Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Konstancin-Jeziorna

Krótka historia gminy Słomczyn

ksunder

Zapewne większość osób zapoznała się już z pomysłem zmiany granic administracyjnych. W obecnym kształcie zapis nie pozostawia złudzeń, w skład Miasta Stołecznego Warszawy wejdzie gmina Konstancin-Jeziorna, wraz z wianuszkiem pozostałych gmin okalających Warszawę tworząc powiat warszawski. Powiat piaseczyński przestanie istnieć i zostanie podzielony. Nie będę tu wypowiadał się o tym projekcie, bo nie miejsce na to, nic nie trwa wiecznie, także podział samorządu terytorialnego. Wszystko to przypomniało mi nie tak dawną historię, z czasów prawie najnowszych sprzed sześćdziesięciu kilku lat. Ale po kolei…

Podział terytorialny zawsze rodził się w bólach, nim Rosjanie utworzyli gminę Jeziorna, przez chwilę funkcjonowały gmina Bielawa z siedzibą w Jeziornie i gmina Obory, której siedzibę z nieznanych obecnie przyczyn władze zaborcze postanowiły umieścić w Ciszycy. Obie połączono w roku 1867 i tak powstała gmina, której obszar praktycznie pokrywa się z obecnie istniejącą. W roku 1924 nieco ją zmniejszono, wyłączajac z niej teren letniska i tworząc gminę Skolimów-Konstancin. W takim stanie tutejsza administracja przetrwała wojnę.

Aż nadszedł rok 1952. Reforma samorządowa trwała w najlepsze, właśnie powiększono Warszawę włączając do niej ościenne gminy i w ten sposób zamiast graniczyć jak dotąd z gminą Wilanów, Jeziorna zaczęła graniczyć ze stolicą. Która przy okazji zabrała sobie nieco terenów należących do gromady Bielawa, o czym już niegdyś pisałem. Na nich utworzono Ogród Botaniczny. Przez długi czas zresztą władz gminy Jeziorna nikt nie poinformował, jakie właściwe tereny jej odebrano, bowiem pomiaru granic dokonali geometrzy Warszawy. Zresztą ówcześni urzędnicy nie byli zbytnio skłonni do uzyskiwania takich informacji, oczekując aż zostaną o tym poinformowani. Dopiero rok później dowiedzieli się, iż grunta orne Gawrońca, Kierszka, Łęczycy i Bielawy stały się częścią stolicy.

Reforma wchodziła w życie stopniowo, początkowo nic nie zapowiadało tego co się stanie. 31 maja 1952 roku utworzono powiat piaseczyński z miastem Piasecznem i Skolimowem-Konstancinem oraz gminą Jeziorna. W związku z likwidacją gminy Nowo-Iwiczna gmina Jeziorna znacznie się powiększyła. W jej skład weszły Julianów, Józefosław przejęte od m. Piaseczna oraz wieś Skolimów. Do gminy Jeziorna dołączono także Chylice i Chyliczki, Czarnów, Jastrzębie i Siedliska. Zmienił się skład ówczesnej Gminnej Rady Narodowej, od 7 lipca dołączyli do niej radni z połączonych miejscowości. Od początku zarządzanie tak dużym obszarem stało się problemem, przy ówczesnych trudnościach komunikacyjnych, braku dróg, do tego pośrodku gminy znajdował się wyłączony spod jej władzy obszar miasta Skolimów-Konstancin. Nowym radnym nie było zupełnie na rękę włączenie ich do istniejącej od dawna, okrzepłej struktury, gdzie stanowiska były już z dawna obsadzone, a oni sami znaleźli się poza lokalnymi układami. Stąd też 28 listopada 1952 na sesji rady wystąpili z wnioskiem o zmianę granic gminy Jeziorna, proponując by z nowowłączonych gromad utworzyć gminę Chylice, w skład której wejdą Wierzbno, Czarnów, Jastrzębie, Siedliska, Kierszek, Julianów, Józefosław i Skolimów-wieś z Chyliczkami i oczywiście Chylice, mające być siedzibą nowej gminy. Mało kto protestował przeciw takiemu rozwiązaniu, gmina Jeziorna dzięki temu mogła pozbyć się problemu, a wyłączone z Piaseczna i likwidowanej Nowo-Iwicznej miejscowości utworzyć nową strukturę, w której czuły się ze sobą związane. Chylice wybrano jako wieś najlepiej z pozostałymi skomunikowaną.

Jednak niespodziewany wniosek złożyli przedstawiciele Słomczyna, nie uprzedzając nikogo, co doprowadziło do awantury. W piśmie podpisanym przez 47 rolników wniesiono o pozostawienie miejscowości na terenie gminy, miast tego o utworzenie gminy Słomczyn, w skład której wejdą Borowina, Cieciszew, Czernidła, Gassy, Obory wraz z Cegielnią, Piaski i Słomczyn. Sesję rady przerwano, a w teren popędzili przedstawiciele urzędu dokonywać ustaleń.

Jak się okazało Słomczyn przeprowadził dywersję, rozpytywani mieszkańcy pozostałych miejscowości wyrażali zdziwienie, że podpisali takie pismo. Rozpytywani na okoliczność wniosku twierdzili, że nie wiedzą nic o takich planach. Mieszkańcy Piasków wyrazili wprost „niechęć do bycia w Słomczynie”, w pozostałych wsiach oświadczono, iż stworzy to mieszkańcom znaczne trudności „bo w Jeziornie jest poczta, posterunek MO oraz sklepy, których w Słomczynie ze względu na brak lokali nie będzie”. Jedynie rolnicy z Czernideł stwierdzili, że nie obchodzi ich gdzie znajdzie się siedziba gminy, bo odległość do Słomczyna i Jeziorny Królewskiej mają taką samą.

Pomysł upadł, po latach docenić można jednak ten sprytny ruch Słomczyna i jego mieszkańców, którzy pragnęli wykorzystać dziejowy moment, wiedząc iż reforma jest w toku i awansować do rangi siedziby gminy. Obecnie to jedynie zabawna dykteryjka, którą po latach będą zapewne także działania w sprawie obecnej reformy. Która podobnie jak poprzednie wywróci wszystko, wraz z powiatem do Warszawy przeniesie się Urząd Podatkowy, Wydział Komunikacji, zmiana terytorialna wymusi reformę wszystkich organów przez Policję, Sanepid i inne. Ale to nie jest temat na łamy tego bloga.

Warto jedynie przypomnieć, iż wkrótce okazało się, że pomysły mieszkańców Słomczyna i Chylic spełzły na niczym. Gminy zlikwidowano całkowicie i aż do roku 1973 samorząd właściwie nie istniał, reprezentowany przez gromadzkie rady narodowe czy rady osiedli. Dopiero wtedy powstała gmina Konstancin-Jeziorna w kształcie w jakim istnieje do dzisiaj.


Źródła:

  • APW O/Grodzisk Mazowiecki, Akta gminy Jeziorna

Na półce z książkami

ksunder

wpis o książkach traktujących o historii tych stron

Dzisiaj na blogu początek wpisów na temat rozmaitych tytułów traktujących o historii tych okolic. To odpowiedź na tak zwane zapotrzebowanie społeczne, bowiem jednym z najczęściej zadawanych pytań podczas odwiedzin w naszym namiocie na Otwartych Ogrodach, było to o lektury związane z tymi stronami, chętnie przeglądano wyłożone książki zapisując ich tytuły. Pytania na temat książek często padają na facebooku, skąd posty znikają bezpowrotnie równie szybko jak się pojawiają, myślę więc że dobrze będzie raz na jakiś czas popełnić kilka słów na ten temat. Wpisy te znajdziecie w dziale „W książkach lub czasopismach”, będzie to opis kilku pozycji, a także informacje gdzie można je zakupić. Nie będą to recenzje, bo tych pisać nienawidzę a raz na jakiś czas muszę to robić, zresztą w dzisiejszych czasach recenzowanie książek historycznych polega na wysyłaniu gratisów do swoich kolegów, zebraniu pozytywnej opinii i upychaniu ich potem w stu zaprzyjaźnionych czytelniach, gdzie są trudno dostępne, lecz w ten sposób ma się za sobą publikację naukową (nieco złośliwie powtarzam tu opinię innego mojego kolegi). Więc skoro wstęp już za nami przystąpmy do opisu pierwszych książek, na dobry początek wybrałem dwa tytuły napisane – jakżeby inaczej – przez dwóch moich kolegów:-)

 

Dawid Miszkiewicz, Ślady działań wojennych z września 1939 roku w Piasecznie, Konstancinie i okolicy, Konstancin 2014

 lotnisko w oborach

Chyba jedna z najważniejszych książek jakie się ostatnio ukazały, jest to w zasadzie pierwsza naukowa pozycja na temat powiatu piaseczyńskiego jaka ukazuje się od roku 1973. Co jest jej zaletą i niech nikogo nie odstrasza, bowiem mimo bogatego aparatu naukowego w postaci przypisów, książkę czyta się świetnie. Za nieco barokowym tytułem skrywa się opis działań wojennych września 1939 roku prowadzonych w Piasecznie i wschodniej części powiatu piaseczyńskiego. Autor opisał w dużej mierze nieznane dotąd fascynujące sploty wydarzeń dziejowych, które doprowadziły do tego, że po zajęciu przez Niemców Piaseczna, niespodziewanie musieli się tu bronić, podczas gdy trzon ich armii nacierał na Warszawę. Co najistotniejsze autor zadał sobie trud by podążyć za każdym pomnikiem i grobem upamiętniającym wrześniowe walki, stąd opisał rozbicie się samolotu w Czarnowie, dzieje pochowanych na cmentarzach w Skolimowie i Słomczynie, tak naprawdę odkrywając ich historię na nowo, prócz walk w tych okolicach opisując także losy osób widniejących na pomniku, które poległy choćby pod Westerplatte. Nie pominął także informacji o Niemcach w Klarysewie czy Jeziornie. Znaczna część książki poświęcona jest walkom w rejonie nadwiślańskim, znanym dotąd wyłącznie z artykułu Pawła Sulicha (do poczytania w tym miejscu), bowiem wiązały się one przede wszystkim z walkami o most Ciszyca-Świdry Małe oraz walce o przeprawę promową w Gassach. Książka poszerza te informacje i dodaje wiele nowych na temat wrześniowej kampanii, a także historii samego mostu (nota bene dodam, iż wciąż w Obórkach mieszka pewna stara łurzycanka, która dobrze pamięta poświęcenie mostu wiosną 1939 roku). Jednym słowem w książkę warto się zaopatrzyć, a ja mam nadzieję, że autor nie spocznie na laurach, bowiem na swe opracowanie wciąż czeka Batalion „Krawiec”, pozostający w cieniu działającego w Papierni oddziału NSZ.

Część książki (w nieco poszerzonej wersji) dostępna jest w formie artykułu - Lotnisko w Oborach. Fragment to skromny, bowiem zaledwie kilka stron ze 100-stronicowej publikacji.

gdzie kupić – Ksiązka dostępna jest w księgarni Bzyk w Piasecznie przy ul. Warszawskiej 5 (informacja na dzień 8 X dzięki p. Marii Łukasik), a także w pewnym sklepie na granicy Chylic i Piaseczna, aktualne informacje odnośnie miejsca zakupu podaje także autor - ddmiszkiewicz@gmail.com

 
Łukasz Maurycy Stanaszek, Nadwiślańskie Urzecze, Warszawa-Czersk 2014

nu

Teoretycznie tej książki nie trzeba nikomu polecać, ja jednak napiszę kilka słów na jej temat kierując je do tych, którzy nie czują się z Urzeczem związani, jak mieszkańcy letniskowych miejscowości takich jak Otwock, Konstancin, Józefów czy choćby Miasteczko Wilanów. Choć miejsca ta obecnie zajmuje przestrzeń miejska, przez wieki znajdowały się one w mikroregionie etnograficznym zwanym właśnie Urzeczem (gwarowo Łurzycem), obejmującym nadwiślański pas po obu stronach rzeki między Czerniakowem a Pilicą. Stąd na Urzeczu leżą również zabudowane blokami okolice Gocławia, czy Miedzeszyn. Ten unikalny region stał się domem dla osadników olęderskich, flisaków i tutejszych włościan, których wielu potomków mieszka tu po dziś dzień. Odkryty został przez autora tej książki, który odnalazł wiele zapomnianych śladów przeszłości okolic nadwiślańskich. Jej istnienia mało kto zdawał sobie wcześniej sobie sprawę, nie wiedząc, iż wiele tutejszych zwyczajów stanowi spadek po dziedzictwie mikroregionu.  Książka w niesamowity sposób łączy pracę naukową z wydawnictwem popularnym, w wydaniu albumowym prezentując na każdej stronie zdjęcie życia codziennego na dawnym Urzeczu i panujące tu zwyczaje. Warto zaopatrzyć się w nią jeśli kogoś interesuje życie codzienne i zapoznać się z kulturą zapomnianego regionu, sądzę zresztą, że taki sposób wydania stanowi przyszłość tej dziedziny publikacji naukowych.

Czy warto kupić książkę, jeśli ktoś posiada pierwsze wydanie? Jak widać tym razem obchodzimy się bez podtytułu wyjaśniającego czym jest region, bowiem przez 2 lata, które minęły od poprzedniego wydania mocno okrzepł już w świadomości ludzkiej. Prócz wielu nowych zdjęć, wydanie drugie dostarcza wiele nowego materiału. Muszę przyznać, iż o ile po lekturze „Na Łużycu” region jawił mi się jako nie do końca określony, funkcjonujący wyłącznie w opisie etnograficznym, do drugiego wydania dołączono solidny materiał dający mu podstawy historyczne i językowe, po których nikt już nie może mieć wątpliwości na temat jego istnienia. Rzecz jasna autor rozbudował też dyskurs etnograficzny i udowodnił ostatecznie, że strój znany jako wilanowski, winien tak naprawdę być zwany strojem urzeckim, bowiem właśnie tak się tutaj odświętnie noszono. Po lekturze czuję jedynie niedosyt, iż została ona okrojona z wielu ciekawych informacji na temat życia codziennego, lecz wynika to z konstrukcji pracy, co zresztą podnosi sam autor. Wiele jeszcze na temat Urzecza do odkrycia, acz jak deklaruje autor nastąpi to w formie innych publikacji, warto więc zaopatrzyć się w tę pozycję.

gdzie kupić -  na spotkaniach z autorem, o których informuje na bieżąco na stronie www.facebook.com/urzecze. Do niedawna dostępna była także w Czersku w kasie zamkowej, także w księgarni w Górze Kalwarii przy Pijarskiej 38 oraz w PMA w Warszawie przy ul. Długiej 52 i Księgarni Historycznej przy al. Solidarności 105.

 

 

Vinea Christi (Winnica Chrystusowa). Dokumenty dotyczące założenia miasteczka Góra Kalwaria, red. s. Małgorzata Borkowska OSB, Kraków-Góra Kalwaria 2014

Nieco specyficzna księga, skierowana raczej do specjalistów, lecz z drugiej strony jest to rzecz, którą winien posiadać każdy interesujący się historią mieszkaniec Góry Kalwarii. Książka zawiera reprint zbioru dokumentów jaki ukazał się w roku 1680, który zawierał informacje na temat niespotykanego w historii europejskiej urbanistyki precedensu, jakim było przekształcenie niewielkiej nadwiślańskiej wioski o nazwie Góra w miasto noszące wówczas nazwę Nowej Jerozolimy i jej założeń kalwaryjskich, czego dokonał bp. Stefan Wierzbowski. I dzięki temu dokumenty te zachowały się w dużej mierze do dzisiejszych czasów, a wydanie zawiera tłumaczenie na język polski każdego z aktów tu zawartych, wykonane przez s. Małgorzatę Borkowską, autorkę wspaniałej historii Góry Kalwarii.

Jednakże uważna lektura księgi przyniesie informacje nie tylko na temat fundacji Nowej Jerozolimy, lecz również okolicznych ziem i wsi położonych po obu stronach Wisły z Ostrówkiem i Kossumcami włącznie, a także okolic Moczydłowa. I historię rodu Cieciszewskich, wywodzącego się z Cieciszewa na terenie obecnej gminy Konstancin-Jeziorna, dotąd nieopracowaną. Tracimy ich z oczu na przełomie wieków XVI i XVII i w zasadzie do niedawna wiadomo było jedynie, że od ich potomkini Anny Niemirzyny kupiono część ziem, na których utworzono miasto. Warto przejrzeć tę piękną publikację. Pisałem już na jej temat zresztą, przy okazji wpisu na temat Parafii Cieciszewskiej.

Gdzie kupić – niedawno ukazał się reprint. Warto odwiedzić Muzeum Regionalne w Górze Kalwarii ul. Marianki 41a, gdzie pozycję tę można jeszcze zapewne zakupić od p. Wojciecha Prus-Wiśniowskiego, któremu zawdzięczamy w dużej mierze wydanie tej opasłej księgi. Czasem także pojawia się na allegro.

W kolejnym wpisie o książkach, który pojawi się na blogu pewnie za kilka tygodni, lista pozycji traktujących o Konstancinie. A jeszcze w tym tygodniu kolejny wpis, bo w piątek pewna ważna rocznica.

Jeziorki historia ukryta

ksunder

Miało być o Powstaniu Sierpniowym, ale nie będzie, bo właściciel imberfalu (jazu spiętrzającego wodę) podniósł śluzy na Jeziorce. Gdy piszę te słowa nie jest jasne do końca dlaczego, ponoć miało to swoje uzasadnienie, a woda już się podnosi. Skutkiem tego mamy katastrofę ekologiczną, która zresztą w historię tej rzeki wpisana jest od kilkuset lat. Nie będę komentował aktualnych wydarzeń, w tym roku już gryzłem się w język, gdy zasypano część rezerwatu Łęgi Oborskie, z tej okazji popełniłem tekst o historii łęgów, a nieliczni wiedzieli z jakiego powodu pojawił się on właśnie w takiej chwili, bo w samym tekście na ten temat się nie zająknąłem. O rąbaniu starodrzewa już nawet nie wspominam. No ale dzisiejszy tekst dedykuję dla osób odpowiedzialnych za politykę wodną, z pozdrowieniami od wielbicieli.

Dzisiaj tylko film zamiast ilustracji. Jak widać jest pięknie, miło i przyjemnie.

Działania wpisują się w ciąg historyczny poczynań panów na Jeziorce, którzy rzekę wielokrotnie regulowali. Niegdyś miała ona dwa koryta, jedno płynące pod wsią Jeziorna Królewska, drugie nieco na południe, w późniejszej wsi Jeziorna Oborska, w obu tych miejscach znajdowały się młyny. Koryto wiodące przez Jeziorkę płynęło dalej przez Bielawę w kierunku Powsina. Wody na tyle dużo, że miejsce tu znalazły kolejne dwa młyny, a dalej nieopodal ujścia Wisły jeszcze kolejny, we wsi Łazy, należącej do Powsina.  Nurt był mocno rwący i rozlewał się na tyle szeroko, że miesiącami przebycie przez rzekę w Jeziornie Królewskiej możliwe było wyłącznie przy pomocy promu.

Sytuację tę zmienił w roku 1594 Marcin Oborski, dziedzic Obór, który zbudował na Jeziorce przepust. Zablokował w ten sposób rzekę, kierując ją w kierunku swych ziem. Rozpoczęła się wojna o wodę, lecz sądy graniczne przyznały rację Marcinowi Oborskiemu, iż mógł zmieniać bieg rzeki. Spiętrzył dzięki temu sposób wodę w odnodze znanej jako Święty Jan, zasilając młyn we wsi Przyjeziorna, kierując ją dalej przez łąki ku młynowi w Grądzie, skąd przez Habdzin popłynęła ku Wiśle. Nurt pod Jeziorną Królewską zaś zaczął wysychać, w konsekwencji doprowadzając do upadku wieś Łazy. Oczywiście nie płynął wąską stróżką, wciąż podczas roztopów nie sposób było przedostać się pod Jeziorną inaczej niż łodzią jeszcze w XIX wieku, lecz po tamtej Jeziorce pozostało jeziorko w Bielawie i trzciny znaczące ślad dawnej rzeki wśród pól.

W dwa stulecia później na potrzeby powstającej Papierni Hieronim Wielopolski polecił ryć i kopać kanały. W miejscu wsi Grąd powstał zalew istniejący do dzisiaj z wyspą po środku, umocniony groblami wokół. Okoliczne łąki znalazły się pod wodą, aby spiętrzona woda napędzać mogła maszyny papiernicze.

Już w roku 1812 Samuel Bruschke stał się posiadaczem obecnej Starej Papierni, planując wykorzystać spiętrzoną wodę między zakładami do produkcji papieru. Prócz spiętrzenia wody nie zdążył uczynić wiele, ale to już wystarczyło by zmienić stosunki wodne w okolicy. Na tyle, że gdy w roku 1830 Potuliccy sprzedawali Papiernię wpisano do aktu notarialnego, aby nowy właściciel nie blokował dostępu przepływającej wody  do stawu pod Oborami. Staw to jeszcze nie do końca poznana przeze mnie historia, ale jak wynika mi z opisów gruntów i niektórych map, w XVII wieku obecne łąki oborskie aż po Habdzin znajdowały się w przeważającej części pod wodą, a między bagnami poruszano się po groblach. Nieopodal dworu zaczynał się wspomniany staw, zasilany wodą z Obór. Wody nie starczyło, do czego dołożyła się jednoczesna budowa wałów i zasypanie starorzeczy. Staw wysechł, w jego miejscu ciągnie się teraz rezerwat Łęgi Oborskie. A przy okazji wynieść musiały się całe wsie - Czernidła, Borek i Obórki, bo zabrakło wody w studniach. No i teraz są zupełnie gdzie indziej.

No i jest jeszcze nie tak dawna historia pana, którego denerwowała woda w rozlewisku powodziowym, więc zrobił dziurę w wale aby ją spuścić.

Zatem zmienianie biegu rzeki, osuszanie, podnoszenie, nie jest niczym nowym. Wzorce mamy jak najlepsze. Jak miło, że historia okazała się rzeczywiście nauczycielką życia i można było w tym zakresie skorzystać z jak najlepszych wzorców pozostawionych nam przez przodków. 

Dawno i nieprawda temu.

Skolimów-Konstancin, 1940

ksunder

Jakiś czas temu zamieściłem na blogu informacje na temat przedwojennej gminy Jeziorna wraz z fragmentami księgi adresowej z roku 1928 dotyczącymi tych terenów, a następnie książkę telefoniczną z 1939 roku. Jako, że zapowiedziałem wtedy dalszy ciąg w postaci podobnej księgi  z czasów wojny, pora tę zapowiedź zrealizować.

Niemcy we wsi. Konstancin 1941, zbiory Tomasza Zymera.

Jest to Amtliches Fernsprechbuch fűr das Generalgouvernement czyli Urzędowa książka telefoniczna Generalnego Gubernatorstwa, wydana w październiku 1940 przez Niemiecki Urząd Pocztowy. Pochodzi z okresu, gdy nowy porządek świata został już trwale ustalony, wschodnia granica jest ustalona na trwałe, Norwegia,  Francja i kraje Beneluksu pobite, jedynie Wielka Brytania osamotniona toczy walkę ze zjednoczoną przez Hitlera Europą i wbrew jego nadziejom, gdy wstrzymał operację Lew Morski, mając nadzieję na rokowania ze strony Churchilla, po Bitwie o Anglię, ten ostatni nie zamierza się poddać. W tym stanie rzeczy podział administracyjny Generalnej Gubernii i książka adresowa to tylko przyczynek do organizacji byłej Polski. W gminie Jeziorna zlikwidowano już getto, na chłopów nałożono obowiązek kwaterowania wojsk i domiary, lecz wobec kulturalnych mieszkańców willi Niemcy mają nieco łagodniejszy stosunek. Gmina Jeziorna, Skolimów-Konstancin, Chylice a nawet Powsin i Kabaty wchodzą w obręb jednej centrali telefonicznej. Sporo aparatów telefonicznych zostało zlikwidowanych, pozostawiono je nielicznym. Warto porównać zamieszczone niżej dane ze spisem abonentów z roku 1939, aby uzmysłowić sobie jak wiele się zmieniło.

Niemcy w lesie. Ćwiczenia w Konstancinie w roku 1944, zbiory austriackiej Biblioteki Narodowej.

Ciekawe okazuje się przyjrzenie mieszkańcom willi, którzy nim zostaną wysiedleni jeszcze przez kilka lat pozostaną w swych domach, goszcząc niemieckich oficerów. Zapewne z tych powodów wielu z nich posiada aparaty telefoniczne, dzięki którym goście pensjonatów mogą posiadać łączność. Część numerów telefonicznych należy do funkcjonujących tu instytucji, jak Poczta Wschodnich Niemiec czy elektrownia w Jeziornie, posterunki granatowej policji w obu dawnych gminach, w Skolimowie i Jeziornie, no i rzecz jasna Fabryka Papieru, w której już wtedy zaczyna kwitnąć konspiracja i tworzą się zalążki NSZ oraz AK w okolicznych wsiach. Telefony posiadają także właściciele drogerii, młynarz z Jeziorny, lekarze, aptekarze, mechanik… Rzut oka na nazwiska właścicieli willi ukaże nam wielu posesjonatów, których nazwiska znane są z historii Konstancina. Są tu Paschalscy, Witwiccy, Pfeiferowie a Konrad Fangor zamieszkuje w Gawrońcu, czyli w Fangorówce, którą po dziś dzień można oglądać na terenie Ogrodu Botanicznego w Powsinie (aż do lat pięćdziesiątych teren ten należał do dawnych ziem Bielawy). Zachęcam do uważnej lektury, bo każdy znajdzie tu jakąś ciekawostkę, bowiem nazwiska podane są wraz z nazwami willi, sklepów i ich adresami. Na przykład, że telefon pozostawiono prałatowi Antoniemu Burzyńskiemu z kościoła w Konstancinie. Niemcy letnisko w Skolimowie-Konstancinie docenili i jak pokazały kolejne miesiące pragnęli pozostawić je miejscem wypoczynku, z dala od wojennej atmosfery, gdzie przyjechać można na wypoczynek do pięknych pensjonatów...

 


Źródła i literatura:

  •  Książka w wydaniu z 1942 dostępna w Radomskiej Bibliotece Cyfrowej - LINK

Cudowne lata

ksunder

Dzisiejszy wpis nie jest w zasadzie historyczny, przypominał raczej będzie wpis o Hugonówce, więc osoby zaglądające tu dla zwyczajowych tekstów mogą go sobie darować. O Hugonówce też zresztą będzie, ale na końcu. W zasadzie zresztą w chwili kiedy słowa te piszę jeszcze nie wiem czy go zamieszczę. Ale po kolei.

Mija własnie 25 lat. Od placu Tiennanmen i od wyborów w Polsce. Nie zamierzam się nawet porywać na opisywanie tego co działo się w tym okresie, bo czas jaki upłynął jest zbyt krótki, a my zbyt wiele tracimy na emocjonalne spory. Ale dzieje się tak zawsze gdy żyją jeszcze świadkowie wydarzeń wspominanych po latach. A jak ładnie ktoś ostatnio zauważył najwięcej zwalczających komunizm działa ćwierć wieku później, zresztą wielu spośród obecnie walczących nie było wówczas na świecie. Ja sam załapałem się na końcówkę komunizmu poprzedzoną jego ostatnimi podrygami w postaci stanu wojennego. Zresztą komunizmem to był tylko z nazwy. Należę do pokolenia, które obudziło się rano i zobaczyło w telewizji zamiast Teleranka pewnego generała. Kiedy byłem na studiach w latach dziewięćdziesiątych mogłem powiedzieć, że przeżyłem w poprzednim ustroju większość swego życia, teraz już nie mogę. Może to i dobrze.

Wyjaśnię jeszcze skąd te cudowne lata, zanim przywali mi jakiś apogeleta, za to że gloryfikuję jakąś ideologię. Chyba także w roku 1989 w telewizji zaczęto puszczać amerykański serial, o dorastającym chłopcu i jego przyjaciołach, akcja rozpoczynała się w latach sześćdziesiątych. W tle ważne wydarzenia, wojna w Wietnamie, hippisi na ulicach, a on widzi to z perspektywy swego dorastania. A oglądałem go właśnie 25 lat temu kiedy sam dorastałem, zapewne nieco się z bohaterem identyfikując, ale tego już nie pamiętam. Po latach doceniłem pomysł serialu, opowiadającego o tym co działo się 20 lat wcześniej. Amerykanie potrafią nakręcić serial o przeszłości nie tonąc w sporach o jej kształt, my nie potrafimy. Taki serial nie mógłby u nas powstać, ale właśnie wtedy z nim i 4 czerwca 1989 kojarzy mi się ten czas. I taki też pomysł jego przedstawienia miałem 6 lat temu, gdy dopadł mnie kolega z ławki szkolnej, proponując napisanie na 20 lecie tamtych wydarzeń scenariusza krótkiego komiksu. Z próby podjętej w 2009 roku nic nie wyszło, bo to zdaje się miała być jakaś antologia, ale zanim wydawnictwo na poważnie się tym zainteresowało, pomysł zdaje się już upadł, bo kolega nasłuchał się, że chce gloryfikować czasy ubeków i gestapowców i mu się odechciało. Zamiast tego zaczął malować okładki do książek i udzielać wywiadów Playboyowi i został celebrytą. Z pomysłu ocalała pierwsza i przedostatnia strona oraz kilka szkiców no i cały tekst. Te kilka stron miało mieć tytuł „1989”. Może to dobry pomysł aby odkurzyć je w tym miejscu, bo w dużej mierze bazują na roku 1989 w Konstancinie, z perspektywy dorastania. Dlatego tytuł „Cudowne lata”. Tekst wklejam poniżej, proszę tylko nie traktować go jako wspomnień, bo to beletrystyka oparta w dużej mierze na rzeczywistości. Uznałem, że tylko w ten sposób da się przedstawić tamten moment w czasie uwalniając go od polityki i ocen. W kilku miejscach wykorzystałem szkice z komiksu, choć to raczej opowieść graficzna.

Aha, miało być też o Hugonówce. Miałem ostatnio okazję przejrzeć niektóre wspomnienia zebrane podczas dni Hugonówki przez Katarzynę Strzelecką i stało się to impulsem, abym odkopał ten tekst, bo wspomnienia dotyczą oczywiście najlepszych czasów dorastania i pierwszych miłości. Projekt udał się moim zdaniem świetnie, przypomniano nawet o istnieniu tutejszej legendarnej kapeli „Dzieci w Szoku”. Kiedy przeglądałem ten tekst uderzyło mnie, że pamiętam mniej niż 5 lat temu, niektóre rzeczy po prostu wyleciały mi z głowy.

Jutro na blogu ciąg dalszy dziejów służewskiego szlaku. Poniżej tekst. A dlaczego na początku taki a nie inny obrazek? Coż, widniejące na nim słowa zostały także wypowiedziane 25 lat temu, w pilotowym odcinku powyższego serialu, a obrazek zrobił w internecie ostatnio karierę z tego powodu. Widzimy się więc ponownie, ćwierć wieku później, Laura Palmer, Cudowne lata i 4 VI 1989.

 

„1989”

Jeśli ktoś zapyta mnie co pamiętam, to mogę powiedzieć, że miałem wtedy 12 lat i chyba nie do końca poczucie, że uczestniczę w czymś wyjątkowym. W zasadzie, patrząc z perspektywy czasu, cały ten rok zaczął się dużo wcześniej…

W listopadzie 1988 roku miala miejsce debata telewizyjna, rodzice mówili, że ten cały Wałęsa przytył przez te kilka lat…

… oglądali ją na naszym kolorowym telewizorze, takim małym, produkcji radzieckiej. Miał ekran wielkości pudełka do butów i był obiektem zazdrości moich kolegów, którzy mieli czarno-białe telewizory. Mówiłem im jaki kolor mają bohaterowie „Porwania Baltazara Gąbki” i denerwowało ich, że sami nie mogą tego zobaczyć.

Mniej więcej w tym czasie coś ważnego uległo zmianie. W listopadzie w niedzielę wypadała rocznica Wielkiej Rewolucji Październikowej. Rodzice przekonali mnie aby nie oglądał dobranocki, bo zawsze z tej okazji puszczano jakąś kiepską rosyjską bajkę. Potem okazało się, że była to bajka o Smerfetce. Smerfy miały wtedy premierę. W szkole strasznie to przeżywano, takich bajek wcześniej nie było. Strasznie zazdrościłem wszystkim, że widziałem tej bajki. Tak naprawdę po latach mogę powiedzieć, że wtedy upadł bastion komunizmu.

Rodzice nie mogli zrozumieć z jakiego powodu nie puszczono rosyjskiej bajki.

Potem był już nowy rok i ferie zimowe. Pamiętam, że świeciło blade słońce i nie było śniegu. Graliśmy w piłkę na podwórku słuchając narzekań starszych mieszkańców osiedla, którzy twierdzili, że hałasujemy, a oni takich tortur nie musieli znosić nawet z rąk Niemców podczas wojny.

Jak przez mgłę pamiętam, że gdy wracałem do domu, to w telewizji mówiono o obradach okrągłego stołu.

Nadeszła wiosna i zrobiło się ciepło. Nadal graliśmy w piłkę. Byliśmy jeszcze dziećmi i dopiero za rok mieliśmy zacząć myśleć o dziewczynach. Z otwartych okien dochodził nas dźwięk studia TV Komitetu Wyborczego Solidarność. W ogóle nas to nie dziwiło.

Na pawlaczu odkryłem w domu odnalazłem bibułę i stos gazet drukowanych na Mazowszu w latach 1980-81. Matka ukryła je w swej pracy i przyniosła do domu 14 grudnia 1981 roku. Zdenerwowała się i zabroniła mi o tym komukolwiek mówić. Schowała je z powrotem na pawlacz, leżały tam do roku 1992 gdy było już bezpiecznie.

Nikt nie wiedział w roku 1989 jak się to wszystko skończy i co będzie dalej. Wyjaśniała mi po latach, że zwyczajnie bała się, co może zrobić i powiedzieć jej syn.

Nie zdradziłem jej, że w 1989 roku zdążyłem stamtąd zabrać niewielki notesik z logo solidarności. Był niezwykle cenny. W szkole wymieniłem go na historyjki obrazkowe z gumy Donald.

Były jeszcze wydarzenia, które śmieszyły nas już wtedy. Po moim mieście jeździł maluch z głośnikiem przyczepionym do dachu, zachęcającym do głosowania na jakiegoś mężczyznę.

[rysunek: maluch z megafonem na dachu i głos krzyczący: Wybudował pięć kościołów, bezpartyjny, niezależny (jeździł taki po K-J)]

W niedzielę pod kościołem KWS rozdawał ulotki. Koledzy twierdzili, że była tam moja matka. To nie była prawda, ale ja nie zaprzeczałem, bo czułem się znobilitowany. Potem ojca poproszony aby z ramienia społecznego komitetu zasiadł w komisji wyborczej. Zastanawiał się co zrobić i nie zgodził się. Do dziś nie wiem, czy nie chciał się angażować, czy też miał inne powody.

Komitet wyborczy mieścił się w domu, w którym mieszka teraz znana piosenkarka. Stała przed nim tablica z ogłoszeniami, na domu wisiały flagi Solidarności.

[rysunek: dom Maryli R]

Tak naprawdę to wszystko działo się gdzieś w tle. Z jednej strony wyczuwałem atmosferę jakieś wyjątkowości, z drugiej naprawdę ważna była dla mnie gra w piłkę (kto jeszcze gra obecnie w kwadraty? Nasze boisko już dawno zarosło) zabawa, lecz przede wszystkim to, że w roku 1989 wydawnictwo Orbita zaczęło wydawać komiks o Thorgalu.

Plakaty. Utkwiły mi w pamięci.

[rysunek: kowboj i zachodzące słoneczko]

4 czerwca 1989 roku.

Nie pamiętam w ogóle informacji o zajściach na placu Tienanmen.

Pamiętam wybory.

Lokal zamknięto po 20. Poszedłem pod niego i czekałem nie wiem na co. Wiedziałem, że dzieje się coś wyjątkowego. Było parno, z zielonych liści ściekały krople deszczu.

Tak to zapamiętałem.

Minęło 25 lat.

Nikt z nas ćwierć wieku temu nie wyobrażał sobie świata w jakim będziemy żyć.

Gdy w roku 1969 zapytano, czy za pół wieku ludzie polecą na Marsa, czy też każdy z nich będzie mieć niewielki komputer, który będzie nosić przy sobie, wszyscy wybrali pierwszą odpowiedź.

To co przynosi przyszłość jest zawsze nieoczekiwane.

Konstancin, 2008-2009, 2014

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci