Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Zieleniec

Wielka powódź

ksunder

wpis o wylewie Wisły

Przypominałem kilka dni temu tekst z bloga o początku łurzyckiej wiosny i nawiedzających te strony powodziach. Temat to niczym baśń o żelaznym wilku, choć do połowy XX wieku powodzie zdarzały się w tych stronach nader często. Trudno sobie wyobrazić co może stać się, jeśli wezbrana woda przerwie wały, choć rozmaite prognozy wskazują, iż wylew dojdzie aż do wiślanej skarpy. Dziś przeczytamy relację z takiej powodzi, mającej miejsce w roku 1879, gdy woda doszła zalała teren aż do Habdzina i Obór. 20 lutego 1879 na miejsce udał się dziennikarz Kuriera Warszawskiego. Za kilka dni zamieszczę jeszcze rządowy komunikat w tej sprawie. Warto przeczytać przejmujący artykuł, w którym uwspółcześniłem jedynie nazwy miejscowości. Co ciekawe powódź ta utkwiła tak w pamięci współczesnych, że wspominana jest w niektórych nadwiślańskich rodzinach po dziś dzień - opowieść o stawach "wybitych" na Dębinie, gdzie doszło wówczas do przerwania wału, słyszałem osobiście, bowiem opowiadały o tym prababcie obecnie żyjących.


"Przerwanie wału ochronnego pod Łęgiem i Gassami", Kurier Warszawski nr 41, 20 lutego 1879 roku

Przybór obecny zapewnił  sobie kartkę w historji Wisły. Wprawdzie u stóp starej Warszawy rzeka nic śmiała głośniej poswawolić, lecz za to w górze dała się ona dobrze we znaki. Wspominaliśmy już o rozlewach pod Sandomierzem— obecnie dodać należy słów parę o stronach bliższych, a mianowicie o zalani niziny moczydłowskiej i przerwaniu wału ochronnego pod Gassami.

Niezwykłe te katastrofy, interesujące ogół i budzące namieście mnóstwo wieści, naprowadziły nas na myśl zasięgnięcia na miejscu wiadomości o nieszczęśliwym wypadku. Dotarliśmy lewego wybrzeża Wisły czyli tak zwa­nych moczydłowskich nizin i stamtąd przynosimy wieści. Zanim jednak przystąpimy do opisu samej katastrofy zaznaczyć winiliśmy, że pobrzeże Wisły prawie od wzniesionej Góry Kalwarii na południe aż do Wilanowa na północ jest bardzo niskie, tak że dawnemi czasy było ono zawsze zalewane na kilka wiorst.

Otóż, dzięki staraniom dziś już nieżyjących hr[abiego Kaspra] Potulickiego i p. [Henryka] Rossmana z Bielawy, cała ta ni­zina odgrodzona została od rzeki specjalnym wałem ochronnym ciągnącym, się od Moczydłowa prawie do Wilanowa. Wał ten, datujący się od roku 1846, utrzymywany był w nadzwyczajnym porządku a stosowany przy nim systemat tam wydzierał rzece całe przestrzenie ziemi poza wałem, tak, że w jednem miejscu (na­przeciw wioski Kopyty) wał ostatniemi czasy oddalony był od rzeki prawie o dwie wiorsty, a naprzeciwko wsi Gassy powstała nawet poza wałem na nowym gruncie wieś Zieleniec.

Clipboard013

Powódź pod Wilanowem w roku 1884

Otóż w obrębie wału wynoszącego do dwudziestu wiorst długości poczęły się pod koniec zeszłego ty­godnia tworzyć zatory przy kępie położonej naprzeciwko wsi Kliczyn. Jak twierdzą, przyczyną znacznego zatoru było nagromadzenie się w korycie piasków, nawet w zwy­kłych warunkach tankujących spław. Bądź co bądź w sobotę (15 lutego) wody powyżej Kliczyna zaczęła silnie przybierać. Impet, jej  główny  skierował się na brzeg i wał w stronie wioski Łęg położonej nieopodal. Woda podnosiła się tu gwałtownie, silne budząc obawy — wał w tym punkcie począł mięknąć...

O godzinie pierwszej z północy niebezpieczeństwo stało się tak groźne, że stróż wału w Łęgu, Józef Utrata, dał znać do nadzorcy w Piaskach i starał się zgromadzić jak największą liczbę włościan, przy pomocy których usiłowano wzmocnić wał słomą, nawo­zem itd. Tymczasem całą przestrzeń przed wałem z stała za­lana, a mieszkańcy znajdującej sie tu, jak już napo­minaliśmy, wsi Zieleńca uciekli domiejsc bezpiecz­niejszych z bydłem i cala chudobą. Obeszło się przy tem bez tragicznych wypadków, oprócz jednego, który omal smutnie się nie zakończył. Syn wyjeżdżał z chaty razem z ojcem na łodzi, a gdy ostatni zasiedział się na strychu pierwszy, przypusz­czając, że Ojciec odjechał wcześniej, nie czekał nań dłużej. Biedny starzec pozostał  sam   w opuszczonym  do­mostwie. Straszliwy widok. Zrozpaczony rzucił się  w wodę dochodząca mu do ramion  i począł  zdążać  ze  strasznym wysiłkiem ku wałowi. Już groziła mu niechybna śmierć—gdy łódź wy­słana z brzegu uratowała nieopatrznemu starcowi ży­cie.

Wracając do położenia ogólnego, przez resztę nocy stawało się ono coraz gorsze — nad ranem też z Łęg i sąsiednich Gassów poczęli się wynosić mieszkańcy. Katastrofa wreszcie, pomimo wszelkich starań i usiłowań, stawała się nieuniknioną. Woda silnie parła poczęła nawet przelewać się przez wał wyjątkowo w tem miejsca niski, co silnie wpływało na jego destrukcję, rozmiękczając zie­mię... Wreszcie o godzinie dwunastej w południe dnia następnego (w niedzielo) stał się fakt... Woda wyrwała dwadzieścia sążni wału i z szalo­nym pędem wylała na okolice. Pierwszy wyłom w wale znajdował się na północ od Łęgu. Drugą mniejszą wyrwę w wale zrobiła woda o go­dzinie pierwszej bardziej na południe — po drugiej stronie Łęgu. Szerokość tego wyłomu dochodzi tylko do piętna­stu kroków. Trzeci raz, o trzeciej z południa, przerwała Wisła wał jeszcze bardziej na południe pod wsią Gassy,— tu również  na 20 sążni szerokości. Wszvstkie trzy wyłomy zrobiono zostały w miej­scu mniej od innych niebezpiecznem—i dlatego były do pewnego stopnia niespodziewane.

W innych punktach słabszych, jak np. przy wsi Kopyty), gdzie wał ostrym kątem się załamuje i prze­to więcej na działanie fal wystawiony, podatniejszy sile ich byćby winien, przygotowano nawet bardzo znaczne zapasy faszyn i innych umocnień na wypadek. Pod Moczydłami też na krańcu południowym wału było niebezpieczeństwo, które jednak dzięki energi­cznym rozporządzeniom naczelnika powiatu górno-kalwaryjskiego usunięto.

Wracając do przerwania wału pomiędzy Gassami i Łęgiem, trzy wyłomy tam zrobione znajdowały się na przestrzeni wiorsty, fale więc, które z szalonym wy­biegły pędem—płynęły po nizinach najpierw wiorstową szerokością. Straszliwy widok. Zatapiały ono wszystko!

W godzinę po utworzeniu pierwszego wyłomu głębokość wody około wału wynosiła do trzech łokci... Straty jednak zrządzone przez wylew nie były zbyt straszne, ponieważ domki w nadbrzeżnych wioskach opancerzone są zwykle płotami z gęstych a wytrzy­małych wiklin,  tamujących żywiołowi przystęp do chaty. Za to woda wpadając wśród płoty wiklowe i rozstrącając się o nie tworzy straszliwy wir. 

urzecze0167

W tle wiklinowy płotek w połowie XX wieku w Gassach. W artykule dość dobrze opisano jego praktyczną funkcję.

Domy więc w Gasach i Łęgu, pomimo  szalonej gwałtowności żywiołu, pozostały prawic nietknięte- karczma tylko stara w pierwszej z tych wiosek rozwaliła się... Szczątki jej popłynęły z prądem. Mieszkańcy zdołali się wcześnie jeszcze z wsi, o których mowa, wynieść—udali się oni do położonych wyżej Słomczyna, Jeziorny i Kawęczyna, wziąwszy ze so­bą dobytek i chudobę.Na miejsce wypadku w niedzielę jeszcze przybyło wielu okolicznych włościan i obywateli, prezes komi­tetu ochrony wału hr. Potulicki i naczelnik powiatu górno-kalwaryjskiego.

Wisła, wyrwawszy się z poza wału, zalała do pię­ciu wiorst. Pod wodą były wsie Gassy, Łęg, Piaski, Zieleniec, Czernidła, Opacz, Habdzin i Habdzinek, prócz tego pola więcej oddalonych Obór i Bielawy oraz dwa fol­warki do Obór należące, z tych jeden Anielin.

Włościanie z wiosek tych pouciekali wcześnie jesz­cze z dobytkiem i dziećmi do miejsc wyżej położo­nych. Władze miejscowe starają się im nieść pomoc W przedmiocie naprawy   i  zabezpieczenia   wału przed   dalszemi  ewentualnościami    obradować  ma wkrótce komitet ochrony wału. Przybór zaczął się już zmniejszać w niedzielę wie­czorem. Na zakończenie z ust osoby, która była na miejscu w niedzielę, czerpiemy tu opowieść o wrażeniu, jakie sprawiają porą wieczorna zapasy rozszalałych żywio­łów...

O dwie wiorsty już prawie od miejsca wypadku słychać straszny grom.. Grom ten, podobny do ryku bałwanów i głosu rozszalałej burzy, potęguje się co chwila. Idziemy wałem szerokim na cztery stopy. Po jednej stronie Wisła, szalejąca bezbrzeżna Wi­sła— po drugiej mrok...Zbliżamy się—jesteśmy już niedaleko... grzmoty coraz bardziej rosną. Nagle i po drugiej stronie wału ukazuje się pas wody. wznosi się on wciąż... W oddali i na wale błyszczą w mroku jak świę­tojańskie robaczki—latarki i światła. Słychać nawoływania. Fala po drugiej stronie wału, którym idziemy, coraz bardziej wzrasta. To Wisła, wybiegłszy przez wyłom, wydziera się z rykiem i hukiem na pola i sioła. Mamy już po obydwu stronach wodę, nad nami— mrok nieprzenikniony, a pod nami—wąski pasek zie­mi chwiejnej, bezsilnej wobec potęgi żywiołów buntu­jących się ze wszech stron. Któż zaręczy, że wiotka ta opora lada chwila nie mne z nami w wodną przepaść? Idziemy wszakże dalej... Tu wyłom. W szalonym wyścigu jedna przez druga pędzą po­tężne fale wydzierając się naprzód—naprzód. Stoimy na cyplu wału—dokoła burza i grom...

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci