Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : zycie-codzienne

Wieś wzorcowa (3)

ksunder

W roku 1938 nie mniejszym autorytem niż proboszcz cieszył się kierownik szkoły Piotr Szczur, znany w powojennych latach dyrektor szkoły przy mirkowskiej papierni. Były to lata kiedy ksiądz i nauczyciel stanowili punkt odniesienia w niewielkich społecznościach, a osoba wykształcona będąca w stanie pośredniczyć w kontaktach z urzędnikami była nie do przecenienia. W przypadku Piotra Szczura jak i innych nauczycieli w szkole w Słomczynie istotną rolę grał dodatkowo aspekt społecznikowski, bowiem działali oni na rzecz tutejszych mieszkańców. Czego dowodem może być relatywnie niedawne nadanie imienia patrona szkoły w Słomczynie, którym został Jan Mejster, uczący w Słomczynie właśnie w roku 1938, zamordowany podczas wojny w Katyniu. Przez wielu tutejszych mieszkańców wspominany do dziś.

Przejdźmy teraz do drażliwej kwestii. W upolitycznionym życiu codziennym końca II Rzeczpospolitej urzędnicy musieli ważyć swe słowa. O Słomczynie zapisano więc dyplomatycznie: „Gromada nie ma wyrobienia politycznego. Są i endecy i ludowcy i sympatyzujący z Rządem, przeważnie jednak politycznie obojętni.” Ostatnie zdanie w całości zdaje się możemy odnieść również do dzisiejszych czasów. Odnośnie ówczesnej władzy najniższego szczebla zapisano, iż sołtysem do niedawna był „Ziemski Mikołaj, 60 lat, ukończył trzy klasy szkoły rosyjskiej, oczytany, prowadzi ładny sad, niejednokrotnie otrzymywał nagrody za gruszki i jabłka”. Doczekał się pięknego wspomnienia spisanego przez jego wnuka Stefana Rulskiego w książce o kółku rolniczym ze Słomczyna i Brześcc. W trakcie sporządzania dokumentu na stanowisku sołtysa Ziemskiego zastąpił go Kazimierz Gutt.

Wypas_owiec_w_miedzywalu_lata__70.80._kol

Lekarza we wsi nie było, z Jeziorny dojeżdżał doktor Gutkowski. Stanu zdrowia dopatrywała higienistka Ośrodka Zdrowia w Konstancinie „raz w miesiącu przyjeżdżająca”.

Radioaparatów doliczono się w ówczesnym Słomczynie 15 sztuk. Zapewniono, iż byłoby więcej, gdyby we wsi „była elektryfikacja, ale problemem był brak nafty dla generatorów”. Przewidywano podłączenie wsi do prądu w niedalekiej przyszłości, bo 100 metrów od wsi przebiegała linia elektryczna do Góry Kalwarii.

Droga przez wieś powoli przestawała być piaszczysta. „W 1937 zadeklarowano i wykonano brukowanie szarwarkami i opłatami. Dziś droga w ¾ jest zabrukowana, chodnik z płyt betonowych. Wykonywano po 2 metr 3 piachu z morgi i po 1 metra 3 kamienia na każde 10 mg. Prowadzi od traktu do sąsiedniej gromady Borowina. Polna, piaszczysta, okopana rowami, obsadzona wierzbami. Powstała Spółka Drogowa gromad wybrukowała w latach 1928 – 33-4 km drogi z Jeziorny do Góry Kalwarii.” Dzięki ofiarności tutejszych mieszkańców wybrukowano drogę wiodącą do Góry, choć zastanawiać może jak wyliczono dwukrotność odległości z Jeziorny Królewskiej. Miłośnicy Urzecza zwrócili zapewne uwagę na informację o obsadzeniu dróg wierzbami wzdłuż rowów, wzorem zapożyczonym od olędrów.

Siedziba gminnego posterunku Policji mieściła się w Jeziornie Królewskiej, obchodu we wsi dokonywano raz w tygodniu. Pragnącym czynić porównania do obecnej sytuacji pozwolę sobie przypomnieć z jego z dawnych wpisów, iż w ówczesnej gminie liczącej łącznie 10432 mieszkańców porządku pilnowało czterech posterunkowych i komendant posterunku. Aż do lat pięćdziesiątych po wsiach pełniono stróżę. Podobnie w Słomczynie, gdzie jak informowano pełnili ją gospodarze. W roku 1936 wynajęto stróża gromadzkiego o nazwisku Zieliński w wieku 35 lat, któremu płacono „złotówkę od budynku”. Acz jak zauważano od płacenia za stróżę nagminnie się uchylano.

W roku 1938 przez Słomczyn przechodziło 5 – 10 włóczęgów dziennie. Gromada nie posiadała domu noclegowego, z uwagi na obowiązujące wówczas przepisy o włóczęgostwie nie mogli oni pozostawać nocą poza nadzorem . Zwracali się więc do Sołtysa, a ten kierował ich na nocleg do mieszkańców Słomczyna, z poleceniem pisemnym przyjęcia pod dach, opatrzonym stosowną pieczęcią. Jak łatwo się domyślić nie spotykało się to z uznaniem: „Zdarza się, że zgłasza się po kilku naraz, żebracy, podróżni, agenci firm, często zawszeni, pijani chorzy, że zachodzi obawa wpuścić do mieszkania takiego gościa. Nad nocującym trzeba dozorować. Ludzie wychodzą rano do pracy, a podróżny ociąga się. Gdy zgłasza się po odbiór dokumentów, sołtys ustala najpierw u gospodarza czy nic nie zniknęło, a osoba nie wymaga zatrzymania”

A na zakończenie zerknijmy jeszcze na funkcjonowanie Straży Pożarnej, o której remizie wspominałem ostatnio: „Pożar ostatni był w 1929 roku. Spłonęła wtenczas zagroda Kowalskich., którzy sami dla uzyskania odszkodowania pogorzelowego podpalili swoje domostwo. Spotkała ich za to zasłużona kara więzienia, przy czym Kowalski. w nim zmarł.”. Pozwoliłem sobie na całkowitą zmianę nazwiska, bo sprawy to już dawno zapomniane, a obecny Słomczyn żyje już zupełnie innymi sprawami.

Niestety annały gminne milczą na temat dalszych losów dokumentu opisującego wzorcową wieś. W aktach zachowała się jedynie jego kopia wykonana przy użyciu fioletowej kalki.


Źródła i literatura:

  • APW O/Grodzisk Mazowiecki, Akta gminy Jeziorna

zdjęcie "Wypas owiec w międzywalu" pochodzi z książki "Nadwiślańskie Urzecze" Ł. M. Stanaszka. Wykonano je w okolicach Piasków

Życie na granicy (2)

ksunder

Pruski urzędnik, zwany landratem, zarządzał dawnym powiatem czerskim, którego granica jak nadal kończyła się na rzece Jeziorce. Wieś Jeziorna Królewska jako dawna królewszczyzna stała się własnością rządową, wchodząc w skład ekonomii pruskiej z siedzibą w Lesznowoli, odpowiadając jednak przed landratem warszawskim. Ci urzędnicy szczebla stanowiącego odpowiednik powiatu byli w większości Polakami, rekrutując się  z osób, które uprzednio pełniły już analogiczne funkcje czy to przy dworach, czy w komisjach rządowych, lub granicznych, lecz zapewne głównie z mieszkańców terenów podporządkowanych Prusom podczas pierwszego i drugiego rozbioru, jako że mieli oni już czas oswoić się z panującymi porządkami. Landrat czerski nosił swojskie nazwisko Bronikowski, odpowiadając za sprawy lokalne oraz porządek na podległym mu terenie. Dziś z uwagi na charakter jego obowiązków określić moglibyśmy go urzędnikiem samorządowym.

austriaW poprzednim wpisie była mapa pruska, dziś dla równowagi mapa austriacka z początku XIX wieku. Jak widać w analogiczny sposób potraktowano ziemie pod panowaniem Prus stanowiące białą plamę, przedstawiając bardzo dokładnie zabudowania w Karczewie. Po środku Wisły oczywiście prom, czyli przewóz

Analizując nieliczne zachowane dokumenty przyjrzeć się możemy życiu codziennemu na Urzeczu od nieco innej strony. Powołany w dobrach Oborskich Sąd Patrymonialny w osobach wyznaczonych przez hrabiego Michała Potulickiego rozpatrywał sprawy o charakterze niekryminalnym, niektórzy wnosili jednak skargi bezpośrednio do landrata. Przykładowo żołnierz o nazwisku Osuch ze wsi Borek żalił się że teściowa zabrała mu nowo narodzone ciele i „policzyć się nie chce”. Bronikowski przekazywał podobne pisma do Obór z poleceniem zajęcia się sprawą. Nierzadko wzywał do siebie murgrabiego oborskiego (zarządcę), przekazując mu swe dyspozycje. Przy okazji warto zauważyć, iż Bronikowski był sybarytą, w swych pismach zazwyczaj prosząc o przywiezienie przez murgrabiego „karpia młynarskiego lub karpia lub szczupaka wiślanego”.

Większość jednak spraw była nieco poważniejsza, sąsiedztwo Austrii zobowiązywało do ciągłego nadzoru. W swych wystąpieniach Bronikowski uczulał sołtysów nadwiślańkich wiosek do zachowania czujności przypominając, iż Wisła stanowi obecnie granicę. Na Urzeczu jak zwykle była ona płynna i trudna do wyznaczenia. Wskutek powodzi i zmiany jej biegu znaczna część oborskich wsi leżała po drugiej stronie rzeki, takich jak Kępa Zieleniecka zwana Zieleńcem, czy też zaginiona osada Grzanki. Te w pismach urzędowych zmieniały swą przynależność, zapewne wskutek uzgodnień z odpowiednikiem landrata w austriackim Karczewie. W roku 1797 wskazywano jeszcze, że należą do Obór, w roku 1802 Bronikowski ściągał z niej należności, z kolei w roku 1804 stwierdzał, iż mieszkaniec Grzanek o nazwisku Zawadzki nie może odpowiadać przed tutejszym Sądem, bowiem Grzanki należą do Otwocka. Leżąca pośroku Wisły Kępa Rybacka na której osiedli olędrzy od początku traktowana była jako podlegająca prawemu brzegowi.

Bronikowski miał wystarczająco sporo problemów z olędrami z Kępy Habdzińskiej (Oborskiej) i Zielenieckiej, którzy niezbyt chętnie respektowali nałożone na nich obowiązki przez pruskie władze. Wyraźnie niepokoiły ich olęderska mobilność i przemieszczanie się wzdłuż Wisły, powodujące problem z określeniem ich liczby. 26 lutego 1798 roku landrat polecił ekonomowi oborskiemu „aby nakazał Holędrom iż co który umrze czy stare czy młode podawali proboszczowi Słomczyńskiemu do zapisu w xięgi kościelne”. Powyższe wynikło zapewne z faktu, iż olędrzy sakramenty przyjmowali w najbliższym sobie kościele, stąd chrzty, śluby i zgony sprawowali w głównie w Powsinie lub Wilanowie, lecz także w Zerzeniu, a wreszcie w austriackim Karczewie, co uniemożliwiało pruskiej biurokracji kontrolę liczby ludności. Olędrzy jak wiadomo przemieszczali się nadzwyczaj aktywnie, stąd też wyznaczenie na dłuższy okres sołtysa było niemożliwe. W Kępie Oborskiej zmieniali się oni często, po nastaniu pruskiego panowania nie odpowiadali już oni wyłącznie przed zarządcą dworu, lecz składać musieli przysięgę przed landratem. Co wyglądało zapewne podobnie jak w roku 1801, gdy 16 lutego olęder o nazwisku Schultz otrzymał polecenie stawienia się rankiem w Czersku, a dopiero po przysiędze zarządca oborski mógł ogłosić go sołtysem wobec mieszkańców Kępy Oborskiej. Jednocześnie Bronikowski polecił by dopilnować, by dotychczasowy sołtys o nazwisku Feldt oddał pieczątkę sołecką i gromadzką księgę podatków. Zmiana sołtysa miała także związek z faktem, iż Kępa Oborska stała się nieco problematyczna dla Obór, choćby z powodu faktu, iż olędrzy powoływali się na przysługujące im prawa, bez wahania jednak wykorzystując niewiedzę. Obsadzali grunta ponad te, które im przypisano, licząc iż dwór nie dokona dokładnych pomiarów, zaś gorzałka i alkohol podawany z przemytu w tutejszej karczmie przyciągał flisaków oraz chłopów z okolicznych wsi, powodując upadek karczmy choćby w Opaczy. Zaznaczyć jednak należy, iż pruskie władze respektowały kontrakty emfiteuzy podpisane przez kolonistów w dziedzicami Wilanowa i Obor, choć zapobiegliwy Bronikowski na wieść o pomiarach dokonanych przez ekonoma oborskiego na Kępie, które skutkowały naliczeniem przez dwór dodatkowych należności, zażyczył sobie kopii kontraktu z roku 1773, wreszcie polecił stawić się olędrom osobiście.

Jednakże najczęściej Bronikowski musiał borykać się z problemami dotyczącymi żołnierzy na terenach przygranicznych, a także zmierzyć z sytuacją, która zmusiła go do odcięcia wsi od świata. O czym opowie ostatnia część wpisu dotyczącego życia na granicy.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • WĄSICKI JAN, Ziemie polskie pod zaborem pruskim. Prusy południowe 1793-1806. Studium historycznoprawne, Wrocław 1957

Piwowar z Bielawy

ksunder

Prima Aprilis już minął, więc dzisiejszy wpis na poważnie, choć w nieco żartobliwym tonie. W okolicy nie ma już browarów, piwo Konstancin od trzech lat produkowane jest w zupełnie innym regionie kraju, a browar Obory przestał funkcjonować. Jego istnienie przywoływane jest dość często, bowiem wzmiankowany był w XVIII wieku jako miejsce, gdzie Hieronim Wielopolski rozpoczął produkcję doskonałego piwa angielskiego, lecz w tych stronach było jeszcze wiele browarów. Choć nie zyskały takiej sławy, każde „dominium” czyli majątek ziemski, w tamtych czasach produkowało piwo zarówno na potrzeby własne, rozprowadzając je po licznych karczmach, jak i sprzedając je do pobliskich miast, takich jak Warszawa. Proces ten opiszę innym razem, bo jest niezwykle ciekawy, dzisiaj przyjrzyjmy się browarowi w Bielawie. Pod koniec XVIII wieku założył go kasztelan Antoni Barnaba Jabłonowski, do którego majątek podówczas należał, a zlikwidował go dopiero kryzys lat trzydziestych XX wieku, kiedy nadal należał do dawnych właścicieli Bielawy, wówczas reprezentowanych przez Karolinę Rossman. Do rejestru zabytków wciąż wpisany jest zachowany fragment browarnego muru z roku 1860. Aby robić piwo niezbędny był mistrz piwowarski, bowiem nie była to sztuka łatwa, zważyć piwo zadaniem prostym nie było, a przypominam, że mówimy o czasach sprzed pasteryzacji, gdy piwo zmieniło się co prawda z zielonego napoju o gęstości zupy, podawanego jako polewka również dzieciom, lecz nie stało się jeszcze do końca napojem jakim znamy. Bez piwowara doglądającego procesu fermentacji i znającego jego tajniki wychodził co najwyżej płyn, który można było wylać, toteż mistrzów podkupywano, opłacano sowicie i o nich walczono, wykorzystując każdy sposób by ich zdobyć. Nawet kiepski piwowar był na wagę złota, lecz jeśli myślano o czymś więcej, niż tylko dystrybucja piw w lokalnych karczmach, gdzie pieniądz zostawiali urzyccy chłopi, należało poszukać mistrza z prawdziwego zdarzenia. Zwłaszcza, że by jeśli piwo jakości było podłej, chętnie sięgali oni po zakazane trunki, czyli piwo warzone w sąsiednich dominiach, którego podawanie było zakazane.

Kompania_Piwowarska_rynku_6424066Latem 1807 piwo warzone w Wilanowie jakości najlepszej nie było, a świadomy tego faktu był ówczesny administrator dóbr wilanowskich, podjął próbę zastąpienia piwowara z Wilanowa innym. Przeprowadził więc intrygę, mającą na celu podkupienie lepszego wyrobnika. W owym czasie majątek wilanowski obejmował Powsin, granicząc z leżącymi na południe dobrami bielawskimi należącymi do kupieckiej rodziny Braeunigów. Wiedząc, iż piwowarowi bielawskiemu kończy się kontrakt (co ustalił uprzednio dzięki zaufanym ludziom) w tajemnicy posłał do Bielawy swego wysłannika, wybierając do tego celu Żyda, który odwiedził browar pod fałszywym pretekstem, gdzie zaczepił tutejszego piwowara Beniamina Schultza. Piwowar na propozycję objęcia browaru wilanowskiego zareagował pozytywnie proponując, iż z każdego korca przeznaczonego na warzenie piwa otrzyma 27 groszy. Kolejne negocjacje prowadzono w Wilanowie, gdzie z kolei w tajemnicy przybył Schultz, by ugodzić się co do zapłaty. Projekt umowy posłano przez Żyda do Bielawy, acz piwowar negocjował dalej, odesłał umowę dopisując do niej, iż z każdego wora otrzyma dodatkowo beczkę piwa, którą będzie mógł sprzedawać. Administrator Wilanowa musiał być mocno zdesperowany, bowiem na zmiany przystał, Schultz kontrakt podpisał, a następnie rozwiązano umowę z piwowarem z Wilanowa, oczekując objęcia przez nowego obowiązków.

Acz niespodziewanie Schultz kontrakt odesłał. Poinformował, iż nie zamierza piwa w Wilanowie warzyć w ogóle. Najwyraźniej o wszystkim dowiedział się rządca dóbr Bielawy o nazwisku Borowski, który zaproponował piwowarowi nowy kontrakt, na znacznie lepszych warunkach. Administrator Wilanowa mógł chwilowo jedynie się wściekać i grozić Sądem, acz piwo warzyć trzeba było. Nie było wyjścia, trzeba było zwrócić się do zwolnionego piwowara, który oczywiście nie mógł nie skorzystać z okazji. Jak zanotował administrator Gellani: „W takowym więc zdarzeniu kiedy iuż piwowara dawnego odprawiłem i innego maystra dobrego dostać nie mogłem, musiałem więc dawnego piwowara obligować aby został na miejscu, ten profitując rachował mi różne z okazji tej wydatki i niechęć zupełną okazał wrócenia się nazad tak, że przy wielkim targu lewdwiem go mógł zobowiązać do pozostania”. Finalnie Wilanów pozostał więc z kiepskim piwowarem, któremu trzeba było zapłacić dużo więcej, bowiem warunki jakie postawił świadom sytuacji, okazały się prawie zaporowe. Nie było wyjścia, trzeba było zacisnąć zęby i zapłacić, a co gorsza wytłumaczyć to hrabiemu Potockiemu. Administrator zdecydował się nie czynić tego osobiście, a swój list zaczął od słów: „Żem chory obłożnie, przeto nie mogąc do hrabiego osobiście, uświadamiam rzecz następującą” następnie całe zdarzenie opisał, usiłując wyjaśnić okoliczności, które doprowadziły do tego, iż sowicie został opłacony piwowar, który piwa warzyć najwyraźniej zbyt dobrze nie potrafił. Jako, iż piwowar bielawski warzyć piwa nie zaczął, ani nie pobrał wynagrodzenia, nie sposób było podać go pod Sąd i w ten sposób Wilanów został z podłym piwem, które ktoś musiał wypić.

A na zakończenie, skoro już jesteśmy przy Bielawie i browarze, a za nami Wielkanoc, piosnka spisana w okolicach tegoż w XIX wieku przez Oskara Kolberga:

A w browarze grają gracze,
Pod browarem Maciek skacze,
Czemuś ty, Maćku, mocny?
Bom jadł placek wielkanocny.

11_kolberg_nuty

Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWil
  • Oskar Kolberg, Pieśni ludu polskiego, Warszawa 1857

Nie tylko willa Gierka

ksunder

10474826_661655797288057_8676571323052717164_oDo Konstancina najprościej dojechać Wilanowską. Za pałacem [w Wilanowie] rozpościera się dwupasmowa szosa, zbudowana – jak głosi wieść gminna – wyłącznie dla przyjemności wczorajszej sympatii narodu – Edwarda Gierka. Do rezydencji w Klarysewie brakuje co prawda półtora kilometra, ale gdyby Wałęsa nie pośpieszył się tak z tym przeskoczeniem płotu, bylibyśmy właśnie świadkami uroczystego zakończenia robót.” Takie słowa napisze i opublikuje 7 lipca 1981 roku Czesław Apiecionek, w numerze 5 gazety Nasze Sprawy. Jak cała prasa w tamtym okresie, również ta drugiego obiegu, wydrukowana rozmywającą się w druku czcionką maszynową na kiepskim papierze. To oficjalne pismo regionu Mazowsze NSZZ Solidarność. W winiecie widnieje herb Piaseczna, lecz pismo obejmuje swym zasięgiem Lesznowolę i Konstancin. W nie istniejącym już powiecie piaseczyńskim znajdują się zagłębia przemysłowe w postaci Laminy, Polkoloru i Warszawskiej Fabryki Papieru, gdzie dowozi się ludzi do pracy autobusami z dalekiego Garwolina. Jest rok 1981, władza otrząsa się powoli z ustępstw sierpniowych i zaczyna przechodzić do kontrataku. Lecz nikt nie przewiduje, że za pół roku zostanie wprowadzony stan wojenny. Pamiętacie ten czas? Sporo czytelników tego bloga pamięta, ten krótki czas nadziei i powiewu wolności, w którym ludzie mieli poczucie, że mogą poprawić swoją sytuację. Wzięli sprawy w swoje ręce i zaczęli piętnować nadużycia, przez krótki czas władza łapała oddech, nie pewna co będzie dalej. Wbrew temu co młodzieży wydawać się może o PRLu, gazetka NSZZ wychodziła wówczas legalnie, choć w czasach powielarni, braku ksero i drukarek, a przede wszystkim papieru nie było to takie proste. Do miejscowego NSZZ przyszedł komendant MO z Piaseczna z pytaniem, czy Solidarność rzeczywiście planuje przejąć budynek. Komenda była wówczas w starej lokalizacji, a do Konstancina wiodła droga z płyt, które zalano asfaltem, wskutek czego obecnie obowiązuje tam ograniczenie prędkości. Ale coraz więcej osób o tym nie wie, publiczne zastanawiając się, czy z budową drogi wiązała się łapówka. Inne to czasy, jak bardzo spójrzmy w dalszym ciągu tego artykułu: „Rzeczywistość jest okrutna – droga urywa się w szczerym polu a Polonezy czy Mirafiori w dalszym ciągu przedzierają się przez zatłoczoną furmankami Jeziornę. Dopiero za mostem na Jeziorce rozciąga się owa strefa spokoju, gdzie niezbyt szerokie dróżki, a kilku przypadkach wyasfaltowane, prowadzą prosto do ukrytych w lesie pałacyków. Moda na Konstancin trwa nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat. Szczególnie nasilenie następuje w okresie powojennym, kiedy to na wzór radziecki posiadanie tzw. daczy staje się obowiązującym dodatkiem władzy. O ile jednak w latach pięćdziesiątych willa w Konstancinie jest przywilejem wyłącznie najwyższych urzędników partyjnych, to ostatnia dekada przynosi w tym względzie daleko idący egalitaryzm. Bliskość Warszawy, mikroklimat oraz leśne otoczenie to głośne zalety decydujące o popularności tej miejscowości. Dodatkowym plusem jest służalczość lokalnej administracji prześcigającej się w tworzeniu wszelkiego rodzaju ulg dla prominentów. W konsekwencji rywalizacja nie przebiega o to, kto ma a kto nie ma posiadłości w Konstancinie – ale o to, kto potrafił ją uzyskać mniejszym kosztem. W targowisku próżności (baseny, sauny, korty tenisowe) biorą udział ministrowie, generałowie, wojewodowie, dyrektorzy departamentów i ich pomniejsi następcy. Wszystko na terenach bezprawnie wydzielonych z obszaru uzdrowiska. Na placach budowy, w miejscu bezlitośnie powycinanych świerków roją się posprowadzane ze stolicy brygady budowlane. Dzieje się to na obrzeżu miasta, którego mieszkańcy od 6 lat nie otrzymali ani jednego nowego mieszkania”. Konstancina dotyczy cały numer, jak zauważa autor w związku ze stwierdzeniem, iż doskonale widać na jego przykładzie patologię władzy. W szczególności związaną ze wspomnianymi willami, a mówimy o czasach, gdy obowiązują wymiary metrażu, do nadmiaru dokwaterowuje się lokatorów, nikt nie ma prawa mieć dwóch mieszkań. Pamiętacie jeszcze? Komisja kontroli społecznej przy Radzie Gminy sporządza listę, jej przewodniczący to doskonale znany dyrektor tutejszej szkoły. Afera związana z willą Gierka i faktem, iż w Konstancinie powstawały dacze idzie w Polskę, jak pisze 4 czerwca Ekspress Wieczorny: „Zgodnie z przepisami na terenie uzdrowiskowym mogą się budować tylko stali mieszkańcy i to dopiero za zgodą Naczelnego Lekarza Uzdrowiska, a przybysze po uzyskaniu zgody Ministra Zdrowia. Tymczasem z tymi zezwoleniami różnie bywało. Drugi – ten prywatny – Konstancin rósł szybciej niż obiekty, które powinny służyć ogółowi”. W tych okolicznościach powstaje lista mieszkańców, którą pozwalam sobie reprodukować poniżej, w charakterze ciekawostki, już jednak historycznej.

skanHistoria tutejszych willi to jak widać nie tylko willa Gierka, która ostatnio pojawia się w mediach w charakterze sensacji. Ciekawe, że powstała na początku XX wieku legenda Konstancina jako wyjątkowego letniska stała się nośna na tak wiele lat. Podczas II Wojny Światowej upodobali go sobie Niemcy, na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych komuniści stworzyli na Królewskiej Górze zamkniętą enklawę, wreszcie w późnym PRL stał się wymarzonym miejscem odpoczynku dla władzy, korzystającej z pozornego rozwoju gospodarczego lat siedemdziesiątych. Na marginesie można zresztą zauważyć, że w latach dziewięćdziesiątych Konstancin i opisywane tu wille stały się magnesem dla nowych elit, dziennikarzy i przedstawiciele świata biznesu. Przez te lata nie zmieniało się jedno, gdzieś na marginesie tego wszystkiego egzystowali zwykli mieszkańcy.

Lecz w roku 1981 nie było jeszcze wiadomo, że wille należące do Uzdrowiska, o których z oburzeniem pisano, iż mogłbyby służyć mieszkańcom, wkrótce będzie trzeba zwracać prawowitym właścicielom. Zostało kilka miesięcy do ogłoszenia stanu wojennego, którego kolejna rocznica już za chwilę, a który tonie w jałowych sporach obecnej polityki. Na blogu stronię od ocen, zwłaszcza w kontekście najnowszej historii, która jest jeszcze zbyt świeża, by mogła zostać wyzwolona ze sfery emocji. Przygotowując ten wpis przejrzałem po raz kolejny archiwum tutejszych gazetek solidarnościowych z lat 1980-81 stwierdzając, że wiele ówczesnych problemów jest już całkowicie niezrozumiałe dla kolejnych pokoleń. Bo kto pojmie, że ludzie stali w kolejkach przed pustymi sklepami, a tymczasem na zapleczu odkładano towar? Powstałe na fali Solidarności KSS były w stanie to zmienić jedynie na chwilę. Mam jednak wrażenie, że słynny skecz Zenona Laskowika i Bogdana Smolenia na zapleczu sklepu osiąga poziom abstrakcji równy poniższemu wycinkowi z gazety.

skan2Zapewne część osób miała kontakt z Czesławem Apiecionkiem, kto zacz można sprawdzić na wikipedii, ja kojarzę go głównie z prowadzonym na ulicy Hożej antykwariatem, choć w roku 1981 związany był z Piasecznem i Konstancinem. Z perspektywy czasu ciekawie czyta się plany rozwoju miasta, gdy wiał nad nim wiatr. Planowano budowę osiedli na Argentynie, przy szosie Bielawskiej i w ogrodach Zachariasiewicza. Ludzi bowiem najbardziej oburzało, iż muszą gnieździć się w willach pozbawionych kanalizacji, mając ledwie kilka metrów kwadratowych, podczas gdy władza zamieszkuje w daczach. Redakcja wzywała do dalszej kontroli społecznej i przyśpieszenia budowy osiedli, pisząc iż nikt nie zadba tak dobrze o nasze sprawy jak my sami. I to jedno nie uległo nadal zmianie.


Źródła i literatura:

  • Nasze sprawy nr 5, Zbiory Ośrodka Karta
  • wykorzystano zdjęcie Chrisa Niedenthala wykonane w grudniu 1981 (wg innych źródeł 4 lutego 1982) w Wilanowie, droga w kierunku Jeziorny

Rzeka wagabundów

ksunder

Zróbmy chwilę przerwy od historii tutejszych kolonistów, na wpis dotyczący spraw nieco trywialnych. Annały Góry Kalwarii notują historię sprytnego włóczęgi, który pod miastem ukradł z pastwiska konia, który następnie przyprowadził na rynek, gdzie korzystnie go sprzedał. Jako, że od Góry prowadziła ku Warszawie droga przy której leżały rozmaite karczmy, były one miejscem rozmaitych awantur. Lecz zostawmy pijackie awantury, bowiem niezwykle obrotni i sprytni byli flisacy płynący Wisłą. Prócz swej porywczości szukali rozmaitych metod łatwego zarobku, zdarzało się, że po drodze kradli faszynę i sprzedawali ją z zyskiem w dalszych częściach rzeki. Podczas regulacji Wisły w połowie XIX wieku zdarzało się, iż spławiane przez nich drewno uderzało o sypane w poprzek rzeki tamy. Wbrew wszelkiej logice szybko uciekali, bynajmniej nie z powodu zniszczeń jakie spowodowali. Przyczyna była prozaiczna, drewno było skradzione, nawet jeśli nie udało się ustalić jego właściciela. Flisacka bezczelność była znaczna, co możemy prześledzić na przykładzie pewnej sprawy.

8 września 1845 roku Piotr Jobs, podpisujący się jako „kollonista na Kępie Okrzewskiej do Gminy Bielawa należącej” zakupił dwie spróchniałe karpy znajdujące się nad brzegiem Wisły, nieopodal Kępy Wołowej. Zakup został dokonany od oficjelistów wilanowskiego majątku, a następnie Jobs przystąpił do pracy, celem zwiezienia drewna na Kępę Okrzewską. (Dodam jedynie, że mowa tu o gminie Bielawa, bowiem działo się to w czasie gdy Jeziorna Królewska wraz z Okrzeszynem i przyległościami zakupiona została przez Henryka Wilhelma Rossmana, wchodząc w skład jego majątku. Z powyższego wynikało, że właściciel ziemski staje się jednocześnie wójtem gminy, biorącej swą nazwę od majątku będącego siedzibą dworu. Przez krótki czas Jeziorna Królewska zmieniła wówczas nazwę na Bielawską, a Kępa Okrzewska znalazła się na terenie tejże gminy.) W okolicy Piotr Jobs najął pięciu ludzi, jako że karpy musiały być sporych rozmiarów. Czymże karpy? Nie każdy musi wiedzieć, iż chodzi o pozostałość po ścięciu drzewa, czyli system korzeniowy wraz z pniakiem. Jak relacjonował Jobs by wydobyć karpy z ziemi pracował przez cztery dni, używając 10 sprzężajnych koni, usiłując podkopać je i wydobyć z ziemi przy użyciu lin. Wbrew pozorom sprawa nie jest taka prosta o czym wie każdy, kto kiedykolwiek usiłował wydobyć pień z ziemi, zwłaszcza iż w połowie XIX wieku łopata wychodziła spod ręki miejscowego kowala, podobnie inne z narzędzi. Dość, że Jobs wystawiony został na koszty nim wydobył karpy i przygotował do transportu, lecz gdy przybył, by tego dokonać, okazało się, iż zniknęły one bez śladu. Czy też raczej ślad pozostał, prowadził wprost do Wisły. Dociekliwy kolonista podążył tym tropem, wsiadł w pychówkę i popłynął wzdłuż brzegu.

Przy Kępie Zawadowskiej dostrzegł świeżo porąbane szczapy. Nieśli je właśnie ku domowi olęderscy koloniści zamieszkujący w tejże wsi, nie usiłujący się wypierać, iż właśnie porąbali na kawałki dwie karpy z drzewa topolowego, które przyniosła im woda. Gdy Jobs nie dowierzał, został przez mieszkańców Kępy Zawadowskiej pogoniony, acz miast dać tematowi spokój udał się na skargę do wilanowskiego dworu. Zarządca również nie uwierzył w jednodniowy przybór wody, szybko doszedł prawdy ustalając, iż karpy sprzedali płynący Wisłą flisacy, twierdzący że niosła wezbrana woda. Nie trudno było zorientować się co zaszło, zwłaszcza że jeszcze po ponad 150 lat tłumaczenia kolonistów z Kępy Zawadowskiej brzmią pokrętnie. Jak byśmy powiedzieli dzisiaj dopuścili się oni umyślnej paserki, następnie usiłowali udawać, że karpy same trafiły w ich ręce. Rządca Jobsowi pieniądze zwrócił, choć trwało to dość długo, bo procedura ciągnęła się jeszcze latem roku 1846 (co niech mają na uwadze ci, którzy uważają, że kiedyś sądownictwo działało szybciej i sprawniej). Tym samym mieszkaniec Kępy Okrzewskiej poniósł straty na robociźnie, choć usiłował nimi obciążyć mieszkańców Kępy Zawadowskiej, wykazując koszt pękniętej liny i zużycia 10 sprzężajnych koni. Jedynymi, którzy zarobili na tej aferze, byli oryle, którzy jak zwykle odpłynęli Wisłą w siną dal. Za tym poszła po raz kolejny kiepska opinia na ich temat, na Urzeczu jak widać w pełni uzasadniona. Jobs odzyskał część pieniędzy, którymi oczywiście Wilanów obciążył mieszkańców Kępy Zawadowskiej. Stąd mogli oni jedynie pokrzyczeć wzorem mieszkańców Podłęcza i Radwankowa:

Oryle, oryle zjidzta gówno kobyle! 

Zjidzta tez i krowie, niech wam idzie na zdrowie!


Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWIL
  • piosenkę zacytowano za książką Ł. M. Stanaszka "Nadwiślańskie Urzecze", Warszawa-Czersk 2014

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci