Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Stulecie kościoła w Konstancinie

ksunder

W tym roku mija wiek od dnia, w którym odprawiono pierwszą mszę w kościele przy obecnej Alei Piłsudskiego 54, zwanej jeszcze do niedawna Aleją Zjednoczenia. Stulecie dla kościoła to okres może i skromny w porównaniu choćby z kościołem w Słomczynie, sięgającym swymi tradycjami Cieciszewa w roku 1236, jednakże równie zacny. Mimo, że najważniejsze wydarzenia tego stulecia opisuje kalendarium umieszczone na tablicy na froncie kościoła, informacje o historii świątyni nie wydostały się dotąd poza karty książek, co mam nadzieję zmieni niniejszy wpis.

Początek XX wieku dla parafii w Słomczynie stanowi okres przyrostu ludności. XVIII wieczny kościół staje się zbyt małym z powodu wielkiej liczby nowych parafian, a także nazbyt dla nich oddalonym od nowo wybudowanych osiedli i letnisk. Stąd powstaje w roku 1905 kaplica w Skolimowie, z czasem rozbudowana, zaś w Jeziornie Fabrycznej, której populacja zwiększyła się gwałtownie po przeniesieniu tu Mirkowskiej Fabryki Papieru wraz z jej pracownikami i ich rodzinami, w roku 1909 zostaje zakończona budowa kościoła. Obie te świątynie są filiami parafii, gdzie na msze święte ze Słomczyna dojeżdża kapłan. Paląca staje się potrzeba wybudowania kolejnego kościoła filialnego, bowiem powstałe niecałą dekadę wcześniej letnisko w Konstancinie przeżywa rozwój. Mimo, iż budowę świątyni przewidziano już na etapie wytyczania ulic i planowania Konstancina, kiedy to hrabia Witold Skórzewski ofiarował na ten cel plac, budowa napotkała trudności. Jak zapisano „już od kilku lat założyciele tej letniej siedziby myśleli o budowie kościoła, lecz zamiar ten dla różnych przyczyn nie mógł się urzeczywistnić, pomimo że ofiarowano grunt w najlepszym miejscu na wystawienie kościoła”. Powód był najprawdopodobniej natury finansowej, gdyż jak odnotowano w roku 1913 „dopiero ofiarność Józefy hr. Dąmbskiej, która całą sumę na budowę potrzebną ofiarowała, urzeczywistniła te zamiary”. Kosztem zaplanowanych 40 000 rubli w sosnowym lasku nieopodal rzeczki rozpoczęto budowę świątyni. W roku 1910 kamień węgielny pod budowę kościoła filialnego poświęcił i wmurował proboszcz Stanisław Kozłowski ze Słomczyna, co odnotowały ówczesne gazety. Na uroczystości tej ani hrabia Skórzewski zamieszkujący na stałe w Wielkopolsce, ani hrabina Dąmbska przebywająca w Warszawie nie byli obecni, reprezentowali ich przedstawiciele. Projekt kościoła w stylu neogotyckim sporządzili uznani architekci Józef Pius Dziekoński i Zdzisław Mączeński.

Hrabina Józefa z Iwaszkiewiczów, a właściwie Joanna Józefa z Iwaszkiewiczów Dąmbska, ponaglać miała wykonawców, proboszcza i architekta do wzmożonej pracy, bowiem jako osoba wiekowa, urodzona w roku 1821, pragnęła ujrzeć kościół wybudowanym. Życzenie to najprawdopodobniej się spełniło, gdyż fundatorka zmarła w Warszawie w dniu 1 stycznia 1915 roku, zaś kościół w stanie surowym ukończono w roku 1911. Kolejny rok Józef Rostowski zajmował się wyposażeniem jego wnętrza, odnotowano, iż w niewielkim acz pięknym kościółku „pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny” umieszczono w wielkim ołtarzu „artystycznie wykonanym” kopię obrazu Guido Reniego, XVII wiecznego artysty. Kopię namalował Bronisław Wiśniewski. Ponadto jak zapisano kościół prezentował się „mile” z powodu światła rzucanego z „misternie wykonanych okien z kolorowych szyb”. Na jednej z nich odnotowano datę zakończenia budowy kościoła – 1911. Rostkowski jest także twórcą znajdujących się do dnia dzisiejszego w świątyni konfesjonałów. W kościele położono także zachowaną dotąd terakotę. Żyrandole z dębowymi liśćmi są testamentową fundacją hrabiny Dąmbskiej. Nadto po prawej stronie ołtarza, na wprost zakrystii, znajdowała się wówczas jeszcze loża fundatorki, nie istniejąca od roku 1973, do której prowadziły oddzielne drzwi – dziś nieużywane. Hrabina na msze przybywać mogła z wybudowanego nieopodal przez tego samego architekta pałacyku, na którym do dziś widnieje herb rodowy, od którego willę tę nazwano „Pod Dębem”.

Kościół jeszcze bez zegara i otaczającej go roślinności...

W dniu 11 maja 1913 dokonano poświęcenia kościoła wraz z nieukończoną jeszcze plebanią; stąd właśnie wkrótce obchodzić będziemy setną rocznicę istnienia kościoła. Proboszcz Słomczyński niezwłocznie wystąpił do władz archidiecezjalnych o zezwolenie na odprawianie nabożeństw i przechowywanie Najświętszego Sakramentu w kościele filialnym. Mimo, iż wkrótce wybuchła wojna, nieopodal siedziby parafii w Słomczynie toczyły się zmagania bitewne, letnisko wraz z kościołem przeżywało rozwój. W święto 15 sierpnia 1918 mszę świętą odprawił tu ówczesny arcybiskup warszawski Aleksander Kakowski, zaś w rok później sumę odpustową nuncjusz Achilles Ratti, późniejszy papież Pius XI. Kolejną istotną datą jest rok 1923, kiedy to kościół znalazł się w strukturach utworzonej wówczas parafii skolimowskiej, której siedziba znajdowała się w kościele w Skolimowie.

W roku 1931 zamontowany został na wieży kościelnej zegar będący fundacją ewangelickiego mieszkańca uzdrowiska – Daniela Kraushara, zamieszkującego w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła w willi Słoneczna. W latach trzydziestych wnętrze kościoła ozdobiły stacje drogi krzyżowej oraz boczne ołtarze z czasem wyposażone fundacjami rodziny Bieńkowskich, warszawskich wytwórców noży i posiadaczy willi Stokrotka oraz Janiny Kowalskiej, właścicielki willi Bliska.

Czas wojny przyniósł częściowe zrujnowanie kościoła. W roku 1940 Niemcy zabrali dzwony. Po zakończeniu działań wojennych ks. Antoni Burzyński odnowił dach kościoła, a wokół świątyni nasadzono żywopłot oraz lipy i tuje, obecnie otaczające kościół. Kolejnym duszpasterzem został wspominany do dzisiaj przez wielu mieszkańców ks. Eugeniusz Żelazowski. Za jego czasów zlikwidowano w ławkach i krzesłach imienne tabliczki oraz w roku 1950 zawieszono dzięki ofiarności mieszkańców dwa dzwony, w miejsce zrabowanych przez Niemców. Większy ważący 200 kg „Eugeniusz Stefan Zygmunt” oraz mniejszy „Roman” z napisem „Rok jubileuszowy 1950 Konstancin. Sit nomen domini Benedictum. Fundit me Beniamin Wit Wercki 1718” (zapewne na pamiątkę jednego z fundatorów). Ksiądz Żelazowski wspominany jest jako organizator życia parafialnego. Przy kościele znajdowało się wówczas boisko, ponadto za jego czasów na potrzeby kościoła ministranci produkowali płytki chodnikowe, wykorzystane później na terenie kościoła. W roku 1974 kościół doczekał się nowego krzyża, a w 1977 wpisany został do rejestru zabytków.

W roku 1964 w Konstancinie utworzono rektorat, w ten sposób kościół zyskał znaczną samodzielność, bowiem od tego roku prowadzone są w nim akta metrykalne i księgi parafialne. Dokumenty od dnia 1 października przechowywane są w założonej wówczas kancelarii parafialnej. W roku 1972 w miejsce ks. Żelazowskiego rektorat objął nie mniej charyzmatyczny ks. Bogdan Jaworek. Za jego czasów z dniem 1 września 1976 dekretem erekcyjnym Arcybiskup Metropolita Gnieźnieński i Warszawski Prymas Polski Kardynał Stefan Wyszyński utworzył parafię Konstancin pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Parafię wyodrębniono z parafii Skolimów, a jej granicą stała się rzeka Jeziorka, brzeg skarpy wiślanej, droga wiodąca z lasu do Obór oraz podzielone częściowo ulice Graniczna-Oborska-Kościuszki-Piasta-Jaworowska.

Ksiądz Jaworek pełnił funkcję proboszcza do początku lat dziewięćdziesiątych, a w pamięci wielu mieszkańców pozostał ze względu na swą osobowość i zdecydowaną postawę. Do dziś dnia pamiętane jest nawiedzenie parafii przez kopię obrazu jasnogórskiego, a także założenie w kościele użytkowanego do dziś nagłośnienia, co ponoć przyczyniło się do budowy przystanku autobusowego przez władze obok kościoła (w miejscu obecnego parkingu). Niedzielne msze stały się bowiem zbyt dobrze słyszalne w Słonecznej, dawnej willi Kraushara, teraz należącej do Ambasady ZSRR, a dzięki nasilonemu ruchowi autobusów MZA można je było zagłuszyć. Za czasów ks. Jaworka obok kościoła wybudowano dom parafialny. Drugim proboszczem, sprawującym tę funkcję do dnia dzisiejszego został w roku 1992 ks. kanonik dr Jan Tondera, który w ostatnich latach znacznym wysiłkiem finansowym dokonał odnowienia blisko stuletniego kościoła. Wymieniony został dach, wyremontowano wnętrze, uprzednio otoczywszy kościół kostką oraz w miejsce rozpadającej się siatki budując nowe ogrodzenie, zachowując przy tym pierwotny wygląd kościoła. Także obecny proboszcz doprowadził w roku 1998 do konsekracji kościoła, która z nieznanych przyczyn nie odbyła się po jego wybudowaniu.

W maju kościół rozpocznie więc drugie stulecie swej historii.


Literatura:

  • Świat, pismo tygodniowe ilustrowane, r. V. nr 44/1910
  • KALWARCZYK Grzegorz, Dekanat konstanciński w archidiecezji warszawskiej, CIC C, Warszawa 2001
  • Świątek T.W., Konstancin. Śladami ludzi i zabytków, Pruszków 2007
  • GOLA Anna, KRASUCKI Michał., Kościół Wniebowzięcia NMP - artykuł na stronie www.muzeumkonstancina.pl/309_kosciol_wniebowziecia_nmp - dostęp: 04.03.2013
  • MILEWSKI Tomasz, Kilka kartek - Konstancin mojego dzieciństwa - <artykuł na stronie http://www.muzeumkonstancina.pl/518_kilka_kartek__konstancin_mojego_dziecinstwa - dostęp: 04.03.2013
  • SKROK Zdzisław, Konstancin – zapomniana arkadia, Warszawa 2003
  • Wiadomości Archidiecezjalne Warszawskie, 1913

Wpis ten powstał w związku z rocznicą kościoła parafialnego. Dostępny jest również na stronie Wirtualnego Muzeum Konstancina, gdzie pobrać go można w formie pliku PDF do wydruku.

Mała uwaga na zakończenie. Ten zupełnie nieplanowany do wczoraj i nieco przydługi wpis powstał kiedy zamierzając zamiast niego umieścić skan artykułu z roku 1910 o rozpoczęciu budowy kościoła odkryłem ze zdumieniem, że w internecie nie sposób znaleźć żadnych informacji na temat historii kościoła Wniebowzięcia NMP do których mógłbym się odwołać. Mam nadzieję, że lukę tę udało mi się nieco uzupełnić, a ewentualne pomyłki które mogły powstać proszę wskazywać w komentarzach. Warto uzupełnić naszą wiedzę o kościele o nowe bądź nieznane fakty.

Życie nad Wisłą

ksunder

Obecnie Wisła jest dla okolic Konstancina tylko ciekawostką, miejscem turystycznych wycieczek i nieprzekraczalną granicą. Na rzece kończy się gmina Konstancin-Jeziorna i nawet w mej głowie stanowi ona pewną mentalną barierę. Należę do pokolenia, które choć miało jeszcze to szczęście, że brało udział w zamierającym wypoczynku i kąpieli w Wiśle nie pamięta, że rzeka niegdyś łączyła mieszkańców obu brzegów. Dla Łurzyca zaś była spoiwem.

Po II wojnie nad rzeką zaczęło stopniowo zamierać życie. Powszechniejąca komunikacja sprawiła, że wyasfaltowano drogi i łatwiej było pojechać na drugą stronę rzeki pojazdem, by odwiedzić krewnych, niż przeprawiać się drewnianym przewozem. Jednakże takie wizyty stały się siłą rzeczy rzadsze. Karczew, przez 500 lat główne miejsce wypraw dla mieszkańców tych ziem, stracił na znaczeniu. Jego miejsce zajęła Warszawa, gdzie ze wsi zaczęto dostarczać płody rolne. A przecież przewóz, o którym wciąż zbieram materiały i mam nadzieję kiedyś napisać, był jednym z serc regionu. Mieszkańcy okolicznych wsi przeprawiali się na karczewski targ, a w drugą stronę płynęli polscy i żydowscy handlarze. Na terenie przedwojennej gminy Jeziorna skupowali owoce, warzywa, żywiec… dostarczali potem wprost towary karczewskim sklepikarzom i rzeźnikom. Targ karczewski był największy w okolicy, dzięki rynkowi targowemu Karczew w roku 1548 uzyskał prawa miejskie. I wówczas stał się dzięki jarmarkom i targom, sąsiedztwu szlaku handlowych, centralnym punktem tych ziem. A prowadził doń przewóz, który od początku XVI wieku dzierżyli Oborscy i pobierali opłaty. W mieście krzyżował się szlak handlowy małopolski z ruskim, ze szlakiem wiślanym i przewozowym. O tym jak ważnym miejscem był dla mieszkańców klucza oborskiego niech świadczy fakt, że drogę przez Obory do przewozu już w XVIII wieku zwano „drogą od Karczewia”, co jednocześnie podkreśla iż Wisła granicy nie stanowiła… Sam niestety historie o przeprawie w końcowym okresie jego istnienia, gdy zarządzała nim rodzina Kanabusów, znam już tylko z rodzinnych opowieści. Przewoźnik nie miał łatwego życia, jak w świetnej książce o Łurzycu opisał Maurycy Stanaszek, dowcipnisie pokrzykiwali „Przewozu! Przewozu! Czekaj chamie do mrozu!”. A gdy poirytowany długim oczekiwaniem na zabawiających się w odwiedzinach u Zawiślaków odchodził zabierając wiosła, zdarzali się i tacy jak mój dziadek, który wyciąwszy drągi z nadbrzeżnej roślinności przeprawił swą rodzinę na drugą stronę rzeki uprowadzając łódź.

Dzięki przewozowi i licznym łodziom pychówkom przeprawianie się na drugi brzeg nie było niczym nadzwyczajnym. Zimą przechodziło się na drugi brzeg po lodzie, a trasę przejścia wyznaczały ułożone witki lub tyczki, prowadzące w kierunku wsi Nadbrzeże, omijające miejsca gdzie lód był cieńszy. W ten sposób odwiedzało się rodziny, często z powodu śniegu z Gassów, Ciszycy czy Opaczy łatwiej było udać się do kościoła do Karczewa, który leżał dużo bliżej. Zdarzało się także, że tamtejsza parafia przejmowała rolę parafii słomczyńskiej, jak w zimie przełomu roku 1794 i 1795, gdy na ziemiach oborskich zapanowały „tempora belli”, czasy wojenne jak odnotowano w kronikach kościelnych, czy też rewolucji jak mówiono w dobrach oborskich…

W książce o Łurzycu zabrakło niestety miejsca, by opisać wiele aspektów bogatego życia nad Wisłą, gdzie jeszcze nie tak dawno wzdłuż brzegów wisiało w sobotę pranie, które wykonywano raz w tygodniu w rzece w nadwiślańskich wsiach, przy okazji biorąc kąpiel. Rzeka pełna była rybaków, a w Wiśle żyły wspaniałe ryby, jak wspominają tutejsi mieszkańcy aż do lat siedemdziesiątych XX wieku rzeka w nie obfitowała. W zachowanym liście pruskiego landrata (urzędnika ziemskiego) powiatu czerskiego z roku 1804, kierowanego do ekonoma Obór, widnieje zalecenie że gdy będzie się u niego zjawiał na zarządzoną odprawę wraz z sołtysami wsi nadrzecznych, dostarczyć ma karpia lub szczupaka wiślanego… Niektórzy żyli z ryb sprzedając je w Gassach czy Ciszycy handlarzom z Karczewa, w tym wspomnianym Żydom.

Połowy na odnodze Wisły, 1942, ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Choć do początku XX wieku Wisła straciła swe znaczenie handlowe, wciąż była szlakiem spławnym. Niektóre z domów w okolicznych wsiach budowane były z drewna, spławionego z gór przez flisaków i oryli. Wzdłuż wiślanych brzegów wiodły wydeptane ścieżki, którymi holowano łodzie i tratwy, a flisacy gościli w licznych karczmach. Mimo, iż handel z czasem ustał, długo jeszcze po Wiśle pływały bocznokołowce. Dobijały do przewozu w Gassach, gdzie jak wspominają najstarsi mieszkańcy, pasażerowie kupowali owoce.

W latach pięćdziesiątych przeprawa promowa uległa likwidacji, a plan strategiczny Układu Warszawskiego zakładający jak najmniejszą liczbę mostów na Wiśle, aby powstrzymać NATO przed przeprawą, uniemożliwił odbudowę mostu w Świdrze. A z czasem ruch na rzece zamarł i dziś trudno uwierzyć, że była ona pełna życia.

W kolejnych wpisach postaram się przybliżyć wiślany handel i jego znaczenie dla okolic Konstancina, a także flis i Olędrów oraz związki tych ziem z Karczewem. Dla okolic Konstancina, gminy i klucza oborskiego miały one olbrzymie znaczenie.

Choć dawna świetność Wisły już nie powróci, to w ostatnich czasach wzdłuż jej biegu organizowane są liczne imprezy – jedną z nich jest Flis Festiwal, odbywający się w Gassach, gdzie podejmowane są próby reaktywacji tradycyjnych biegów łodzi wiślanych, przeprawy promowej, a także pojawiają się przedstawiciele starych wiślanych zawodów. W tym roku będzie to między innymi szkutnik Mateusz Tabaka z Basonii – poniżej zobaczyć można świetny film z jego udziałem. Basonia to nadwiślana miejscowość, gdzie zachowała się sztuka wykonywania drewnianych łodzi, o czym można poczytać tutaj, ja zaś polecam film z wizyty w Basonii przedstawicieli Fundacji Szerokie Wody. O samym festiwalu będę jeszcze pisał, bo impreza ta odwołuje się do wiślanej tradycji Łurzyca, zresztą link do strony festiwalu gości już od jakiegoś czasu na bocznej szpalcie. Polecam jeszcze Facebookową stronę Domu Wisły, stanowiącą zbiór ciekawych informacji na temat Wisły.

A być może znów za jakiś czas do Gassów dopłynie bocznokołowiec. Remontowany holownik Lubecki, weteran trzech wojen, wybudowany w roku 1911 ma powrócić na rzekę i wozić pasażerów. Początkowo tylko w Warszawie, gdzie miastu przywrócona zostanie rzeka, lecz później być może uda się na południe.

Na Łurzyca.

Lubecki


[we wpisie w stosunku do oryginalnego dokonano zmian w postaci zastąpienia słowa Łużyce słowem Łurzyce, bowiem jak wynika z najnowszych badań naukowych, formą prawidłową jest ta ostatnia - patrz tutaj]

Wpis techniczny

ksunder

Mija właśnie miesiąc od dnia, w którym umieściłem pierwszy wpis w sieci pod adresem testowym, a dzień później znalazł się już pod tym co obecnie. Przez ostatni miesiąc próbowałem wpisów o różnej konwencji wychodząc z założenia, iż blog nie jest dobrym miejscem na typowy wykład historyczny, jednak ku memu zaskoczeniu wpisy takie – choćby jak ten o Skolimowie – cieszyły się dużą popularnością. Przez ten miesiąc usłyszałem, że uprawiam para-historię, cokolwiek by to nie znaczyło, acz wypowiedź ta miała wydźwięk pozytywny. Uważam jednak, że na blogu właściwe jest podawanie informacji w ten sposób,  z zachowaniem źródeł, bez operowania przypisami, nieco swobodniejszym językiem. I mam wrażenie, z sygnałów które do mnie docierają, że forma ta się przyjęła. Stąd też zamieszczać tu będę nadal wpisy odnoszące się do okolicznych ciekawostek, przybliżając nieznaną dotąd historię. Chcącym poszerzyć swą wiedzę o Konstancinie, polecam spis bibliograficzny znajdujący się w tym miejscu, na stronie Wirtualnego Muzeum Konstancina. W ostatnim miesiącu Muzeum doczekało się również swojej strony Facebookowej – warto śledzić pojawiające się tam nowości. Chciałbym zwrócić uwagę jeszcze na inny ciekawy projekt – Muzeum zachęca na Facebooku do nadsyłania swoich wspomnień i dzielenia się nimi. Jak pokazują wspomnienia Tomasza Milewskiego, cieszące się zasłużoną popularnością, warto opisać to co wydaje nam się nieistotne. A już za kilka lat okaże się, że opisy nieistniejących miejsc są tak samo egzotyczne, jak zdjęcia ulicy Bielawskiej z roku 1994 widniejące w serwisie zdjęciowym Konstancina i okolic.

Wpisy będą teraz pojawiać się trochę rzadziej, jednak co najmniej raz w tygodniu, bo muszę przyznać że dbanie o ich jakość nieco odciąga mnie od innych – bardziej naukowych projektów. Nie sądzę żebym pisał kiedyś o willowym Konstancinie, bo sporo już powstało na ten temat literatury, a ponadto założeniem tego bloga jest przywrócenie zapomnianej historii całej gminy. I z tego co widzę wiele osób jest tym zainteresowane, sądząc po zapytaniach wpisywanych w wyszukiwarkę google. Poszukujących informacji o historii Cieciszewa proszę jeszcze o nieco cierpliwości - zostanie ona wynagrodzona podczas obchodów 650-lecia istnienia wsi, która tak naprawdę liczy wieków osiem...

Powstanie letniska sprawiło, że reszta dóbr oborskich i okolicznych wsi wraz z Łurzycem zostały zepchnięte w cień i zapomniane. Cieszę, się że podchwycono moje zdanie o tym, że elementem tożsamości historycznej naszej gminy jest nie tylko letnisko Skolimów-Konstancin i Papiernia, lecz również okoliczne wsie, których mieszkańców korzenie sięgają nierzadko kilkaset lat w przeszłość na tych terenach.

I skoro już przy tym jesteśmy – osoby związane z Łurzycem od pokoleń zachęcam do wzięcia udziału w teście DNA. Jest to element projektu naukowego dr Stanaszka – zachęcam do wejścia na tę stronę i poczytania o teście, zwłaszcza iż jeszcze dzisiaj można wykonać go w promocyjnej cenie. Tajemnice genów pozwolą nam odkryć tajemnice naszej przeszłości. Angielscy naukowcy są w stanie rozpoznać na podstawie testów DNA swoich królów, w Polsce takie badania są rzadkością więc tym bardziej warto wziąć w nich udział.

Zaginione miejsca: Łazy

ksunder

W okolicach Konstancina jest wiele zapomnianych miejsc, czy to wsi czy folwarków, które przepadły w odmętach historii z różnych przyczyn. Także region Łurzyca obfituje w tajemnicze zaginięcia całych miejscowości, takich jak Żelawino, nieopodal Góry Kalwarii w pobliżu której zlokalizowano królewską komorę solną, Sosnka leżąca nieopodal Cieciszewa, czy choćby w niedawnej historii Konstancina założony przez Potulickich Teresin. Niniejszym chciałbym zainaugurować przybliżanie historii tych miejscowości i tajemnic ich zaginięcia, czasem związanych z działalnością przyrody, a czasem człowieka.

Zaczniemy od Łazów, wsi leżącej niegdyś w parafii Powsin. W Atlasie Historycznym Polski w XVI wieku, jednym z fundamentalnych dzieł polskiej nauki historycznej, nie dysponując precyzyjnymi wskazaniami ulokowano Łazy błędnie, na północ od Powsina w kierunku Powsinka. Odnalezione zapiski w archiwum oborskim pozwalają nam na umieszczenie wsi bardziej dokładnie i w nieco innym miejscu.

Łazy położone były pomiędzy Bielawą a Powsinem, na granicy obu tych miejscowości, zapewne w okolicach obecnego tzw. Pałacu Hinckfussowej. Miejscowość po raz pierwszy odnotowano w wieku XV, gdy darowano z niej dziesięcinę w roku 1428 plebanowi powsińskiemu. Należała do rodu Ciołków z Powsina i nazwę jej zapisywano początkowo jako Lassy bądź Lasy, co wskazuje nam na założenie na terenie zalesionym, w miejscu w którym teraz znajdują się pola i mokradła. Nazwa ta oznaczała niegdyś teren uprawny powstały w lesie po wykarczowaniu drzew. Fakt, że niegdyś w okolicy Bielawy znajdował się duży las, potwierdzają nam także inne wzmianki. W XVI wieku wieś zaczęto zwać Łazami, po czym jak odnotował wybitny polski historyk Aleksander Gieyszor, „wieś zaginęła na początku XVII wieku”. Co więc się przydarzyło? Ród Oborskich z Obór.

Jak zapisano Łazy leżały nad Jeziorką, bowiem „Od niepamiętnych czasów Jeziora przez Powsin” płynęła. Jeszcze pod koniec XVI wieku północna odnoga Jeziorki, stanowiąca granicę dóbr Oborskich płynęła w sposób nie do końca dla nas odgadniony, lecz przepływała przez Powsin korzystając ze starorzecza wiślanego i płynąc dalej w kierunku Wilanowa. Jej pozostałością są nie tylko jeziorka powsińskie i lisowskie, lecz i niewielka skarpa, po której przejedziemy wjeżdżając do Powsina drogą z Bielawy za szkołą amerykańską, a którą dostrzeżemy także na polach z drogi między Powsinem a Powsinkiem. Jak zanotowano w dobra powsińskie Jeziorka wpadała „począwszy od wsi Łazy”, z ukształtowania terenu domyślać się możemy, iż koryto rzeki skręcało ku Powsinowi w miejscu gdzie obecnie w Bielawie znajdują się jeziorka. Z opisu powyższego wiadomo, że Łazy leżały między Bielawą a Powsinem, gdzie znajdował się młyn.

Pradawne” koryto rzeki zmienione zostało w roku 1594. Marcin Oborski, podczaszy czerski, zmienił bieg rzeki Jeziorki. Gdzieś na północnej odnodze została usypana grobla, która przegrodziła rzekę i skierowała ją na w nowo wykopane koryto, prowadzące wprost do młyna oborskiego we wsi Podjeziora. Jak odnotowano „przy wsi K[tór]ej Jeziorey grobla nowo usypana która grobla skok wodny od kołje młyna prosto obrócony w grunt oborski zaczym rzeka Jeziora z Starego Meatu swego jest wzięta a ku dobrom wsi Obory obrócona przez to usypanie takowey grobli i nawrócenie skoku wodnego”. Spowodowało to, że główny nurt płynąć zaczął południową odnogą i zapewne wpływ miało także na stopniowy upadek młyna w Jeziornie Królewskiej, którego losy uprzednio opisywałem. Wówczas główny nurt Jeziorki skierowany został przez wieś Grąd i dalej istniejącym korytem koło wsi Chabdzinek (Habdzinek) do Wisły. Zaś fragment rzeki „starodawny który szedł ku dobrom powsińskim wsu rzeczoney Łazy gdzie przed tym starodawny młyn na tey rzece Jeziorey dziedzice z Powsina miewali jest osuszony a ta rzeka odjęta”.

Usypanie grobli przerwało dopływ wody z Jeziorki, a niemożność spiętrzenia wody i jej ciągłego dopływu sprawiła że młyn stracił rację bytu. Gdy okolica się zabagniła i została pozbawiona świeżej wody ludzie się wynieśli i w ten sposób wieś na początku XVII wieku przestała istnieć. A Jeziorka już nigdy nie popłynęła przez Powsin i z czasem zapomniano, że znajdujące się tam jeziorka są pozostałością po tej rzece, a nie po Wiśle. Rzecz jasna powyższy czyn spowodował niesnaski między Ciołkami a Oborskimi, jednakże do ugody doszło w miarę szybko. Oba rody nie miały w zasadzie wspólnych granic poza niewielkim fragmentem lasu nieopodal Skolimowa, ponadto Ciołkowie nie mogli podważyć faktu, iż Oborscy zatamowali rzekę na swej ziemi, a zgodnie ze staropolskim prawem wody Jeziorki w tym miejscu należały do nich.

Nie było to pierwsze i ostatnie wydarzenie wywołane przez dziedziców Obór, które dziś nazwać można katastrofą ekologiczną. Nie tak dawno temu podczas budowy wspomnianego już pałacyku zmieniono stosunki wodne w Powsinie i Bielawie, niszcząc przy tym unikalną florę i faunę tych terenów. Gdy składano wówczas zawiadomienie do Prokuratury nikt nie podejrzewał, że budowniczy pałacu mieli swego protoplastę, w osobie Marcina Oborskiego, który zmienił oblicze tych terenów 400 lat wcześniej.


Źródła:

  • AGAD, Obory
  • Kartoteka Adama Wolffa, IH PAN
  • Atlas historyczny Polski: Mazowsze w połowie XVI wieku, Warszawa 1973

Rejon na tzw. Mapie Kwatermistrzostwa (pomiary w latach trzydziestych XIX wieku) i mapie dóbr powsińskich z roku 1845. W rejonie wsi Lisy i Zamoście widoczne wyraźnie rozlewisko, a między Powsinem a Bielawą teren mokradeł - rozlewanie wiosenne wyraźnie oznaczono na drugiej mapie tego rejonu - woda wybierała zapewne drogę pozostałościami dawnego koryta.


[we wpisie w stosunku do oryginalnego dokonano zmian w postaci zastąpienia słowa Łużyce słowem Łurzyce, bowiem jak wynika z najnowszych badań naukowych, formą prawidłową jest ta ostatnia - patrz tutaj]

Zima na Łurzycu

ksunder

Przyjrzyjmy się jak wyglądała w przeszłości zima nad Jeziorką i Wisłą, gdyż znowu spadł śnieg i rozpoczęła się walka o miejsca parkingowe, co skłoniło mnie do dzisiejszego wpisu. Poza nieodśnieżonymi drogami i oblodzonymi chodnikami nie mamy tak naprawdę powodów do narzekań. Niegdyś opady śniegu potrafiły odciąć niektóre z okolicznych wsi od świata, chyba nie trzeba nikogo przekonywać jakim wyzwaniem jest wędrówka przez śnieżne zaspy, łatwo domyślić się co oznaczała konieczność udawania się z wsi takich jak Chabdzinek (Habdzinek) czy Opacz na mszę do kościoła w Cieciszewie, a później w Słomczynie. Nie każde gospodarstwo chłopskie dysponowało saniami bądź płozami zaczepianymi w miejsce kół, poza tym wielopokoleniowa rodzina nie mieściła się w całości na wozie. Drogi nie były odśnieżane ani posypywane, zatem należało wydeptać ścieżki. Potuliccy czy Wielopolscy podróżowali własnymi zaprzęgami, sanie zresztą były w zimie zwyczajnym środkiem transportu. Mecenas reprezentujący interesy Potulickich w połowie XIX wieku w przedstawianym im rozliczeniu rachunku wielokrotnie wykazywał, iż przemieszczał się sankami, podobnie czynił sądowy woźny, doręczający wezwania kolonistom olęderskim z dóbr oborskich.


Rzeki zamarzały. Pozwalało to wykuć z nich lód i zebrać jego zapas, stosowano go do przechowywania produktów spożywczych, wraz z rozwojem propinacji stał się także niezbędny do produkcji piwa. Wycięte i zebrane fury i bryły lodu przechowywano w lodowniach. Na ziemiach polskich istniały one od średniowiecza, nim w roku 1876 Carl von Linde odkrył jak wykorzystać amoniak do obniżenia temperatury co doprowadziło do stworzenia lodówek, lód przechowywano w nich. Lodownie istniały przy większości gospodarstw, w większości wypadków były dołami wykopanymi w ziemi, wyłożonymi drewnem, przykrytymi od zewnątrz, a ich ślad znaczyły kopce. Lód wydobywano jeszcze w połowie XX wieku, a lodownie przetrwały co najmniej do lat sześćdziesiątych. Do dziś w okolicy Konstancina wspominany jest p. Ziętek z Habdzina, który wytwarzał lody z krowiego mleka, jajek i brył lodowych wyciętych ze stawu habdzińskiego. Lód był zresztą przedmiotem handlu, wykorzystywano go w przetwórstwie spożywczym i zaopatrywano się weń właśnie zimą. Zachował się ciekawy opis z roku 1783 wielkiej lodowni dóbr oborskich zlokalizowanej w Dębówce, „pod górą” czyli skarpą. Dziurę wykopaną w ziemi wzmocniono „słupami mocnymi dębowymi”, obsypano ziemią i „pokryto słomą”.

Zamarznięta Jeziorka umożliwiała przeprawę między Jeziorną Oborską i Królewską, z kolei Wisła dawała możliwość przejścia w miejscu przeprawy karczewskiej. Lód łączył także ze sobą Gassy i Nabrzeże, gdzie związki rodzinne obu wsi od wieków były szczególnie bliskie. Jednakże zamarzające rzeki powodowały znaczne zagrożenia. Zamarzająca woda tworzyła szczeliny w śluzach na Jeziorce i niszczyła ustępy wodne. Zdarzyło się także, że zwały lodowe podniosły i uszkodziły młyńskie koła. Większe spustoszenia powstawały na Wiśle, gdzie lód wielokrotnie „urywał” wiślane brzegi, a spiętrzenia kry prowadziły do powstania zatorów. Były one szczególnie niebezpieczne, bowiem rozmarzająca woda rozlewała się wtedy po polach. W 1785 odnotowano, iż „dla utrzymania brzegów Wisły” w okolicach wsi Kopyty sprowadzono z lasów wągrodzkich ścięte sosny, a powstałe w ten sposób pale „kafarem na Wiśle po lodzie ubito”.  60 pali rozerwało płynący lód i uniemożliwiło powstanie zatoru, jednakże impet płynącego lodu był tak wielki, iż „połowę tych pali lody powyrywały y zabrały”. Lód doskwierał także na stawach i jeziorach, z Cieciszewa do Piasków nie było wówczas jeszcze grobli, drogę łączył most, który jak odnotowano był przez lody „psuty”.

Zima dobiegała wreszcie końca i nadchodziła wiosna. A wraz z nią roztopy i rozpoczynały się powodzie…


Źródła:

  • AGAD, Obory

Na zdjęciach powyżej pochodzących z Narodowego Archiwum Cyfrowego przedstawiono wyrąb i transport lodu przez przedsiębiorców lodowych w okolicach Warszawy w roku 1935. O lodowniach istniejących na ziemiach polskich od średniowiecza, poczytać można w tym miejscu.


[we wpisie w stosunku do oryginalnego dokonano zmian w postaci zastąpienia słowa Łużyce słowem Łurzyce, bowiem jak wynika z najnowszych badań naukowych, formą prawidłową jest ta ostatnia - patrz tutaj]

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci