Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Wilanow

Piwowar z Bielawy

ksunder

Prima Aprilis już minął, więc dzisiejszy wpis na poważnie, choć w nieco żartobliwym tonie. W okolicy nie ma już browarów, piwo Konstancin od trzech lat produkowane jest w zupełnie innym regionie kraju, a browar Obory przestał funkcjonować. Jego istnienie przywoływane jest dość często, bowiem wzmiankowany był w XVIII wieku jako miejsce, gdzie Hieronim Wielopolski rozpoczął produkcję doskonałego piwa angielskiego, lecz w tych stronach było jeszcze wiele browarów. Choć nie zyskały takiej sławy, każde „dominium” czyli majątek ziemski, w tamtych czasach produkowało piwo zarówno na potrzeby własne, rozprowadzając je po licznych karczmach, jak i sprzedając je do pobliskich miast, takich jak Warszawa. Proces ten opiszę innym razem, bo jest niezwykle ciekawy, dzisiaj przyjrzyjmy się browarowi w Bielawie. Pod koniec XVIII wieku założył go kasztelan Antoni Barnaba Jabłonowski, do którego majątek podówczas należał, a zlikwidował go dopiero kryzys lat trzydziestych XX wieku, kiedy nadal należał do dawnych właścicieli Bielawy, wówczas reprezentowanych przez Karolinę Rossman. Do rejestru zabytków wciąż wpisany jest zachowany fragment browarnego muru z roku 1860. Aby robić piwo niezbędny był mistrz piwowarski, bowiem nie była to sztuka łatwa, zważyć piwo zadaniem prostym nie było, a przypominam, że mówimy o czasach sprzed pasteryzacji, gdy piwo zmieniło się co prawda z zielonego napoju o gęstości zupy, podawanego jako polewka również dzieciom, lecz nie stało się jeszcze do końca napojem jakim znamy. Bez piwowara doglądającego procesu fermentacji i znającego jego tajniki wychodził co najwyżej płyn, który można było wylać, toteż mistrzów podkupywano, opłacano sowicie i o nich walczono, wykorzystując każdy sposób by ich zdobyć. Nawet kiepski piwowar był na wagę złota, lecz jeśli myślano o czymś więcej, niż tylko dystrybucja piw w lokalnych karczmach, gdzie pieniądz zostawiali urzyccy chłopi, należało poszukać mistrza z prawdziwego zdarzenia. Zwłaszcza, że by jeśli piwo jakości było podłej, chętnie sięgali oni po zakazane trunki, czyli piwo warzone w sąsiednich dominiach, którego podawanie było zakazane.

Kompania_Piwowarska_rynku_6424066Latem 1807 piwo warzone w Wilanowie jakości najlepszej nie było, a świadomy tego faktu był ówczesny administrator dóbr wilanowskich, podjął próbę zastąpienia piwowara z Wilanowa innym. Przeprowadził więc intrygę, mającą na celu podkupienie lepszego wyrobnika. W owym czasie majątek wilanowski obejmował Powsin, granicząc z leżącymi na południe dobrami bielawskimi należącymi do kupieckiej rodziny Braeunigów. Wiedząc, iż piwowarowi bielawskiemu kończy się kontrakt (co ustalił uprzednio dzięki zaufanym ludziom) w tajemnicy posłał do Bielawy swego wysłannika, wybierając do tego celu Żyda, który odwiedził browar pod fałszywym pretekstem, gdzie zaczepił tutejszego piwowara Beniamina Schultza. Piwowar na propozycję objęcia browaru wilanowskiego zareagował pozytywnie proponując, iż z każdego korca przeznaczonego na warzenie piwa otrzyma 27 groszy. Kolejne negocjacje prowadzono w Wilanowie, gdzie z kolei w tajemnicy przybył Schultz, by ugodzić się co do zapłaty. Projekt umowy posłano przez Żyda do Bielawy, acz piwowar negocjował dalej, odesłał umowę dopisując do niej, iż z każdego wora otrzyma dodatkowo beczkę piwa, którą będzie mógł sprzedawać. Administrator Wilanowa musiał być mocno zdesperowany, bowiem na zmiany przystał, Schultz kontrakt podpisał, a następnie rozwiązano umowę z piwowarem z Wilanowa, oczekując objęcia przez nowego obowiązków.

Acz niespodziewanie Schultz kontrakt odesłał. Poinformował, iż nie zamierza piwa w Wilanowie warzyć w ogóle. Najwyraźniej o wszystkim dowiedział się rządca dóbr Bielawy o nazwisku Borowski, który zaproponował piwowarowi nowy kontrakt, na znacznie lepszych warunkach. Administrator Wilanowa mógł chwilowo jedynie się wściekać i grozić Sądem, acz piwo warzyć trzeba było. Nie było wyjścia, trzeba było zwrócić się do zwolnionego piwowara, który oczywiście nie mógł nie skorzystać z okazji. Jak zanotował administrator Gellani: „W takowym więc zdarzeniu kiedy iuż piwowara dawnego odprawiłem i innego maystra dobrego dostać nie mogłem, musiałem więc dawnego piwowara obligować aby został na miejscu, ten profitując rachował mi różne z okazji tej wydatki i niechęć zupełną okazał wrócenia się nazad tak, że przy wielkim targu lewdwiem go mógł zobowiązać do pozostania”. Finalnie Wilanów pozostał więc z kiepskim piwowarem, któremu trzeba było zapłacić dużo więcej, bowiem warunki jakie postawił świadom sytuacji, okazały się prawie zaporowe. Nie było wyjścia, trzeba było zacisnąć zęby i zapłacić, a co gorsza wytłumaczyć to hrabiemu Potockiemu. Administrator zdecydował się nie czynić tego osobiście, a swój list zaczął od słów: „Żem chory obłożnie, przeto nie mogąc do hrabiego osobiście, uświadamiam rzecz następującą” następnie całe zdarzenie opisał, usiłując wyjaśnić okoliczności, które doprowadziły do tego, iż sowicie został opłacony piwowar, który piwa warzyć najwyraźniej zbyt dobrze nie potrafił. Jako, iż piwowar bielawski warzyć piwa nie zaczął, ani nie pobrał wynagrodzenia, nie sposób było podać go pod Sąd i w ten sposób Wilanów został z podłym piwem, które ktoś musiał wypić.

A na zakończenie, skoro już jesteśmy przy Bielawie i browarze, a za nami Wielkanoc, piosnka spisana w okolicach tegoż w XIX wieku przez Oskara Kolberga:

A w browarze grają gracze,
Pod browarem Maciek skacze,
Czemuś ty, Maćku, mocny?
Bom jadł placek wielkanocny.

11_kolberg_nuty

Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWil
  • Oskar Kolberg, Pieśni ludu polskiego, Warszawa 1857

Rzeka wagabundów

ksunder

Zróbmy chwilę przerwy od historii tutejszych kolonistów, na wpis dotyczący spraw nieco trywialnych. Annały Góry Kalwarii notują historię sprytnego włóczęgi, który pod miastem ukradł z pastwiska konia, który następnie przyprowadził na rynek, gdzie korzystnie go sprzedał. Jako, że od Góry prowadziła ku Warszawie droga przy której leżały rozmaite karczmy, były one miejscem rozmaitych awantur. Lecz zostawmy pijackie awantury, bowiem niezwykle obrotni i sprytni byli flisacy płynący Wisłą. Prócz swej porywczości szukali rozmaitych metod łatwego zarobku, zdarzało się, że po drodze kradli faszynę i sprzedawali ją z zyskiem w dalszych częściach rzeki. Podczas regulacji Wisły w połowie XIX wieku zdarzało się, iż spławiane przez nich drewno uderzało o sypane w poprzek rzeki tamy. Wbrew wszelkiej logice szybko uciekali, bynajmniej nie z powodu zniszczeń jakie spowodowali. Przyczyna była prozaiczna, drewno było skradzione, nawet jeśli nie udało się ustalić jego właściciela. Flisacka bezczelność była znaczna, co możemy prześledzić na przykładzie pewnej sprawy.

8 września 1845 roku Piotr Jobs, podpisujący się jako „kollonista na Kępie Okrzewskiej do Gminy Bielawa należącej” zakupił dwie spróchniałe karpy znajdujące się nad brzegiem Wisły, nieopodal Kępy Wołowej. Zakup został dokonany od oficjelistów wilanowskiego majątku, a następnie Jobs przystąpił do pracy, celem zwiezienia drewna na Kępę Okrzewską. (Dodam jedynie, że mowa tu o gminie Bielawa, bowiem działo się to w czasie gdy Jeziorna Królewska wraz z Okrzeszynem i przyległościami zakupiona została przez Henryka Wilhelma Rossmana, wchodząc w skład jego majątku. Z powyższego wynikało, że właściciel ziemski staje się jednocześnie wójtem gminy, biorącej swą nazwę od majątku będącego siedzibą dworu. Przez krótki czas Jeziorna Królewska zmieniła wówczas nazwę na Bielawską, a Kępa Okrzewska znalazła się na terenie tejże gminy.) W okolicy Piotr Jobs najął pięciu ludzi, jako że karpy musiały być sporych rozmiarów. Czymże karpy? Nie każdy musi wiedzieć, iż chodzi o pozostałość po ścięciu drzewa, czyli system korzeniowy wraz z pniakiem. Jak relacjonował Jobs by wydobyć karpy z ziemi pracował przez cztery dni, używając 10 sprzężajnych koni, usiłując podkopać je i wydobyć z ziemi przy użyciu lin. Wbrew pozorom sprawa nie jest taka prosta o czym wie każdy, kto kiedykolwiek usiłował wydobyć pień z ziemi, zwłaszcza iż w połowie XIX wieku łopata wychodziła spod ręki miejscowego kowala, podobnie inne z narzędzi. Dość, że Jobs wystawiony został na koszty nim wydobył karpy i przygotował do transportu, lecz gdy przybył, by tego dokonać, okazało się, iż zniknęły one bez śladu. Czy też raczej ślad pozostał, prowadził wprost do Wisły. Dociekliwy kolonista podążył tym tropem, wsiadł w pychówkę i popłynął wzdłuż brzegu.

Przy Kępie Zawadowskiej dostrzegł świeżo porąbane szczapy. Nieśli je właśnie ku domowi olęderscy koloniści zamieszkujący w tejże wsi, nie usiłujący się wypierać, iż właśnie porąbali na kawałki dwie karpy z drzewa topolowego, które przyniosła im woda. Gdy Jobs nie dowierzał, został przez mieszkańców Kępy Zawadowskiej pogoniony, acz miast dać tematowi spokój udał się na skargę do wilanowskiego dworu. Zarządca również nie uwierzył w jednodniowy przybór wody, szybko doszedł prawdy ustalając, iż karpy sprzedali płynący Wisłą flisacy, twierdzący że niosła wezbrana woda. Nie trudno było zorientować się co zaszło, zwłaszcza że jeszcze po ponad 150 lat tłumaczenia kolonistów z Kępy Zawadowskiej brzmią pokrętnie. Jak byśmy powiedzieli dzisiaj dopuścili się oni umyślnej paserki, następnie usiłowali udawać, że karpy same trafiły w ich ręce. Rządca Jobsowi pieniądze zwrócił, choć trwało to dość długo, bo procedura ciągnęła się jeszcze latem roku 1846 (co niech mają na uwadze ci, którzy uważają, że kiedyś sądownictwo działało szybciej i sprawniej). Tym samym mieszkaniec Kępy Okrzewskiej poniósł straty na robociźnie, choć usiłował nimi obciążyć mieszkańców Kępy Zawadowskiej, wykazując koszt pękniętej liny i zużycia 10 sprzężajnych koni. Jedynymi, którzy zarobili na tej aferze, byli oryle, którzy jak zwykle odpłynęli Wisłą w siną dal. Za tym poszła po raz kolejny kiepska opinia na ich temat, na Urzeczu jak widać w pełni uzasadniona. Jobs odzyskał część pieniędzy, którymi oczywiście Wilanów obciążył mieszkańców Kępy Zawadowskiej. Stąd mogli oni jedynie pokrzyczeć wzorem mieszkańców Podłęcza i Radwankowa:

Oryle, oryle zjidzta gówno kobyle! 

Zjidzta tez i krowie, niech wam idzie na zdrowie!


Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWIL
  • piosenkę zacytowano za książką Ł. M. Stanaszka "Nadwiślańskie Urzecze", Warszawa-Czersk 2014

Sierpień 1915

ksunder

Na początku nic nie zapowiada tego co wydarzy się w połowie tego lata, w roku mającym stać się drugim rokiem Wielkiej Wojny, ostatecznego konfliktu mającego w zamysłach planistów na nowo narysować mapę Europy. Wiadomo jedynie, iż nie będzie to jak zakładano seria szybkich starć, zanosi się na to, że walki potrwają. Jesienne walki odchodzą powoli w zapomnienie, wiosnę rozpoczyna ustabilizowana pozycja walczących armii w okopach. Jednak maj przynosi niespodziewanie rozstrzygnięcie, pod Gorlicami zostaje przełamany front, a armia rosyjska traci wszystkie zdobycze i zostaje zmuszona do odwrotu. Co gorsza nie jest w stanie zatrzymać ofensywy.

Walki trwają, a Armia Rosyjska zostaje oskrzydlona i zmuszona do wycofania. Dość, że już na początku lipca jasnym staje się coś, co jeszcze niedawno było niewyobrażalne - konieczność ewakuowania Królestwa Polskiego i porzucenia trzeciego największego miasta Imperium. Warszawy. Decyzja ta wstrząśnie społecznością Cesarstwa, doprowadzi do niepokojów społecznych, które staną się jednym z zarzewi późniejszej rewolucji. Wyobraźmy sobie to z punktu widzenia mieszkańca potężnego kraju, który traci jedno ze swoich najważniejszych miast, gospodarcze centrum kraju.

Strach zagląda również w serca mieszkańców Urzecza. Wszyscy dobrze pamiętają zniszczenia jakie przyniosły jesienne walki, podczas których na linii Jeziorki ucierpiało wiele domów, a Piaseczno zostało całkowicie zniszczone. W połowie lipca władze gminy Jeziorna otrzymują polecenia rozpoczęcia wywożenia dokumentów i zniszczenia znacznej części z nich, gminna kasa zostaje wywieziona, rozpoczyna się demontaż maszyn w pobliskiej Papierni, inżynierowie zaczynają być ewakuowani. W Gassach saperzy przystępują do konstruowania tymczasowego mostu, aby wspomóc wycofanie się armii. Porzucają nie dokończoną budowę, gdy Niemcy zamykają pierścień nad Pilicą. Pod koniec lipca Rosjanie bronią się jeszcze zaciekle, 27 lipca w Jesówce i Czarnym Lesie trwają krwawe walki. To ledwie kilkanaście kilometrów od gminy Jeziorna, Rosjanie ewakuują się niszcząc kolejkę wilanowską, wielokrotnie przemierzając drogę z Warszawy.

Włościanie z Urzecza uciekający przed niemiecką armią na Solcu

Zapewne 1 sierpnia mieszkańcy gminy przecierają oczy ze zdumienia. Nigdzie nie ma śladu rosyjskich wojsk. Gmina Jeziorna czeka na nadejście Niemców. Ludzie nie zamierzają czekać bezczynnie, ostatnim razem gdy tu byli, zniszczyli wiele domostw. Rozpoczyna się ucieczka za Wisłę, prom w Gassach został dawno skonfiskowany przez armię, a niewielkie łódeczki na przewozach nie zabiorą całego dobytku. W ten sposób drogi prowadzące do mostów w Warszawie zostają całkowicie zablokowane przez mieszkańców Urzecza, którzy uciekają wraz z całym dobytkiem. Horyzont płonie, 1 sierpnia wsie Włochy i Rakowiec ulegają zniszczeniu. Rosjanie osłaniają swoje wycofujące się oddziały.

2 sierpnia okrężnym manewrem Niemcy docierają do niewielkiej wsi Ursynów. Zamiast przebijać się na północ, ruszają na południe szlakiem służewskim i pojawiają się na rynku w Jeziornie Królewskiej. Przekraczają Jeziorkę i opanowują niewielką osadę letniskową o nazwie Konstancin. Brak informacji aby doszło do walk, lub by ktokolwiek stawił im opór. Nikt ich nie wita, administracja ewakuowala się praktycznie w całości, po dziś dzień w aktach gminy Jeziorna w zasadzie brak śladu po aktach sprzed 1916 toku. Stąd Niemcy po przegrupowaniu przez Powsin, Wilanów i Czerniaków ruszają ku Warszawie, przemarsz spowalniają uciekinierzy zajmujący drogę.

Niemcy wkraczają do Warszawy

Co dalej? Sierpień to wielka niewiadoma. Niemcy zajęli Warszawę, odcięli telefony, muszą przyjąć jakiś sposób zarządzania Królestwem. Siłą rzeczy oprzeć mogą się jedynie na tutejszej ludności i przekonać ją do swojej sprawy, nie mogą jednak pozwolić by językiem urzędowym był rosyjski. Niemieckiego nie zna nikt, nie tylko urzędnicy, ale również ludność. Tak podjęta zostaje decyzja, która będzie jednym z pierwszych wyłomów na drodze do niepodległości, choć początkowo nikt nie zauważy jak wielkie będzie miało znaczenie oddanie Polakom po pół wieku ich własnego języka w administracji i sądownictwie. Przez 50 lat nie mogli się nim posługiwać, teraz przeczytajmy co napiszą gazety w dniu 28 sierpnia 1915 roku, pisząc o „doniosłej chwili”:

„W życiu naszem zaszedł fakt doniosły. Oto po raz pierwszy od lat kilkudziesięciu w salach dwóch gmachów, które były siedzibą najwyższych władz sądowych w Warszawie – w pałacu Rzeczypospolitej i w pałacu Paca zabrzmiał język polski. Tam, gdzie do niedawna jeszcze tłukły się o ściany wyrazy obce, gdzie obrońca-Polak, przemawiając do sumienia sędziów nie-Polaków musiał łamać sobie język, szukać wyrazów i ubierać myśli w szatę, w której często sam nie mógł jej poznać – tam dźwięczy teraz swobodnie słowo polskie (…) Rzecz zrozumiała, że sędziowie i obrońcy, którym pierwszym przypadło w udziale przemówić na rozprawach po polsku, byli głęboko wzruszeni, że sędziwy nestor naszej adwokatury, mec. Pepłowski, chciał zerwać się z łoża, do którego przykuła go niemoc, aby chwili tej nie poniechać, że w niejednym oku zabłysła łza rozrzewnienia na dźwięk pierwszych wyrazów polskich, że, wreszcie całe społeczeństwo polskie, pomimo wszystkich klęsk, jakie na nie spadły, odetchnęło w tym dniu swobodniej i z otuchą spojrzało we własną przeszłość.”

Choć nikt nie zdaje sobie z tego sprawy, na drodze do niepodległości uczyniony zostaje potężny krok. Polacy wiedzą już, że skoro mogą mówić po polsku, mogą także chcieć więcej. To początek. 


Źródła i literatura:

  • AGAD, Zarząd warszawskiego okręgu komunikacji
  • APW oddz. w Grodzisku Mazowieckim, akta gminy Jeziorna
  • Chwalba Andrzej, "Samobójstwo Europy", Warszawa 2014
  • Tygodnik Illustrowany

 

Wakacje z duchami (3): Duchy Urzecza

ksunder

Już prawie połowa wakacji, niektórzy krążą po wakacyjnych szlakach, czasem poszukując duchów. Przez ostatnie trzy tygodnie pobytu na Mazurach i Suwalszczyźnie udało mi się jedynie natrafić na dawno zapomniane cmentarze z czasów I Wojny, bądź nie istniejące już niemieckie miejscowości w środku puszczy, gdzie znaleźć można dawne groby. Takich cmentarzy można kilka odnaleźć także w tych stronach, dziś jednak skupmy się na miejscach jakie duchy nawiedzają najchętniej. Na Urzeczu odnajdziemy dwa pałace i jeden zamek, upodobane przez rozmaite zjawy.

Trudno powiedzieć czy straszy coś w Otwocku Wielkim, na razie nie udało mi się odkryć żadnej legendy związanej z tym przepięknym pałacem, położonym nad jeziorem o nazwie Rokola, w jakie zmieniono dawne wiślane starorzecze. Odwiedzam go przynajmniej raz w roku, od kiedy Gassy i Karczew ponownie łączy prom stało się to niezmiernie łatwe. Przed wojną wycieczkę taką odbywali tradycyjnie uczniowie słomczyńskiej szkoły, może warto do tego obyczaju powrócić? Być może odkryć uda się tam ducha tajemniczej kobiety, którą zamurowano w lochu pałacowym. Gdy w roku 1820 podczas balu weselnego córki hrabiego Łubieńskiego zapadła się posadzka, odnaleziono zwłoki kobiety w kwiecie wieku, leżącej na łóżku, obok którego na stoliku ustawiono lampę, kawałek czarnej krepy i bukiet zeschłych róż. Odzież zbutwiała i rozsypała się w proch gdy dotknięto ciała. Kim była tajemnicza kobieta wiadomo było jedynie marszałkowi Bielińskiemu, bowiem zamurowano ją tam w ostatnich dniach istnienia Rzeczpospolitej, jeszcze w XVIII wieku, a zagadki tej nie rozwiązano do dzisiaj.

Fotopolska_341823_1Przenieśmy się teraz do innego pałacu, położonego na lewym brzegu Wisły, gdyż w Wilanowie napotkać można wiele duchów. Jak głoszą najpopularniejsze przekazy, ponoć "od stu lat z górą, w księżycowe noce spotkać można przechadzającego się po tarasie mężczyznę w ciemnym płaszczu i wysokim cylindrze, podobnego z rysów twarzy do Stanisława Kostki Potockiego z portretu, znajdującego się w pałacowych zbiorach". Inne z kolei głoszą, iż „wszedłszy wieczorem znienacka do którejś z sal na parterze, można zobaczyć siedzącą w fotelu damę w czerni. Konserwatorzy z pałacowej pracowni, zostający niekiedy w Wilanowie do późnych godzin nocnych, niejednokrotnie słyszeli odgłos kroków i jakby szelest krynoliny, dochodzący z apartamentów zajmowanych niegdyś przez księżnę marszałkową Izabellę Lubomirską." Bardzo ciekawą i mało znaną opowieść zapisał wielki slawista Jerzy Śliziński, przed wojną badający ludowy folklor. Sztukator Stanisław Michalak związany z Wilanowem od XIX wieku opowiedział mu, iż „w pałacu, na antresoli, w kredensie hrabiowskim straszy. Nadchodzi godzina dziesiąta, jedenasta, dwunasta – to tam nie można wysiedzieć i spać nie daje. Przedmioty lokalu przewraca widocznie jakiś duch. Słychać tenkot, stupanie, jakby chodzili. I w wieży to samo. Jak dwóch pójdzie, to jako tako. Stracha ni ma. A jeden – w biały dzień się boi. W obiadowej godzinie nikt tam nie pójdzie.”

Clipboard015Na zakończenie zajrzyjmy jeszcze do prastarego zamku książąt mazowieckich. W Czersku w drugiej połowie XIX wieku widywano pruskiego żołnierza, jak notowały ówczesne gazety „za czasów pruskich, powiadają mieszkańcy po dziś dzień, rozsadzano z niego prochem mury, ażeby ich za materiał budowy użyć, przy czem jeden z żołnierzy od odłamu muru miał zginąć. Widmo jego we fraczku, pluderkach i trójgraniastym kapelusiku, dotąd mówią widywać można skaczące po murach w ciemne i burzliwe noce”. Jednakże z Czerskiem wiąże się przede wszystkim legenda Białej Damy, którą ma być nie kto inny jak sama Królowa Bona, której król Zygmunt Stary podarował Czersk. Na dziedzińcu wybudowała renesansowy dworek, a w okolicy Czerska założyła uprawę winnej latorośli i włoszczyzny, czyli warzyw przywiezionych z Włoch. Gdy wiele lat później opuszczała Polskę, zabierając swe kosztowności, ponoć przybyła do Czerska, gdzie sama nosiła pomniejsze szkatułki do powozu. Z jednej z nich wysunąć się miał sznur pereł, którym zahaczyła o jedną z cegieł, a perły rozsypały się po posadzce. Ponoć poszła dalej nie zbierając ich, zaś od czasu jej śmierci w czasie pełni księżyca na murach zamku pojawia się biała postać zbierająca rozsypane niegdyś perły. Lecz gdy tylko zakończy swą pracę zaczyna ją od nowa, bo perły się rozsypują…

Fotopolska_282984Na tym zakończmy dzisiejszą opowieść o duchach. Następnym razem opowieść dotyczyć będzie zamieszkujących Urzecze dziwacznych istot i przerażających stworów, które nie opuściły dotąd nadwiślańskich brzegów.

Po powodzi

ksunder

dalszy ciąg wpisu o wylewie Wisły

Zgodnie z obietnicą dzisiaj do poczytania nieco bardziej oficjalny komunikat na temat powodzi roku 1879, niż reportaż dziennikarza wysłanego na miejsce zdarzenia.Dodam jeszcze, że społeczeństwo Warszawy pośpieszyło wówczas z pomocą mieszkańcom gmin Wilanów i Jeziorna, powołany został bowiem komitet pomocy poszkodowanym. Akta jego działalności zachowały się w Archiwum Głównym Akt Dawnych, zebrane ruble przeznaczono m. in. na uruchomienie wzmiankowanego tu poniżej szpitala polowego  w Bielawie. Warto zwrócić także uwagę na wzmiankę o zmobilizowaniu do pomocy członków "miejscowego jacht-klubu", którzy na polecenie władz użyli swych łodzi do niesienia pomocy. 

Artykuł ukazał się 20 lutego 1879 roku.

Clipboard014

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci