Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : zycie-codzienne

Piwowar z Bielawy

ksunder

Prima Aprilis już minął, więc dzisiejszy wpis na poważnie, choć w nieco żartobliwym tonie. W okolicy nie ma już browarów, piwo Konstancin od trzech lat produkowane jest w zupełnie innym regionie kraju, a browar Obory przestał funkcjonować. Jego istnienie przywoływane jest dość często, bowiem wzmiankowany był w XVIII wieku jako miejsce, gdzie Hieronim Wielopolski rozpoczął produkcję doskonałego piwa angielskiego, lecz w tych stronach było jeszcze wiele browarów. Choć nie zyskały takiej sławy, każde „dominium” czyli majątek ziemski, w tamtych czasach produkowało piwo zarówno na potrzeby własne, rozprowadzając je po licznych karczmach, jak i sprzedając je do pobliskich miast, takich jak Warszawa. Proces ten opiszę innym razem, bo jest niezwykle ciekawy, dzisiaj przyjrzyjmy się browarowi w Bielawie. Pod koniec XVIII wieku założył go kasztelan Antoni Barnaba Jabłonowski, do którego majątek podówczas należał, a zlikwidował go dopiero kryzys lat trzydziestych XX wieku, kiedy nadal należał do dawnych właścicieli Bielawy, wówczas reprezentowanych przez Karolinę Rossman. Do rejestru zabytków wciąż wpisany jest zachowany fragment browarnego muru z roku 1860. Aby robić piwo niezbędny był mistrz piwowarski, bowiem nie była to sztuka łatwa, zważyć piwo zadaniem prostym nie było, a przypominam, że mówimy o czasach sprzed pasteryzacji, gdy piwo zmieniło się co prawda z zielonego napoju o gęstości zupy, podawanego jako polewka również dzieciom, lecz nie stało się jeszcze do końca napojem jakim znamy. Bez piwowara doglądającego procesu fermentacji i znającego jego tajniki wychodził co najwyżej płyn, który można było wylać, toteż mistrzów podkupywano, opłacano sowicie i o nich walczono, wykorzystując każdy sposób by ich zdobyć. Nawet kiepski piwowar był na wagę złota, lecz jeśli myślano o czymś więcej, niż tylko dystrybucja piw w lokalnych karczmach, gdzie pieniądz zostawiali urzyccy chłopi, należało poszukać mistrza z prawdziwego zdarzenia. Zwłaszcza, że by jeśli piwo jakości było podłej, chętnie sięgali oni po zakazane trunki, czyli piwo warzone w sąsiednich dominiach, którego podawanie było zakazane.

Kompania_Piwowarska_rynku_6424066Latem 1807 piwo warzone w Wilanowie jakości najlepszej nie było, a świadomy tego faktu był ówczesny administrator dóbr wilanowskich, podjął próbę zastąpienia piwowara z Wilanowa innym. Przeprowadził więc intrygę, mającą na celu podkupienie lepszego wyrobnika. W owym czasie majątek wilanowski obejmował Powsin, granicząc z leżącymi na południe dobrami bielawskimi należącymi do kupieckiej rodziny Braeunigów. Wiedząc, iż piwowarowi bielawskiemu kończy się kontrakt (co ustalił uprzednio dzięki zaufanym ludziom) w tajemnicy posłał do Bielawy swego wysłannika, wybierając do tego celu Żyda, który odwiedził browar pod fałszywym pretekstem, gdzie zaczepił tutejszego piwowara Beniamina Schultza. Piwowar na propozycję objęcia browaru wilanowskiego zareagował pozytywnie proponując, iż z każdego korca przeznaczonego na warzenie piwa otrzyma 27 groszy. Kolejne negocjacje prowadzono w Wilanowie, gdzie z kolei w tajemnicy przybył Schultz, by ugodzić się co do zapłaty. Projekt umowy posłano przez Żyda do Bielawy, acz piwowar negocjował dalej, odesłał umowę dopisując do niej, iż z każdego wora otrzyma dodatkowo beczkę piwa, którą będzie mógł sprzedawać. Administrator Wilanowa musiał być mocno zdesperowany, bowiem na zmiany przystał, Schultz kontrakt podpisał, a następnie rozwiązano umowę z piwowarem z Wilanowa, oczekując objęcia przez nowego obowiązków.

Acz niespodziewanie Schultz kontrakt odesłał. Poinformował, iż nie zamierza piwa w Wilanowie warzyć w ogóle. Najwyraźniej o wszystkim dowiedział się rządca dóbr Bielawy o nazwisku Borowski, który zaproponował piwowarowi nowy kontrakt, na znacznie lepszych warunkach. Administrator Wilanowa mógł chwilowo jedynie się wściekać i grozić Sądem, acz piwo warzyć trzeba było. Nie było wyjścia, trzeba było zwrócić się do zwolnionego piwowara, który oczywiście nie mógł nie skorzystać z okazji. Jak zanotował administrator Gellani: „W takowym więc zdarzeniu kiedy iuż piwowara dawnego odprawiłem i innego maystra dobrego dostać nie mogłem, musiałem więc dawnego piwowara obligować aby został na miejscu, ten profitując rachował mi różne z okazji tej wydatki i niechęć zupełną okazał wrócenia się nazad tak, że przy wielkim targu lewdwiem go mógł zobowiązać do pozostania”. Finalnie Wilanów pozostał więc z kiepskim piwowarem, któremu trzeba było zapłacić dużo więcej, bowiem warunki jakie postawił świadom sytuacji, okazały się prawie zaporowe. Nie było wyjścia, trzeba było zacisnąć zęby i zapłacić, a co gorsza wytłumaczyć to hrabiemu Potockiemu. Administrator zdecydował się nie czynić tego osobiście, a swój list zaczął od słów: „Żem chory obłożnie, przeto nie mogąc do hrabiego osobiście, uświadamiam rzecz następującą” następnie całe zdarzenie opisał, usiłując wyjaśnić okoliczności, które doprowadziły do tego, iż sowicie został opłacony piwowar, który piwa warzyć najwyraźniej zbyt dobrze nie potrafił. Jako, iż piwowar bielawski warzyć piwa nie zaczął, ani nie pobrał wynagrodzenia, nie sposób było podać go pod Sąd i w ten sposób Wilanów został z podłym piwem, które ktoś musiał wypić.

A na zakończenie, skoro już jesteśmy przy Bielawie i browarze, a za nami Wielkanoc, piosnka spisana w okolicach tegoż w XIX wieku przez Oskara Kolberga:

A w browarze grają gracze,
Pod browarem Maciek skacze,
Czemuś ty, Maćku, mocny?
Bom jadł placek wielkanocny.

11_kolberg_nuty

Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWil
  • Oskar Kolberg, Pieśni ludu polskiego, Warszawa 1857

Nie tylko willa Gierka

ksunder

10474826_661655797288057_8676571323052717164_oDo Konstancina najprościej dojechać Wilanowską. Za pałacem [w Wilanowie] rozpościera się dwupasmowa szosa, zbudowana – jak głosi wieść gminna – wyłącznie dla przyjemności wczorajszej sympatii narodu – Edwarda Gierka. Do rezydencji w Klarysewie brakuje co prawda półtora kilometra, ale gdyby Wałęsa nie pośpieszył się tak z tym przeskoczeniem płotu, bylibyśmy właśnie świadkami uroczystego zakończenia robót.” Takie słowa napisze i opublikuje 7 lipca 1981 roku Czesław Apiecionek, w numerze 5 gazety Nasze Sprawy. Jak cała prasa w tamtym okresie, również ta drugiego obiegu, wydrukowana rozmywającą się w druku czcionką maszynową na kiepskim papierze. To oficjalne pismo regionu Mazowsze NSZZ Solidarność. W winiecie widnieje herb Piaseczna, lecz pismo obejmuje swym zasięgiem Lesznowolę i Konstancin. W nie istniejącym już powiecie piaseczyńskim znajdują się zagłębia przemysłowe w postaci Laminy, Polkoloru i Warszawskiej Fabryki Papieru, gdzie dowozi się ludzi do pracy autobusami z dalekiego Garwolina. Jest rok 1981, władza otrząsa się powoli z ustępstw sierpniowych i zaczyna przechodzić do kontrataku. Lecz nikt nie przewiduje, że za pół roku zostanie wprowadzony stan wojenny. Pamiętacie ten czas? Sporo czytelników tego bloga pamięta, ten krótki czas nadziei i powiewu wolności, w którym ludzie mieli poczucie, że mogą poprawić swoją sytuację. Wzięli sprawy w swoje ręce i zaczęli piętnować nadużycia, przez krótki czas władza łapała oddech, nie pewna co będzie dalej. Wbrew temu co młodzieży wydawać się może o PRLu, gazetka NSZZ wychodziła wówczas legalnie, choć w czasach powielarni, braku ksero i drukarek, a przede wszystkim papieru nie było to takie proste. Do miejscowego NSZZ przyszedł komendant MO z Piaseczna z pytaniem, czy Solidarność rzeczywiście planuje przejąć budynek. Komenda była wówczas w starej lokalizacji, a do Konstancina wiodła droga z płyt, które zalano asfaltem, wskutek czego obecnie obowiązuje tam ograniczenie prędkości. Ale coraz więcej osób o tym nie wie, publiczne zastanawiając się, czy z budową drogi wiązała się łapówka. Inne to czasy, jak bardzo spójrzmy w dalszym ciągu tego artykułu: „Rzeczywistość jest okrutna – droga urywa się w szczerym polu a Polonezy czy Mirafiori w dalszym ciągu przedzierają się przez zatłoczoną furmankami Jeziornę. Dopiero za mostem na Jeziorce rozciąga się owa strefa spokoju, gdzie niezbyt szerokie dróżki, a kilku przypadkach wyasfaltowane, prowadzą prosto do ukrytych w lesie pałacyków. Moda na Konstancin trwa nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat. Szczególnie nasilenie następuje w okresie powojennym, kiedy to na wzór radziecki posiadanie tzw. daczy staje się obowiązującym dodatkiem władzy. O ile jednak w latach pięćdziesiątych willa w Konstancinie jest przywilejem wyłącznie najwyższych urzędników partyjnych, to ostatnia dekada przynosi w tym względzie daleko idący egalitaryzm. Bliskość Warszawy, mikroklimat oraz leśne otoczenie to głośne zalety decydujące o popularności tej miejscowości. Dodatkowym plusem jest służalczość lokalnej administracji prześcigającej się w tworzeniu wszelkiego rodzaju ulg dla prominentów. W konsekwencji rywalizacja nie przebiega o to, kto ma a kto nie ma posiadłości w Konstancinie – ale o to, kto potrafił ją uzyskać mniejszym kosztem. W targowisku próżności (baseny, sauny, korty tenisowe) biorą udział ministrowie, generałowie, wojewodowie, dyrektorzy departamentów i ich pomniejsi następcy. Wszystko na terenach bezprawnie wydzielonych z obszaru uzdrowiska. Na placach budowy, w miejscu bezlitośnie powycinanych świerków roją się posprowadzane ze stolicy brygady budowlane. Dzieje się to na obrzeżu miasta, którego mieszkańcy od 6 lat nie otrzymali ani jednego nowego mieszkania”. Konstancina dotyczy cały numer, jak zauważa autor w związku ze stwierdzeniem, iż doskonale widać na jego przykładzie patologię władzy. W szczególności związaną ze wspomnianymi willami, a mówimy o czasach, gdy obowiązują wymiary metrażu, do nadmiaru dokwaterowuje się lokatorów, nikt nie ma prawa mieć dwóch mieszkań. Pamiętacie jeszcze? Komisja kontroli społecznej przy Radzie Gminy sporządza listę, jej przewodniczący to doskonale znany dyrektor tutejszej szkoły. Afera związana z willą Gierka i faktem, iż w Konstancinie powstawały dacze idzie w Polskę, jak pisze 4 czerwca Ekspress Wieczorny: „Zgodnie z przepisami na terenie uzdrowiskowym mogą się budować tylko stali mieszkańcy i to dopiero za zgodą Naczelnego Lekarza Uzdrowiska, a przybysze po uzyskaniu zgody Ministra Zdrowia. Tymczasem z tymi zezwoleniami różnie bywało. Drugi – ten prywatny – Konstancin rósł szybciej niż obiekty, które powinny służyć ogółowi”. W tych okolicznościach powstaje lista mieszkańców, którą pozwalam sobie reprodukować poniżej, w charakterze ciekawostki, już jednak historycznej.

skanHistoria tutejszych willi to jak widać nie tylko willa Gierka, która ostatnio pojawia się w mediach w charakterze sensacji. Ciekawe, że powstała na początku XX wieku legenda Konstancina jako wyjątkowego letniska stała się nośna na tak wiele lat. Podczas II Wojny Światowej upodobali go sobie Niemcy, na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych komuniści stworzyli na Królewskiej Górze zamkniętą enklawę, wreszcie w późnym PRL stał się wymarzonym miejscem odpoczynku dla władzy, korzystającej z pozornego rozwoju gospodarczego lat siedemdziesiątych. Na marginesie można zresztą zauważyć, że w latach dziewięćdziesiątych Konstancin i opisywane tu wille stały się magnesem dla nowych elit, dziennikarzy i przedstawiciele świata biznesu. Przez te lata nie zmieniało się jedno, gdzieś na marginesie tego wszystkiego egzystowali zwykli mieszkańcy.

Lecz w roku 1981 nie było jeszcze wiadomo, że wille należące do Uzdrowiska, o których z oburzeniem pisano, iż mogłbyby służyć mieszkańcom, wkrótce będzie trzeba zwracać prawowitym właścicielom. Zostało kilka miesięcy do ogłoszenia stanu wojennego, którego kolejna rocznica już za chwilę, a który tonie w jałowych sporach obecnej polityki. Na blogu stronię od ocen, zwłaszcza w kontekście najnowszej historii, która jest jeszcze zbyt świeża, by mogła zostać wyzwolona ze sfery emocji. Przygotowując ten wpis przejrzałem po raz kolejny archiwum tutejszych gazetek solidarnościowych z lat 1980-81 stwierdzając, że wiele ówczesnych problemów jest już całkowicie niezrozumiałe dla kolejnych pokoleń. Bo kto pojmie, że ludzie stali w kolejkach przed pustymi sklepami, a tymczasem na zapleczu odkładano towar? Powstałe na fali Solidarności KSS były w stanie to zmienić jedynie na chwilę. Mam jednak wrażenie, że słynny skecz Zenona Laskowika i Bogdana Smolenia na zapleczu sklepu osiąga poziom abstrakcji równy poniższemu wycinkowi z gazety.

skan2Zapewne część osób miała kontakt z Czesławem Apiecionkiem, kto zacz można sprawdzić na wikipedii, ja kojarzę go głównie z prowadzonym na ulicy Hożej antykwariatem, choć w roku 1981 związany był z Piasecznem i Konstancinem. Z perspektywy czasu ciekawie czyta się plany rozwoju miasta, gdy wiał nad nim wiatr. Planowano budowę osiedli na Argentynie, przy szosie Bielawskiej i w ogrodach Zachariasiewicza. Ludzi bowiem najbardziej oburzało, iż muszą gnieździć się w willach pozbawionych kanalizacji, mając ledwie kilka metrów kwadratowych, podczas gdy władza zamieszkuje w daczach. Redakcja wzywała do dalszej kontroli społecznej i przyśpieszenia budowy osiedli, pisząc iż nikt nie zadba tak dobrze o nasze sprawy jak my sami. I to jedno nie uległo nadal zmianie.


Źródła i literatura:

  • Nasze sprawy nr 5, Zbiory Ośrodka Karta
  • wykorzystano zdjęcie Chrisa Niedenthala wykonane w grudniu 1981 (wg innych źródeł 4 lutego 1982) w Wilanowie, droga w kierunku Jeziorny

Rzeka wagabundów

ksunder

Zróbmy chwilę przerwy od historii tutejszych kolonistów, na wpis dotyczący spraw nieco trywialnych. Annały Góry Kalwarii notują historię sprytnego włóczęgi, który pod miastem ukradł z pastwiska konia, który następnie przyprowadził na rynek, gdzie korzystnie go sprzedał. Jako, że od Góry prowadziła ku Warszawie droga przy której leżały rozmaite karczmy, były one miejscem rozmaitych awantur. Lecz zostawmy pijackie awantury, bowiem niezwykle obrotni i sprytni byli flisacy płynący Wisłą. Prócz swej porywczości szukali rozmaitych metod łatwego zarobku, zdarzało się, że po drodze kradli faszynę i sprzedawali ją z zyskiem w dalszych częściach rzeki. Podczas regulacji Wisły w połowie XIX wieku zdarzało się, iż spławiane przez nich drewno uderzało o sypane w poprzek rzeki tamy. Wbrew wszelkiej logice szybko uciekali, bynajmniej nie z powodu zniszczeń jakie spowodowali. Przyczyna była prozaiczna, drewno było skradzione, nawet jeśli nie udało się ustalić jego właściciela. Flisacka bezczelność była znaczna, co możemy prześledzić na przykładzie pewnej sprawy.

8 września 1845 roku Piotr Jobs, podpisujący się jako „kollonista na Kępie Okrzewskiej do Gminy Bielawa należącej” zakupił dwie spróchniałe karpy znajdujące się nad brzegiem Wisły, nieopodal Kępy Wołowej. Zakup został dokonany od oficjelistów wilanowskiego majątku, a następnie Jobs przystąpił do pracy, celem zwiezienia drewna na Kępę Okrzewską. (Dodam jedynie, że mowa tu o gminie Bielawa, bowiem działo się to w czasie gdy Jeziorna Królewska wraz z Okrzeszynem i przyległościami zakupiona została przez Henryka Wilhelma Rossmana, wchodząc w skład jego majątku. Z powyższego wynikało, że właściciel ziemski staje się jednocześnie wójtem gminy, biorącej swą nazwę od majątku będącego siedzibą dworu. Przez krótki czas Jeziorna Królewska zmieniła wówczas nazwę na Bielawską, a Kępa Okrzewska znalazła się na terenie tejże gminy.) W okolicy Piotr Jobs najął pięciu ludzi, jako że karpy musiały być sporych rozmiarów. Czymże karpy? Nie każdy musi wiedzieć, iż chodzi o pozostałość po ścięciu drzewa, czyli system korzeniowy wraz z pniakiem. Jak relacjonował Jobs by wydobyć karpy z ziemi pracował przez cztery dni, używając 10 sprzężajnych koni, usiłując podkopać je i wydobyć z ziemi przy użyciu lin. Wbrew pozorom sprawa nie jest taka prosta o czym wie każdy, kto kiedykolwiek usiłował wydobyć pień z ziemi, zwłaszcza iż w połowie XIX wieku łopata wychodziła spod ręki miejscowego kowala, podobnie inne z narzędzi. Dość, że Jobs wystawiony został na koszty nim wydobył karpy i przygotował do transportu, lecz gdy przybył, by tego dokonać, okazało się, iż zniknęły one bez śladu. Czy też raczej ślad pozostał, prowadził wprost do Wisły. Dociekliwy kolonista podążył tym tropem, wsiadł w pychówkę i popłynął wzdłuż brzegu.

Przy Kępie Zawadowskiej dostrzegł świeżo porąbane szczapy. Nieśli je właśnie ku domowi olęderscy koloniści zamieszkujący w tejże wsi, nie usiłujący się wypierać, iż właśnie porąbali na kawałki dwie karpy z drzewa topolowego, które przyniosła im woda. Gdy Jobs nie dowierzał, został przez mieszkańców Kępy Zawadowskiej pogoniony, acz miast dać tematowi spokój udał się na skargę do wilanowskiego dworu. Zarządca również nie uwierzył w jednodniowy przybór wody, szybko doszedł prawdy ustalając, iż karpy sprzedali płynący Wisłą flisacy, twierdzący że niosła wezbrana woda. Nie trudno było zorientować się co zaszło, zwłaszcza że jeszcze po ponad 150 lat tłumaczenia kolonistów z Kępy Zawadowskiej brzmią pokrętnie. Jak byśmy powiedzieli dzisiaj dopuścili się oni umyślnej paserki, następnie usiłowali udawać, że karpy same trafiły w ich ręce. Rządca Jobsowi pieniądze zwrócił, choć trwało to dość długo, bo procedura ciągnęła się jeszcze latem roku 1846 (co niech mają na uwadze ci, którzy uważają, że kiedyś sądownictwo działało szybciej i sprawniej). Tym samym mieszkaniec Kępy Okrzewskiej poniósł straty na robociźnie, choć usiłował nimi obciążyć mieszkańców Kępy Zawadowskiej, wykazując koszt pękniętej liny i zużycia 10 sprzężajnych koni. Jedynymi, którzy zarobili na tej aferze, byli oryle, którzy jak zwykle odpłynęli Wisłą w siną dal. Za tym poszła po raz kolejny kiepska opinia na ich temat, na Urzeczu jak widać w pełni uzasadniona. Jobs odzyskał część pieniędzy, którymi oczywiście Wilanów obciążył mieszkańców Kępy Zawadowskiej. Stąd mogli oni jedynie pokrzyczeć wzorem mieszkańców Podłęcza i Radwankowa:

Oryle, oryle zjidzta gówno kobyle! 

Zjidzta tez i krowie, niech wam idzie na zdrowie!


Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWIL
  • piosenkę zacytowano za książką Ł. M. Stanaszka "Nadwiślańskie Urzecze", Warszawa-Czersk 2014

Opowieści znad Wisły II

ksunder

Wie pan, że wnuczka przyszła do mnie i spytała jak wygląda nieboszczyk? Bo chciała się przebrać na to święto. Ja nie wiem czy to dobre czy złe, że dzieci się przebierają, ja przeżyłam już tyle lat, że niczemu się nie dziwię. Wy macie teraz tyle różnych rzeczy, samochodów, wynalazków, ale czy żyje się przez to lepiej? Ja nie mam naprawdę pojęcia. Ale, że dzieci nie wiedzą jak wygląda nieboszczyk to chyba z jednej strony dobrze. Bo jak ja dorastałam to to był powszechny widok, wie pan, wojna była, ja pamiętam jak szłam do Karczewa przez lód bo Wisła jeszcze wtedy zamarzała i tam leżał ten trup Niemca. On był w mundurze na śniegu, ja nie wiem kto go zabił, czy nasi, czy jego koledzy. Ja uciekłam stamtąd szybko, żeby mnie nikt nie zauważył, bo to w końcu Niemiec był. Ale tę krew na śniegu to pamiętam. Wie pan, to że on nie żyje i tam leży to mnie nie dziwiło, ale że Niemiec. Nie, nie tylko dlatego, że wojna była. My mieliśmy tę śmierć na co dzień, oswojoną, nie tak jak teraz, że jej nie ma, tylko się groby odwiedza. Jak się szło na cmentarz, to pięknie było, jak się świece zapalały, a harcerze trzymali warty na grobach. Ale my śmierć mieliśmy na co dzień. Pyta pan dlaczego? No jak ktoś umierał, to przecież nie było tak, że go ktoś zabierał. On leżał w domu przez te dwa albo trzy dni i nigdy nie był sam. Bo jak się go już ubrało i umyło, to ktoś był cały czas w domu. Przychodzili wszyscy sąsiedzi i odmawiali modły. Przez dwie noce tak było, że się żegnało, tak było z moją babcią i dziadkiem. Cała wieś przyszła. Tylko był taki czas, że tu nie można było nigdzie zbić trumny, ja nie pamiętam dlaczego, mała była. Wtedy tatuś jechał i szukał, czasem daleko musieli jeździć, raz pamiętam, że trumnę znaleźli dopiero pod Kołybielą, a tam wozem źle się jechało, bo koleiny były takie inne. Raz to pod Grójec, wie pan? A potem po tych modłach to przychodził ksiądz i odprowadzał osobę i było pożegnanie. Pod kapliczką była ostatnia modlitwa i wtedy cała wieś przychodziła i osobę żegnała. Tego to już teraz nie ma i tego to mi szkoda. Ale jeszcze proboszcz na Mirkowie żegnał kogoś tak, nie tylko ten ze Słomczyna, jak parafię zmienili. Ale tego to już nie ma. Więc czy to lepiej czy gorzej, ja nie wiem. Po prostu zapalam świeczki na grobach. I cmentarz pięknie wygląda jak się te znicze palą. Proszę popatrzeć z góry, stanąć tam obok kościoła w Słomczynie i spojrzeć ze skarpy na Powiśle, to wtedy Pan zobaczy.

DSC03656Nawet na zaduszki to się duchów nie bałam. Ale te ogniki to mnie wystraszyły, jak jechaliśmy na cmentarz tą drogą od Łęgu i Czernideł, co to teraz nikt nie jeździ. Tam na rozstajach to straszyło, tak wtedy mówiono, bo tam się ktoś utopił i krzyż stał. Ale ta kuzynka z Garwolina to naopowiadała, że to umetrzy. No to znaczy geometrzy, co miedze źle rozmierzyli i po śmierci błąkali się po polach by jeszcze raz je zmierzyć dobrze. Ja pamiętam jak mierzyli, jak grunty były scalane, choć to już wojna była. Ale przyjechał geometra z Warszawy i trzeba było podwodę posłać na stację kolejową do Jeziorny, bo przecież trzeba było go przywieźć do nas. I on kwaterę musiał dostać i opierunek jak mierzył. A inne duchy? No pod kaplicą hrabiów, tam gdzie ta niania, no ta od Potulickich.

„pozwalam sobie znów do Pana napisać (...) Pan szukał grobu Robaka, mnie od czasu, gdy się tu sprowadziliśmy intryguje grób Adeli Bussey. Pochowana jest w niewielkim i skromnym grobie po lewej stronie kaplicy Potulickich. Właściwie nic o niej nie wiem, same domysły i to co kiedyś było widoczne na matalowej tabliczce, teraz już całkiem zatartej. Mogę się pochwalić, że daaawno temu odmalowaliśmy tę tabliczkę na kilkanaście, a nawet może -dziesiąt lat przedłużając żywot tych skromnych informacji o nieznanej kobiecie. (Po odmalowaniu gałązka wyszła nieco niezgrabnie, może ktos zwrócił na to uwagę )Wtedy grób był kompletnie zaniedbany, a my, naszą paczką chodziliśmy tam powodowani chyba jakimiś romantycznymi wyobrażeniami. Moja babcia twierdziła, że w taki sposób pochowana kobieta mogła być np. guwernantką. Niestety nie pamiętam na 100% całego tekstu. Brzmiał on prawdopodobnie tak: Adela Bussey, ur. w Montbovon w Szwajcarii, zm. w Oborach w 1924 (i tu nie jestem pewna roku...). Prosi o Zdrowaś Maria. Ponieważ ktoś zrobił nową tabliczkę, ale tylko z imieniem i nazwiskiem, dopisałam dlugopisem na starej informacje, które pamiętałam, może ktoś skoryguje...”

DSC03664A na cmentarzu to w ogóle nie straszy, ale duchy były tam zawsze. To nasi zmarli, jeśli stanąć w nocy pośród zapalonych zniczy, to poczuje się ich obecność. Bo po wszystkich świętych jest dzień zaduszny, za duchy, rozumie Pan?

Diabły Urzecza

ksunder

wpis o mieszkańcu wierzbowych dziupli

Speak of the devil and he appears, jak mawiają Anglosasi, a prastare to, sięgające zapewne jeszcze czasów indoeuropejskich przysłowie, na polski tłumaczymy jako “o wilku mowa, a wilk tuż tuż”. Nie dojdziemy już zapewne jak doszło do tego, że w znacznej części świata mówimy o wilku lub psie, a w pozostałej o diable. W średniowiecznej Europie panowało przekonanie, że jeśli wspomni się o tej postaci, może ona pojawić się przynosząc ze sobą wszystkie tego konsekwencje. Poprzez wieki znaczenie to z naszego życia zniknęło, podobnie jak sam diabeł. Jak pisał Carl Lewis największym osiągnięciem diabła w XX wieku było przekonanie wielkiej rzeszy osób, iż nie istnieje. Diabeł odszedł także tym samym z Urzecza i innych okolicznych wsi, gdzie jeszcze do niedawna był stałym mieszkańcem.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m02

Od dawna w tych stronach zadomowił się bowiem we wszechobecnych nad starorzeczami wierzbach. Opowiedzą wam o tym jeszcze najstarsi mieszkańcy nadwiślańskich miejscowości, pamiętający, że kapliczki na granicy wsi odganiały złe moce. Niestety historie te w dużej mierze pozostają niezapisane, lecz wiążą się z kojarzonym z ziemią kaliską diabłem Rokitą i będącą jego siedzibą wierzbą. Rokita zresztą jest dawną nazwą wierzby, być może dlatego wierzbowe dziuple stały się jego domem. Badacze wiążą go z lechickim bogiem podziemi zwanym Nyją, w wierzbach zamieszkał zapewne później, bo na nasze tereny być może przyszły one dopiero z olędrami, rozpowszechniając się po całym Mazowszu. Czy diabeł był tu już wcześniej nie jest jasne. Lecz jeszcze do niedawna był tu obecny, pod różnymi postaciami.

Do dziś zdarza się, że starsze pokolenie niechętnie spogląda na wierzby. Miały być one siedzibą złego ducha, bądź strzygi. Tak przynajmniej określano ją w rozmowach ze mną, mówiąc iż jeszcze w latach pięćdziesiątych mieszkać miała ona w wierzbach porastających starorzecze nieopodal Habdzina. Lecz przekonanie o istnieniu mieszkańca wierzbowych dziupli zdaje się najbardziej było rozpowszechnione w Opaczy. Być może dlatego, że znaczna część wsi ciągnie się wzdłuż drogi położonej nad starorzeczem, a być może mam takie przekonanie z powodu faktu, iż przyszło mi tam spędzić sporo czasu w mym dzieciństwie i słuchać rozmaitych historii. W latach siedemdziesiątych mieszkała tam zresztą ostatnia w Opaczy znająca dawne sekrety kobieta, a jak mi przekazano gdy leżałem w kołysce miała dawnym zwyczajem przybyć i poczynić nade mną jak nad każdym urodzonym dzieckiem z tej wsi urok strzegące od złego. Zwyczaj ten w kolejnych latach przepadł. Ale dorośli zawsze ostrzegali nas przed wierzbami, które były wspaniałym miejscem zabaw. Gdy zapadała zima po lodzie przeprawialiśmy się na drugi brzeg, który porastały spróchniałe drzewa, przywodzące na myśl twierdze i domostwa, z wielkimi dziuplami. Dorośli woleli jednak byśmy bawili się na lodzie, choć do domów było blisko wołali nas zawsze gdy zapadała ciemność. To wtedy po raz pierwszy usłyszałem o strzydze, mało kto miał ochotę nocą samotnie rowerem przemierzać drogę do Ciszycy. Oświetlenie było słabe, a na zakręcie panowała ciemność. Ktoś tam kiedyś zginął, a kobiety powtarzały, że w wierzbach czai się strzyga.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m03

Przed Rokitą ostrzegł mnie kiedyś dziadek. Nie mogłem mieć niż 10 lat i miałem wrócić PKSem do Konstancina. Czasy były inne, więc niczym dziwnym nie było, iż pójdę samotnie na przystanek i wsiądę do autobusu. Musiała być jesień, bo było kompletnie ciemno, choć w Opaczy już od dawna świeciły latarnie, były jednak rozstawione rzadko i dawały słabe żółte światło, oświetlając jedynie obszar położony bliżej słupa. Dziadek opowiedział mi wówczas, jak jeszcze kilkanaście lat temu trzymali we wsi stróżę dawnym zwyczajem (po latach odkryłem, że obyczaj ten trwał od czasów średniowiecza, spisany szczegółowo przez Wielopolskich w roku 1790, odszedł do lamusa wraz z rozwojem elektryczności i przejęciem tych kompetencji przez Milicję Obywatelską). Wówczas wzdłuż starorzecza, nad wierzbami zdarzało się, że strażnicy widywali Rokitę, który gasił latarnie, gubił tropy, sprawiał że stróżujący gubili się w doskonale znanej im wsi i omal nie wpadali do starorzecza, gdzie chciał ich doprowadzić. Idąc na przystanek z duszą na ramieniu zorientowałem się, że latarnie gasną. Świeciły jedynie okna położonych przy drodze domostw, a gdy stanąłem przy wiacie i obejrzałem się, dostrzegłem idącą w mym kierunku kulejącą i chrząkającą ciemną postać. Wówczas nadjechał autobus a ja doń szybko wsiadłem i tak zakończyło się moje jedyne spotkanie z Rokitą. Do dziś go nie zapomniałem.

On wciąż tu gdzieś jest. Nieco zapomniany, ale wciąż mieszka w tych dziuplach, jest elementem naszego dziedzictwa. Zapytajcie starszych mieszkańców, opowiedzą wam wiele ciekawych historii o tutejszych wierzbach, które nigdy nie zostały zapisane. Napisałem o nim dlatego, że na profilu blogowym facebooka licznik wybił 666. No i od razu zepsuł mi się samochód. Speak of the devil and he appears.

rok


Literatura:

O Rokicie i jego związkach z Nyją poczytać można w tym artykule.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci