Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : papiernia

Korzenie spisku

ksunder

W roku 1773 Kurtz dociera do Warszawy, posługuje się już wówczas przedrostkiem „von” przed nazwiskiem. To co dla jego ojca było jedynie przydomkiem znaczącym ni mniej ni więcej „krótki”, w Polsce staje się arystokratycznie brzmiącym mianem. Czy zaczyna podawać się za barona? Trudno dociec, dokumenty podpisuje jako Bn von Kurtz, co historyk po latach rozszyfruje jako skrót od barona, można jednak zastanawiać się czy przypadkiem nie chodziło o Bernadona, choć w historii polskiego teatru trudno szukać informacji o tej charakterystycznej figurze. Jednak na terenie Austrii Kurtz posługiwał się nim jako przydomkiem, możliwe też, że tak przedstawiał się w Polsce. Baronem jak wiemy nie był, ani też arystokratą, jednak to właśnie towarzystwo możnych staje się czymś dlań ze wszech miar pożądanym. W Warszawie trafia bowiem na dziewiczy grunt, kraj jest zraniony świeżo rozbiorem, konfederacją barską. Od kilku lat nie odbywają się przedstawienia teatralne inne niż wystawiane przez przygodne trupy. Świeżo rozebrano budynek przy ul. Królewskiej, gdzie do roku 1767 przedstawienia dawał w Operalni przez dwa lata teatr, który z czasem miał przekształcić się w Narodowy. Na razie jednak jego działalność jest zawieszona, minie jeszcze rok nim powróci, tym razem na Placu Krasińskich. Lecz publika jest głodna tak hołubionych komedii, które upodobał sobie wcześniej król i inni reformatorzy, pragnący za pomocą teatru zmieniać mentalność mieszkańców podupadającej Rzeczpospolitej. Kurtz dostrzega tu szansę dla siebie, postanawia osiąść w Warszawie, skoro do Cesarstwa nie ma dlań na razie powrotu. Cenzura jest tu innego rodzaju, bardziej polityczna niż obyczajowa, nastawiona raczej na eliminację akcentów antyrosyjskich. Komedia świetnie się tu odnajdzie, choć gatunek ten potępia duchowieństwo. Kurtz postanawia otworzyć stałą scenę teatralną, by jednak tego dokonać potrzebuje mecenasa, jakbyśmy dziś powiedzieli, sponsora. Kilka pierwszych przedstawień zapewnia mu rozgłos, usiłuje zaczepić się przy dworze, staje się wydarzeniem towarzyskim. Tak oto poznaje Franciszka Ryxa.

Obraz7

Ryx

Na temat tej szarej eminencji, królewskiego kamerdynera, nie tak dawno szereg artykułów popełnił Dawid Miszkiewicz na swoim blogu – Chylice i okolice. Zachęcam do ich lektury, nie chcąc powtarzać znajdujących się tam informacji. Ryx jest postacią niezwykle ciekawą, powoli zdobywa zaufanie Stanisława Augusta Poniatowskiego, w roku 1768 otrzymuje nobilitację szlachecką. W roku 1773 wciąż poszerza swoje wpływy. Wówczas styka się z Kurtzem, pragnącym stworzyć teatr inny niż dworski. Decyduje się udzielić mu pożyczki na rozwój działalności. Korzystając z królewskiego poparcia włącza się w działalność teatralną i kontynuuje ją w późniejszych latach, w tym miejscu można przywołać cytat ze wspomnianego wpisu na blogu:

Początkowo była to jedynie pożyczka udzielona wiedeńskiemu aktorowi, który podjął się wystawiania przedstawień teatralnych w Warszawie, niedługo później Ryx został jednym ze wspólników prowadzących teatr, a w końcu posiadł monopol na wystawianie przedstawień teatralnych w całej Warszawie. Głównie wydzierżawiał teatr, chociaż w niektórych latach z powodzeniem prowadził go samodzielnie. Za jego czasów teatr uzyskał dużą stabilność finansową, dzięki czemu mógł się swobodnie rozwijać. Nie bez znaczenia było tutaj królewskie poparcie, także finansowe.”

Jak zauważają historycy jego wsparcie dla rozwijającego się teatru miało raczej dlań znaczenie jakie dziś określilibyśmy biznesowym. Niewątpliwie jednak przyczynił się do rozwoju sceny narodowej, przejmując monopol po Sułkowskim. Początki jego teatralnych zainteresowań leżą w znajomości z Kurtzem w roku 1773. Kurt tymczasem nie próżnuje. Stara się zareklamować swą działalność, dzięki wsparciu Ryxa przy dworze zakłada arystokratyczny klub towarzyski. Przez krótki czas przynależność do niego staje się modna, zaciekawiony przybyszem z Cesarstwa poznać przybywa go hrabia tegoż samego Świętego Cesarstwa Rzymskiego, koniuszy koronny, generał major i szef Regimentu Gwardii Konnej Koronnej od 1745, starosta generalny krakowski, przemykowski, żarnowiecki, wkrótce kawaler Orderu Orła Białego, pan na Pieskowej Skale – Hieronim Wielopolski.

Pieskowa_Skala_2

Pieskowa Skała pod koniec XVIII wieku

Tak oto aktor, kamerdyner i koniuszy pojawiają się na wspólnej scenie. Nadchodzi rok 1774, w którym Ryx otrzyma starostwo piaseczyńskie, z czasem stanie się właścicielem Chyliczek, Wólki Kozodawskiej, Jesówki i cześci Jazgarzewa. Kilka kilometrów od jego włości, podążając z biegiem Jeziorki dotrzeć można do Skolimowa, należącego do dóbr Wielopolskiego, z siedzibą w Oborach. Zapewne Ryx odwiedza znajdujący się tu dwór, z całą pewnością czyni to Kurtz. Droga z Warszawy wiedzie przez groblę, na którą skręca się nieopodal folwarku, gdzie znajduje się karczma bielawska, wchodząca w skład majątku kasztelana Jabłonowskiego. Następnie prowadzi koło wzniesionych niedawno nowych zabudowań młyńskich w Grądzie.

Wszystkie postacie dramatu są już na scenie, na razie pora na antrakt. Wkrotce narodzi się spisek papierniczy, a do dramatis personae dołączy król.


Źródła i literatura:

  • KRÓL Barbara, Warszawski teatr Sułkowskich, Dokumenty z lat 1774-1785, Warszawa 1957

Tajemnice Papierni

ksunder

Ambrose Bierce, amerykański nowelista, aforysta, a także awanturnik, stał się autorem cytatu, którego początek w polskim tłumaczeniu brzmi mniej więcej tak: Historia jest przekazem, w większości fałszywym, wydarzeń, w większości nieistotnych… Uchwycił w ten sposób istotę historii, będącej w dużej mierze zapisem suchych historycznych faktów, stanowiącymi  jedynie nic nie znaczące wydarzenia, ukazanymi w odpowiednim świetle. Im dalej się w nią zagłębimy, tym częściej dojdziemy do takich wniosków. Nierzadko w przeszłości poszukuje się tajemnic, zagrzebanych w jej piaskach półprawd, tajemniczych stowarzyszeń i sekretów. Stąd moda na powieści odkrywające istnienie sekretnych grup i tajemnych spisków. A co byście powiedzieli, gdyby okazało się, że nie trzeba szukać takich sprzysiężeń w powieściach w rodzaju „Kodu Da Vinci” i podobnych? Co jeśli nie trzeba szukać pociągu ze złotem, bursztynowej komnaty, gdy okaże się że od lat tajemnicę mieliśmy ukrytą przed samymi oczami?

papiernia_konstancin_fotografia_przemyslowa1zdjęcie Papierni autorstwa P. Suder ze strony http://www.pawelsuder.pl

Wakacje to dobry czas, by pisać o rzeczach, które nie przystoją historykowi, pozostając czymś jedynie nieco więcej niż spekulacją. Zatem pora na opowieść o największej tutejszej tajemnicy, związanej z założeniem Papierni. Pozornie wszystko jest wyjaśnione, lecz tak naprawdę geneza ginie w pomrokach dziejów. Koniec historii Papierni to dobry czas by pisać o jej narodzinach, gdy zacząłem prowadzić tego bloga wciąż jeszcze cały kompleks istniał, obecnie pozostało po niej jedynie kilka budynków, często odwiedzanych przez miłośnikow urbexu, a los zabudowań nie jest pewny. W internecie i literaturze znajdziemy różne daty powstania Papierni, skąd ta rozbieżność starałem się kilka lat temu wyjaśnić we wpisie o założeniu Papierni. Pewne jest, że istniał tu wcześniej młyn we wsi Grąd, na wyniesionym terenie pośród rozlewisk Jeziorki, który miał dać początek produkcji Papieru. Zazwyczaj tę część opowieści sprowadza się do jednej wzmianki, „W 1775 roku baron Jan Kurtz zwrócił się do króla Poniatowskiego z propozycją założenia w Jeziornie papierni”, co jak łatwo sprawdzić podaję za wikipedią. W literaturze znajdziemy jeszcze informacje, iż był on wiedeńskim aktorem, który obracał się królewskim dworze, jednym z aktorów komedii wiedeńskiej. Sam nie jestem bez winy, opisałem go podobnym zdaniem na potrzeby przewodnika po Konstancinie i okolicach. Trudno zresztą rozpisywać się na temat postaci, którą los uczynił twórcą Papierni, a która w ciągu kilku miesięcy z dziejów manufaktury papierniczej zniknęła. Blog to dobre miejsce, by przybliżyć ostatniego aktora niemieckiej komedii improwizowanej.

Jan Józef Feliks von Kurtz, zwany Bernadonem, na świat przyszedł w Wiedniu 22 lutego 1717 roku i w tymże samym mieście dokonal żywota 3 lutego 1784 roku. Obecnie zapomniany, należał do najwazniejszych i najsławniejszych komików i aktorów wiedeńskich XVIII wieku. Urodził się jako syn Feliksa i Edmundy Kurtz, w wędrownej teatralnej trupie. Jego ojciec już wówczas mial przydomek „comicus Felix”, stąd też od swych urodzin Jan grywał role dzieci podczas nieustającego tournée po Cesarstwie – w Brnie, Monachium, Pradze, Ołomuńcu czy Wrocławiu. W roku 1737 dołączył do teatru Kärntnertortheater, gdzie narodziła się postać, grywająca obok Arlekina - improwizujący Bernadon, który stał się przydomkiem Kurtza. W kolejnych latach udał się do Frakfurtu i Drezna, gdzie poślubił Franciszkę Toscani, która urodziła mu ósemkę dzieci. Gdy powrócił w latach pięćdziesiątych do Wiednia, trafił na gorący okres reform teresjańskich. Cesarzowa Maria Teresa wydanym dekretem starała się przywrócić powagę przedstawień teatralnych, wulgarne improwizowane komedie odejść miały w przeszłość, wskazano również z nazwy postacie „bernadońskie”. Choć wkrótce po wydaniu dekretu w roku 1752 Kurtz opuścił Wiedeń, wrócił do niego już dwa lata później, bowiem jak się okazało zarzązenie egzekwowano niezbyt mocno. Także w tym okresie Kurtz owdowiał, jednak już w roku 1758 poślubił aktorkę Theresinę Morelli, grającą kobiecą partnerkę Bernadona. W tym czasie współpracował także z Haydnem, choć niestety nie zachowała się żadna z partytur. W latach sześćdziesiątych jego gwiazda zaczęła blednąć, miało to związek ze zmierzchem komedii improwizowanej po śmierci największych reprezentantów tego gatunku – Gottfrieda Prehausera i Friedricha Weiskerna. Rok 1770 przyniósł kolejną zmianę- po wprowadzeniu cenzury, teatry znalazły się pod kontrolą Państwa, nie było w nich miejsca na improwizację. Kurtz rozpoczął tułaczkę, w roku 1771 występował we Wrocławiu i Gdańsku, w roku 1772 dotarł do Warszawy.

Kurz_StichMiedzioryt przedstawiający Kurtza autorstwa Johanna Landerera, wikicommons

I tak docieramy do najciekawszej części naszej opowieści, gdy Kurtz zagrać miał rolę swojego życia. Zwróćmy uwagę, iż nie posiadał tytułu arystokratycznego, tym bardziej nie był baronem. Gdzieś po drodze do Polski do jego nazwiska przyplątało się „von”.

Wrocę jeszcze raz do wspomnianego wpisu o założeniu Papierni, gdzie prześledziwszy historię odtwarzania dziejów młyna papierniczego wskazałem, iż udział Kurtza odkrył Włodzimierz Budka w roku 1980, rozwiązując zagadkę działania manufaktury przed rokiem 1778. Cóż, okazuje się, że jak to zwykle bywa w historii informację tę podano już wcześniej, w roku 1899 w książce wydanej we Frankfurcie nad Menem. Uczynił to Ferdinand Raab, a książka wymieniona poniżej pozostowała nieznana, przyznać też należy, że nie w Polsce raczej niewiele osób interesowało się Kurtzem. Tymczasem na stronie 182 wspomnianego dzieła jak byk stoi, iż niespodziewanie po zakończeniu kariery scenicznej objawił się w nim człowiek przemysłu, bowiem założył Papiernię (oto potęga bibliotek cyfrowych). Lecz nagłego zainteresowania produkcją papieru nie potrafi autor już wyjaśnić, podobnie nie był w stanie tego uczynić Włodzimierz Budka.

Tymczasem odpowiadali za to kamerdyner, koniuszy i król. Ale jak w każdej dobrej opowieści, napięcie należy dozować odpowiednio, więc o spisku papierniczym przeczytacie w następnym wpisie.


Źródła i literatura:

  • Ferdinand Raab: Johann Joseph Felix von Kurz genannt Bernardon. Ein Beitrag zur Geschichte des deutschen Theaters im XVIII. Jahrhundert. Aus dem Nachlaß herausgegeben von Fritz Raab. Rütten & Loening, Frankfurt am Main 1899

Zapomniani powstańcy

ksunder

Śledzący profil facebookowy bloga lub lokalną prasę wiedzą, iż niedawno doszło do uszkodzenia płyty nagrobnej powstańca styczniowego, Ignacego Robaka. Mam nadzieję, że uda się dokonać renowacji miejsca jego pochówku, lecz na razie to odległa kwestia. Walki styczniowe przykrył kurz historii, obecnie skupiamy się na odkrywaniu żołnierzy wyklętych, odsuwając na bok nawet żołnierzy Armii Krajowej. To relatywizm historii, która powtarza jak zawsze utarte schematy. Po odzyskaniu niepodległości w roku 1918 żyjących powstańców roku 1863 czczono jak bohaterów, nadając im stopnie oficerskie, podczas gdy oni sami kłócili się między sobą czy rację mieli biali czy czerwoni, wyzywając wzajemnie od zdrajców. Jednocześnie dyskutowano czy Powstanie Styczniowe miało sens, a niektórzy uważali za bohaterów sztyletników, z ukrycia dokonujących zamachów.

Lecz my sięgnijmy w przeszłość z innego powodu, jej ślady przywiodły nas ku kolejnym odkryciom. Dokonała ich łurzycanka p. Danuta Nowosielska (Bakalarek), ja jedynie częściowo je uzupełnię. Ignacy Robak, nie był jednak pseudonimem powstańczym, jak pierwotnie podejrzewałem. Akt jego urodzenia we Włoszczowej wskazuje, iż narodził się 28 stycznia 1846 roku jako syn Aleksego i Anny z Cielętarskich, jak zanotował tamtejszy proboszcz na świat przyszedł o północy. Koleje losu zawiodły go do Papierni w Jeziornie, gdzie podjął pracę jako czeladnik, zapewne jak mając nie mniej niż 13 – 14 lat. W wieku 17 lat zginął pod Chojnowem, na płycie napisano, iż miał ich 18, choć nie zdążył iż ukończyć. Okazuje się jednak, że nie tylko on był pracownikiem Papierni, lecz również znany już uprzednio Walenty Pindelski ze Słomczyna, zmarły w Powsinie jako podporucznik wojska polskiego. Jak się okazuje w owym czasie był on również zatrudniony w tutejszym zakładzie. Zapewne zatem jakaś grupa ludzi zorganizowała się by pójść wspólnie bić się o Polskę. Piękna to tradycja niepodległościowa, którą Papiernia powtórzyła prawie wiek później, podczas drugiej wojny.

21_1875_65_8_Robak_Ignacy_akt_urodzenia_1846Lecz to nie jedyni powstańcy z tych terenów, do walki stanęli także inni, których imion dotąd nie znaliśmy. 24 czerwca 1839 roku na świat w Bielawie przyszedł Jan Bednarczyk, który 19.stycznia 1863 roku zamieszkiwał na Kępie Okrzewskiej (wówczas jeszcze formalnie kolonii olęderskiej). Tego dnia wziął ślub z Agnieszką z Matyjasiaków panną również z rzeczonej Kępy Okrzewskiej. Powstanie styczniowe zostało ogłoszone 22 stycznia tego roku, a więc Jan zaraz po ślubie poszedł w szranki powstańców. Zesłany został na Syberię, bowiem pojawia się w imiennym wykazie ks. Ruczka, wstawiającego się za Powstańcami do władz. Z zesłania powrócił i żył jeszcze w wolnej Polsce, bowiem w roku 1923 wymieniony został w roczniku oficerskim, jako podporucznik Wojska Polskiego.

11 grudnia 1843 roku w Czernidłach na świat przyszedł Tomasz Majewski, syn Walentego i Katarzyny Śliwka (to ostatnie nazwisko jak wiadomo noszą wciąż mieszkańcy Gassów i Czernideł). Jego udział w powstaniu nie zakończył się zesłaniem, bowiem w roku 1865 poślubił Mariannę Zambrzykowską, mieszkankę części Jeziorny gdzie funkcjonowała wówczas Papiernia, co znowu prowadzi nas do tego samego miejsca. Sam Tomasz zamieszkiwał wówczas w Jeziornie Bielawskiej, jak zwano przez krótki czas Jeziornę Królewską, gdy zakupili ją Rossmanowie. W roku 1923 wymieniono go jako podporucznika weterana WP, zatem jeszcze wówczas żył.

Rocznik oficerski wskazuje jeszcze ppor. Walentego Milczarski z Konstancina. Niestety nic więcej o nim nie wiemy, być może będzie to osoba wspomniana we wspomnieniach przez Monikę Żeromską.Stary dozorca z położonej na wprost willi "Świt" willi "Pod Wieżą", z którym jej ojciec rozmawiał długie godziny na temat powstania. Tego nie dowiemy się już nigdy…

Wreszcie przejdźmy do tajemniczego powstańca o nazwisku Gut, o pseudonimie „Brun”, o którym pamięć przechowano w Słomczynie, jako żyjącego tam powstańca. Niestety rocznik oficerski na jego temat milczy, choć starsze pokolenie pamięta jeszcze jak przed II Wojną Światową na jego grobie straż trzymali harcerze. Zatem gdy Polska odzyskała niepodległość, już nie żył. Metryki podsuwają nam dwie pasujące osoby, lecz po wnikliwym przyjrzeniu się ich historii uznać należy, iż chodzi o Józefa(Gutowskiego) Gutta, który w 1842 roku ożenił się z Marianną z Pogodzińskich i w 1857 roku miał syna również o imieniu Józef. Lecz to ojciec poszedł walczyć w wieku 40 lat, przeżył je i zmarł w roku 1890. Jego syna pochowano zaś nieopodal grobu Ignacego Robaka, w kaplicy Fagońskich. Ale w akcie zgonu ojca jako świadek wymieniony jest jego sąsiad ze Słomczyna, Wojciech Pindelski. Tak się składa, że był on bratem Walentego Pindelskiego, po dziś dzień czczonego w Powsinie jako jedyny znany z imienia i nazwiska powstaniec styczniowy pochowany na tamtym cmentarzu. Ze Słomczyna pochodził również opisywany przeze mnie kiedyś sztyletnik. Jak widać do walki chodziło się wspólnie.

I teraz, tuż przed Świętem Niepodległości, przywołam jeszcze jeden aspekt w kontekście niedawnego podnoszenia, iż historia niemieckich osadników, nie jest polską historią. Łatwo w tekście można było wychwycić informacje o Kępie Okrzewskiej. Rodzina Matyjasiaków mieszkała tam już w latach dwudziestych XIX stulecia, w tej olęderskiej kolonii. Zaś Józef Gutt „ojciec” jest wnukiem Łukasza i Ewy z Mroczkowskich m. Guttów przybyłych na Urzecze ok. 1787-1788 roku. Ich synem był Jan Gutt z zawodu zdun, mularz. Rok przybycia jasno wskazuje, że przypłynęli tu wraz z drugą falą olęderskiej kolonizacji, a ich wnuk poszedł bić się pod znakiem orła w koronie. I to chyba najlepsza puenta w sprawie niemieckich kolonistów.

Za kilka dni obchodzić będziemy rocznicę odzyskania niepodległości. Nieważne w jakich okolicznościach do tego doszło, pomyślmy ile osób poszło walczyć o to, aby Polska była wolna. W roku 1812, 1830, 1846, 1863 i później, w kolejnych powstaniach i rewolucjach, a także po roku 1918. W „Siekierezadzie” Edwarda Stachury jest piękna scena, w której podczas awantury na wiejskiej zabawie Michał Kątny zwraca się do Janka Pradery, otoczonego przez miejscowych bojców. Ratuje go pytaniem o to, czy zawołać „naszych chłopaków”. Później wyjaśnia jakich chłopaków miał na myśli. Naszych. Tych z Powstania Listopadowego i Styczniowego. Z Powstań Śląskich i z Powstania Warszawskiego. Gdybyś ich zawołał, gdyby cię usłuchali, byłaby to wielka i piękna armia duchów, odpowiada Pradera.

Pomyślcie o tej nieprzeliczonej armii duchów 11 listopada, spośród których znamy imiona jedynie niewielkiej części.


Źródła i literatura:

  • ASC Słomczyn i Powsin
  • Rocznik oficerski 1923

Wakacje z duchami (2): Duchy lasu chojnowskiego

ksunder

Kontynuujmy wakacyjną opowieść o duchach nawiedzających te strony. Choć zapewne kryją się w niejednej opuszczonej willi, porzucimy na razie Konstancin zamieniając go na pełen tajemnic Las Chojnowski. Niegdyś miejsce wielu starć i potyczek, znaczonych przez liczne groby. Obecnie pozostał tylko jeden, węgierskiego żołnierza, pozostałe przepadły w otchłani czasu. Jak wspomina wielu grzybiarzy niegdyś w lesie znaleźć można było jeszcze co najmniej dwa groby. Mogiła rosyjskiego żołnierza przetrwała do lat osiemdziesiątych,  obecnie nie pozostał po niej żaden ślad. Podjęta próba jej odnalezienia dwa lata temu zakończyła się smutnym stwierdzeniem, iż cały teren został gruntowanie zryty przed dziki. Las zresztą szybko odbiera to co należało niegdyś do niego, mało kto wie, iż kiedy powstawał Konstancin w środku lasu oborskiego znajdowała się sporej wielkości osada zwana Teresinem. Zamieszkiwało ją prawie czterdzieści osób, obecnie jedynie mapy wskazują na jej lokalizację i znajdującej się w tym miejscu jeszcze do roku 1945 leśniczówki. Porzućmy więc serce tej części lasu leżącego w nadleśnictwie Chojnów, i drogą przez Czarnów skierujmy się ku Zalesiu Górnemu. Tu również niegdyś pełno było grobów żołnierzy, którzy podczas walk jesienią 1914 roku zginęli w tych lasach, zdaje się jednak że nie na nawiedzają mieszkańców tej urokliwej miejscowości. W tej okolicy w uroczysku Zimne Doły znajdziemy również kamień upamiętniający starcie stoczone 25 sierpnia 1944 roku przez oddział NSZ walczący w ramach struktur AK 1 sierpnia w Papierni. Tu poległ dowódca kompanii i kilku żołnierzy. Dziś jednak naszym celem jest szosa łącząca Zalesie Górne z Pilawą, na rozstaju dróg na głazie wyryto napis "Tu czuwa duch mój Wiktor Stephan 1865-1923". Nieopodal znajdziemy uroczysko Stephana, miejsce nawiedzane przez ducha lasu chojnowskiego. Oddam w tym miejscu głos Małgorzacie Szturomskiej, bowiem nie oddam tej opowieści równie pięknie jak ona:

1243_1

"Unoszące się opary mgły nad bagnami i polanami paproci wróżą zmierzch. Idący przez las miłośnik grzybów traci orientację. Panika powoduje, że im w las, tym więcej drzew i mniej wiedzy w którym miejscu jesteś. Oczy lasu stają się wielkie jak strach, szelesty nieprzyjazne a ogniki bagienne prowadzące na manowce coraz jaśniejsze. W takiej sytuacji możesz zobaczyć mężczyznę w mundurze leśnika, który miedzy jeziorem paproci a skrajem polany bacznie ci się przygląda. Pytasz go o drogę a on pokazuje gestem kierunek. Leśnik wie, że w lesie się nie hałasuje. Można spłoszyć tańczące we mgle elfy, zdenerwować krasnoludka, co mozolnie w muchomorze świdruje igłą sosnową. Buduje domek i chce zdążyć przed nocą. Leśnik odchodzi, zbłąkany wędrowiec odnajduje ścieżkę. I wtedy uświadamia sobie, że Leśnik nie szedł zwyczajnie, raczej płynął nad paprociami, unosił się nad bagnem. W ciszy wieczornego lasu nie było słychać nawet szelestu liści i gałęzi krzewu wilczego łyka, które poruszył. Leśnika widzieli robotnicy leśni i nocni wędrowcy, którzy wracali z pracy z Piaseczna. W upalny lipcowy dzień, gdy aromat lasu sosnowego roznosi się po lesie, przy rozstajnych leśnych drogach na kamieniu siadał Stephan i wsłuchiwał się w las. Pozdrawiał tych, co jechali furką do domu z piaseczyńskiego targu. Takich kamieni było kilka, rozrzuconych po lesie. Ulubionych miejsc legendarnego leśnika. Mówiono, że to miejsca o dużej energii, wzmacniające w chorobie, dajace ukojenie."

step

Wiktor Stephan był inspektorem tej części lasu w dobrach wilanowskich, obejmujących w XIX wieku Chojnów i Żabieniec, a także dalekie Kabaty. Od roku 1892 aż do swej śmierci w roku 1923 był leśnikiem tej części lasu i go ukochał. Na jego cześć nazwano pobliski rezerwat, a także jeden z olbrzymich dębów, wreszcie pobliską miejscowość nazwano Stefanowem. Choć grób leśnika znajdziecie na Cmentarzu Parafialnym w Piasecznie, wciąż krąży nieprzerwanie w tych lasach. A co mają do tego dobra wilanowskie? Chojnów i Żabieniec znajdowały się właśnie pod zarządem Wilanowa, potężnego majątku należącego w XIX wieku do Potockich. I jak pisałem już kiedyś mieszkańcy tych wsi musieli odrabiać szarwarki na Urzeczu, biorąc udział w umacnianiu wałów wiślanych, co z racji odległości od tej rzeki było dla nich kompletnie niezrozumiałe.

Ale Wilanów to temat na odrębną opowieść. W kolejnej części spotkamy duchy mieszkające w tutejszych pałacach i zamkach.


W tekście wykorzystano fragmenty autorstwa Małgorzaty Szturomskiej.

Jeziorki historia ukryta

ksunder

Miało być o Powstaniu Sierpniowym, ale nie będzie, bo właściciel imberfalu (jazu spiętrzającego wodę) podniósł śluzy na Jeziorce. Gdy piszę te słowa nie jest jasne do końca dlaczego, ponoć miało to swoje uzasadnienie, a woda już się podnosi. Skutkiem tego mamy katastrofę ekologiczną, która zresztą w historię tej rzeki wpisana jest od kilkuset lat. Nie będę komentował aktualnych wydarzeń, w tym roku już gryzłem się w język, gdy zasypano część rezerwatu Łęgi Oborskie, z tej okazji popełniłem tekst o historii łęgów, a nieliczni wiedzieli z jakiego powodu pojawił się on właśnie w takiej chwili, bo w samym tekście na ten temat się nie zająknąłem. O rąbaniu starodrzewa już nawet nie wspominam. No ale dzisiejszy tekst dedykuję dla osób odpowiedzialnych za politykę wodną, z pozdrowieniami od wielbicieli.

Dzisiaj tylko film zamiast ilustracji. Jak widać jest pięknie, miło i przyjemnie.

Działania wpisują się w ciąg historyczny poczynań panów na Jeziorce, którzy rzekę wielokrotnie regulowali. Niegdyś miała ona dwa koryta, jedno płynące pod wsią Jeziorna Królewska, drugie nieco na południe, w późniejszej wsi Jeziorna Oborska, w obu tych miejscach znajdowały się młyny. Koryto wiodące przez Jeziorkę płynęło dalej przez Bielawę w kierunku Powsina. Wody na tyle dużo, że miejsce tu znalazły kolejne dwa młyny, a dalej nieopodal ujścia Wisły jeszcze kolejny, we wsi Łazy, należącej do Powsina.  Nurt był mocno rwący i rozlewał się na tyle szeroko, że miesiącami przebycie przez rzekę w Jeziornie Królewskiej możliwe było wyłącznie przy pomocy promu.

Sytuację tę zmienił w roku 1594 Marcin Oborski, dziedzic Obór, który zbudował na Jeziorce przepust. Zablokował w ten sposób rzekę, kierując ją w kierunku swych ziem. Rozpoczęła się wojna o wodę, lecz sądy graniczne przyznały rację Marcinowi Oborskiemu, iż mógł zmieniać bieg rzeki. Spiętrzył dzięki temu sposób wodę w odnodze znanej jako Święty Jan, zasilając młyn we wsi Przyjeziorna, kierując ją dalej przez łąki ku młynowi w Grądzie, skąd przez Habdzin popłynęła ku Wiśle. Nurt pod Jeziorną Królewską zaś zaczął wysychać, w konsekwencji doprowadzając do upadku wieś Łazy. Oczywiście nie płynął wąską stróżką, wciąż podczas roztopów nie sposób było przedostać się pod Jeziorną inaczej niż łodzią jeszcze w XIX wieku, lecz po tamtej Jeziorce pozostało jeziorko w Bielawie i trzciny znaczące ślad dawnej rzeki wśród pól.

W dwa stulecia później na potrzeby powstającej Papierni Hieronim Wielopolski polecił ryć i kopać kanały. W miejscu wsi Grąd powstał zalew istniejący do dzisiaj z wyspą po środku, umocniony groblami wokół. Okoliczne łąki znalazły się pod wodą, aby spiętrzona woda napędzać mogła maszyny papiernicze.

Już w roku 1812 Samuel Bruschke stał się posiadaczem obecnej Starej Papierni, planując wykorzystać spiętrzoną wodę między zakładami do produkcji papieru. Prócz spiętrzenia wody nie zdążył uczynić wiele, ale to już wystarczyło by zmienić stosunki wodne w okolicy. Na tyle, że gdy w roku 1830 Potuliccy sprzedawali Papiernię wpisano do aktu notarialnego, aby nowy właściciel nie blokował dostępu przepływającej wody  do stawu pod Oborami. Staw to jeszcze nie do końca poznana przeze mnie historia, ale jak wynika mi z opisów gruntów i niektórych map, w XVII wieku obecne łąki oborskie aż po Habdzin znajdowały się w przeważającej części pod wodą, a między bagnami poruszano się po groblach. Nieopodal dworu zaczynał się wspomniany staw, zasilany wodą z Obór. Wody nie starczyło, do czego dołożyła się jednoczesna budowa wałów i zasypanie starorzeczy. Staw wysechł, w jego miejscu ciągnie się teraz rezerwat Łęgi Oborskie. A przy okazji wynieść musiały się całe wsie - Czernidła, Borek i Obórki, bo zabrakło wody w studniach. No i teraz są zupełnie gdzie indziej.

No i jest jeszcze nie tak dawna historia pana, którego denerwowała woda w rozlewisku powodziowym, więc zrobił dziurę w wale aby ją spuścić.

Zatem zmienianie biegu rzeki, osuszanie, podnoszenie, nie jest niczym nowym. Wzorce mamy jak najlepsze. Jak miło, że historia okazała się rzeczywiście nauczycielką życia i można było w tym zakresie skorzystać z jak najlepszych wzorców pozostawionych nam przez przodków. 

Dawno i nieprawda temu.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci