Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Slomczyn

Przewodnika po okrągłych rocznicach część trzecia

ksunder

Kierszek

Jako Kierzek wymieniany już w lustracji królewskiego miasta Piaseczna z roku 1565, stanowiąc wieś na granicy Piaseczna i posiadłości należących do Chylic. Nazwa wywodzi się bezpośrednio od krzewów, krzaków porastających pogranicze lasu kabackiego, gdzie ją założono. Najbliższa rocznica za trzy lata, 455-lecia pierwszej wzmianki źródłowej.

Łęg

Kolejna ze wsi powstałych dopiero po zmianie koryta Wisły, po tym jak odsunęło się ono od Bielawy, Cieciszewa i Habdzina pozostawiając tam starorzecze. Mógł więc powstać już w XIV wieku, jednak po raz pierwszy został wymieniony dopiero w roku 1476 jako własność podczaszego ziemi rawskiej rycerza Pawła z Błędowa (również posiadacza Habdzina i Opaczy). Jak łatwo więc obliczyć w roku 2026 najstarsza wzmianka o Łęgu liczyć będzie lat 550.

Obory

Po raz pierwszy wzmiankowane w roku 1407 i po raz kolejny podkreślę, że nazwa nie pochodzi z języka francuskiego ani od słowa oborane, lecz oznaczało bezpieczne miejsce, w którym wypasano bydło, położone na półwyspie nad wiślanym starorzeczem. O Oborach pisałem wiele razy, choćby we wpisie na temat tamtejszego dworu.

Obórki

Sprawa z Obórkami nie jest tak oczywista i kiedyś doczekają się zapewne odrębnego wpisu. Początkowo Obory Małe w XVI wieku oznaczały wieś położoną obok dworu w Oborach – bowiem nazwą Obory posługiwano się wyłącznie dla oznaczenia dworu, podobnie jak nazwą Turowice na terenie Kawęczyna. W roku 1867 Obórki przeniesiono, a dokładnie nadano ich mieszkańcom ziemię w nowym miejscu, na wprost Habdzinka położonego nad Jeziorką, u jej ujścia do Wisły. Przeniesienie wsi wynikało z faktu, iż dawne starorzecze zmieniło się w bagno po wybudowaniu wałów. W drugiej połowie XX wieku gdy Obórki stały się sołectwem, wchłonęły Habdzinek, o którym mało kto obecnie pamięta. Choć najstarsza wzmianka pochodzi z roku 1576, gdy wzmiankowane są jako Obory Minor, czyli Obory Mniejsze, zapewne ich historia jest dużo starsza, równie stara jak Habdzina Mniejszego (Habdzinka) czy Cieciszewka. Ale skoro trzymamy się dat, w roku 2026 obchodzić będziemy 450-lecie.

Okrzeszyn

Wieś, z której pochodzi najstarsze zapisane zdanie w języku polskim z terenu gminy. Na ten temat poświęciłem swego czasu oddzielny wpis, wspomnijmy więc jedynie, że Okrzeszyn wzmiankowano po raz pierwszy w roku 1402, co oznacza iż właśnie mija 615 lat od tamtego czasu.

Opacz

Daty są mocno zwodnicze, bo gdybyśmy uznawali je za początki istnienia tutejszych miejscowości, okazałoby się, iż Opacz jest starsza od Jeziorny, choć powstać musiała w wieku XIV, gdy koryto Wisły utworzyło nowe starorzecze. Najstarsza znana nam wzmianka pochodzi z roku 1402, zatem w tym roku obchodzi analogiczną rocznicę jak Okrzeszyn. Opacz wkrótce doczeka się wpisu o jej początkach. Na terenie Opaczy znajduje się obecnie Borek, ale musi być omówiony poniżej jako Parcela.

Parcela

Co ma Borek  do Parceli? Obecna Parcela położona jest na terenie wsi o tej nazwie, czego dowiodły ostatecznie wykopaliska archeologiczne prowadzone w roku 2016. Podobnie jak w przypadku Czernideł i Obórek wieś przeniesiono w nową lokalizację podczas uwłaszczenia. Z czasem dawną rozparcelowaną osadę wraz z polami zabudowano ponownie. Pierwotny Borek wzmiankowano po raz pierwszy w roku 1510, a jego historię opisałem we wpisie o Tajemnicach Parceli. Za trzy lata rocznica 510-lecia od pierwszej wzmianki.

91844989

Słomczyn

Dzisiejszą listę zamyka Słomczyn, stara osada w dobrach Pierzchałów, wzmiankowana po raz pierwszy w roku 1411 jako Slanczino. Badania archeologiczne potwierdzają, iż powstała właśnie w tym okresie, zapewne jako uposażenie jednego z synów Mroczka lub Stanisława z Cieciszewa. W tym miejscu wymieńmy jeszcze Łyczyn, dawny folwark graniczący ze Słomczynem, a niegdyś wieś wymienioną po raz pierwszy w roku 1416. Zatem obie mają lat nieco ponad 600.

dokończenie nastąpi

Krótka historia gminy Słomczyn

ksunder

Zapewne większość osób zapoznała się już z pomysłem zmiany granic administracyjnych. W obecnym kształcie zapis nie pozostawia złudzeń, w skład Miasta Stołecznego Warszawy wejdzie gmina Konstancin-Jeziorna, wraz z wianuszkiem pozostałych gmin okalających Warszawę tworząc powiat warszawski. Powiat piaseczyński przestanie istnieć i zostanie podzielony. Nie będę tu wypowiadał się o tym projekcie, bo nie miejsce na to, nic nie trwa wiecznie, także podział samorządu terytorialnego. Wszystko to przypomniało mi nie tak dawną historię, z czasów prawie najnowszych sprzed sześćdziesięciu kilku lat. Ale po kolei…

Podział terytorialny zawsze rodził się w bólach, nim Rosjanie utworzyli gminę Jeziorna, przez chwilę funkcjonowały gmina Bielawa z siedzibą w Jeziornie i gmina Obory, której siedzibę z nieznanych obecnie przyczyn władze zaborcze postanowiły umieścić w Ciszycy. Obie połączono w roku 1867 i tak powstała gmina, której obszar praktycznie pokrywa się z obecnie istniejącą. W roku 1924 nieco ją zmniejszono, wyłączajac z niej teren letniska i tworząc gminę Skolimów-Konstancin. W takim stanie tutejsza administracja przetrwała wojnę.

Aż nadszedł rok 1952. Reforma samorządowa trwała w najlepsze, właśnie powiększono Warszawę włączając do niej ościenne gminy i w ten sposób zamiast graniczyć jak dotąd z gminą Wilanów, Jeziorna zaczęła graniczyć ze stolicą. Która przy okazji zabrała sobie nieco terenów należących do gromady Bielawa, o czym już niegdyś pisałem. Na nich utworzono Ogród Botaniczny. Przez długi czas zresztą władz gminy Jeziorna nikt nie poinformował, jakie właściwe tereny jej odebrano, bowiem pomiaru granic dokonali geometrzy Warszawy. Zresztą ówcześni urzędnicy nie byli zbytnio skłonni do uzyskiwania takich informacji, oczekując aż zostaną o tym poinformowani. Dopiero rok później dowiedzieli się, iż grunta orne Gawrońca, Kierszka, Łęczycy i Bielawy stały się częścią stolicy.

Reforma wchodziła w życie stopniowo, początkowo nic nie zapowiadało tego co się stanie. 31 maja 1952 roku utworzono powiat piaseczyński z miastem Piasecznem i Skolimowem-Konstancinem oraz gminą Jeziorna. W związku z likwidacją gminy Nowo-Iwiczna gmina Jeziorna znacznie się powiększyła. W jej skład weszły Julianów, Józefosław przejęte od m. Piaseczna oraz wieś Skolimów. Do gminy Jeziorna dołączono także Chylice i Chyliczki, Czarnów, Jastrzębie i Siedliska. Zmienił się skład ówczesnej Gminnej Rady Narodowej, od 7 lipca dołączyli do niej radni z połączonych miejscowości. Od początku zarządzanie tak dużym obszarem stało się problemem, przy ówczesnych trudnościach komunikacyjnych, braku dróg, do tego pośrodku gminy znajdował się wyłączony spod jej władzy obszar miasta Skolimów-Konstancin. Nowym radnym nie było zupełnie na rękę włączenie ich do istniejącej od dawna, okrzepłej struktury, gdzie stanowiska były już z dawna obsadzone, a oni sami znaleźli się poza lokalnymi układami. Stąd też 28 listopada 1952 na sesji rady wystąpili z wnioskiem o zmianę granic gminy Jeziorna, proponując by z nowowłączonych gromad utworzyć gminę Chylice, w skład której wejdą Wierzbno, Czarnów, Jastrzębie, Siedliska, Kierszek, Julianów, Józefosław i Skolimów-wieś z Chyliczkami i oczywiście Chylice, mające być siedzibą nowej gminy. Mało kto protestował przeciw takiemu rozwiązaniu, gmina Jeziorna dzięki temu mogła pozbyć się problemu, a wyłączone z Piaseczna i likwidowanej Nowo-Iwicznej miejscowości utworzyć nową strukturę, w której czuły się ze sobą związane. Chylice wybrano jako wieś najlepiej z pozostałymi skomunikowaną.

Jednak niespodziewany wniosek złożyli przedstawiciele Słomczyna, nie uprzedzając nikogo, co doprowadziło do awantury. W piśmie podpisanym przez 47 rolników wniesiono o pozostawienie miejscowości na terenie gminy, miast tego o utworzenie gminy Słomczyn, w skład której wejdą Borowina, Cieciszew, Czernidła, Gassy, Obory wraz z Cegielnią, Piaski i Słomczyn. Sesję rady przerwano, a w teren popędzili przedstawiciele urzędu dokonywać ustaleń.

Jak się okazało Słomczyn przeprowadził dywersję, rozpytywani mieszkańcy pozostałych miejscowości wyrażali zdziwienie, że podpisali takie pismo. Rozpytywani na okoliczność wniosku twierdzili, że nie wiedzą nic o takich planach. Mieszkańcy Piasków wyrazili wprost „niechęć do bycia w Słomczynie”, w pozostałych wsiach oświadczono, iż stworzy to mieszkańcom znaczne trudności „bo w Jeziornie jest poczta, posterunek MO oraz sklepy, których w Słomczynie ze względu na brak lokali nie będzie”. Jedynie rolnicy z Czernideł stwierdzili, że nie obchodzi ich gdzie znajdzie się siedziba gminy, bo odległość do Słomczyna i Jeziorny Królewskiej mają taką samą.

Pomysł upadł, po latach docenić można jednak ten sprytny ruch Słomczyna i jego mieszkańców, którzy pragnęli wykorzystać dziejowy moment, wiedząc iż reforma jest w toku i awansować do rangi siedziby gminy. Obecnie to jedynie zabawna dykteryjka, którą po latach będą zapewne także działania w sprawie obecnej reformy. Która podobnie jak poprzednie wywróci wszystko, wraz z powiatem do Warszawy przeniesie się Urząd Podatkowy, Wydział Komunikacji, zmiana terytorialna wymusi reformę wszystkich organów przez Policję, Sanepid i inne. Ale to nie jest temat na łamy tego bloga.

Warto jedynie przypomnieć, iż wkrótce okazało się, że pomysły mieszkańców Słomczyna i Chylic spełzły na niczym. Gminy zlikwidowano całkowicie i aż do roku 1973 samorząd właściwie nie istniał, reprezentowany przez gromadzkie rady narodowe czy rady osiedli. Dopiero wtedy powstała gmina Konstancin-Jeziorna w kształcie w jakim istnieje do dzisiaj.


Źródła:

  • APW O/Grodzisk Mazowiecki, Akta gminy Jeziorna

Tajemnice kaplicy Potulickich

ksunder

Ostatnio na blogu niewiele się dzieje, a powodów jest jak zawsze wiele, począwszy od uroków życia zawodowego, poprzez pracę zawodową, na aktywności wykrywkowców kończąc. Chodzący po polach z wykrywaczami metalu napastują mnie ostatnio coraz bardziej aktywnie, co bardziej bezczelni, kontaktują się ze mną prosząc o wskazanie miejsc, w których znaleźć można coś ciekawego, nie mając czasu czytać wszystkich tekstów na blogu. Jeden proponował nawet abym sfotografował mu mapę, na której zaznaczono tutejsze stanowiska archeologiczne. Łatwo można się domyślić co sądzę o takich propozycjach, choć niektórzy podejmują ze mną nawet próby dyskusji, że gdyby nie ich odkrycia, wszystkie znaleziska przepadłyby w ziemi i archeolodzy nie wiedzieliby jak wiele ciekawych rzeczy można tam odnaleźć, wyraźnie widać, iż nie mają pojęcia o czym piszą. Ale dość jasno uświadomili mi, że niestety wiele tekstów na blogu dotyczy zaginionych miejsc, o których dzięki mnie się dowiedzieli, co powoduje u mnie niechęć do wskazywania im kolejnych. Może i generalizuję, niesłusznie wrzucając do jednego worka wszystkich poszukiwaczy, ale ostatnio media doniosły o pewnym idiocie, który rozkopał średniowieczne grodzisko koparką.

Skoro dałem upust swym uczuciom, możemy przejść do treści wpisu, którą jest kaplica Potulickich. Miejsce to niezwykłe, podobnie jak i sam cmentarz położony na granicy Cieciszewa i Słomczyna. Kaplica stanowi zwieńczenie głównej alei, położona jest na jej zakończeniu, na niewielkim wzniesieniu, górując nad cmentarzem. Jest to jeden z najpiękniej położonych cmentarzy na Mazowszu, posiada w sobie ciszę i spokój, kryjąc się w cieniu starych drzew. Wiele osób mówi o magicznej sile jego przyciągania. Kaplica dawnych dziedziców Obór stanowi istotny element tej tajemnicy, Miron Białoszewski chadzał tu o północy, chcąc spotkać ducha. Wiele osób 1 listopada bezwiednie zapala tu znicz, lecz sporo osób pamięta jeszcze rodzinę, niektórzy wciąż mają dokumenty zakupu ziemi od hrabiny Marii tuż przed wybuchem II Wojny Światowej. Właściwie to kaplica Potulickich i skoligaconych z nimi Melżyńskich. Kilka lat temu szperając w archiwum odkryłem, iż wzniesiono ją dopiero pod koniec XIX wieku, fundacją Konstancji Skórzewskiej (czyli „matki chrzestnej” Konstancina oraz Stanisława i Marii Potulickich w latach 1893-96, nadając jej wezwanie Narodzenia Najświętszej Marii Panny i składając na jej utrzymanie depozyt 200 rubli srebrem, które zabrała rewolucja oraz dwie wojny światowe. Dlaczego więc w stellach wmurowanych w boczne ściany kaplicy widoczne są daty śmierci nawet o pół wieku wcześniejsze? Odpowiedź na to pytanie nie jest trudna. Do czasu wybudowania kaplicy ciała rodziny Potulickich składane były na miejscowym cmentarzu. Dlaczego nie w kościele, skoro byli patronami tutejszej świątyni w Słomczynie, siedzibie dawniejszej parafii cieciszewskiej? Prawo patronackie odziedziczyli wraz ze spadkiem po rodzie Wielopolskich, dla których dobra oborskie były jednymi z licznych majątków, spośród których głównym klejnotem była Pieskowa Skała. Stąd też w budowanym około roku 1724 kościele, konsekrowanym w roku 1739, grobów ich nie uświadczymy. Urszula Wielopolska testamentem przekazała dobra oborskie na rzecz młodocianego Kaspra Potulickiego w roku 1806. A to już praktycznie czas narodzin Księstwa Warszawskiego, które powstało w rok później. W nim to wydano rozporządzenie, by cmentarze zakładać w odległości od ludzkich siedzib i tak oto narodziły się cmentarze na Mazowszu jakie znamy obecnie, w tym tutejszy. Stąd i najstarszym pochowanym z Potulickich w tym miejscu będzie Kasper. O jego śmierci i pochówku donosiły w roku 1853 ówczesne gazety. Ciało złożono do grobu w ziemi, którą ukochał. W owym czasie Potuliccy posiadali dobra oborskie, w tym okoliczne wsie, co zmienić się miało dopiero po Powstaniu Styczniowym, gdy nastąpiło uwłaszczenie. Kolejnych przedstawicieli z rodu również składano na tutejszym cmentarzu, aż wybudowano rzeczoną kaplicę, do której przeniesiono doczesne szczątki. Usypano sztuczne wzniesienie, łatwo zauważyć skąd wzięto ziemię, bowiem na przedpolu kaplicy się ona obniża. W oryginalnym założeniu otoczenie kaplicy było puste, kaplica spoglądała na cmentarz poniżej, zupełnie jakby hrabiowie pełnili straż nad zmarłymi poddanymi. Grób mojego prapradziadka zmarłego w roku 1901 znajduje się w odległości kilkudziesięciu metrów od tego miejsca, znać że pochówków początkowo nie dokonywano w otoczeniu kaplicy.

Ale to nie koniec związanych z nią zagadek. Jeśli porównamy daty narodzin i śmierci członków rodu pochowanym w kaplicy wprawimy się w niewielką konfuzję. O ile prawidłowo oddano okres życia hrabiego Kaspra, już w przypadku jego małżonki Teresy z Melżyńskich dostrzeżemy znaczącą różnicę. Urodzić się miała 28 kwietnia 1795, podczas gdy w akcie chrztu stoi data późniejsza – 20 lipca 1797. Szybkie badanie genealogiczne przyniesie nam inne rewelacje, rzeczywistości nie odpowiada znaczna część podanych dat urodzenia złożonych tu członków rodu, zresztą w większości w wypadku ich nie ma i ograniczono się do podania wieku zmarłego, który zazwyczaj także nie odpowiada prawdzie, różniąc się o rok lub dwa lata od rzeczywistego. Cóż się stało, można zapytać?

Urodzin w wieku XIX jeszcze nie świętowano, okazją taką były raczej imieniny. Nie przykładano do tych pierwszych wagi, a w świecie pozbawionym dowodów osobistych i numerów PESEL, mało kto zwracał uwagę na datę przyjścia na świat. Odnotowywano ją w kościelnych księgach, lecz później niewielu do nich zaglądało. Stąd też w sposób niejako naturalny dochodziło do ujmowania sobie lat, niektórzy zapewne do końca życia nie wiedzieli, ile mają naprawdę, przyjmując jak im powiedziano w dzieciństwie, że było to „ze sześć lat temu”. Oczywiście im dalej w mroki historii tym gorzej, stąd nie dziwi nas, że rodzina Potulickich nie była do końca świadoma, kiedy urodziła się nestorka ich rodu, hrabina Teresa. Tak zanotowano w Oborach, inna data była w Niechanowie, lecz nikt tego wówczas nie sprawdzał, nie było po temu powodu.

Jutro 1 listopada i jak zawsze u stóp kaplicy zapłoną znicze, może także i wasze.

Piwo z Cieciszewa

ksunder

Równo tydzień temu miałem okazję być w Cieciszewie i powiedzieć kilka słów o historii tej miejscowości. Co bardziej zorientowani wiedzą, że w zasadzie blog ten powstał kilka lat temu niejako na marginesie pisanej wówczas książki na ten temat. A historię Cieciszew ma fascynującą, sięgającą czasów odległej historii początków Polski. W zasadzie tam leżą korzenie „konstancińskiej” części tutejszej gminy, bowiem ziemie należące to tamtejszego grodu sięgały w XIII wieku rzeki Jeziorki, na wschodzie oparte o Wisłę, na zachodzie w ich skład wchodziły Łubna i Baniocha, na południu graniczyły z Moczydłowem. Z czasem włości podzielono na część cieciszewską i oborską, później na kolejne. A na dziale oborskim powstać miał pod koniec XIX wieku Konstancin. Z obszarem dawnych włości Cieciszewa pokrywała się parafia, w XVIII wieku przeniesiona do Słomczyna, choć jeszcze długo zwała się cieciszewską. Podzielono ją w XX wieku, tworząc filie, a później odrębne parafie w Mirkowie, Konstancinie, Skolimowie, Baniosze (stąd po dziś dzień Baniocha jest w tutejszym dekanacie, choć do gminy nie należy). Wszystko to można znaleźć na blogu, dziś historia nieco mniej znana, z końcowego okresu świetności Cieciszewa.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m10Wiele osób kojarzy, iż pod koniec XVIII wieku na terenie Obór wytwarzano piwo, które cieszyło się w pewnym okresie znaczną sławą w Warszawie. Jak przywoływał Zygmunt Gloger warzono tu szczególnie dobre piwo angielskie. Browar na terenie majątku zwanego wówczas kluczem oborskim, w skład którego wchodziły wszystkie okoliczne wsie położone na Urzeczu wraz ze Skolimowem, fundował Hieronim Wielopolski. Ten sam, który wydzierżawił teren pod zakładaną Papiernię. Lecz skąd w ogóle produkcja piwa? Cofnijmy się o lat mniej więcej 150, po „Potopie” szwedzkim zniszczona Polska zaczyna tracić, to co dawało szlachcie pieniądze przez ostatnie wieki, a co jak naucza się w szkołach wynikało z „dualizmu gospodarczego Europy”. Zaczyna się spadek eksportu zboża, szukać należy nowych źródeł dochodu. Okazuje się nim propinacja, czyli sprzedaż alkoholu, przede wszystkim własnym chłopom w licznie budowanych karczmach. Lecz nie do końca było tak, jak to pokazano w pewnym filmie, iż „dziedzic rozpijał pańszczyźnianych chłopów”. Choć obowiązywał przymus propinacyjny, zmuszający do zakupu piw i gorzałki, szybko zorientowano się, że na produkcji przeznaczonej na „eksport”, czyli sprzedaż poza granicami majątku, można nieźle zarobić. Stąd pod koniec XVIII wieku świetnie prosperowały browary w Oborach, Bielawie czy Wilanowie (a ciekawą historię awantury o piwowara w tych dwóch ostatnich swego czasu opisywałem). Jednakże nim powstał browar w Oborach, pierwszą próbę jego budowy podjęto w Cieciszewie.

Wybór był jak najbardziej naturalny. Tu znajdowała się siedziba parafii, którą co niedzielę odwiedzali poddani dóbr. Tędy wiódł szlak prowadzący do Czerska i dalej, aż na Ruś. Stąd i wzniesiona tu karczma była znacznych rozmiarów, co pod koniec XVII wieku odnotował francuski podróżnik kawaler De Tende. Zatem i produkcja piwa była niemała, wyraźnie piwo wytwarzane przez karczmarza było w ilości niewystarczającej, bowiem już w roku 1700 w Cieciszewie istniał browar. W roku 1701 w browarze w Cieciszewie był kocioł piwny w tym roku kupiony, kadź wielka, od spodu reparatiey potrzebne i pobiciu tak dębowej do spuszczania piwa. Beczek piwnych 20. Jak wynika z dalszego opisu znajdowała się tam także gorzelnia, wyremontowana w tym samym roku, wyposażona w szklane okna. Inwestycja w kadź oznaczała, iż browar powstał z myślą o zwiększonej produkcji. Warto zauważyć, że budynek browaru był w lepszym stanie niż znajdujący się tuż obok dwór w Cieciszewie, który w owym czasie się rozpadał. Budynek starano się naprawiać, co wyraźnie mówi nam coś o związanych z nim planach.

Browar nie przetrwał powodzi, która około roku 1713 zniszczyła Cieciszew i okoliczne wioski sprawiając, iż kościół parafialny odbudowano w Słomczynie. Kolejny browar powstał już w oddaleniu od wiślanego starorzecza, w Oborach. W drugiej połowie XVIII wieku dochody ze sprzedaży trunków staną się podstawą ekonomii dworskiej, stąd rozwój browaru w Oborach. Korzenie browarnictwa w kluczu oborskim znajdują się jednak w Cieciszewie.

Może to i dobry moment, by ktoś znowu zaczął produkować tu lokalne piwo? Od roku 2013 nie ma już browaru w Oborach, a piwo marki „Konstancin” produkowane jest w innej części polski. Lecz skoro mamy już cydr z Czerska (podobno nawet można kupić go w Górze Kalwarii, polecam bo jest naprawdę dobry), warto o tym pomyśleć. Nazwy nie trzeba długo szukać, choćby Ciecisz, czyli założyciel tutejszego grodu...


Źródła i literatura:

  • AGAD, Archiwum Wielopolskich i Potulickich z Obór

Zapomniani powstańcy

ksunder

Śledzący profil facebookowy bloga lub lokalną prasę wiedzą, iż niedawno doszło do uszkodzenia płyty nagrobnej powstańca styczniowego, Ignacego Robaka. Mam nadzieję, że uda się dokonać renowacji miejsca jego pochówku, lecz na razie to odległa kwestia. Walki styczniowe przykrył kurz historii, obecnie skupiamy się na odkrywaniu żołnierzy wyklętych, odsuwając na bok nawet żołnierzy Armii Krajowej. To relatywizm historii, która powtarza jak zawsze utarte schematy. Po odzyskaniu niepodległości w roku 1918 żyjących powstańców roku 1863 czczono jak bohaterów, nadając im stopnie oficerskie, podczas gdy oni sami kłócili się między sobą czy rację mieli biali czy czerwoni, wyzywając wzajemnie od zdrajców. Jednocześnie dyskutowano czy Powstanie Styczniowe miało sens, a niektórzy uważali za bohaterów sztyletników, z ukrycia dokonujących zamachów.

Lecz my sięgnijmy w przeszłość z innego powodu, jej ślady przywiodły nas ku kolejnym odkryciom. Dokonała ich łurzycanka p. Danuta Nowosielska (Bakalarek), ja jedynie częściowo je uzupełnię. Ignacy Robak, nie był jednak pseudonimem powstańczym, jak pierwotnie podejrzewałem. Akt jego urodzenia we Włoszczowej wskazuje, iż narodził się 28 stycznia 1846 roku jako syn Aleksego i Anny z Cielętarskich, jak zanotował tamtejszy proboszcz na świat przyszedł o północy. Koleje losu zawiodły go do Papierni w Jeziornie, gdzie podjął pracę jako czeladnik, zapewne jak mając nie mniej niż 13 – 14 lat. W wieku 17 lat zginął pod Chojnowem, na płycie napisano, iż miał ich 18, choć nie zdążył iż ukończyć. Okazuje się jednak, że nie tylko on był pracownikiem Papierni, lecz również znany już uprzednio Walenty Pindelski ze Słomczyna, zmarły w Powsinie jako podporucznik wojska polskiego. Jak się okazuje w owym czasie był on również zatrudniony w tutejszym zakładzie. Zapewne zatem jakaś grupa ludzi zorganizowała się by pójść wspólnie bić się o Polskę. Piękna to tradycja niepodległościowa, którą Papiernia powtórzyła prawie wiek później, podczas drugiej wojny.

21_1875_65_8_Robak_Ignacy_akt_urodzenia_1846Lecz to nie jedyni powstańcy z tych terenów, do walki stanęli także inni, których imion dotąd nie znaliśmy. 24 czerwca 1839 roku na świat w Bielawie przyszedł Jan Bednarczyk, który 19.stycznia 1863 roku zamieszkiwał na Kępie Okrzewskiej (wówczas jeszcze formalnie kolonii olęderskiej). Tego dnia wziął ślub z Agnieszką z Matyjasiaków panną również z rzeczonej Kępy Okrzewskiej. Powstanie styczniowe zostało ogłoszone 22 stycznia tego roku, a więc Jan zaraz po ślubie poszedł w szranki powstańców. Zesłany został na Syberię, bowiem pojawia się w imiennym wykazie ks. Ruczka, wstawiającego się za Powstańcami do władz. Z zesłania powrócił i żył jeszcze w wolnej Polsce, bowiem w roku 1923 wymieniony został w roczniku oficerskim, jako podporucznik Wojska Polskiego.

11 grudnia 1843 roku w Czernidłach na świat przyszedł Tomasz Majewski, syn Walentego i Katarzyny Śliwka (to ostatnie nazwisko jak wiadomo noszą wciąż mieszkańcy Gassów i Czernideł). Jego udział w powstaniu nie zakończył się zesłaniem, bowiem w roku 1865 poślubił Mariannę Zambrzykowską, mieszkankę części Jeziorny gdzie funkcjonowała wówczas Papiernia, co znowu prowadzi nas do tego samego miejsca. Sam Tomasz zamieszkiwał wówczas w Jeziornie Bielawskiej, jak zwano przez krótki czas Jeziornę Królewską, gdy zakupili ją Rossmanowie. W roku 1923 wymieniono go jako podporucznika weterana WP, zatem jeszcze wówczas żył.

Rocznik oficerski wskazuje jeszcze ppor. Walentego Milczarski z Konstancina. Niestety nic więcej o nim nie wiemy, być może będzie to osoba wspomniana we wspomnieniach przez Monikę Żeromską.Stary dozorca z położonej na wprost willi "Świt" willi "Pod Wieżą", z którym jej ojciec rozmawiał długie godziny na temat powstania. Tego nie dowiemy się już nigdy…

Wreszcie przejdźmy do tajemniczego powstańca o nazwisku Gut, o pseudonimie „Brun”, o którym pamięć przechowano w Słomczynie, jako żyjącego tam powstańca. Niestety rocznik oficerski na jego temat milczy, choć starsze pokolenie pamięta jeszcze jak przed II Wojną Światową na jego grobie straż trzymali harcerze. Zatem gdy Polska odzyskała niepodległość, już nie żył. Metryki podsuwają nam dwie pasujące osoby, lecz po wnikliwym przyjrzeniu się ich historii uznać należy, iż chodzi o Józefa(Gutowskiego) Gutta, który w 1842 roku ożenił się z Marianną z Pogodzińskich i w 1857 roku miał syna również o imieniu Józef. Lecz to ojciec poszedł walczyć w wieku 40 lat, przeżył je i zmarł w roku 1890. Jego syna pochowano zaś nieopodal grobu Ignacego Robaka, w kaplicy Fagońskich. Ale w akcie zgonu ojca jako świadek wymieniony jest jego sąsiad ze Słomczyna, Wojciech Pindelski. Tak się składa, że był on bratem Walentego Pindelskiego, po dziś dzień czczonego w Powsinie jako jedyny znany z imienia i nazwiska powstaniec styczniowy pochowany na tamtym cmentarzu. Ze Słomczyna pochodził również opisywany przeze mnie kiedyś sztyletnik. Jak widać do walki chodziło się wspólnie.

I teraz, tuż przed Świętem Niepodległości, przywołam jeszcze jeden aspekt w kontekście niedawnego podnoszenia, iż historia niemieckich osadników, nie jest polską historią. Łatwo w tekście można było wychwycić informacje o Kępie Okrzewskiej. Rodzina Matyjasiaków mieszkała tam już w latach dwudziestych XIX stulecia, w tej olęderskiej kolonii. Zaś Józef Gutt „ojciec” jest wnukiem Łukasza i Ewy z Mroczkowskich m. Guttów przybyłych na Urzecze ok. 1787-1788 roku. Ich synem był Jan Gutt z zawodu zdun, mularz. Rok przybycia jasno wskazuje, że przypłynęli tu wraz z drugą falą olęderskiej kolonizacji, a ich wnuk poszedł bić się pod znakiem orła w koronie. I to chyba najlepsza puenta w sprawie niemieckich kolonistów.

Za kilka dni obchodzić będziemy rocznicę odzyskania niepodległości. Nieważne w jakich okolicznościach do tego doszło, pomyślmy ile osób poszło walczyć o to, aby Polska była wolna. W roku 1812, 1830, 1846, 1863 i później, w kolejnych powstaniach i rewolucjach, a także po roku 1918. W „Siekierezadzie” Edwarda Stachury jest piękna scena, w której podczas awantury na wiejskiej zabawie Michał Kątny zwraca się do Janka Pradery, otoczonego przez miejscowych bojców. Ratuje go pytaniem o to, czy zawołać „naszych chłopaków”. Później wyjaśnia jakich chłopaków miał na myśli. Naszych. Tych z Powstania Listopadowego i Styczniowego. Z Powstań Śląskich i z Powstania Warszawskiego. Gdybyś ich zawołał, gdyby cię usłuchali, byłaby to wielka i piękna armia duchów, odpowiada Pradera.

Pomyślcie o tej nieprzeliczonej armii duchów 11 listopada, spośród których znamy imiona jedynie niewielkiej części.


Źródła i literatura:

  • ASC Słomczyn i Powsin
  • Rocznik oficerski 1923

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci