Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : karczmy

Karczmarz z Obór

ksunder

wpis, w którym szanowny czytelnik pozna niedole Sebastyna Gozdzienskiego, austernika oborskiego i odkryje, iż obciążenia kredytowe i egzekucje komornicze nie są domeną początku XXI wieku, nim jednak do tego dojdzie, autor swym zwyczajem i słowem wprowadzenia opowie nieco o karczmach i austeriach oraz karczmarzach

Bankructwa i zadłużenia w czasach trwającego kryzysu nie są niczym zwyczajnym. Nie jest to jednak domena tylko naszych czasów, bowiem jeszcze w czasach przedrozbiorowych stawały się udziałem wielu osób. Poniżej dokument sporządzony ręką austernika oborskiego, arendującego karczmę znajdującą się przy drodze do Karczewa, którą do przewozu w Gassach zmierzało wiele osób. Austeria dawała nocleg przed przejściem Wisły zapewne taniej niż podobne przybytki w Karczewie, była więc dochodowa. Właśnie możliwość odpoczynku odróżniała austerię od karczmy, w której można jedynie było pić. Karczm na tym terenie była znaczna ilość, zwłaszcza pod koniec XVIII wieku, gdy propinacja stała się jednym z głównych źródeł dochodu polskich dworów, choć rzecz jasna nie jest prawdą, iż „dziedzic rozpijał pańszczyźnianych chłopów” jak można dowiedzieć się z komedii o brunecie przychodzącym wieczorową porą (nota bene kręconej zresztą w Konstancinie i okolicach). Karczmy trzymali rozmaici dzierżawcy, trafiali się tu zarówno mający głowę do interesów, potrafiący zyskać niezły dochód po odprowadzeniu należności dworskiej, jak i rozmaite typy spod ciemnej gwiazdy, zajmujący się przemytem gorzałki i jej fałszowaniem. Same karczmy zaś nierzadko stawały się miejscem awantur (stąd przysłowiowy przymiotnik „karczemne”), wspomnieć należy choćby opisywane w ubiegłym roku na blogu zajścia w Moczydłowie, gdzie chłopi z Obór napili się gorzałki – wpis o awanturach w Moczydłowie.

Prawie jak na Urzeczu. Jest nawet płotek. To oczywiście karczma z Sochocina, przeniesiona do Muzeum Wsi Mazowieckiej (czyli skansenu w Sierpcu). Zdjęcie pożyczyłem z tej strony

Wróćmy do austerii, bowiem w tych stronach były pod koniec XVIII wieku były takie tylko dwie. Za rzeką Jeziorką ich już nie było,  podróżni zatrzymywali się na granicy ziemi czerskiej nim wkroczyli na teren znajdujący się pod bezpośrednią władzą króla. Nocleg dawała tu stacja pocztowa (zobacz wpis o Królewskiej poczcie w Jeziornie) oraz austeria w Jeziornie Oborskiej. Zaś droga do promu w Gassach była na tyle często uczęszczana, że zwano ją traktem karczewskim, i właśnie przy nim wybudowano austerię w Oborach, bowiem wiodła tędy także odnoga drogi do Góry Kalwarii przez Cieciszew, wciąż jeszcze używana, choć nie tak często jak wiek wcześniej. Jak wynika z zachowanego opisu austeria była znaczna, okna miała przeszklone, z posadzką z tarcic i ceglaną podłogą w kuchni gdzie znajdowały się dwa piece. Była zajezdna, bowiem znajdowała się przy niej także stajnia, miała własną studnię. A wyposażenie stanowiły prócz dwóch stołów i stołków z poręczami liczne ławy. Biorąc austerię w arendę, czyli dzierżawę, karczmarz-austernik obowiązywał się dokonać z dworem w Oborach rozliczenia i wnosić w ustalonych terminach określoną kontraktem kwotę. Od niego tylko zależało jaki zysk osiągnie od sprzedaży piwa i gorzałki. A tymczasem w Oborach arendarzowi zupełnie się nie powiodło:

Niżey wyrażony na podpisie zeznaję, iż będąc przez rok, to jest od julii [lipca] 1786 do junii [czerwca] 1787 na austerii oborskiej pozostawiłem pewnego długu za trunki ze skarbu brane (…) i czynszu z tejże austerii i czynszu do tej austerii za trzy kwartały należącego (…) złotych osiemset dwadzieścia sześć groszy dwadzieścia jeden winienem do skarbu J [aśnie] W [ielmożnej] P [ani] Urszuli Wielopolskiej starościny krakowskiej Pani i Dobrodziejki, którego długu żadnego w tymczasie nie mam sposobu do do wypłacenia się, przeto daję na siebie ten rewers, iż powolnym czasem z kunsztu mego rzeźniczego, czyli ze służby o którą się starać będę, pomieniony dług choć powoli wypłacać i zaspokajać zobowiązuję się i powinienem, jeżeli zaś unikałbym od zapłacenia na ten czas daję siebie y mój wszelki mający pod ów czas majątek wolność aresztowania mnie y majątky mego y żony mojej bez wszelkiego prawnego kroku y tego długu odebrania, na co dla danie większej wagi i wiary własną ręką podpisuję. Dan w Oborach 1 augustii [sierpnia] 1787. Sebastyan Gozdzienski.

Karczmarzowi wyliczono precyzyjnie, jakie może zabrać ze sobą przedmioty z dobytku osobistego, następnie umożliwiono odjechanie starym wozem. Pozostałe przedmioty spisano i wciągnięto na stan karczmy, odliczając na poczet długu. Czyli dokonano czegoś na kształt egzekucji komorniczej… A Godzienski odjechał nawet bez „starej pierzyny”, w jednym tylko ubraniu. Czy uregulował dług nie wiadomo.

Dożynki w Oborach, lata dwudzieste XX wieku. Zdjęcie zamieszczone na forum historii Konstancina, znane również z książki o Łurzycu

Jeden z kolejnych karczmarzy miał już więcej szczęścia, został nim starozakonny Icek Lewkowicz, zwany przez miejscowych Józkiem. Począwszy od roku 1797 osiągnął znaczne zyski z arendy i zezwolono mu na sprzedaż chleba własnego wypieku, a w roku 1800 uzyskawszy stosowną koncesję przy karczmie uruchomił rzeźnię. Arendę trzymał jeszcze w roku 1803, kiedy to tracimy go z oczu, lecz do tego czasu stała się intratna i dochodowa.

 


 Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory

Moczydłowskie awantury

ksunder

Zgodnie ze zwyczajem bloga pora na dokument źródłowy. Tym razem cofniemy się do końca XVIII wieku, bowiem z tego okresu pochodzi niezwykle ciekawa notatka znajdująca się w zbiorach Archiwum Głównego Akt Dawnych. Dokładnej daty jej sporządzenia nie znamy, acz musiało to nastąpić tuż przed rokiem 1795. Nie wiadomo, kto pośpieszył z uprzejmym donosem do zarządcy dóbr oborskich, prosząc o instrukcje jak poradzić sobie w niezwykle trudnej sytuacji, bowiem podpisu pod dokumentem nie złożył. Jak opisywał w książce o Łurzycu Łukasz Maurycy Stanaszek, tutejszych mieszkańców cechować miała szczególna porywczość charakteru, być może spowodowana wielowiekowymi kontaktami i mieszaniem genów z flisakami oraz orylami. Zresztą wielu starszych łurzycoków po dziś dzień wspomina ze swej młodości mieszkańców okolicznych wsi, którzy wypiwszy rwali się do bitki, a zamieszkujący choćby Opacz czy Bielawę wymieniali w ten sposób poglądy z mieszkańcami Okrzeszyna i Wilanowa w trakcie zabaw na dechach. W tym wypadku cechy takie zaprezentowali chłopi z klucza oborskiego, choć trudno ocenić czy charakteryzuje ona porywczy charakter mieszkańców Urzecza, czy też zwykłą karczemną awanturę, jakich w Polsce bywało wiele.


Jaśnie Wielmożny Panie y Dobrodzieju!

Przyjechawszy do Góry dowiedziałem się o kazusie okropnym, który opisuję Panu. Dnia wczorajszego na pojarmarczu chłopi z Oborszczyzny naszli Żyda moczydłowskiego w karczmie Pod Pijarami [należącej do] Jaśniewielmożnego Księdza Biskupa. Wiele sobie pozwalali, naczynia tłukli, trunki rozlewali y na ostatek fanty pozabierali. Żyd dał znać do Moczydłowa, dyspozytor posłał pisarza z ludźmi. Pisarz zabrawszy wóz z temi rzeczami kazał położyć człeka jednego y drugiego na drodze y kazał ich bić. Chłopi zobaczywszy, że ich kolegów biją, wrócili się do karczmy i zaczęli zabijać moczydłowskich, jednego na śmierć zabili i wielu poranili i pisarzowi się dostało, żeby zaś miasto nie dało pomóc, byliby może wszystkich pozabijali. Wzięto sześciu do kozy w Górze, nie ma jedney rekwizycji z Obór, ten człek zabity także nie porachowany. Miasto przychodziło do dworu co z temi ludźmi robić co siedzą w więzieniu miejskim więc upraszam Jaśnie Wielmożnego Pana o poradę jak postąpić z tymi ludźmi y zabitym, więcej nie ma jak tylko pod stopy pańskie wyznać winę.

[Postscriptum]

Jaśnie wielmożnego Pana dobrodzieja zasyłam poddanych. Kleczewski panu opowie lepiej i Lenart bo był przytomnym.


Jak przystało na gniewnych łurzycoków poddani dworu w Oborach, czyli wsi położonych od Słomczyna aż po Jeziornę i nadwiślańską Ciszycę, po zakończonym jarmarku w Górze Kalwarii, obili innych łurzycoków, a następnie zdemolowali karczmę położoną między Moczydłowem a Górą Kalwarią. Czy Żyd chrzcił gorzałkę, czy też okazała się dla nich zbyt mocna, trudno stwierdzić. Dość, że na drodze do Góry Kalwarii po bójce ostał się trup, stąd też oczekiwano, iż dwór w Oborach pokryje straty związane ze śmiercią i zniszczeniami… Co przekazali po powrocie z liścikiem do dworu w Oborach najbardziej trzeźwi podczas powyższego zdarzenia oborscy poddani, czyli Kleczewski i Lenart, pozostanie na wieki tajemnicą. Oczywiście zapewne wersja tego co się wydarzyło w Moczydłowie była zapewne jak najkorzystniejsza dla nich… Sądząc po nazwisku Lenart był zapewne potomkiem któregoś z olęderskich osadników przybyłych tu w pierwszej ćwierci wieku XVII, nazwisko to pojawia się na tych ziemiach już od XVII wieku, zatem na Urzeczu mieszkał od dawna.

Jak więc widzimy, czy to XVIII czy XXI stulecie niewiele się zmienia, gdy a to jakiś Bartek walnie Maćka sztachetą na wiejskiej zabawie a konto Kaśki, a to w nocy z piątku na sobotę spotkają się pod sklepem nocnym dwie wesołe grupy i nakładą sobie nieco po twarzach. I w Polsce i na Urzeczu od wieków bez zmian…


Źródła i literatura:

  •  AGAD, Obory

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci