Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : piaseczno

Korzenie spisku

ksunder

W roku 1773 Kurtz dociera do Warszawy, posługuje się już wówczas przedrostkiem „von” przed nazwiskiem. To co dla jego ojca było jedynie przydomkiem znaczącym ni mniej ni więcej „krótki”, w Polsce staje się arystokratycznie brzmiącym mianem. Czy zaczyna podawać się za barona? Trudno dociec, dokumenty podpisuje jako Bn von Kurtz, co historyk po latach rozszyfruje jako skrót od barona, można jednak zastanawiać się czy przypadkiem nie chodziło o Bernadona, choć w historii polskiego teatru trudno szukać informacji o tej charakterystycznej figurze. Jednak na terenie Austrii Kurtz posługiwał się nim jako przydomkiem, możliwe też, że tak przedstawiał się w Polsce. Baronem jak wiemy nie był, ani też arystokratą, jednak to właśnie towarzystwo możnych staje się czymś dlań ze wszech miar pożądanym. W Warszawie trafia bowiem na dziewiczy grunt, kraj jest zraniony świeżo rozbiorem, konfederacją barską. Od kilku lat nie odbywają się przedstawienia teatralne inne niż wystawiane przez przygodne trupy. Świeżo rozebrano budynek przy ul. Królewskiej, gdzie do roku 1767 przedstawienia dawał w Operalni przez dwa lata teatr, który z czasem miał przekształcić się w Narodowy. Na razie jednak jego działalność jest zawieszona, minie jeszcze rok nim powróci, tym razem na Placu Krasińskich. Lecz publika jest głodna tak hołubionych komedii, które upodobał sobie wcześniej król i inni reformatorzy, pragnący za pomocą teatru zmieniać mentalność mieszkańców podupadającej Rzeczpospolitej. Kurtz dostrzega tu szansę dla siebie, postanawia osiąść w Warszawie, skoro do Cesarstwa nie ma dlań na razie powrotu. Cenzura jest tu innego rodzaju, bardziej polityczna niż obyczajowa, nastawiona raczej na eliminację akcentów antyrosyjskich. Komedia świetnie się tu odnajdzie, choć gatunek ten potępia duchowieństwo. Kurtz postanawia otworzyć stałą scenę teatralną, by jednak tego dokonać potrzebuje mecenasa, jakbyśmy dziś powiedzieli, sponsora. Kilka pierwszych przedstawień zapewnia mu rozgłos, usiłuje zaczepić się przy dworze, staje się wydarzeniem towarzyskim. Tak oto poznaje Franciszka Ryxa.

Obraz7

Ryx

Na temat tej szarej eminencji, królewskiego kamerdynera, nie tak dawno szereg artykułów popełnił Dawid Miszkiewicz na swoim blogu – Chylice i okolice. Zachęcam do ich lektury, nie chcąc powtarzać znajdujących się tam informacji. Ryx jest postacią niezwykle ciekawą, powoli zdobywa zaufanie Stanisława Augusta Poniatowskiego, w roku 1768 otrzymuje nobilitację szlachecką. W roku 1773 wciąż poszerza swoje wpływy. Wówczas styka się z Kurtzem, pragnącym stworzyć teatr inny niż dworski. Decyduje się udzielić mu pożyczki na rozwój działalności. Korzystając z królewskiego poparcia włącza się w działalność teatralną i kontynuuje ją w późniejszych latach, w tym miejscu można przywołać cytat ze wspomnianego wpisu na blogu:

Początkowo była to jedynie pożyczka udzielona wiedeńskiemu aktorowi, który podjął się wystawiania przedstawień teatralnych w Warszawie, niedługo później Ryx został jednym ze wspólników prowadzących teatr, a w końcu posiadł monopol na wystawianie przedstawień teatralnych w całej Warszawie. Głównie wydzierżawiał teatr, chociaż w niektórych latach z powodzeniem prowadził go samodzielnie. Za jego czasów teatr uzyskał dużą stabilność finansową, dzięki czemu mógł się swobodnie rozwijać. Nie bez znaczenia było tutaj królewskie poparcie, także finansowe.”

Jak zauważają historycy jego wsparcie dla rozwijającego się teatru miało raczej dlań znaczenie jakie dziś określilibyśmy biznesowym. Niewątpliwie jednak przyczynił się do rozwoju sceny narodowej, przejmując monopol po Sułkowskim. Początki jego teatralnych zainteresowań leżą w znajomości z Kurtzem w roku 1773. Kurt tymczasem nie próżnuje. Stara się zareklamować swą działalność, dzięki wsparciu Ryxa przy dworze zakłada arystokratyczny klub towarzyski. Przez krótki czas przynależność do niego staje się modna, zaciekawiony przybyszem z Cesarstwa poznać przybywa go hrabia tegoż samego Świętego Cesarstwa Rzymskiego, koniuszy koronny, generał major i szef Regimentu Gwardii Konnej Koronnej od 1745, starosta generalny krakowski, przemykowski, żarnowiecki, wkrótce kawaler Orderu Orła Białego, pan na Pieskowej Skale – Hieronim Wielopolski.

Pieskowa_Skala_2

Pieskowa Skała pod koniec XVIII wieku

Tak oto aktor, kamerdyner i koniuszy pojawiają się na wspólnej scenie. Nadchodzi rok 1774, w którym Ryx otrzyma starostwo piaseczyńskie, z czasem stanie się właścicielem Chyliczek, Wólki Kozodawskiej, Jesówki i cześci Jazgarzewa. Kilka kilometrów od jego włości, podążając z biegiem Jeziorki dotrzeć można do Skolimowa, należącego do dóbr Wielopolskiego, z siedzibą w Oborach. Zapewne Ryx odwiedza znajdujący się tu dwór, z całą pewnością czyni to Kurtz. Droga z Warszawy wiedzie przez groblę, na którą skręca się nieopodal folwarku, gdzie znajduje się karczma bielawska, wchodząca w skład majątku kasztelana Jabłonowskiego. Następnie prowadzi koło wzniesionych niedawno nowych zabudowań młyńskich w Grądzie.

Wszystkie postacie dramatu są już na scenie, na razie pora na antrakt. Wkrotce narodzi się spisek papierniczy, a do dramatis personae dołączy król.


Źródła i literatura:

  • KRÓL Barbara, Warszawski teatr Sułkowskich, Dokumenty z lat 1774-1785, Warszawa 1957

Nie tylko willa Gierka

ksunder

10474826_661655797288057_8676571323052717164_oDo Konstancina najprościej dojechać Wilanowską. Za pałacem [w Wilanowie] rozpościera się dwupasmowa szosa, zbudowana – jak głosi wieść gminna – wyłącznie dla przyjemności wczorajszej sympatii narodu – Edwarda Gierka. Do rezydencji w Klarysewie brakuje co prawda półtora kilometra, ale gdyby Wałęsa nie pośpieszył się tak z tym przeskoczeniem płotu, bylibyśmy właśnie świadkami uroczystego zakończenia robót.” Takie słowa napisze i opublikuje 7 lipca 1981 roku Czesław Apiecionek, w numerze 5 gazety Nasze Sprawy. Jak cała prasa w tamtym okresie, również ta drugiego obiegu, wydrukowana rozmywającą się w druku czcionką maszynową na kiepskim papierze. To oficjalne pismo regionu Mazowsze NSZZ Solidarność. W winiecie widnieje herb Piaseczna, lecz pismo obejmuje swym zasięgiem Lesznowolę i Konstancin. W nie istniejącym już powiecie piaseczyńskim znajdują się zagłębia przemysłowe w postaci Laminy, Polkoloru i Warszawskiej Fabryki Papieru, gdzie dowozi się ludzi do pracy autobusami z dalekiego Garwolina. Jest rok 1981, władza otrząsa się powoli z ustępstw sierpniowych i zaczyna przechodzić do kontrataku. Lecz nikt nie przewiduje, że za pół roku zostanie wprowadzony stan wojenny. Pamiętacie ten czas? Sporo czytelników tego bloga pamięta, ten krótki czas nadziei i powiewu wolności, w którym ludzie mieli poczucie, że mogą poprawić swoją sytuację. Wzięli sprawy w swoje ręce i zaczęli piętnować nadużycia, przez krótki czas władza łapała oddech, nie pewna co będzie dalej. Wbrew temu co młodzieży wydawać się może o PRLu, gazetka NSZZ wychodziła wówczas legalnie, choć w czasach powielarni, braku ksero i drukarek, a przede wszystkim papieru nie było to takie proste. Do miejscowego NSZZ przyszedł komendant MO z Piaseczna z pytaniem, czy Solidarność rzeczywiście planuje przejąć budynek. Komenda była wówczas w starej lokalizacji, a do Konstancina wiodła droga z płyt, które zalano asfaltem, wskutek czego obecnie obowiązuje tam ograniczenie prędkości. Ale coraz więcej osób o tym nie wie, publiczne zastanawiając się, czy z budową drogi wiązała się łapówka. Inne to czasy, jak bardzo spójrzmy w dalszym ciągu tego artykułu: „Rzeczywistość jest okrutna – droga urywa się w szczerym polu a Polonezy czy Mirafiori w dalszym ciągu przedzierają się przez zatłoczoną furmankami Jeziornę. Dopiero za mostem na Jeziorce rozciąga się owa strefa spokoju, gdzie niezbyt szerokie dróżki, a kilku przypadkach wyasfaltowane, prowadzą prosto do ukrytych w lesie pałacyków. Moda na Konstancin trwa nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat. Szczególnie nasilenie następuje w okresie powojennym, kiedy to na wzór radziecki posiadanie tzw. daczy staje się obowiązującym dodatkiem władzy. O ile jednak w latach pięćdziesiątych willa w Konstancinie jest przywilejem wyłącznie najwyższych urzędników partyjnych, to ostatnia dekada przynosi w tym względzie daleko idący egalitaryzm. Bliskość Warszawy, mikroklimat oraz leśne otoczenie to głośne zalety decydujące o popularności tej miejscowości. Dodatkowym plusem jest służalczość lokalnej administracji prześcigającej się w tworzeniu wszelkiego rodzaju ulg dla prominentów. W konsekwencji rywalizacja nie przebiega o to, kto ma a kto nie ma posiadłości w Konstancinie – ale o to, kto potrafił ją uzyskać mniejszym kosztem. W targowisku próżności (baseny, sauny, korty tenisowe) biorą udział ministrowie, generałowie, wojewodowie, dyrektorzy departamentów i ich pomniejsi następcy. Wszystko na terenach bezprawnie wydzielonych z obszaru uzdrowiska. Na placach budowy, w miejscu bezlitośnie powycinanych świerków roją się posprowadzane ze stolicy brygady budowlane. Dzieje się to na obrzeżu miasta, którego mieszkańcy od 6 lat nie otrzymali ani jednego nowego mieszkania”. Konstancina dotyczy cały numer, jak zauważa autor w związku ze stwierdzeniem, iż doskonale widać na jego przykładzie patologię władzy. W szczególności związaną ze wspomnianymi willami, a mówimy o czasach, gdy obowiązują wymiary metrażu, do nadmiaru dokwaterowuje się lokatorów, nikt nie ma prawa mieć dwóch mieszkań. Pamiętacie jeszcze? Komisja kontroli społecznej przy Radzie Gminy sporządza listę, jej przewodniczący to doskonale znany dyrektor tutejszej szkoły. Afera związana z willą Gierka i faktem, iż w Konstancinie powstawały dacze idzie w Polskę, jak pisze 4 czerwca Ekspress Wieczorny: „Zgodnie z przepisami na terenie uzdrowiskowym mogą się budować tylko stali mieszkańcy i to dopiero za zgodą Naczelnego Lekarza Uzdrowiska, a przybysze po uzyskaniu zgody Ministra Zdrowia. Tymczasem z tymi zezwoleniami różnie bywało. Drugi – ten prywatny – Konstancin rósł szybciej niż obiekty, które powinny służyć ogółowi”. W tych okolicznościach powstaje lista mieszkańców, którą pozwalam sobie reprodukować poniżej, w charakterze ciekawostki, już jednak historycznej.

skanHistoria tutejszych willi to jak widać nie tylko willa Gierka, która ostatnio pojawia się w mediach w charakterze sensacji. Ciekawe, że powstała na początku XX wieku legenda Konstancina jako wyjątkowego letniska stała się nośna na tak wiele lat. Podczas II Wojny Światowej upodobali go sobie Niemcy, na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych komuniści stworzyli na Królewskiej Górze zamkniętą enklawę, wreszcie w późnym PRL stał się wymarzonym miejscem odpoczynku dla władzy, korzystającej z pozornego rozwoju gospodarczego lat siedemdziesiątych. Na marginesie można zresztą zauważyć, że w latach dziewięćdziesiątych Konstancin i opisywane tu wille stały się magnesem dla nowych elit, dziennikarzy i przedstawiciele świata biznesu. Przez te lata nie zmieniało się jedno, gdzieś na marginesie tego wszystkiego egzystowali zwykli mieszkańcy.

Lecz w roku 1981 nie było jeszcze wiadomo, że wille należące do Uzdrowiska, o których z oburzeniem pisano, iż mogłbyby służyć mieszkańcom, wkrótce będzie trzeba zwracać prawowitym właścicielom. Zostało kilka miesięcy do ogłoszenia stanu wojennego, którego kolejna rocznica już za chwilę, a który tonie w jałowych sporach obecnej polityki. Na blogu stronię od ocen, zwłaszcza w kontekście najnowszej historii, która jest jeszcze zbyt świeża, by mogła zostać wyzwolona ze sfery emocji. Przygotowując ten wpis przejrzałem po raz kolejny archiwum tutejszych gazetek solidarnościowych z lat 1980-81 stwierdzając, że wiele ówczesnych problemów jest już całkowicie niezrozumiałe dla kolejnych pokoleń. Bo kto pojmie, że ludzie stali w kolejkach przed pustymi sklepami, a tymczasem na zapleczu odkładano towar? Powstałe na fali Solidarności KSS były w stanie to zmienić jedynie na chwilę. Mam jednak wrażenie, że słynny skecz Zenona Laskowika i Bogdana Smolenia na zapleczu sklepu osiąga poziom abstrakcji równy poniższemu wycinkowi z gazety.

skan2Zapewne część osób miała kontakt z Czesławem Apiecionkiem, kto zacz można sprawdzić na wikipedii, ja kojarzę go głównie z prowadzonym na ulicy Hożej antykwariatem, choć w roku 1981 związany był z Piasecznem i Konstancinem. Z perspektywy czasu ciekawie czyta się plany rozwoju miasta, gdy wiał nad nim wiatr. Planowano budowę osiedli na Argentynie, przy szosie Bielawskiej i w ogrodach Zachariasiewicza. Ludzi bowiem najbardziej oburzało, iż muszą gnieździć się w willach pozbawionych kanalizacji, mając ledwie kilka metrów kwadratowych, podczas gdy władza zamieszkuje w daczach. Redakcja wzywała do dalszej kontroli społecznej i przyśpieszenia budowy osiedli, pisząc iż nikt nie zadba tak dobrze o nasze sprawy jak my sami. I to jedno nie uległo nadal zmianie.


Źródła i literatura:

  • Nasze sprawy nr 5, Zbiory Ośrodka Karta
  • wykorzystano zdjęcie Chrisa Niedenthala wykonane w grudniu 1981 (wg innych źródeł 4 lutego 1982) w Wilanowie, droga w kierunku Jeziorny

Niemcy we wsi (2)

ksunder

Nim podążymy dalej z opowieścią o założeniu niemieckich wsi w tych stronach, wyjaśnimy jeszcze dwie kwestie. Pierwszą podniesiono w komentarzu na facebookowym profilu bloga, wskutek posłużenia się przez mnie zdaniem, iż w Prusach bagna zostały dawno osuszone. Oczywiście nie wszystkie, lecz nie ulega wątpliwości, że w zagospodarowaniu nieużytków kraj ten przodował, Polskę nadal zaś jak przed wiekami, pokrywały lasy i łęgi. I właśnie na zagospodarowanie tych ostatnich położono nacisk, chcąc przekształcić je w pastwiska i pola uprawne. Bowiem czasy, kiedy ziemie Rzeczpospolitej stanowiły spichlerz dla Europy Zachodniej odeszły dawno w zapomnienie, rolnictwo było ze swą gospodarką folwarczno-pańszczyźnianą zupełnie przestarzałe. Nic więc dziwnego, że osadnictwo olędrów trafiło na tak żyzny grunt, przynosząc żywą gotówkę i pokazując dodatkowo, że możliwe jest gospodarowanie w rozlewiskach rzek. Właśnie takie miejsca przeznaczono dla osadników, którzy mieli rumować, czyli karczować leśne areały nieprzynoszące dochodu. Na marginesie dodam, że problemu wówczas nie udało się rozwiązać, ale ziarno zakiełkowało. W roku 1809 w broszurce wydanej w Księstwie Warszawskim na polecenie Ministra Sprawiedliwości zalecano osuszanie łęgów. Zapewne wpływ miał tu fakt, iż Napoleon nie był w stanie wyżywić swej armii w tej części Europy.

Ciekawy jest fakt, że dla pruskich władz olędrzy byli częściowym utrapieniem, mimo iż de facto zagospodarowywali tereny dotąd leżące odłogiem. Przyczyna leżała w systemie emfiteuzy, czyli kontraktów jakie spisywali obejmując dany teren w dzierżawę, obowiązującym od lat w Prusach, boleśnie uderzającym zaś w nieznających tego systemu prawnego Polaków. Powyższe powodowało, że dany obszar przechodził we władanie dziedziczne, a po upływie terminu zagospodarowania płacone były niewielkie czynsze. Szlachta odkryła ponadto, że przybyszy nie można zmusić do pańszczyzny, zaś próby zwiększania czynszu okazywały się spełzać na niczym. Olędrzy zawsze posiadali kontrakty, którymi umiejętnie posługiwali się przed sądem. Dopiero po latach odkrywano co oznaczały zapisy w umowach, procesy przegrywano jeszcze w połowie XIX wieku. Kacper hrabia Potulicki musiał pogodzić się z faktem, iż spisany ponad 80 lat wcześniej kontrakt z Kępy Oborskiej pozostaje w mocy, a olędrzy wnosili mu opłatę określoną w roku 1773, nie uwzględniającą upływu czasu. Na marginesie zauważę, że szczęśliwy to świat, co nie przewidywał inflacji…

„Prawa i obowiązki tych, co do osoby wolnych i tylko czynsz płacących ani odbywających pańszczyzny włościan posiadaczy gruntu pod ogólne zasady podciągnąć się nie dadzą, przywileje ich bowiem i nadania bardzo nierówne takowe oznaczają” napisał jeden ze współczesnych pruskich urzędników, stąd też gdy kanceliści analizowali sposób uzyskania zysków z nowej prowincji Prus Południowych, jako jedną z przyczyn małych dochodów wskazali olędrów, a dokładniej przegrywane z nimi przez Polaków procesy o zaciągi. Zresztą jeden z tytułów ówczesnych artykułów prasowych jest aż nadto wymowny: „Sposób podźwignięcia dóbr południowo-pruskich podupadłych z przyczyn  przegranych procesów o zaciągi”.

09af8ac8-d69e-11e1-a094-0025b511229eKrzyż wyłowiony w roku 2012 przez Jacka Andrzejaka z Jeziorki nieopodal Chylic okazał się pochodzić z grobu potomka niemieckich kolonistów zmarłego w roku 1882. Do dziś nie wiadomo jak się znalazł w wodzie. Tutejsze tereny mają sporo takich opowieści.

Mimo wszystko jednak działalność olędrów w zagospodarowaniu oceniono pozytywnie. Pruski minister Schulenburg-Kehnert uważał nawet, że powinno dać się możliwość nabycia ziemi olędrom, którzy posiadali mały kapitał, który „przejadali”, bowiem nie mieli możliwości nabycia odpowiedniego gospodarstwa. Ci ludzie zdaniem ministra zasługiwali na szczególne poparcie, bowiem nie będą potrzebować finansowego wsparcia od państwa, zatem będą doskonałymi kolonistami. Znali się dobrze na uprawie roli w miejscowych warunkach i mogą służyć za wzór ludności polskiej, jak argumentował. Ostatecznie zwyciężyła jednak opcja sprowadzenia przybyszy z Nadrenii, którzy zgłosili się na wezwanie posłanych werbowników. Jak pamiętamy akcja kolonizacyjna ruszyła w roku 1799.

W kolejnej części napiszę wreszcie o założeniu tutejszych wsi, na razie jednak garść liczb. Sprowadzanie osadników trwało do roku 1806, kiedy dzieje Prus Południowych dobiegły końca wraz z grudniem i przybyciem Napoleona do Warszawy, a także wjazdem marszałka Masseny na rynek w Piasecznie. Według spisu z roku 1808 dla departamentów warszawskiego i czerskiego niemieckich rodzin zamieszkujących te tereny było 185 zaś osób 695. Na dawnej granicy nieopodal Warki było tych rodzin jedynie 6 i osób 24. Jak widać tereny te cieszyły się dużym uznaniem, im dalej za pilicę, tym gorzej. Generalnie jak na 6 000 osób osadzonych w prowincji to wyniki słabe, stąd ta część Mazowsza zachowała swój charakter. Nie mamy dokładnej liczby olędrów, jednak w tym samym spisie odnotowano nad Wisłą 42 dzierżawców emfiteuzy, którzy we wsiach takich jak Kępa Oborska czy Wiślańska posiadali kontrakt osadniczy. W departamencie warszawskim poza Warszawą doliczono się 2 144 ewangelików, w departamencie czerskim zaś 840. Dla kolonistów sięgnięto po model kontraktowy, spisując je na lat sześć. W roku 1801 spisano pierwsze umowy dzierżawy na wydzielonym terenie, gdzie rozpoczęto zakładanie kolonii, którą nazwano Ludwigsburgiem, zakładając ją na terenie graniczącym z dobrami Chylic oraz wsią Kierszek, należącą do Wilanowa.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Zbiór kartograficzny
  • O rzekach y spławach Xięstwa Warszawskiego z zlecenia JW. Łubienskiego Ministra Sprawiedlowości przez W. Surowieckiego, Warszawa 1809
  • GROSSMAN Henryk, Struktura społeczna i gospodarcza Księstwa Warszawskiego, Warszawa 1925
  • WĄSICKI Jan, Kolonizacja niemiecka w okresie Prus Południowych 1793-1806, Poznań 1953
  • WĄSICKI JAN, Ziemie polskie pod zaborem pruskim. Prusy południowe 1793-1806. Studium historycznoprawne, Wrocław 1957

Niemcy we wsi (1)

ksunder

W kontekście listu dotyczącego olędrów na Urzeczu, w którym autor utożsamił ich z niemieckimi kolonistami wrogimi w Polsce, zacząłem zastanawiać się nad pomieszaniem rozmaitych pojęć. Powiedzmy raz jeszcze wyraźnie, że mieszkańcy tych stron, mający niemiecko brzmiących nazwiska, przed 1939 rokiem byli polskimi obywatelami, ze wszystkimi konsekwencjami płynącymi  z tego faktu. Mówili po polsku, uczyli się polskiego, służyli w polskim wojsku, a wielu z nich czuło się Polakami. Zaś jako takiej kolonizacji niemieckiej, podobnej do Zamojszczyzny, w tych stronach nie prowadzono. Tymczasem czy tego chcemy czy nie, nasza historia pisana jest przybyszami z terenów obecnych Niemiec. Niektórzy z nich byli olędrami, o czym pisałem nie raz, lecz większość z nich osiedliła się tutaj nie wskutek podpisywania kontraktów i wiślanej wędrówki, a z powodu zorganizowanej akcji osadniczej.

Oddzielmy od tej fali przybyszy, którzy pojawiali się tu przez lata w innych celach, po czym wżeniali się w miejscowe społeczeństw czy brali w dzierżawę majątki. Kroniki dawnej Rzeczpospolitej pełne są żołnierzy cudzoziemskiego autoramentu, czy też kupców wywodzących się z Rzeszy Niemieckiej. Wspomnieć można Melchiora Walbacha, w XVI wieku związanego z Karczewem, gdzie w ścianie kościoła Św. Wita wciąż można podziwiać płaskorzeźbę przedstawiającą jego osobę, powstałą w roku 1595 (a właściwie jej kopię) czy też Eliasa Hoffmana, dzierżawcę młyna w Jeziornie Królewskiej. Choć ten ostatni de facto salwował się ucieczką wraz ze Szwedami podczas „Potopu”, nie popełniajmy częstego błędu jaki czyni większość ludzi stwierdzając, iż w owych czasach nie wszyscy okazali się patriotami. Pojęcie to wówczas nie istniało i  nie tylko zaciężny żołnierz zdziwiłby się gdyby spytać go, czy jest wierny Polsce, lecz również byle szlachcic. Pojęcia kraju narodowego oraz narodu pojawiły się dużo później.

Zorganizowana akcja kolonizacyjna w tych stronach wiąże się z początkami rozbiorów. I nie należy z nią utożsamiać olędrów. Raz, że wywodzili się z zupełnie innych stron, dwa, iż do Rzeczpospolitej uciekali oni właśnie z terenów Królestwa Prus. Napływ olędrów zwiększył się po pierwszym rozbiorze i trwał aż do roku 1795. Pod panowaniem pruskim znalazły się rodziny osiadłe tu od wieków i zostały zagrożone powołaniem do wojska. Wiele z nich zdecydowało się na ucieczkę do kraju, w którym żyli dotychczas, czyli Polski. Inni potraktowali z kolei Rzeczpospolitą jako kraj tranzytowy, gdy Katarzyna II swym dekretem zagwarantowała osiedlającym się swobody religijne i zwolnieniem ze służby wojskowej. Stąd, jak napisałem już niegdyś, pod koniec istnienia Rzeczpospolitej Wisła zmieniła się swego rodzaju autostradę. Olędrzy założyli wsie takie jak Kępa Wołowa czy Okrzewska, po czym ruszali dalej, a ich miejsce zajmowali kolejni. Nazwiska w metrykach powtarzają się w tym okresie rzadko, co świadczy o znacznej mobilności.

Rok 1795 przyniósł narodziny prowincji Prus Południowych. Częściowo utrzymano w niej podział administracyjny, interesujące nas tereny znalazły się w departamencie warszawskim i czerskim, które rozgraniczała rzeka Jeziorka. Choć już 5 grudnia podano do wiadomości postanowienie rozbiorowe, władzę ustanowiono dopiero w ciągu kolejnego roku. 28 lipca 1796 ogłoszono deklaracje przejęcia dóbr duchownych, starostw i królewszczyzn.  Duchowieństwo miało otrzymać 50% dochodu po zakończeniu szacunku o potrąceniu części na pokrycie kosztów administracyjnych. Sporą część dóbr darowano za zasługi, zakazano sprzedawania tych dóbr na rzecz Polaków. Jak pisał w liście do nadprezydenta kamery poznańskiej Fryderyk Wilhelm II, zależało mu na powiększeniu ludności w świeżo zajętej prowincji oraz podniesieniu kultury rolnej w Prusach Południowych. Tu trzeba niestety stwierdzić, iż tereny Rzeczpospolitej w dużej mierze zajmowały nieużytki i bagna, które w Prusach dawno już osuszono. W ten sposób poleceniem królewskim rozpoczęto kolonizację nowej prowincji.

Clipboard044
Prowincja Prus Południowych, departamenty warszawski i czerski. Lasy i bagna na urzeczu, na Wiśle granica z Austrią

Kolonie zakładano głównie na terenach nieuprawnych, wymagających karczunku lub osuszenia, w domenach królewskich. Zdarzało się, że osiedlano dwie lub trzy rodziny pośród ludności polskiej, motywem była więc dążność do zagospodarowania terenów dotąd nieuprawianych. Nie można więc utożsamiać kolonizacji z akcją germanizacyjną, podobny proces stosowali niegdyś w swych dobrach magnaci, ściągając osadników z zagranicy, celem założenia wsi.

Fryderyk nie chciał uszczuplać swego państwa, więc kolonistów werbowano w rzeszy niemieckiej, wprowadzano ulgi i zwalniano od służby wojskowej. Rozpoczęto akcję ściągania i osiedlania w zabranych królewszczyznach i dobrach duchownych kolonistów z Rzeszy. Wydano wreszcie nakaz, niezbyt zresztą przestrzegany, aby posiadacze dawnych dóbr królewskich i duchownych osiedlali kolonistów. Wreszcie latem 1798 roku wpłynęły do Berlina pierwsze meldunki o większej ilości zgłoszeń chętnych, głównie z Wirtenbergii i Nadrenii. Zarządzeniem z dnia 15 maja 1799 król polecił przygotować nowe tereny dla kolonistów. Jako jedne z pierwszych zaczęto wyznaczać ziemie podlegające zarządom majątków państwowych, zwanych Ekonomiami. Dla departamentu czerskiego Ekonomia w Potyczy zarządzała dawnymi terenami należącymi do duchowieństwa z Góry Kalwarii, w przypadku departamentu czerskiego była to ekonomia w Lesznowoli, mająca w swej pieczy między innymi Jeziornę Królewską oraz Piaseczno. Na granicy dawnego starostwa i królewszczyzny leżały ziemie, które wskazano jako miejsce osadnictwa, podobnie jak okolice Góry Kalwarii.

Ale o tym już w następnym wpisie.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Zbiór Kartograficzny
  • GROSSMAN Henryk, Struktura społeczna i gospodarcza Księstwa Warszawskiego, Warszawa 1925
  • RZEPNIEWSKA Danuta, Gospodarstwo folwarczne na Mazowszu 1795-1806, Warszawa 1968
  • ŚLADKOWSKI Wiesław, Kolonizacja niemiecka w południowo-wschodniej części Królestwa Polskiego w latach 1815-1915, Lublin 1969
  • WĄSICKI Jan, Kolonizacja niemiecka w okresie Prus Południowych 1793-1806, Poznań 1953
  • WĄSICKI JAN, Ziemie polskie pod zaborem pruskim. Prusy południowe 1793-1806. Studium historycznoprawne, Wrocław 1957

Witaj szkoło!

ksunder

Wakacje się skończyły, więc na blogu z lekkim opóźnieniem przyjrzyjmy się tradycjom szkolnym  tych stron. Liczą one bez mała prawie 600 lat, bowiem sięgają już XV wieku. Związane były z tutejszymi parafiami, gdyż nauka w Polsce przedrozbiorowej była domeną kościoła. Stąd przypomnijmy, iż obecna gmina Konstancin-Jeziorna, to teren niegdysiejszych trzech parafi. W Piasecznie została fundowana około roku 1458, do której należały wieś Skolimów z przyległościami, Chylice czyli obecny teren Czarnowa oraz Jastrzębie. Rejon ten w dużej mierze pokrywał las i wiemy o nim stosunkowo najmniej. Odnotowano jednak istnienie szkoły parafialnej w roku 1630, gdy w Piasecznie biskup poznański Maciej Łubieński konsekrował ołtarz, zalecając większą troskę właśnie o szkołę. Do niej uczęszczały dzieci ze Skolimowa, a trasa przez las wcale nie była wówczas bezpieczna. Jeszcze w XV wieku na Kierszku uprawy wśród drzew grodzono z obawy przed dzikimi zwierzętami, zresztą nazwę Jastrzębie wywodzić można od siedziby łowieckiej księcia Janusza Starszego, który przybywał tu na polowania. Droga ze Skolimowa do Piaseczna w dużej mierze nie istniała, wytyczono ją dopiero w XIX wieku, zatem codzienna wędrówka nie była łatwa.

Nie inaczej było z parafią w Powsinie, do której należały wsie położone na północ od rzeki Jeziorki, czyli Jeziorna Królewska i Klarysew. Powsin może pochwalić się najstarszą szkolną tradycją tych stron, bowiem w wizytacji biskupiej w roku 1675 zapisano, iż proboszcz o imieniu Stefan już w roku 1446 kierował szkołą parafialną. Zaś w roku 1603 napisano, że opatrzeniem szkoły jest wieś Bielawa, która dawała na jej utrzymanie. Szkoła przetrwała kolejne 200 lat, najstarszy znany jej opis pochodzi z roku 1818: „Dom, w którem mieści się Szkółka, stancya dla księdza wikarego i organisty jest z drzewa tartego, stawiany w węgieł, pod gontem. Ma długości łokci 36, szerokości 15. Kominy murowane, dosyć dobry. ... W tej parafii jest szkółka utrzymywana ze składek parafianów. Dominium Powsin daje opał nauczycielowi. Nauczyciel jest ksiądz wikariusz. W tej szkółce jest uczniów płci męskiej 6, a żeńskiej 7, uczęszczających i uczących się sylabizowania, czytania i początków pisania.” Niestety, z jakiegoś powodu dziedzic dóbr wilanowskich postanowił ją zlikwidować. Szkołę próbowano umiejscowić w Jeziornie Królewskiej, co miało o tyle znaczenie, że rozbudowująca się Papiernia przyjmowała do pracy kolejnych robotników. Nie było to jednak proste, o czym świadczą pisma kierowane w roku 1839: "w odpowiedzi na odezwę ks. proboszcza z 20 lipca fabrykanci z Papierni Jeziorskiey wynajęli u dziedzica dóbr Jeziorna Królewska lokal dla nauczyciela, gdyż w pobliżu papierni szkoły nie ma i dzieci pozbawione są nauki. ... Lokal ten wszelako dotąd jeszcze nie jest gotowy, a zatem i ta szkoła jeszcze nieurządzona." 

Z założenia szkoły nic nie wyszło, a dzieci uczęszczać musiały do Słomczyna. Proboszcz powsiński kierował listy do władz, przekonując, że zdobędzie fundusze na organizację szkoły: "Żadnej szkółki ani rządowej ani prywatnej w parafii Powsin nie ma. Żadnych nie ma w parafii Powsin nauczycieli. Żadnych uczniów nie ma!". Wreszcie w roku 1853 przekazał do dziedzica Potockiego "prośbę i życzenie mieszkańców wsi Bielawy, którzy nie chcą płacić składek i należeć do szkoły parafialnej w Słomczynie. Dzieci ich maja tam dwa razy dalej niż do Powsina, a do tego rzeka w Jeziornie często wylewa i dzieci mało korzystają z nauki w szkole. ... Pragną oni należeć do szkoły w Powsinie i proszą o zwolnienie z opłat na rzecz szkoły w Słomczynie." Przedostanie się przez rzekę w pobliżu obecnej Starej Papierni lub dzisiejszego Mirkowa jak widać nie było proste, stałych mostów wciąż nie wybudowano. Do Słomczyna uczęszczało tego roku 153 dzieci, tamtejsza szkoła przykościelna stała się więc dość znaczna. Nie dziwi zatem, że gdy po Powstaniu Styczniowym utworzono gminę Jeziorna, pierwszym dekretem rady było utworzenie gminnej szkoły w Jeziornie Królewskiej. Powstała ona na łąkach, a obecna wybudowana jest w jej dawnym miejscu. Jest to więc najstarsza z tutejszych szkół.

1005815Szkoła w Cieciszewie w połowie XVII wieku sytuowana obok kościoła

A co ze szkołą w Słomczynie? Jej tradycja jest równie stara jak szkoły w Powsinie, istniała już na pewno w XVI wieku, a jej absolwenci w postaci dwóch Cieciszewskich studiowali wówczas na Akademii w Krakowie, czyli obecnym Uniwersytecie Jagiellońskim. Bo oczywiście pierwotna szkoła, podobnie jak parafia, znajdowała się w Cieciszewie, gdzie kościół jak wiemy fundowano w roku 1238. W wizytacji roku 1603 pisano, iż przy świątyni istniała także szkoła parafialna, „trzeci dom przykościelny, ale wymagający reperacyi”. Szkoły parafialne uczyły rozmaitych rzeczy, niektóre wyłącznie odmawiania pacierza i podstawowych modlitw, lecz w cieciszewskiej uczono także sztuki czytania i pisania. W metryce parafii lat 1660-1717 wymieniono „nauczyciela liter” Wojciecha Loczkiewicza oraz Tomasza Boguszewskiego, rektora szkoły. Szkołę przeniesiono wraz z parafią do Słomczyna, bowiem informacje o jej istnieniu znajdujemy w roku 1790. Zlikwidowano ją wraz z utworzeniem szkoły elementarnej, w Jeziornie Królewskiej. Sytuację tę zmienił w roku 1906 proboszcz Tymieniecki. Prałat otworzył początkowo szkołę jednoklasową, rodzice płacili na utrzymanie 50 kopiejek od dziecka zaś resztę dopłacał ksiądz. Nauczyciel otrzymywał 30 – 40 rubli miesięcznie, zatem suma dokładana przez proboszcza była znaczna. W trakcie wojny po ostrzelaniu kościoła szkołę umieszczono w domu rodziny Guttów, a od 1919 stała się ona państwową szkołą powszechną. W ten sposób gmina Jeziorna zyskała dwie główne szkoły, a od początku XX wieku we wsiach zakładano już filie, pozwalające na naukę do piątej klasy. Na jej kontynuowanie mogli pozwolić sobie nieliczni, ale to już temat na inną opowieść.


Źródła i literatura:

  • LALIK Tadeusz, Piaseczno w dawnej Polsce - XV - XVIII w . (w:) Studia i materiały do dziejów Piaseczna i powiatu piaseczyńskiego, Warszawa 1973
  • KOMOSA Paweł, Osiem wieków Cieciszewa, Konstancin-Jeziorna 2013
  • AGAD, AGWil
  • blog Powsinoga

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci