszenie. Lecz usiłując się przed nią obronić, nasi przodkowie zwiększyli także zagrożenie zamieniając je na niebezpieczeństwo innego rodzaju. Gdy zaczęli budować główki, tamy i wały, płynąca leniwie woda, rozlewająca się po okolicznych polach, zaczęła wzbierać i nabierać pędu, nie mając dokąd ujść. Jak zapisywano, zaczęła się odbijać od jednego brzegu, by swym nurtem uderzyć w drugi. I tak jeden rodzaj powodzi zamieniono na inny i rozpoczęła się trwająca już prawie 190 lat historia walki z zabezpieczeniem wiślanych wałów i 150 letnia związana z przybieraniem Jeziorki w obrębie zbudowanych nad tą rzeką.

Wiosenna powódź pod Wilanowem i Zawadami, a w tle piękny chruściany płot (zbiory NAC)

Podczas wiosennego wezbrania wody powodowanego przez topniejący śnieg szczególnie niebezpieczne były zatory lodowe. Występowały przez wieki na całej długości Wisły, a ostatni wielki zator spowodował pamiętną powódź pod Płockiem na przełomie roku 1981 i 1982. Podobnie działo się w naszych stronach „gdy lody jedne pod Miedzeszynem a drugie pod Wólką Zerzeńską zatory poformowały wówczas koryto Wisły na lewy brzeg zwrócone zostało”, zanotowano w roku 1860. Przez lody i parcie wezbranej wody zmywane były tamy usypywane w ubiegłych latach, mające na celu spowolnienie wiślanego nurtu i skierowanie jego energii na środek rzeki. „Przejście lodów na Rzece Wiśle w roku bieżącym znaczne wyrządziło szkody w lądach a nawet i wałach ochronnych” jak zapisano w tym samym roku, a w usypanych niedawno wałach woda powodowała wyrwy. Wójt gminy Obory p. Lenk był wówczas świadkiem ofiarności dwóch kolonistów olęderskich, Jakoba Wolffa i Aleksandra Kurkowskiego, którzy usiłowali załatać przerwany wał pod wsią Zawady. Wody nie udało się powstrzymać, a Wisła rozlewając się za linią wałów w znacznym stopniu oprócz wsi zalała ich grunta leżące w Kępie Zawadowskiej i Nadwiślańskiej.

Lecz nie sądźmy, że problem dotyczyl tylko Wisły. Jeziorka przybierała od niepamiętnych czasów i zapewne stąd pochodzi jej pierwsza znana nazwa. Na łąkach między Jeziorną Królewską, a Jeziorną zwaną niegdyś Przyjeziorną bądź Wyględowem, a później Oborską, rozlewala się tworząc rozległe Jezioro. Właśnie wtedy znikał bród i konieczna była przeprawa łodziami, czym zajmowali się mieszkańcy wsi. Dawne rozlewisko wciąż jest widoczne, podobnie jak ślad dawnej linii brzegowej.  Wezbrana rzeka sięgała w swej dalszej części kępy, czy też „gruntu”, od którego wzięła nazwę wieś Grąd. Woda opływała teren dookoła nie zalewając go z racji istniejącego wzniesienia, stąd też w miejscu tym ulokowano Papiernię, której także zaczęła grozić wiosenna woda wzbierająca w obrębie wałów na Jeziorce, pochodząca również z Wisły.

Mapa z roku 1856 przedstawiająca rozlewisko pod Jeziorną

Sytuację częściowo poprawiło zatamowanie pod koniec lat dwudziestych XIX wieku przez hrabiego Kacpra Potulickiego ujścia Jeziorki i skierowanie jej do Wilanówki. Jednakże cofająca się woda zaczęła podnosić się wzdłuż tej ostatniej rzeki i powodowała powodzie na terenach zasiedlonych przez kolonistów olęderskich w dobrach wilanowskich, jezierskich i oborskich. W latach czterdziestych wieku XIX rozpoczęto rozbudowę istniejących wałów i sypanie nowych na lewobrzeżnym Urzeczu, a całością prac kierował początkowo dziedzic Bielawy, były oficer inżynieryjnych wojsk napoleońskich i polskich, Henryk Rossman. Wałami obudowano wtedy także Jeziorkę, lecz spiętrzona cofająca się woda spowodowała nowe zagrożenia. Dawne ujście było miejscem newralgicznym i podatnym na wiosenną wodę. W roku 1852 dyrektor Papierni Henryk Segno świadom zagrożenia doprowadził do wizji lokalnej z udziałem przedstawicieli Potockich z dóbr wilanowskich i Potulickich z Obór wskazując, iż gdyby więc w zagrożonym miejscu wał został przerwany przy cokolwiek wyższym stanie wody (…), natenczas ¼ część wody wiślanej buchnęłaby w wyłom, zapełniła dawne teraz miejscami osuszone, jednak zawsze nisko położone koryto Wilanówki, podniosłaby wodę w Jeziorce i tem samemy tamtejszym zakładom wielką wyrządziła szkodę, dalej pędząc zalałaby posiadłości JW. Hrabiego Pana [Potockiego] zalałaby również osady do Willanowa należące zatopiłaby łąki pod Willanowem i wiślaną żółtą wodę sprowadziłaby do czystego Jeziorna Wilanowskiego. Gdyby wyłom w wale raz został zrobiony ludzka siła nie wystarczyłaby aby w tem samem miejscu prąd wody zatrzymać . Pokazuje się z tego nie tylko że JW. Hrabia Potulicki, Papiernia w Jeziornie, lecz także skarb JW. Hrabiego Pana w niniejszej rzeczy jest zainteresowany lubo przerwaniem zagrożony wał nie jest w terytorium JW. Hrabiego Pana sytuowany. Dawne konflikty graniczne ustąpić musiały wspólnym interesom, związanym ze zmianą powstałą przez wybudowanie wałów. Tama o której tu mowa już nie istnieje, od ponad pół wieku Jeziorka jak dawniej wpada do Wisły w okolicach Habdzinka, po dokonanej regulacji rzeki.

Zdjęcie Marii Chrząszczowej z roku 1947 przedstawiające wiosenny wylew rzeczki Wierzbnej (Małej) na ulicy Batorego w Konstancinie. (zbiory Wirtualnego Muzeum Konstancina)

Historia powodzi, wezbrań wody i zagrożeń rzecz jasna trwa nadal, o czym chyba wiedzą najlepiej mieszkający nad Jeziorką, wzdłuż której w wielu miejscach woda podnosi się również za linią ochronną. W ostatnich latach wezbrana woda w Jeziorce po wielokroć na wiosnę przesączała się przez wały, naruszone przez bobry i w zasadzie choć nie przedostało się to do szerszej świadomości, tylko dzięki ofiarności ochotniczych straży pożarnych i mieszkańców tutejszych wsi, w tej części Urzecza nie doszło do powodzi, które wiele lat były tu codziennością.

A z wezbraniami wody i wiosną, było także nierozerwalnie związane odrabianie szarwarków. Ale o tym już innym razem…


Źródła i literatura:

  •  AGAD, Obory
  • AGAD, AGWil, Dział IX

Pogranicze w ogniu (2)

ksunder

Od Kawęczyna granica chylicka szła lasem, powtórzmy tu raz jeszcze przywoływany już niegdyś cytat inwentarza z roku 1701: „daley mimo lug należący polową do Obór, połową Chylic Dóbr Królewskich, które ługi dzieli struga, od Boru po prawey ręce Cieciszewskiego, ługi oborskie a od boru Chylickiego ługi chylickie, od Północy graniczy bór Cieciszewski z borem oborskim y jest kopiec od Ługów”. Jak widać dzieląc dobra prócz usypania kopca wykorzystano tu naturalne cieki wodne, do dziś często spotykanie w tej części lasu chojnowskiego.  Tak dotarliśmy do Skolimowa, od początków wieku XVII należącego do dóbr oborskich, od północy graniczącego z wsią zwaną wówczas Kierz lub Kierzek, obecnie zaś Kierszek, wywodzącemu swą nazwą od krzaków, zarośli. Nazwę taką nosił również las rozdzielający te ziemie. Od roku 1677 Kierszek był w posiadaniu Jana III Sobieskiego, który włączył wieś do zakupionych dóbr wilanowskich, obejmujących Powsin i wszystkie tereny na północ od obecnej gminy Konstancin-Jeziorna. Granicę tych dóbr z Jeziorną wyznaczały kopce i brak tu informacji o konfliktach. Tych nie brakło za to na granicy jezierskiej.

Granica Skolimowa, Jeziorny i dóbr Oborskich. Na łuku rzeki, gdzie w przyszłości powstanie Hugonówka... (mapa rozgraniczenia dóbr z początku XIX wieku)

Spory graniczne zaczęły się już w XV wieku, gdy Jeziornę (Królewską) posiadał Justyn, a na sile przybrały gdy Oborscy wybudowali przepust i zmienili bieg rzeki, kierując do swych dóbr główny nurt Jeziory. Przepust znajdował się zapewne w tym samym miejscu, gdzie na wprost parku obok wału widać ślad nie tak dawnych regulacji, w postaci metalowych prętów wystających z wody.

Pozostałość po regulacjach hydrotechnicznych. Przepust powstały w XVI wieku był gdzieś w tej okolicy.

„Granica Wsi Obór ze wsią Jeziorną Królewską poczyna się od ściany wsio Skolimowa do białego brzegu stamtąd jak jest rów między łąkami skolimowskimi i jezierskimi” jak zapisano w roku 1781 oraz „Rzeka Jeziora od wieków wieś jeziornę Królewską od Obór odgraniczna y do dóbr Obór obydwa brzegi tej rzeki należą”. Powyższe zdania pochodzą z zeznań świadków, zeznających w procesie granicznym, do którego doprowadził spór Urszuli z Potockich Wielopolskiej i starosty łęczyckiego Dzierzbickiego, ówczesnego posesora Jeziorny. Spór ten trwał od wieków i przez lata przygasał bądź wybuchał ze zdwojoną siłą, w zależności od tego gdzie pasano krowy, bądź próbowano budować na północnej odnodze rzeki most. Ponieważ południowy brzeg należał do Wielopolskich, na przestrzeni wieków kilka razy odnotowano, jak most na Jeziorze został porąbany na ich polecenie, bowiem kończąc się na ich terenie naruszał teren dóbr oborskich. Ostatni raz dokonano tego na polecenie Urszuli z Potockich, co wkrótce zaczęli wykorzystywać chłopi z Jeziorny, bowiem szlak ten w międzyczasie stał się jak pamiętamy jedną z dróg pocztowych, wychodzących z Warszawy. I jak zapisano „Dotąd z wielką niewygodą publiczną  podczas wylewów wody na rzece w Jeziorney z niemałym niebezpieczeństwem przeprawiano się, a do tego że poddani Jezierney Królewskiej z drugiey strony korzystając z takowey okazji (…) od dawnych lat czołnami na zysk swoy przejeżdżającym przeprawiali” co rzecz jasna godziło w interesy Obór, bowiem „obydwa brzegi tej rzeki do posesyi dziedzicznej Obór należą”. Rzeka rozlewała się w tej części szeroko, zwłaszcza podczas wiosennych odwilży, wskazuje zresztą na to nazwa samej wsi. Chłopi z Jeziorny, wykorzystywali po prostu koniunkturę na tej jakże ruchliwej trasie.

Wspomniane wypasanie bydła także prowadziło do wzajemnych podstępów. W maju  1775 roku ujawniono za młynem oborskim przy granicy wsi Jeziorny Królewskiej przecięty chruściany płot, znajdujący się na gruncie oborskim. Na łące pasło się bydło Dzierzbickiego. Pastwisko to było szczególnie problematyczne, bowiem jak żalił się przed sądem jeden z mieszkańców Jeziorny: „Obory na tym pastwisku zawsze broniły bydła przed Jeziorzanami  królewskimi a jeżeli który pasał to albo się za o opłacał dworowi oborskiemu albo pańszczyznę odrabiał”.

Rzeka graniczna (źródło: serwis zdjęciowy Konstancina Jeziorny, autor B. Biedrzycki)

Nic więc dziwnego, że w roku 1781 zjechała do obu Jeziorn komisja graniczna, a komisarze mieli wysłuchać stron sporu, zapoznać się z dokumentami zawierającymi wyciąg praw do gruntu i usypać na nowo rozsypane kopce graniczne. Obory okazały się lepiej przygotowane, bowiem Wielopolscy posiadali komplet dokumentów potwierdzających od czasów średniowiecza prawa dziedziców Obór do gruntów, opisujący dotychczasowe spory. Tak doszło do rezolucji granicznej, a linia podziału ustabilizowała się na północnej odnodze rzeki. Przy Wielopolskich pozostała znaczna część ziem po drugiej stronie Jeziorki, co w przyszłości pozwoliło podczas uwłaszczenia rozparcelować te grunty gminie Jeziorna pod pierwszą gminną szkołę powszechną w roku 1867. Szkoła ta znajduje się zresztą w tym miejscu po dziś dzień. Sąsiadująca ziemia została wówczas przy Potulickich, dzięki czemu możliwe było usypanie tam grobli, po której przez Rozjazd Oborski zaczęła dojeżdżać do powstałego letniska Konstancin kolejka.

Lecz cofnijmy się w przeszłość. Sypanie kopców na granicy Obór z Jeziorną odwleczono z powodu przedłużającego się sporu między Oborami a Bielawą i Bielawą a Powsinem oraz Powsinem i Falenicą, gdzie konflikty trwały także od wieków…


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, AGW, Anteriora 

 

Trzecia część niniejszego tekstu pojawi się na blogu za trzy lub cztery tygodnie, w międzyczasie będą oczywiście inne teksty, o charakterze bardziej ogólnym lub źródłowym, a przyczyny takiego posunięcia postaram się wyjaśnić już niedługo, gdy mam nadzieję uda się wreszcie doprowadzić do końca pewien czasochłonny projekt. Jeszcze w ramach informacji, bowiem komuś mogło umknąć, iż dzięki Bartkowi Biedrzyckiemu teksty z bloga stały się dostępne w formie audio. Podcast dostępny jest tutaj, planowo pojawiać się ma raz w tygodniu, a powiadomienia o nowych nagraniach oraz o nowych tekstach dostępne są na Forum Miłośników Historii Konstancina (pomysł ten zebrał rozmaite opinie, ja pragnę tylko przypomnieć, że jest to podcast, a nie audiobook bowiem zauważyłem, że nie wszyscy to rozróżnili). Także od niedawna blog ma swoją stronę na Facebooku, gdzie także pojawiają się powyższe informacje, a także odniesienia do ciekawych tekstów. Wbrew „fejsowej” zasadzie TLTR (czyli tłumacząc z angielskiego za długie do czytania) zamieszczam tam odniesienia do artykułów, traktujących o historii naszych okolic, które warto przeczytać. Ostatnio było o Kabatach i Powsinie, więc nawet jeśli ktoś ma awersję do FB, warto tam czasem zajrzeć.

FB – Historia okolic Konstancina. 

Pogranicze w ogniu (1)

ksunder

Kilkakrotnie pisałem już o rozgraniczaniu dóbr i podziałach granicznych, lecz poza historykami niewiele osób pamięta jak bardzo istotna kwestia ta była w dawnych wiekach. Na terenie obecnej gminy Konstancin-Jeziorna poprzez stulecia graniczyły ze sobą dobra ziemskie mające różnych właścicieli, stąd też istotnym było ustalenie przebiegu granic. Obyczaj ten na Mazowszu przyjął podobną formę jak w pozostałej części kraju.

Tam gdzie nie było granic naturalnych sypano kopce. Wewnątrz zaczęto z czasem zakopywać butelki zawierające karty, na których wypisywano datę i nazwę rozgraniczanych majątków. Po latach ich wydobycie potwierdzało prawa do ziemi, bądź stawało się swego rodzaju wydarzeniem. Gdy w roku 1895 wydobyto taki dokument rozgraniczenia dóbr oborskich od Kawęczyna pochodzący z roku 1836, podpisany przez wszystkich ówczesnych uczestników czynności, Potuliccy uroczyście oprawili akt świadczący o zapomnianym zwyczaju, dzięki czemu świadectwo to zachowało się do dnia dzisiejszego.

Punktami orientacyjnymi często stawały się charakterystyczne drzewa, kurhany czy krzyże. Drzewa znaczono, jak pisał Ignacy Zaborowski autor XVIII wiecznego dzieła znanego pod tytułem Geometria Wiejskaj „jeśli w ciągu ściany granicznej znajdują się znakomitej wielkości drzewa, na tych przez sąd graniczny wycinane bywają znaki, na kształt krzyża które zowią naciosy”. Zwyczaj ten obowiązywał od dawna, gdy w roku 1425 Stanisław Pierzchała i Wigand Pierzchała (protoplaści rodu Oborskich) dzielili swe ziemie, w dokumencie podziału odnotowano, iż nieopodal strumienia przy granicy ziem cieciszewskich uczyniono „czosy” w lesie. Gdy drzew nie było stawiano słupki na których wykuwano znaki w kamieniach, stąd wziął się późniejszy zwyczaj umieszczania słupów granicznych. Jakub Haur w wydanej w roku 1675 Oekonomice zalecał, aby granice oznaczać nie tylko na papierze ale i w naturze, bowiem brak wyraźnie oznaczonych granic prowadzi do zajazdów i spraw o naruszenie kopców.

Kapliczka w pobliskim Moczydłowie, jeden z bardziej znanych łurzyckich znaków granicznych, wmurowano w nią inskrypcję rozgraniczenia ówczesnych wsi Wola Załęska i Moczydłów. Co ciekawe ta pochodząca z połowy XVIII wieku tablica pierwotnie znajdowała się "śród Wisły". Do kapliczki jeszcze powrócę, warto przeczytać artykuł Z. Skroka w "Spotkaniach z Zabytkami" z listopada 2003 m. in. na jej temat (fot. Ł. M. Stanaszek, zdjęcie z albumu na stronie FB Łurzyca)

Sprawy graniczne stały się oddzielną dziedziną prawną zwaną po staropolsku processus granicialis, postępowaniem ustalania granic, gdyż często przesuwano kopce graniczne lub je rozrzucano, naruszając ziemie. Uważna lektura Pana Tadeusza przyniesie nam sedno konfliktu o zamek Horeszków, kilkakrotnie jest tam mowa o przesuwaniu kopców przez Sopliców, co jak wiemy kończy się zajazdem.

Brak informacji, aby w okolicach Konstancina dochodziło często do takiej eskalacji konfliktów, jednakże zachowane akta wskazują, iż także tutaj kwestia rozgraniczenia była jednym z najważniejszych problemów. Choć w sporach wewnętrznych potomkowie Pierzchałów starali się zachować umiar zdarzyło się, iż w roku 1476 bracia Oborscy najechali się wzajemnie usiłując przejąć graniczny młyn na rzece Jeziorce, w następstwie czego Andrzej skarżył się księciu mazowieckiemu Konradowi, iż Mikołaj uczynił go kaleką „po wsze czasy”. Zazwyczaj jednak rozgraniczenia wewnętrzne w obrębie ziem oborskich, chabdzińskich, cieciszewskich i skolimowskich czynione były spokojnie. Palący problem istniał jednakże na granicach zewnętrznych.

Nie tak dawno we wpisie "Historia pewnej Kępy" opisane zostało spotkanie dziedzica Falenicy z chłopami z Obór na niewielkiej wiślanej wyspie, do której części rościły sobie pretensje obie strony, wskutek czego w roku 1712 doszło do rozwiązań siłowych. Ponieważ w XVII wieku do Oborskich należały również „działy” w Świdrze, wielokrotnie sypano kopce w okolicach Wisły, która zmieniając swój bieg dawała podstawę do twierdzeń, iż granica przebiegała inaczej. Konflikty zaczęły się jeszcze za czasów panowania nad Wisłą rodu Ciołków, do których należał Chabdzin (Habdzin) i jego nadwiślańskie okolice. Już w roku 1488 Dersław Chabdziński wnosił skargi na Zygmunta Świderskiego, który przez należącą doń łąkę przekopał kanał, aby zasilić swe jezioro wodą z Wisły, która to rzeka na tym odcinku należała do Chabdzina. Zwyczajowo szlachta zamieszkująca dobra Oborskie każdej wiosny i jesieni dokonywała obchodu dóbr nierzadko ujawniając, iż Falęccy wycięli drzewa należące do Wielopolskich z Obór. Gdy na Kępie Chabdzińskiej osiedlili się Olędrzy, rozpoczynając tym samym drugą falę łurzyckiego osadnictwa, Maskiewicz z Falenicy poprzecinał pręty i ogrodzenia wyznaczające granice wsi uznając, iż naruszono jego teren. Wkrótce wzdłuż granicy lądowej także osadził Olędrów, rozpoczynając w ten sposób historię Kępy Falenickiej, wsi graniczącej z Kępą Oborską.

Kopce dzielące Falenicę od Świdra na mapie 1712 roku , fragment mapy ze zbiorów AGAD, skan na stronie Wirtualnego Muzeum Konstancina

Nie należy się więc dziwić, że każda wyspa czy łacha na Wiśle była opisywana dokładnie. Spokój panował jedynie na odcinku między Gassami, Nabrzeżem a Cieciszewem, prawdopodobnie ponieważ rzeka była w tym rejonie na tyle nieobliczalna, że nikt nie rościł sobie pretensji do wielu pól leżących jak wówczas mawiano „na urzeczu”, gdyż co roku jakaś ich część znajdowała się pod wodą. Jednakże na granicy kawęckiej trwała w najlepsze wojna. Kawęczyn, Brześcce, Łubna i inne wsie należały do Szymanowskich, od dawna skłóconych z Wielopolskimi. Granica ta biegła od Wisły po części lasem, zwanym „kawęcką dębiną”, gdzie w roku 1725 Franciszek Szymanowski zaczął na starość czynić zasadzki na chłopów ze Słomczyna i Cieciszewa. „Czynił wiolencję przeciw prawu i ludzkiej słuszności zabierając ludziom konie, wozy, siekiery”, napotkanych w lesie chłopów bił, a wozy uprowadzał do Brześcc. Szymanowskim zdarzyło się nawet posuwać do wyciągania pali z wybudowanych tam chroniących od zalania brzeg Dębówki i Cieciszewa, gdyż uznali budowę ochrony przed wodą za naruszenie granic. Pół wieku później niewiele się zmieniło, w roku 1795 dziedziczka Szymanowska „przyaresztowała” chłopów z Cieciszewa, którzy uciekli przed zawieruchą wojenną z klucza oborskiego twierdząc, iż poddani ci stanowić będą rekompensatę za kwestię nieuregulowanych granic.

Granica między Cieciszewem, Słomczynem a Kawęczynem z oznaczonymi kopcami na XVII wiecznej mapie ze zbiorów archiwalnych

O ile granica kawęcka biegła lasem, gdzie łatwo było rościć sobie pretensje do poszczególnych drzew, wydawać się mogłoby, że rzeka Jeziorka, nie będąca tak kapryśna jak Wisła, jest granicą w miarę stałą. Tak jednak nie było, o czym przeczytać będzie można za w następnej części niniejszego wpisu.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • Księga Ziemi Czerskiej 1404-1425 poprzedzona wstępem historycznym, Warszawa1879, wyd. A. Pawiński
  • Matricularem Ducatus Masoviae Codices saeculo XV-XVI conscripti, t. I 1417-1429, Warszawa 1918, red. A. Włodarski
  • BYSTROŃ Jan Stanisław, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce. Wiek XVI – XVIII, Warszawa 1960

Życzenia

ksunder

Zdrowych pogodnych i mniej zimowych Świąt Wielkanocnych i abyśmy nie musieli w nadchodzący poniedziałek obrzucać się śnieżkami i lodem!

Tajemnice Konstancina: Ulica Literatów

ksunder

Obecnie chyba nikt nie zastanawia się z jakiego powodu nazwę ulicy nosi niewielka uliczka osiedlowa, biorąca początek między blokami na osiedlu Grapa, brzegiem skarpy wiślanej wiodąca w kierunku Obór. Także mało kto wie, iż znaczna część tej drogi, jest jednym z najstarszych szlaków nie tylko Konstancina ale i Mazowsza…

Pałac w Oborach jak najbardziej przy ulicy Literatów, Stolica nr 37/1960

Dlaczego więc uliczka osiedlowa jest ulicą Literatów, skoro leżąca po przeciwnej stronie ulicy Wilanowskiej uliczka wiodąca między budynkami nie doczekała się takiego miana? Przyczyną powyższego stanu było wybudowanie bloków na Grapie. Z dawna ulica Literatów wiodła w kierunku Obór, prowadząc od rzeki Jeziorki, w miejscu gdzie znajduje się obecne rondo. Nazwę nadano jej po II wojnie światowej, bowiem prowadziła w kierunku Pałacu, gdzie siedzibę swą znalazł wówczas Związek Literatów Polskich. Początek swój ulica brała zaraz za obecnym rondem, gdzie rozdzielała się z drogą prowadzącą w kierunku Słomczyna. Wybudowanie bloków oraz pawilonów spowodowało, iż jej początkowa część zniknęła. Pozostał jedynie fragment, ukryty za blokami, nad garażami na skarpie, dopiero od skrzyżowania z ulicą Mickiewicza utwardzony i wylany asfaltem. A do Obór zaczęto jeździć skręcając w ulicę Mickiewicza na skrzyżowaniu, które do czasu ostatniego remontu drogi było jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc Konstancina, bowiem z powodu jego umiejscowienia  i braku ograniczenia prędkości z kierunku od Góry Kalwarii, przynajmniej raz w miesiącu zdarzał się tam przynajmniej poważny wypadek. Jednakże po dziś dzień spotkać się można z informacjami, że niektóre z tych wypadków były aranżowane, bowiem choć Antoni Słonimski zmarł wskutek ran odniesionych w roku 1976 w wypadku na tym skrzyżowaniu, nieopodal domu Romana Bratnego, nadal w prasie pojawiają się opinie, iż nastąpiło to wskutek działań służby bezpieczeństwa.

Miejsce przygotowane pod budowę bloków w miejscu ulicy Literatów w latach sześćdziesiątych XX wieku (źródło: K. Orthwein - Przemiany kulturalne i społecznie w podwarszawskim osiedlu Skolimów-Konstancin, Wrocław 1969)

Cofając się w nieco w przeszłość, na starych mapach i zdjęciach lotniczych dostrzeżemy gdzie droga ta brała swój początek,  nieopodal szmaciarni znanej obecnie jako Stara Papiernia. Jeszcze podczas II wojny światowej była to główna droga prowadząca do Obór. To wtedy nieopodal niej, gdzieś na terenie obecnego osiedla Grapa, nazwanego tak od istniejącego tu od początku XX wieku parku, dokonana została przez Niemców egzekucja rodzin cygańskich i żydowskich. Choć historia ta stała się częściowo jedną z tutejszych miejskich legend, mające miejsce ekshumacje i zachowane przekazy wskazują, iż jest w nich sporo prawdy.

Zdjęcie lotnicze z roku 1930 zestawione z mapą Wojskowego Instytutu Geograficznego z roku 1932 przedstawiające pierwotny układ przestrzenny. Zdjęcie pochodzi z Tygodnika Ilustrowanego nr 35/1930, a chcących zobaczyć je w całości zachęcam do odwiedzin facebookowego profilu Historii. Ludzi i Architektury Konstancina

Nim ulica stała się ulicą Literatów, już od dawna pozostawała w cieniu dwóch dróg. Wspomnianej drogi w kierunku Słomczyna, która główną drogą w kierunku Góry Kalwarii pozostawała co najmniej od ostatniej ćwierci XVIII wieku, kiedy droga ta została królewską drogą pocztową, jedną z tras szybkiego ruchu, której część zobowiązani byli naprawiać byli dziedzice Obór. Drugą z dróg, która przyczyniła się do spadku znaczenia obecnej ulicy Literatów, była niepozorna grobla, prowadząca przez łąki począwszy od fabrycznego stawu w Mirkowie w kierunku Obór. Od momentu powstania papierni stała się główną drogą prowadzącą do Pałacu, choć obecnie trasa ta zaczyna się niejako na terenie zakładu, wówczas biegła jego krawędzią a jej przedłużeniem była obecna ulica Mirkowska (co bardzo dobrze można dostrzec przykładając linijkę na mapie Konstancina w miejscu gdzie ulica ta zaczyna skręcać w kierunku kościoła, linia prosta wskaże nam drogę do Pałacu, wiodącą wzdłuż stawu, obok krzyża z roku 1856).

Nim Papiernia stała się rozbudowanym zakładem, główną drogą wiodącą do Obór była obecna ulica Literatów, biorąca swój początek za przeprawą przez Jeziorkę, nieopodal młyna. Jeszcze pod koniec XVIII wieku traktowana była jako reprezentacyjna aleja prowadząca w kierunku Pałacu i austerii wybudowanej dla podróżnych przy drodze do Karczewa. Jak zanotowano w roku 1784 „ulice wedle Obór do Jezierny ku Austeryi Nowey Oborskiej (…) na mieysce drzewek wyschłych i połamanych lipiną y topoliną wszystkie kwatery na zimę przesadzone”. Później jak zapisywano rok po roku w miejsce drzew, które uschły sadzono kolejne, aby wysokie topole i lipy dawały cień podróżnym. Po dziś dzień w tej części ulicy przetrwały nasadzone zwyczajowo drzewa, choć obecne nie mają 200 lat. Drogę tę w tych dokumentach kilkakrotnie określono mianem „drogi z Grapy”. Grapa to staropolskie określenie wiślanej skarpy, jednakże w dokumentach oborskich określany jest tak jedynie jej niewielki fragment, część między pałacem a Jeziorką. Co ukazuje nam też, iż określenie zapożyczone na nazwę parku, a później osiedla musiało tu być w użyciu z dawna…

Na zdjęciach widoczny obecny początek ulicy między blokami i jej dawny zachowany przebieg na skarpie, nasadzone drzewa wzdłuż szlaku i kilkusetletnie dęby w miejscu gdzie droga schodzi w dół

Jeśli cofniemy się o kolejny wiek, ujrzymy sytuację nieco inną. Obecna ulica Literatów jest częścią głównej drogi prowadzącej w kierunku Góry Kalwarii, szlak stanowiący obecną ulicę Wilanowską jest traktowany alternatywnie i nie jest wówczas tak ważny. Jeszcze pod koniec XVII wieku drogą przez Obory przejeżdża podróżujący na Ruś kawaler le Tende, a zmierzający na sejmy do Warszawy szlachetkowie napadają na chłopów należących do Jana Wielopolskiego. Tu znajduje się wielka karczma, jest to główna trasa podróży. Ulica Literatów biegnie wówczas od Jeziorki przez Obory, dalej staje się drogą która jest nadal w użyciu, jako ulica Podlaska prowadzi  w kierunku Cieciszewa, niegdyś wiodła dalej do Góry Kalwarii, krzyżując się z drogą do Karczewa. Na najstarszej zachowanej mapie tych okolic z końca XVII wieku droga ma przebieg taki jak obecnie, schodząc ze skarpy w tym samym miejscu, gdzie po dziś dzień rosną dęby, pomniki przyrody mające kilkaset lat, pamiętające czasy świetności tego szlaku. Co stało się więc, iż droga ta straciła palmę pierwszeństwa na rzecz obecnej ulicy Wilanowskiej? Sprawiła to niszczycielska działalność Wisły, która prócz zalania całości szlaku od Cieciszewa do Brześcc i zmiany linii brzegowej połączonej z całkowitym zniszczeniem wielu tutejszych wsi, zniszczyła około roku 1715 kościół w Cieciszewie. Odbudowano go na skarpie w Słomczynie, a jednocześnie w tym czasie główną drogą stał się położony z dala od kapryśnej Wisły szlak na skarpie.

fragment szkicu z XVII wieku przechowywanego w zbiorach archiwalnych, wyraźnie oznaczona jako główna droga obecna ulica Literatów prowadząca do Obór i skarpa (linia przerywana)

Jednak już w wieku XVI obecna ulica Literatów nie miała takiego znaczenia, jak w czasach średniowiecza, bowiem w epoce nowożytnej głównym szlakiem handlowym była Wisła. Jeśli jednak popatrzymy  na mapę Polski  sprzed XIV wieku z łatwością dostrzeżemy jedną z najważniejszych dróg Mazowsza. Prowadzący z Wyszogrodu szlak, przez Warszawę czy wcześniejszy Jazdów, ku przeprawie przez rzekę Jeziorę, biegnący dalej poprzez grody w Czersku i Zawichoście  do Lublina i na Ruś. A za brodem jeziorańskim trasa ta prowadziła ze skarpy w dół, przy niej założono Obory i Cieciszew, siedziby rodowe Pierzchałów, co wskazuje nam na jej olbrzymie znaczenie komunikacyjne.

I tak dotarliśmy do początków historii Polski. Nasza droga jest dużo starsza, a ukształtowanie terenu upewnia nas, iż biegła tędy od dawna, gdy na obecnych łąkach oborskich rozlewały się wody Jeziory, a Wisła płynęła brzegiem starorzecza, ciągnącego się przez łęgi oborskie w kierunku Cieciszewa. Już tysiąc lat temu podążano zapewne więc tą częścią szlaku, który stanowi obecnie ulica Literatów, umożliwiającego ominięcie bagien i rozległego jeziora po krawędzi skarpy. Wzdłuż przedłużenia tej drogi odnajdywano w kierunku Cieciszewa rozmaite znaleziska, dowodzące prowadzenia handlu, takie jak arabskie monety z wieków X i XI. W samym zaś Czersku niektóre ze znalezionych monet pochodzą z wieków VIII i IX, z kolei znaleziska Zdzisława Skroka wskazujące na istnienie osady rybackiej na krawędzi obecnej skarpy u krańca ulicy Mickiewicza cofają nam historię ulicy Literatów do czasów najdawniejszych, w dawno zapomnianą przeszłość tych ziem, na długo nim zyskały one nazwę Mazowsza….

Ulica Literatów obecnie, biorąca początek między blokami (maps.google)


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • Archiwum Parafialne w Słomczynie
  • SKROK Zdzisław, Konstancin. Zapomniana arkadia, Warszawa 2003
  • SZULIST Władysław, Ważniejsze szlaki handlowo-komunikacyjne województwa mazowieckiego w XVI – XVII w., Rocznik Mazowiecki t. 6, 1976, s. 325-358

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci