Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Powsin

Ciołkowie

ksunder

W odkrywaniu historii Turowic i Kawęczyna uczyńmy niewielkie interludium, bowiem dotarliśmy w niej do punktu gdy ziemie te zakupił Mikołaj Turowski, co miało miejsce w roku 1514. Tymczasem uświadomiłem sobie, że opisując dotąd średniowieczne dzieje tych okolic, wielokrotnie odnosiłem się do losów potomków Stanisława z Cieciszewa z rodu Pierzchałów herbu Roch, którego potomkowie jako Oborscy i Cieciszewscy władali ziemią na południe od Jeziorki, gdzie obecnie położony jest Konstancin. Tymczasem jedynie wzmiankowałem ród Ciołków, przy okazji opisywania początków poszczególnych wsi, podczas gdyzasługuje on na oddzielny wpis. Bowiem aż do początków dziejów nowożytnych posiadał on tereny stanowiące obecnie znaczną część gminy Konstancin-Jeziorna.

730pxPOL_COA_Cioek.svg

Najstarsza poświadczona obecność Ciołków w tych stronach miała miejsce tuż za miedzą, w roku 1283 biskup kujawski Albert przekazał ziemie Powsina kasztelanowi z rodu Ciołków. Jego potomkowie władali Powsinem wraz z przyległościami do roku 1677, kiedy to odkupił go od nich Jan III Sobieski, kładąc podwaliny pod budowę majątku wilanowskiego. Dla historii tych ziem jednym z najistotniejszych wydarzeń była budowa drewnianego kościoła w Powsinie w roku 1398. Fundowała go Elżbieta, wdowa po kasztelanie czerskim. Świadkiem erygowania świątyni był Bolesta, pleban parafii leżącej po drugiej stronie Jeziorki. W ten sposób do historii przeszło imię najstarsze znane nam imię proboszcza z Cieciszewa, których od powstania parafii w roku 1236 musiało być niemało. W roku 1410 biskup poznański przychylił się do próśb mieszkańców Jeziorny Królewskiej, Lisów i Powsina i z parafii Wilanowskiej wyłączył Powsin jako nową parafię, która w niezmienionym kształcie przetrwała aż po wiek XX. Ciołkowie z czasem przybrali nazwisko od miejscowości którą posiadali i do roku 1677 zamieszkiwali te strony jako Powsińscy. Ta gałąź rodu wywodziła swe korzenie z północnej części ziemi sandomierskiej. Jej dzieje od pewnego czasu w „Wiadomościach Powsińskich” opisuje Krzysztof Kanabus, kto ciekaw, niech zajrzy do numerów marcowego, kwietniowego oraz październikowego z roku 2016.

Inna gałąź rodu pieczętująca się herbem Ciołek przybyła z Rożniszewa. W roku 1368 Mikołaj z Rożniszewa zakupił ziemie leżące na terenie parafii Cieciszewskiej – Chabdzin (Habdzin) wraz z Chabdzinkiem (Habdzinkiem) i Opaczą oraz Brześce, w skład których to dóbr wchodziły również Łubna oraz Baniocha. Jak wielki to był obszar ukazuje nam poglądowa mapka, którą zamieszczałem w ostatnim wpisie. Choć rozdzielona pasem ziem należącym do Pierzchałów była znacznie większa, zaznaczyć należy jednak iż większą jej część stanowiły leśne nieużytki. Dochód dawały wsie położone na obszarach żyznych madów wiślanych, które z czasem przybrały miano Urzecza. Bracia Mroczek i Stanisław Pierzchałowie podzieli na przełomie XIV i XV wieku swe ziemie i wkrótce ich ród przyjął od swych siedzib nazwiska Cieciszewskich i Oborskich. Podobnie uczynili Ciołkowie, choć data podziału pozostaje niejasna. Syn Mikołaja imieniem Wojciech osiadł w Chabdzinie a jego syn noszący to samo imię stał się znany pod łacińskim imieniem Adalbert Chebdziński. W księstwie mazowieckim doszedł do godności sędziego ziemi warszawskiej i czerskiej. Jego bratem był Piotr, doczekał się synów Pawła i Jana. Tego ostatniego przewidziano do stanu duchownego, bowiem w roku 1428 odnajdujemy go wśród studentów krakowskiego uniwersytetu. Z czasem został plebanem w Rembertowie. Chebdziński jako dziedzic Wojciecha wciąż posiadał prawa do Brześcc i Kawęczyna, na równi z potomkami Mikołaja zamieszkującymi Brześcce. W późniejszych latach zdarzyło mu się zastawić zresztą swe części Kawęczyna i Łubnej u Andrzeja Ciołka z Powsina i jego brata Jana o przydomku Loss. W ten sposób jasne staje się już dlaczego w roku 1476 właścicielem Kawęczyna był Stanisław Loss, wymieniony w poprzednim wpisie, jak się okazuje także z roku Ciołków. Syn jego Paweł związany był z ziemią rawską, pozostawił jednak w swych rękach dobra. W skład Chabdzina prócz wsi o tej nazwie wchodziły wówczas Opacz, Ciszyca, Łęg oraz Lubyen. Tego ostatniego próżno szukać w późniejszych czasach, zapewne wieś zabrała Wisła. Acz jeszcze w XVIII wieku natrafiamy na wzmiankę o polu leżącym w Urzeczu o nazwie Lublin, co może być dla nas potwierdzeniem tych domysłów, choć lokalizacja tego miejsca pozostanie dla nas tajemnicą. Wisła jak zawsze prócz faktu, iż łączy oba brzegi, pozostaje źródłem niezgody, zmieniając często swe granice. W roku 1488 Dersław Chabdziński, zapewne syn Pawła, dowodził przed sądem, iż Zygmunt Świderski przekopał mu rów przez łęg chabdziński, by napełnić swe jezioro wodą z Wisły. Jeszcze z początkiem XVI wieku Chabdzin wraz z wymienionymi wsiami należy do potomków Wojciecha, dokument z roku 1524 wymienia je jako granicę z dobrami oborskimi. Jednakże stopniowo zdaje się prawa do nich zyskują Oborscy, bowiem już w roku 1502 starosta piaseczyński Stanisław Oborski zyskuje tu prawo sprawowania przewozu. Wkrótce przechodzą na własność rodu stając się częścią dóbr oborskich. Niestety daty tej transakcji nie znamy, nastąpiło to jednak w pierwszej połowie XVI wieku.

W dwóch częściach wpisu o historii Turowic i Kawęczyna opowiedziałem dzieje potomków Mikołaja, którzy posiadali je wraz z Brześccami, Łubną i Baniochą. I właśnie od tych pierwszych rodzina wywiodła swe nazwisko, w XV wieku w odróżnieniu od Chabdzińskich/Chebdzińskich zowiąc się Brzeskimi. Widzimy więc gdzie w owym czasie znajdowała się siedziba rodu. Podczas gdy Chabdzińscy sprzedali swe ziemie Oborskim, w tym samym czasie Brzescy pozbyli się swych działów na rzecz Turowskich. Jedynie w Powsinie pozostali Powsińscy, mający za sąsiadów Bielawskich herbu Gozdawa, panów w Bielawie i Falenicy.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Metryka Koronna
  • AGAD, Obory
  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa
  • Nowy Kodeks Dyplomatyczny Mazowsza, wyd. S. Kuraś i I. Sułkowska Kuraś, część III dokumenty z lat 1356-1381, Warszawa 2000

Ulica Lipowa

ksunder

Dzisiejszy wpis na blogu poświęcę ulicy położonej w Bielawie. Choć nie objęta wpisem do rejestru zabytków stanowi znaczący element historii tych okolic. Wkrótce może go już zabraknąć, bowiem wkrótce ma zostać przeprowadzona wycinka wszystkich znajdujących się tu drzew. Wnioskowało o to starostwo; ponoć jeden z mieszkańców złożył w tym celu obszerny wniosek, argumentując iż drzewa zagrażają przechodniom. Ile prawdy jest w tym, że położenie drzew utrudnia poruszanie i parkowanie w tym miejscu nie podejmuję się stwierdzić, niepokojący jest fakt, że wycinka drzew ma zostać ponoć przeprowadzona bez uzyskania opinii dendrologa. A wówczas zniknie to, co stanowi o wartości tej ulicy, czyli właśnie lipy, dające jej swą nazwę. Lipowa należy bowiem do pomników historii takich samych jak Aleja Kasztanowa na Ursynowie, gdzie drzewa sadzono na przyjazd cara, by utrudnić przeprowadzenie na niego zamachu, czy też wspaniała Aleja Lipowa wiodąca do pałacu w Otwocku Wielkim. Nieszczęściem Lipowej jest to, że ciasno na niej od domów, nie ma szansy stać się spacerową uliczką.

gallery_3_5_109552Ulica Lipowa. Zdjęcie pożyczone z forum Piaseczna, autorstwa użytkownika Stento - LINK

Czy drzewa rzeczywiście mają 200 lat, jak chcą relacje? Cofnijmy się w czasie. W roku 1816 właścicielem Bielawy pozostaje kupiec Karol Braeunig, któremu poświęcę niegdyś odrębny wpis. Bielawa wówczas to znaczny majątek, w jego skład wchodzą także obecne Klarysew, Gawroniec i tereny dzisiejszego Ogrodu Botanicznego. Graniczy z Jeziorną Królewską, Okrzeszynem i Powsinem wchodzącym w skład dóbr wilanowskich. Dość, że Bielawa to wówczas najludniejsza miejscowość położona na terenie obecnej gminy, w roku 1827 mieć będzie 487 mieszkańców, daleko w tyle pozostawiając za sobą Jeziornę Królewską z jej 273 mieszkańcami i Gassy, gdzie mieszkać będzie 220 osób. Karol Braeunig umrze w roku 1818, własność Bielawy przejdzie na jego syna Bogumiła, który żyć będzie jeszcze 8 lat. Wdowa po Karolu i matka Bogumiła, Klarysa z Lutzów w roku 1837 Bielawę sprzeda. Klarysa to zapomniana postać historii tych okolic, choć jej imieniem nazwany zostaje utworzony przy drodze warszawskiej folwark, nieopodal karczmy bielawskiej, leżącej na rozstaju dróg prowadzących do Jeziorny Królewskiej i Obór oraz Papiernii (dziś ulica Mirkowska). Z czasem karczma weźmie nazwę folwarku – Klarysów, po latach zmieniając się w Klarysew. Kto wie, może Potuliccy nazywając folwarki imieniem kobiet swego rodu – Teresin, Anusin wreszcie Konstancin – kierowali się tym przykładem?

Rzecz jednak w tym, że przeglądając akta i dokumenty dotyczące tych stron zorientujemy się, iż Henryk Rossman przebywał tu już wcześniej. Bielawę zaczął dzierżawić już w latach dwudziestych. Być może jeszcze od Bogumiła Braeuniga, z pewnością czynił to, gdy nominalną właścicielką majątku była Klarysa. I z czasem przekonał ją do sprzedaży, by osiąść tu na stare lata. Karierę pułkownika Rossmana przywoływałem już wielokrotnie, ten oficer wojsk napoleońskich, uczestnik wielu bitew, walczący w Powstaniu Listopadowym, przyczynił się do stworzenia kanału augustowskiego, a także usypania nadwiślańskich wałów. Wyraźnie jednak z Bielawą pragnął związać się już wcześniej, nim jeszcze stał się jej pełnoprawnym właścicielem.

mapka2Ulica Lipowa w roku 1856. Lipy nasadzone po obu stronach drogi, wówczas jeszcze nikt przy niej nie mieszka. Z dworu trakt wiedzie wprost do Klarysowa, u zbiegu z obecną Mirkowską i Saneczkową.

Przyglądając się starym mapom dostrzeżemy, iż na przełomie XVIII i XIX wieku ulicy Lipowej jeszcze nie ma, podróżuje się dwoma traktami biegnącymi z Powsina, prowadzącymi do Bielawy i Jeziorny, oba zresztą przetrwały po dziś dzień, ten ostatni to obecna ruchliwa ulica Warszawska, poprzecinana licznymi rondami. Lipowa pojawia się późno, dopiero w latach trzydziestych. Wytyczono ją, by prowadziła do dworu. Choć przyjęto, że dwór został wybudowany dopiero w roku 1837, na podstawie faktu, iż wówczas Henryk Rossman stał się właścicielem tej miejscowości, zauważmy jednak, że w tych stronach przebywał już wcześniej. Zachowane fragmentaryczne wzmianki w aktach Potulickich z Obór świadczą, że w dzierżawionej Bielawie pomieszkiwał, nie traktując jej jako lokaty, z której czerpał zyski. I to właśnie on odpowiedzialny jest za wytyczenie nowego traktu, prowadzącego wprost do bielawskiego dworu. Trudno powiedzieć więc tak naprawdę, kiedy dwór był wzniesiony, wcześniej istniała tu dawna drewniana budowla, zapewne w tym samym miejscu, na co wskazuje nam lokalizacja browaru, sytuowanego w XVIII wieku nieopodal właśnie dworu. Wcześniejszym właścicielom i dzierżawcom połączenie z drogą warszawską nie było potrzebne, dworu trakt wiódł prosto na tę samą trasę aż do Powsina, gdzie się z nią łączył. Obecnie to wciąż popularny skrót, wiodący za Szkołą Amerykańską. Sytuację zmienił wiek XIX i czasy Królestwa Polskiego. To okres reformy drogowej, jakbyśmy ją dziś nazwali. Wówczas powstaje Puławska, wiodąca do Puław, bita jest szosa lubelska, wszystko to ma służyć również ułatwieniu przemieszczania wojsk. W owym czasie zdegradowany zostaje szlak służewski, wówczas główna droga wiodąca na południe z Warszawy, obecnie ledwie polna droga na tyłach Ogrodu Botanicznego. Trakt z Wilanowa do Jeziorny, stanowiący przedłużenie Królewskiej Drogi nabiera znaczenia. Zostaje wzmocniony, w ramach szarwarków utrzymywany w należytym porządku. I tu należy upatrywać przyczyn wytyczenia Lipowiej, co czyni Henryk Rossman. W ten sposób powstaje droga wiodąca z głównej trasy wprost do dworu, podobnie jak w Jeziornie Królewskiej, czy Oborach.

Zapewne rację ma więc p. Hlebowiczowa, ostatnia z potomkiń Henryka Rossmana zamieszkująca w Bielawie, iż lipy nasadzano z polecenia jej przodka w czasach Powstania Listopadowego. W owym czasie drzewa rosły wzdłuż każdego traktu, jak chce legenda z polecenia Napoleona sadzono je, by dawały cień maszerującemu wojsku. Poniższa mapa ukazuje nam, iż podobny wygląd jak Lipowa miała także trasa do Wilanowa. Obecnie w Polsce w większości miejsc GDDKiA usuwa drzewa w skrajni, czasy się zmieniły i są niebezpieczne dla kierowców. Czy taki los spotka już wkrótce Lipową? Zobaczymy.

mapkaaaW roku 1838


Źródła i literatura:

  • AGAD, Archiwum Wielopolskich i Potulickich z Obór

Piwowar z Bielawy

ksunder

Prima Aprilis już minął, więc dzisiejszy wpis na poważnie, choć w nieco żartobliwym tonie. W okolicy nie ma już browarów, piwo Konstancin od trzech lat produkowane jest w zupełnie innym regionie kraju, a browar Obory przestał funkcjonować. Jego istnienie przywoływane jest dość często, bowiem wzmiankowany był w XVIII wieku jako miejsce, gdzie Hieronim Wielopolski rozpoczął produkcję doskonałego piwa angielskiego, lecz w tych stronach było jeszcze wiele browarów. Choć nie zyskały takiej sławy, każde „dominium” czyli majątek ziemski, w tamtych czasach produkowało piwo zarówno na potrzeby własne, rozprowadzając je po licznych karczmach, jak i sprzedając je do pobliskich miast, takich jak Warszawa. Proces ten opiszę innym razem, bo jest niezwykle ciekawy, dzisiaj przyjrzyjmy się browarowi w Bielawie. Pod koniec XVIII wieku założył go kasztelan Antoni Barnaba Jabłonowski, do którego majątek podówczas należał, a zlikwidował go dopiero kryzys lat trzydziestych XX wieku, kiedy nadal należał do dawnych właścicieli Bielawy, wówczas reprezentowanych przez Karolinę Rossman. Do rejestru zabytków wciąż wpisany jest zachowany fragment browarnego muru z roku 1860. Aby robić piwo niezbędny był mistrz piwowarski, bowiem nie była to sztuka łatwa, zważyć piwo zadaniem prostym nie było, a przypominam, że mówimy o czasach sprzed pasteryzacji, gdy piwo zmieniło się co prawda z zielonego napoju o gęstości zupy, podawanego jako polewka również dzieciom, lecz nie stało się jeszcze do końca napojem jakim znamy. Bez piwowara doglądającego procesu fermentacji i znającego jego tajniki wychodził co najwyżej płyn, który można było wylać, toteż mistrzów podkupywano, opłacano sowicie i o nich walczono, wykorzystując każdy sposób by ich zdobyć. Nawet kiepski piwowar był na wagę złota, lecz jeśli myślano o czymś więcej, niż tylko dystrybucja piw w lokalnych karczmach, gdzie pieniądz zostawiali urzyccy chłopi, należało poszukać mistrza z prawdziwego zdarzenia. Zwłaszcza, że by jeśli piwo jakości było podłej, chętnie sięgali oni po zakazane trunki, czyli piwo warzone w sąsiednich dominiach, którego podawanie było zakazane.

Kompania_Piwowarska_rynku_6424066Latem 1807 piwo warzone w Wilanowie jakości najlepszej nie było, a świadomy tego faktu był ówczesny administrator dóbr wilanowskich, podjął próbę zastąpienia piwowara z Wilanowa innym. Przeprowadził więc intrygę, mającą na celu podkupienie lepszego wyrobnika. W owym czasie majątek wilanowski obejmował Powsin, granicząc z leżącymi na południe dobrami bielawskimi należącymi do kupieckiej rodziny Braeunigów. Wiedząc, iż piwowarowi bielawskiemu kończy się kontrakt (co ustalił uprzednio dzięki zaufanym ludziom) w tajemnicy posłał do Bielawy swego wysłannika, wybierając do tego celu Żyda, który odwiedził browar pod fałszywym pretekstem, gdzie zaczepił tutejszego piwowara Beniamina Schultza. Piwowar na propozycję objęcia browaru wilanowskiego zareagował pozytywnie proponując, iż z każdego korca przeznaczonego na warzenie piwa otrzyma 27 groszy. Kolejne negocjacje prowadzono w Wilanowie, gdzie z kolei w tajemnicy przybył Schultz, by ugodzić się co do zapłaty. Projekt umowy posłano przez Żyda do Bielawy, acz piwowar negocjował dalej, odesłał umowę dopisując do niej, iż z każdego wora otrzyma dodatkowo beczkę piwa, którą będzie mógł sprzedawać. Administrator Wilanowa musiał być mocno zdesperowany, bowiem na zmiany przystał, Schultz kontrakt podpisał, a następnie rozwiązano umowę z piwowarem z Wilanowa, oczekując objęcia przez nowego obowiązków.

Acz niespodziewanie Schultz kontrakt odesłał. Poinformował, iż nie zamierza piwa w Wilanowie warzyć w ogóle. Najwyraźniej o wszystkim dowiedział się rządca dóbr Bielawy o nazwisku Borowski, który zaproponował piwowarowi nowy kontrakt, na znacznie lepszych warunkach. Administrator Wilanowa mógł chwilowo jedynie się wściekać i grozić Sądem, acz piwo warzyć trzeba było. Nie było wyjścia, trzeba było zwrócić się do zwolnionego piwowara, który oczywiście nie mógł nie skorzystać z okazji. Jak zanotował administrator Gellani: „W takowym więc zdarzeniu kiedy iuż piwowara dawnego odprawiłem i innego maystra dobrego dostać nie mogłem, musiałem więc dawnego piwowara obligować aby został na miejscu, ten profitując rachował mi różne z okazji tej wydatki i niechęć zupełną okazał wrócenia się nazad tak, że przy wielkim targu lewdwiem go mógł zobowiązać do pozostania”. Finalnie Wilanów pozostał więc z kiepskim piwowarem, któremu trzeba było zapłacić dużo więcej, bowiem warunki jakie postawił świadom sytuacji, okazały się prawie zaporowe. Nie było wyjścia, trzeba było zacisnąć zęby i zapłacić, a co gorsza wytłumaczyć to hrabiemu Potockiemu. Administrator zdecydował się nie czynić tego osobiście, a swój list zaczął od słów: „Żem chory obłożnie, przeto nie mogąc do hrabiego osobiście, uświadamiam rzecz następującą” następnie całe zdarzenie opisał, usiłując wyjaśnić okoliczności, które doprowadziły do tego, iż sowicie został opłacony piwowar, który piwa warzyć najwyraźniej zbyt dobrze nie potrafił. Jako, iż piwowar bielawski warzyć piwa nie zaczął, ani nie pobrał wynagrodzenia, nie sposób było podać go pod Sąd i w ten sposób Wilanów został z podłym piwem, które ktoś musiał wypić.

A na zakończenie, skoro już jesteśmy przy Bielawie i browarze, a za nami Wielkanoc, piosnka spisana w okolicach tegoż w XIX wieku przez Oskara Kolberga:

A w browarze grają gracze,
Pod browarem Maciek skacze,
Czemuś ty, Maćku, mocny?
Bom jadł placek wielkanocny.

11_kolberg_nuty

Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWil
  • Oskar Kolberg, Pieśni ludu polskiego, Warszawa 1857

Narodziny Jeziorny

ksunder

Niedawno poproszono mnie o przygotowanie artykułu historii Jeziorny, skutkiem czego powstała liczące ledwie kilka stron synkretyczne opracowanie na jej temat, opisujące w sposób skrócony dzieje tej dawnej wsi, stanowiącej obecnie część miasta Konstancin-Jeziorna. W przeciwieństwie do dawnych dóbr oborskich o Jeziornie zwanej później Królewską wiele nie wiemy, jednak z rozproszonych informacji da się odtworzyć jej losy na przestrzeni dziejów. Uderza jednak, iż Jeziorna wyłania się z niebytu jako miejscowość już z dawna istniejąca, zaś my nie jesteśmy w stanie powiedzieć o niej zbyt wiele. Wzmiankowana po raz pierwszy w roku 1410, przy okazji odłączenia Powsina od parafii w Milanowie (późniejszym Wilanowie). Kościół w miejscowości Powsino erygowano w roku 1398, a gdy w dekadę później mieszkańcy Powsina, Lisów i Jeziorny poskarżyli się, że parafia w Milanowie jest zbyt odległa, w roku 1410 biskup poznański wyłączył z rzeczonego Milanowa Powsin oraz również Zerzeń, tworząc na lewym i prawym brzegu dwie nowe parafie. Z tej okazji wzmiankowano rycerzy Klemensa z Bielawy i Wiganda z rodu Ciołków z Żelechowa, na wniosek których to uczyniono. Obaj byli braćmi, synami Elżbiety Ciołek, właścicielki Powsina. Bielawę Klemens przejąć musiał niedawno, bowiem ledwie dwie dekady wcześniej miała ona innych właścicieli. W owym czasie kwitł w ziemi warszawskiej i czerskiej obrót ziemią, więc zupełnie to nie dziwi. Dość dobrze widać to na przykładzie Jeziorny.

Jeziorna w roku 1806

Gdzie w tym wszystkim jednak Jeziorna? Gdy pojawia się ona w dokumentach, ma już właściciela. W roku 1417 jest nim podczaszy ziemi warszawskiej, Nicolao alias Zandlo, czyli w obecnej polszczyźnie Mikołaj Żądło. Postać, o której wiele nie wiemy, lecz dla losów Jeziorny znacząca. Kiedy stał się jej właścicielem nie mamy pojęcia. Choć w tej okolicy pomieszkiwano już dawniej, a na okolicznych polach odnaleziono zabytki kultury łużyckiej, zaś w samej Jeziornie cmentarzysko, trwałe osadnictwo wczesnośredniowieczne w tym miejscu zaczęło się w wieku XII. Trwa nieprzerwanie do dzisiaj, choć pierwotna osada zmieniła swą lokalizację, położona była w okolicach budowy obecnego ratusza. Miejscowość nazwano od znajdującego się tu rozlewiska Gyezorą, bowiem do Wisły wpadała w tym miejscu Jeziorka (wówczas także Gyezora czyli Jeziora), rozlewając swe wody szeroko. Osadę założono nieopodal brodu, którym można przeprawić się było do ziemi czerskiej, gdzie strzegła szlaku ku Lublinowi, zapewne prócz funkcji strażniczej pełniąc również rolę handlową. Z czasem przesunęła się, zapewne gdy Wisła zmieniała swe koryto, znalazła się w miejscu, w którym w kolejnych stuleciach wybudowano opisywany niedawno dwór. Przy czym osadnictwo w okolicy brodu istnieć musiało już wcześniej, lecz zapewne rozlewająca się Jeziora skutecznie zatarła jego ślady. Trudno bowiem przypuszczać, by ludzie nie osiedlili się przy szlaku, który istniał już przed X wiekiem. Jednak dopiero w XII wieku rozrosła się do większej osady. Pierwsze dwustulecie istnienia wsi ginie jednak w pomrokach dziejów, jak i wszystkie pozostałe tutejsze miejscowości była własnością mazowieckich książąt, następnie otrzymał ją jeden z zaufanych ludzi. Być może był nim Mikołaj Żądło, acz osobiście uważam, że nastąpiło to jeszcze w XIII wieku. Wówczas okoliczne wsie przechodziły w ręce rycerstwa jak Bielawa (1313) czy Cieciszew (przed 1353 rokiem).
Mikołaj poślubił Katarzynę, córkę Wszebora zwanego Chlaustem, która była godną partią, bowiem pochodziła ze wspomnianego rodu Ciołków. Doczekają się oni prędzej czy później oddzielnego wpisu, bowiem trzymali oni ziemie w większej części tych okolic, w Powsinie, Bielawie, Brześcach - a także w Falenicy. Mikołaj związki swe z Ciołkami zacieśnił wydając za Piotra z Brześcc swą siostrę Małgorzatę. Powyższe spowodowało zawikłany chaos związków rodzinnych, a co za tym idzie praw dziedzicznych, których po latach nie jest w stanie rozwikłać nawet historyk, usiłujący ustalić, która część Jeziorny należała do poszczególnych Ciołków, a która do potomków Mikołaja. Żądło doczekał się wielu potomków, posiadających prawa do Jeziorny i Okrzeszyna, który już wtedy wchodził w skład wspólnego majątku, sytuacja ta utrzymać się miała zresztą aż do roku 1867, Jeziorna i Okrzeszyn były ze sobą nierozerwalnie związane. Paweł, Wydźga, Krystyn i Anna posiadali działy w tych dwu miejscowościach, z czasem jednak po śmierci Mikołaja je odsprzedali bądź utracili. Okoliczności powyższego nieznamy, musiało to mieć jednak miejsce około roku 1456 lub 1458, bowiem wówczas właścicielem Jeziorny i Okrzeszyna był już książę mazowiecki Bolesław V. W ten sposob wieś przeszła na własność mazowieckich książąt, a w późniejszych dokumentach określano ją jako Jeziornę Książęcą. Nie na długo jednak, po inkorporacji Mazowsza do korony stała się własnością króla, a tym samym królewszczyzną i w ten sposób zyskała swe miano, pod którym znana była aż po drugą połowę wieku XX. Od XVI wieku zwano ją więc Jeziorną Królewską, w odróżnieniu od Jeziorny położonej na przeciwległym brzegu Jeziorki. Ale o tej historii poczytać można w jednym z dawnych wpisów.

1024px-Boles%C5%82aw_V_Warszawski_seal_1462Pieczęć Bolesława V


Źródła i literatura:

  • AGAD, Metryka Koronna
  • Kartoteka A. Wolffa, IH PAN

Churching na Urzeczu

ksunder

Kilka lat temu dostrzegłem po raz pierwszy zaimplementowane na grunt polski zjawisko churchingu. Za tym terminem przeniesionym z języka angielskiego kryje się swoista turystyka kościelna, polegająca na uczęszczaniu co niedzielę do innej parafii, czasem by wysłuchać kazania księdza, zbliżonego świadopoglądem do wiernego. Niedawna lektura książki Katarzyny Surmiak-Dowmańskiej “Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” przyniosła informację, iż w 25 tysięcznym Edmonton na południu USA świątyń protestanckich jest 70, a jak wyjaśnili dziennikarce miejscowi, liczba w tak niewielkim mieście aż tak znaczna, bo każdy kto nie zgadza się ze słowami któregoś z pastorów, może uczęszczać do innego kościoła. Książka to fascynująca, bez emocji i ocen autorka opisuje tam społeczność tej miejscowości, my jednak przenieśmy się na Urzecze, gdzie pozwolę sobie użyć anachronicznego terminu “churching”, do opisania podobnego zjawiska, w wypadku jednak Urzecza, częściej niż wierni parafie, parafie zmieniały wiernych.

W historii naszego kraju przynależność parafialna związana była z życiem codziennym, wraz z porami roku i zasiewami, obrzędowość wyznaczała jego rytm i nie podlegała ona raczej przemianom, wyjąwszy zmiany kościołów parafialnych wskutek zawarcia związku małżeńskiego, w innej miejscowości, też wbrew pozorom nie tak częste. Rzecz jasna zasadom tym nie podlegali ludzie wędrowni, choćby flisacy, czy olędrzy. Ci raczej jednak z rzadka święcili nawet niedzielę, nurt Wisły nie pozwalał na odpoczynek. Jak zanotowano w wilanowskich księgach pod koniec XVIII wieku jeden z katolickich olędrów na Wiśle przebywał już od roku, nie przyjmując komunii i nie uczestnicząc w mszach. Wisła na Urzeczu jak zawsze zresztą łączyła i dzieliła, odpowiadając za to, że ludzie uczęszczali do parafii innych, niż przynależeli. Decydowała tu wygoda, dla znacznej części mieszkańców nadrzecznych wsi wygodniej było udać się do świątyni położonej nad wodą, użyć pychówki, a zimą przejść po lodzie. Stąd nadwiślańskie miejscowości od Koła i Ciszycy, wraz z Łęgiem aż po Gassy wybierały się najczęściej do Karczewa, gdzie od XVIII wieku istnieje po dziś dzień kościół Świętego Wita. Aż do XX wieku jedynym kościołem parafialnym obejmującym teren na południe od Jeziorki po Kawęczyn był Słomczyn, dopiero wraz z rozwojem Papierni i powstaniem letnisk Konstancin i Skolimów utworzono kościoły filialne. Lecz nim stały się parafiami minąć musiało jeszcze pół wieku. Po deszczach polne drogi stawały się grząskie, koleiny znikały, tonęło się w błocie. Nic więc dziwnego, iż jeśli w grę nie wchodził któryś z sakramentów, łatwiej było udać się przeprawą promową do Karczewa, zwłaszcza iż przybijało się praktycznie w samej miejscowości, we wsi o nazwie Przewóz. Popularność kościoła i jego bliskość była tak duża, że nierzadko zawierano obrządki małżeńskie w tym kościele, jeśli pochodziła z niego panna młoda, nawet jeśli młodzi zamieszkać mieli za Wisłą. Zimą szło się po lodzie wśród tyczek, co było łatwiejsze, niż brnięcie przez śniegi. O ile dzięki przeprawie dostęp na drugi brzeg był ułatwiony, paradoksalnie mieszkańcy Nabrzeża zamieszkiwali przez większość roku na wyspie odciętej przez liczne starorzecza i bagna. Stąd też mimo bliskości Karczewa, łatwiej niż do Otwocka Wielkiego przedostać im się było przez Wisłę w okolice Piasków i Cieciszewa, skąd udawali się do kościoła w Słomczynie przybijając pychówkami przy karczmie w tamtejszym starorzeczu, nim odcięła je budowa wałów. Jeszcze na początku XX wieku wśród mieszkańców Nabrzeża zachowało się przekonanie, iż przynależą oni do parafii w Słomczynie, mimo iż historia tego nie potwierdza. Do ciekawej zagadki związanej z tym faktem powrócę za chwilę, odnotujmy jeszcze, iż istniało także zjawisko odwrotne. Olędrzy z Kępy Falenickiej jako poddani dóbr Falenicy należeli do parafii w Zerzeniu i tam winni sprawować sakramenty. Ponieważ kościół położony był w znacznej odległości od lądu obowiązek ten sobie lekceważyli, wybierając kościół w Powsinie, a tamtejszy proboszcz nie czynił im najmniejszych przeszkód. Podobnie zresztą olędrom z Kępy Oborskiej, których macierzystą świątynią był wspomniany Słomczyn. Już za krótkiego pruskiego panowania urzędnicy napominali, aby olędrzy trzymali się swych świątyń, jednakże często bezskutecznie. Choć w dużej mierze katolikami nie byli, sakramentów udzielali im katoliccy księża, dopełniając dodatkowo cywilnego obowiązku i wpisując je do ksiąg.

Urzecze miało jednak inny problem, wylewy Wisły, zmieniającej koryto i tworzącej liczne Kępy, powodowały trwałe przemiany w jego geografii. Cóż, że wyłączając z olbrzymiej parafii w Milanowie (Wilanowie) na lewym brzegu Powsin, a na prawym Zerzeń na początku XV wieku jasno określono granice. Rzeka zmieniła je już wkrótce, jak wynika z zapisów tyczących się nieistniejących już wsi takich jak Narty i Grabie, zlokalizowanych w rejonie obecnych Kęp Oborskiej i Okrzewskiej, do dziesięciny przyznawały się trzy parafie. Podobnie na południu, w roku 1252 zapisano po raz pierwszy istnienie od dawna parafii w Górze Kalwarii, która zapewne podobnie jak milanowska sięgała daleko po obu stronach rzeki, bowiem notowano w niej obecność Mniszewa i Niecieczy. Być może to z niej wyłączono w roku 1236 Cieciszew. Kapryśna Wisła sprawiła, że kolejne kępy zmieniały przynależność terytorialną. W roku 1598 zanotowano, iż płacenia proboszczowi dziesięcin odmawia pan Jakub Pilichowski ze wsi Ostrowo i Jelity. Pozwano go przed Sąd Królewski, nakazując w 1604 roku płacić dziesięcinę snopową. Pilichowski odwołał się do najbliższej sesji królewskiej trybunału piotrkowskiego. Nie wiemy jak skończyła się ta sprawa, ale w roku 1678 biskup Wierzbowski fundował w Ostrówku kościół filialny, uznając iż Ostrówek podlega Górze Kalwarii. Już w roku 1576 wskazano, iż Ostrówek i nieistniejące Jelita i Żelawin należą do Góry, lecz zapewne Pilichowski, iż jego właściwą parafią jest Radwanków, któremu podlegały sąsiednie Glinki, zaś poprzez starorzecza nie sposób było przedostać się do Góry. Rzut oka na mapę podpowie nam, że zapewne kępa na której były wspomniane wsie stała się wyspą, po czym przewędrowała na prawy brzeg. Nie lepiej było w okolicach wspomnianego Nabrzeża. Po dziś dzień nie wiadomo, do jakiej parafii wieś ta należała, nie jest odnotowana ani w Karczewie, ani w Słomczynie. Niejasny zapisek z roku 1661 wskazuje, iż wraz ze zlokalizowanym na terenie części obecnego Cieciszewa fragmentem wsi Kozłów, dziesięcinę pobierał odległy Osieck. Co jest możliwe, bowiem do Wisły sięgała i ta parafia, lecz ludzie wybierali bliższe kościoły. Co ciekawe w Karczewie i Cieciszewie aż do XVIII wieku sakramenty dla Nabrzeża są niezwykle rzadkie, zupełnie jakby były sprawowane gdzie indziej, co potwierdzałoby iż spod Cieciszewa należało udać się do Osiecka, z trudem przebywając tutejsze starorzecza.

Choć trudno sobie to wyobrazić, niektóre Kępy były praktycznie odcięte od świata. Działalność Wisły wycinającej nowe koryta, tworzącej kolejne kępy i przenoszącej nieustannie spore areały z lewego brzegu na prawy i na odwrót prowadziła do sytuacji, gdy nikt już nie wiedział, jaka jest przynależność parafialna czy administracyjna poszczególnych wsi. Nie tylko wierni, lecz również proboszczowie i właściciele dóbr, na co wskazuje piękny zapis z XVIII wieku sporządzony przez ekonomów marszałka Bieliińskiego: Glinki, Żelawin, Jelita, Kempa, Kozłów czy Powiatu Garwolińskiego czy do Czerskiego należy nie można wiedzieć, parafia do Kalwaryi to bardziej do Powiatu Czerskiego należeć będą.

I taki to oto wiślany churching na Urzeczu, który dobiegł końca w połowie XIX wieku, wraz z budową wałów. Rzeka ustaliła swój bieg, którym płynie do tej pory. Wisła wszak doprowadziła do jeszcze innej sytuacji, w rejonie Urzecza zniszczyła trzy parafie. Ale o tym kiedy indziej.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, Archiwum Komierowskich
  • ASC Wilanów
  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci