Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Swider

Na półce z książkami

ksunder

wpis o książkach traktujących o historii tych stron

Dzisiaj na blogu początek wpisów na temat rozmaitych tytułów traktujących o historii tych okolic. To odpowiedź na tak zwane zapotrzebowanie społeczne, bowiem jednym z najczęściej zadawanych pytań podczas odwiedzin w naszym namiocie na Otwartych Ogrodach, było to o lektury związane z tymi stronami, chętnie przeglądano wyłożone książki zapisując ich tytuły. Pytania na temat książek często padają na facebooku, skąd posty znikają bezpowrotnie równie szybko jak się pojawiają, myślę więc że dobrze będzie raz na jakiś czas popełnić kilka słów na ten temat. Wpisy te znajdziecie w dziale „W książkach lub czasopismach”, będzie to opis kilku pozycji, a także informacje gdzie można je zakupić. Nie będą to recenzje, bo tych pisać nienawidzę a raz na jakiś czas muszę to robić, zresztą w dzisiejszych czasach recenzowanie książek historycznych polega na wysyłaniu gratisów do swoich kolegów, zebraniu pozytywnej opinii i upychaniu ich potem w stu zaprzyjaźnionych czytelniach, gdzie są trudno dostępne, lecz w ten sposób ma się za sobą publikację naukową (nieco złośliwie powtarzam tu opinię innego mojego kolegi). Więc skoro wstęp już za nami przystąpmy do opisu pierwszych książek, na dobry początek wybrałem dwa tytuły napisane – jakżeby inaczej – przez dwóch moich kolegów:-)

 

Dawid Miszkiewicz, Ślady działań wojennych z września 1939 roku w Piasecznie, Konstancinie i okolicy, Konstancin 2014

 lotnisko w oborach

Chyba jedna z najważniejszych książek jakie się ostatnio ukazały, jest to w zasadzie pierwsza naukowa pozycja na temat powiatu piaseczyńskiego jaka ukazuje się od roku 1973. Co jest jej zaletą i niech nikogo nie odstrasza, bowiem mimo bogatego aparatu naukowego w postaci przypisów, książkę czyta się świetnie. Za nieco barokowym tytułem skrywa się opis działań wojennych września 1939 roku prowadzonych w Piasecznie i wschodniej części powiatu piaseczyńskiego. Autor opisał w dużej mierze nieznane dotąd fascynujące sploty wydarzeń dziejowych, które doprowadziły do tego, że po zajęciu przez Niemców Piaseczna, niespodziewanie musieli się tu bronić, podczas gdy trzon ich armii nacierał na Warszawę. Co najistotniejsze autor zadał sobie trud by podążyć za każdym pomnikiem i grobem upamiętniającym wrześniowe walki, stąd opisał rozbicie się samolotu w Czarnowie, dzieje pochowanych na cmentarzach w Skolimowie i Słomczynie, tak naprawdę odkrywając ich historię na nowo, prócz walk w tych okolicach opisując także losy osób widniejących na pomniku, które poległy choćby pod Westerplatte. Nie pominął także informacji o Niemcach w Klarysewie czy Jeziornie. Znaczna część książki poświęcona jest walkom w rejonie nadwiślańskim, znanym dotąd wyłącznie z artykułu Pawła Sulicha (do poczytania w tym miejscu), bowiem wiązały się one przede wszystkim z walkami o most Ciszyca-Świdry Małe oraz walce o przeprawę promową w Gassach. Książka poszerza te informacje i dodaje wiele nowych na temat wrześniowej kampanii, a także historii samego mostu (nota bene dodam, iż wciąż w Obórkach mieszka pewna stara łurzycanka, która dobrze pamięta poświęcenie mostu wiosną 1939 roku). Jednym słowem w książkę warto się zaopatrzyć, a ja mam nadzieję, że autor nie spocznie na laurach, bowiem na swe opracowanie wciąż czeka Batalion „Krawiec”, pozostający w cieniu działającego w Papierni oddziału NSZ.

Część książki (w nieco poszerzonej wersji) dostępna jest w formie artykułu - Lotnisko w Oborach. Fragment to skromny, bowiem zaledwie kilka stron ze 100-stronicowej publikacji.

gdzie kupić – Ksiązka dostępna jest w księgarni Bzyk w Piasecznie przy ul. Warszawskiej 5 (informacja na dzień 8 X dzięki p. Marii Łukasik), a także w pewnym sklepie na granicy Chylic i Piaseczna, aktualne informacje odnośnie miejsca zakupu podaje także autor - ddmiszkiewicz@gmail.com

 
Łukasz Maurycy Stanaszek, Nadwiślańskie Urzecze, Warszawa-Czersk 2014

nu

Teoretycznie tej książki nie trzeba nikomu polecać, ja jednak napiszę kilka słów na jej temat kierując je do tych, którzy nie czują się z Urzeczem związani, jak mieszkańcy letniskowych miejscowości takich jak Otwock, Konstancin, Józefów czy choćby Miasteczko Wilanów. Choć miejsca ta obecnie zajmuje przestrzeń miejska, przez wieki znajdowały się one w mikroregionie etnograficznym zwanym właśnie Urzeczem (gwarowo Łurzycem), obejmującym nadwiślański pas po obu stronach rzeki między Czerniakowem a Pilicą. Stąd na Urzeczu leżą również zabudowane blokami okolice Gocławia, czy Miedzeszyn. Ten unikalny region stał się domem dla osadników olęderskich, flisaków i tutejszych włościan, których wielu potomków mieszka tu po dziś dzień. Odkryty został przez autora tej książki, który odnalazł wiele zapomnianych śladów przeszłości okolic nadwiślańskich. Jej istnienia mało kto zdawał sobie wcześniej sobie sprawę, nie wiedząc, iż wiele tutejszych zwyczajów stanowi spadek po dziedzictwie mikroregionu.  Książka w niesamowity sposób łączy pracę naukową z wydawnictwem popularnym, w wydaniu albumowym prezentując na każdej stronie zdjęcie życia codziennego na dawnym Urzeczu i panujące tu zwyczaje. Warto zaopatrzyć się w nią jeśli kogoś interesuje życie codzienne i zapoznać się z kulturą zapomnianego regionu, sądzę zresztą, że taki sposób wydania stanowi przyszłość tej dziedziny publikacji naukowych.

Czy warto kupić książkę, jeśli ktoś posiada pierwsze wydanie? Jak widać tym razem obchodzimy się bez podtytułu wyjaśniającego czym jest region, bowiem przez 2 lata, które minęły od poprzedniego wydania mocno okrzepł już w świadomości ludzkiej. Prócz wielu nowych zdjęć, wydanie drugie dostarcza wiele nowego materiału. Muszę przyznać, iż o ile po lekturze „Na Łużycu” region jawił mi się jako nie do końca określony, funkcjonujący wyłącznie w opisie etnograficznym, do drugiego wydania dołączono solidny materiał dający mu podstawy historyczne i językowe, po których nikt już nie może mieć wątpliwości na temat jego istnienia. Rzecz jasna autor rozbudował też dyskurs etnograficzny i udowodnił ostatecznie, że strój znany jako wilanowski, winien tak naprawdę być zwany strojem urzeckim, bowiem właśnie tak się tutaj odświętnie noszono. Po lekturze czuję jedynie niedosyt, iż została ona okrojona z wielu ciekawych informacji na temat życia codziennego, lecz wynika to z konstrukcji pracy, co zresztą podnosi sam autor. Wiele jeszcze na temat Urzecza do odkrycia, acz jak deklaruje autor nastąpi to w formie innych publikacji, warto więc zaopatrzyć się w tę pozycję.

gdzie kupić -  na spotkaniach z autorem, o których informuje na bieżąco na stronie www.facebook.com/urzecze. Do niedawna dostępna była także w Czersku w kasie zamkowej, także w księgarni w Górze Kalwarii przy Pijarskiej 38 oraz w PMA w Warszawie przy ul. Długiej 52 i Księgarni Historycznej przy al. Solidarności 105.

 

 

Vinea Christi (Winnica Chrystusowa). Dokumenty dotyczące założenia miasteczka Góra Kalwaria, red. s. Małgorzata Borkowska OSB, Kraków-Góra Kalwaria 2014

Nieco specyficzna księga, skierowana raczej do specjalistów, lecz z drugiej strony jest to rzecz, którą winien posiadać każdy interesujący się historią mieszkaniec Góry Kalwarii. Książka zawiera reprint zbioru dokumentów jaki ukazał się w roku 1680, który zawierał informacje na temat niespotykanego w historii europejskiej urbanistyki precedensu, jakim było przekształcenie niewielkiej nadwiślańskiej wioski o nazwie Góra w miasto noszące wówczas nazwę Nowej Jerozolimy i jej założeń kalwaryjskich, czego dokonał bp. Stefan Wierzbowski. I dzięki temu dokumenty te zachowały się w dużej mierze do dzisiejszych czasów, a wydanie zawiera tłumaczenie na język polski każdego z aktów tu zawartych, wykonane przez s. Małgorzatę Borkowską, autorkę wspaniałej historii Góry Kalwarii.

Jednakże uważna lektura księgi przyniesie informacje nie tylko na temat fundacji Nowej Jerozolimy, lecz również okolicznych ziem i wsi położonych po obu stronach Wisły z Ostrówkiem i Kossumcami włącznie, a także okolic Moczydłowa. I historię rodu Cieciszewskich, wywodzącego się z Cieciszewa na terenie obecnej gminy Konstancin-Jeziorna, dotąd nieopracowaną. Tracimy ich z oczu na przełomie wieków XVI i XVII i w zasadzie do niedawna wiadomo było jedynie, że od ich potomkini Anny Niemirzyny kupiono część ziem, na których utworzono miasto. Warto przejrzeć tę piękną publikację. Pisałem już na jej temat zresztą, przy okazji wpisu na temat Parafii Cieciszewskiej.

Gdzie kupić – niedawno ukazał się reprint. Warto odwiedzić Muzeum Regionalne w Górze Kalwarii ul. Marianki 41a, gdzie pozycję tę można jeszcze zapewne zakupić od p. Wojciecha Prus-Wiśniowskiego, któremu zawdzięczamy w dużej mierze wydanie tej opasłej księgi. Czasem także pojawia się na allegro.

W kolejnym wpisie o książkach, który pojawi się na blogu pewnie za kilka tygodni, lista pozycji traktujących o Konstancinie. A jeszcze w tym tygodniu kolejny wpis, bo w piątek pewna ważna rocznica.

Miele młyn

ksunder

Jak chce historyczna legenda Władysław Łokietek miał przy użyciu powyższych słów przeprowadzać test lojalności, bowiem sławetne „soczewica, koło, miele, młyn” wymówione prawidłowo stanowiło jeden z pierwszych dowodów przynależności do narodu popierającego króla. Wrogi element pochodzenia niemieckiego, który wcześniej zbuntował się i przeszedł na stronę Jana Luksemburskiego, słów tych ponoć wymówić nie potrafił… Od roku 1308 język polski uległ dużym zmianom, więc możemy być pewni, że nam także ścięto by głowy, bowiem obecna wymowa jest zupełnie inna. A ponoć jeszcze w czasach Mieszka Polacy i Czesi nie mieli problemów by się porozumieć, bowiem mówili tym samym językiem…

Miele młyn. W XIX wieku.

 Dziś jednak nie o problemach językowych, a o mieleniu. Dawno nie było wpisu zawierającego dokument bądź tekst z epoki, więc dzisiaj powyższe nadrobimy. Młyny niegdyś stanowiły tradycyjny element krajobrazu, pod koniec XVIII wieku stopniowo zaczęły wypierać je wiatraki. W owym czasie liczba tych pierwszych wyraźnie zmalała od czasów średniowiecza, na terenie obecnej gminy Konstancin-Jeziorna młyny przetrwały wówczas już tylko cztery: w Bielawie, Grądzie, Skolimowie i Jeziornie Oborskiej. Do zaborów ostały się tylko dwa ostatnie, pierwszy został zastąpiony przez wiatrak, drugi zmienił się w Papiernię. My dzisiaj zajmiemy się jednak młynem znajdującym w sąsiednich dobrach na rzece Świder, nieopodal ujścia do Wisły. Z niego pochodzi bowiem ciekawy dokument, w którym spisano zasady prawidłowego postępowania podczas pobytu na terenie młyna. I możemy być pewni, że analogiczne obowiązywały w młynach w dobrach oborskich i bielawskich, nawet jeśli nie dotrwały do dzisiejszych czasów, bowiem są to reguły zwyczajowego postępowania. A także na Urzeczu, bowiem młyn ten znajdował się w ówczesnych dobrach Bielińskich, w skład których wchodziły wówczas wszystkie miejscowości leżące na prawym brzegu począwszy na Świdrze i Karczewiu, aż na Glinkach kończąc wraz z całym starostwem czerskim na brzegi lewym, z Czerskiem i Coniewem włącznie. Spisane poniżej reguły obowiązywały więc w większej części okolicznych ziem, także w Skolimowie i Jeziornie Oborskiej. Był to swego rodzaju regulamin wieszany we młynie, pozostawiono wolne miejsce na wpisanie odręcznie kwoty obowiązującej w danym miejscu za wykonane usługi.

Dokument o tyle ciekawy, że nie zastanawiamy się nad pewnymi codziennymi oczywistościami. Na stacjach benzynowych nie wolno palić, uiścić opłatę należy po zatankowaniu przy kasie… A jak zachowywano się pół wieku temu? I jeszcze wcześniej? Tak samo o naszych codziennych regułach postępowania po upływie wielu lat nikt nie będzie pamiętał. A dzięki poniższemu postanowieniu widzimy przynajmniej jak mieliły tutejsze młyny mieszkańcom okolicznych ziem.

Uwspółcześniłem pisownię aby czytało się nieco łatwiej. 


POSTANOWIENIE

co się zachowywać, wiele od czego wydawać powinno i płacić w młynie tutejszym

Primo. Każdy przyjeżdżający do młyna, złożywszy zboże, dla miejsca i czystości we młynie, ma zaraz z końmi i wozem odjechać i mieścić się w karczmie do tego do tego umyślnie w bliskości młyna z obszerną stajnią i izbami wystawionej.

Secundo. Dla zachowania jako największej ostrożności ognia nie ma się nikt ważyć przy mieleniu nocnym, palić i przyświecać łuczywem, ale dla widoku palić się będzie lampa lub świeca na środku młynicy zawieszona.

Tertio. Ażeby jak dającemu tak odbierającemu miarę nie działa się żadna krzywda, żadnego od kogokolwiek zboża przyjmować się nie ma do mielenia bez przemierzenia miarą cechowaną od dworu wydaną.

Quatro. Miara to jest niejako w innych młynach dziesiąta, ale dwunasta tylko część wszelkiego zboża brać się do mielenia powinna, oprócz otrąb i pytlówki.

Quinto. Gdyby zaś kto zepsowane lub wołkami zarażone zboże do mielenia przywiózł, od takowego nie ma być brana miara, lecz pieniądze. A to od korca groszy__ a od korca pszenicy po groszy ___ oprócz korca i pytlówki.

Sexto. Za pytlówkę ordynaryjną wszelkiego grosza od korca po groszy ___ a za przedniejszą od korca po groszy ___

Septimo. Od robienia kaszów od jaglanej i innych ordynaryjnych dziesiątą część odbierać się ma. Od perłowej zaś kaszy i innych przednich od korca po złotych

Octavo. Od mielenia słodów od korca po groszy___ Od surowców od korcy po groszy ___

Jako za tym w odbieraniu tej należności wszelka sprawiedliwość, tak w mieleniu równy dla każdego zachowany wzgląd być powinien i ktokolwiek pierwej przywiezie i na kosz zasypie, temu pierwej zmielone być ma, nigdy z kosza nikomu nie wyrzucając.


 Żródło:

  • AGAD, Archiwum Komierowskich

Wyprawa pana Jana

ksunder

Przyznam, że sytuacja międzynarodowa zniechęca mnie mocno do zamieszczania postów na facebookowej stronie bloga i przygotowywania zaplanowanych wpisów o najstarszym wiatraku w tych stronach czy olędrach. Na razie więc to odłóżmy. W ubiegłych wiekach wydarzenia na Ukrainie wywarły niewielki wpływ na tę część Mazowsza, jedynie wojny toczone z Turcją w XVII stuleciu na terenie ówczesnego województwa podolskiego spowodowały napływ uchodźców notowanych w tutejszych metrykach. Jednakże długofalowe skutki dla tych okolic miała wyprawa do Rosji jaką odbył jeden z tutejszych mieszkańców.

Mowa o panie na Oborach, Janie Oborskim. Była to postać aktywna politycznie, podobnie jak jego antenaci związana z ziemią liwską, gdzie Oborscy już od dwóch wieków pełnili urzędy i skąd posłowali, uczestnicząc w tamtejszych sejmikach. Z Obór do Liwa dotrzeć było łatwo, wystarczyło przeprawić się przewozem w Gassach i podążać na północ, by znaleźć się tam po kilku godzinach. W okolica Liwa leżały dziedziczne ziemie rodu. W roku 1630 Jan Oborski jako nagrodę za bezinteresowną służbę otrzymał od króla Zygmunta starostwo grodowe liwskie. Uczestniczył bowiem w dwóch wyprawach wojennych przeciw Gustawowi Adolfowi na Pomorzu. Zapewne brał udział w bitwie pod Trzcianą, gdzie słynnego szwedzkiego króla rozgromił hetman Stanisław Koniecpolski, jeden z najwybitniejszych wodzów Rzeczpospolitej. Prawem dygresji zauważę, iż ówczesne wojny polsko-szwedzkie na Pomorzu sprawiły, że od początku XVII wieku Wisłą przemieszczać zaczęli się uchodźcy, osiedlający wśród nadrzecznych łęgów, polonizujący i przyjmujący katolicyzm, kolonizujący wyspy takie jak Saska Kępa, stanowiący pierwszą falę olęderskiego osadnictwa na tych terenach.

Dwór w Oborach w drugiej połowie XVII wieku, drewniane budowle istniejące tam jeszcze przed wybudowaniem w roku 1688 istniejącego do dziś dnia budynku. Za ogrodzeniem widnieje prawdopodobnie opisany w dalszej części tekstu "dom większy" oraz "dwór mniejszy" nad stawem.

Szczyt kariery Jana Oborskiego przypadł na rok 1637, gdy odbyła się jego tytułowa wyprawa. W imieniu króla i Rzeczpospolitej posłował wówczas do Moskwy. Przypomnijmy nieco kontekst historyczny. Wskutek pokoju zawartego w roku 1634 Rzeczpospolita znalazła się u szczytu swej terytorialnej potęgi. Wieczysty pokój podpisano w Polanowie, Władysław IV zrezygnował z tytułu cara moskiewskiego i zrzekł się pretensji do tronu, Rzeczpospolita uzyskała województwo smoleńskie i czernihowskie, a Rosja zrzekła roszczeń do Estonii i Inflant. Choć podręczniki historii tego nie notują, kolejne lata zajęło żmudne wytyczanie przebiegu granic, uniki cara, próby ratyfikacji i renegocjacji traktatu. I oczywiście wskutek zmiany sytuacji międzynarodowej, próby zawierania wzajemnych sojuszy przeciw Turcji. Lecz o tym wszystkim można poczytać w obszernej literaturze przedmiotu, my skupmy się na poselstwie roku 1637. Jego celem było powiadomienie cara o małżeństwie zawartym przez Władysława IV z Cecylią Renatą Habsburg, bowiem ślub odbył się w dniu 12 września w Warszawie. Kolejną kwestią, podniesioną przez posłów była wciąż niezakończona wymiana jeńców wziętych podczas minionych wojen. Posłowie wyruszyli chcąc zdążyć przed nadchodzącą zimą, zaś Janowi Oborskiemu towarzyszył kniaź Samuel Sokoliński, podkomorzy smoleński.

W Moskwie przyjęto ich niechętnie. W Rosji odmowa przyjęcia darów od posłów stanowiła akt niełaski, miała charakter symboliczny. Wręczono je podczas uroczystej audiencji. Większość złożonych uroczyście podarków została posłom zwrócona, car zatrzymał jedynie szkatułkę z apteczką, szkatułkę bursztynową i dwa zegarki. Przyjął od posłów powiadomienie o zawarciu przez polskiego króla małżeństwa, lecz dalsze rozmowy prowadzone były z bojarami, którzy żądali aby król Władysław ukarał gardłem rozmaitych wojewodów, starostów i posiadaczy ziem nadgranicznych, którzy pisząc do cara lub bojarów, umniejszali carskie tytuły. Nie zawarcie w odpowiednim miejscu choćby „wsiej Rusi samodzierżca” stanowić miało zdaniem cara naruszenie paktów wieczystych. Rozmowom nie pomogło to, na co liczył hetman Koniecpolski, mający nadzieję na zbliżenie obu krajów. W tym samym roku twierdzę Azow zdobyły z tureckich rąk oddziały Kozaków, obejmując panowanie nad Donem. Aby ją utrzymać zwrócili się o pomoc do Rosji, lecz ta mogła jedynie dopomóc pospołu z Rzeczpospolitą, czego jednak nie uczyniła. Posłowie powrócili z innymi niepokojącymi wieściami, mimo zawartego pokoju Moskwa szykowała plany wyprawy na Smoleńsk. Do roku 1639 Jan Oborski upominał się jeszcze przed sejmikiem o wynagrodzenie za poselstwo. W tym samym roku otrzymał starostwo sochaczewskie. Stał się tak, bowiem nie był już starostą grodowym w Liwiu.

W roku 1637 przed swym poselstwem do Moskwy podjął się zabezpieczenia dziedzictwa swego rodu. Czy liczył się z tym, że z wyprawy nie wróci, czy też obawiał się, iż utraci w Moskwie życie nie wiemy. Dość, że zrzekł się starostwa liwskiego na rzecz syna Marcina i zapewnił mu niebagatelną sumę 62 000 złotych polskich. A stało się tak, bowiem sprzedał dwór w Oborach wraz z posiadanymi ziemiami. Tuż przed wyprawą spisał kontrakt z hetmanem Stanisławem na Koniec Polu, który stał się nowym właścicielem dworu w Oborach. W myśl umowy zawartej między „między starostą liwskim a Stanisławem na Koniecpolu Koniecpolskim kasztelanem krakowskim hetmanem wielkim koronnym” Jan Oborski „majętność swoją dziedziczną ze wszystkimi przyległościami i wsiami do niej z dawna należącymi to jest Obory z folwarkiem, Chabdzin, Opacz, Kliczyn, Czyszycza, Koło, Prochna deserta, sortes in Świder Chwalenica in districtu czerniensi wies Skolimów z folwarkiem in districtu warszawiensi za sumę 62 000 złotych polskich dnia dzisiejszego zapisał”. W ten sposób Stanisław Koniecpolski stał się właścicielem powyższych wsi – Obór, Habdzina, Opaczy, Ciszycy, Koła i Kliczyna (te dwie ostatnie nazwy wciąż jeszcze można usłyszeć w okolicach Ciszycy), opuszczonej Próchny (zaginionej gdzieś w wiślanej toni) i działów w Świdrze i Falenicy w ziemi czerskiej oraz Skolimowa w ziemi warszawskiej. Hetman zapłacił 20 000 złotych od ręki, a kolejne 42 000 złotych miały zostać wniesione  „na poniedziałek po świętej trójcy przyszłego święta”. Zgodnie z warunkami kontraktu Jan Oborski pozostawił sobie do czasu wyprowadzki z Obór „tylko mieszkanie w domu albo we dworze mniejszym nad sadzawkami także pod wielkim domem, stajnia na konie i owczarnią na owce i chlewów dwa do tego wieś Opacz z posłuszeństwem poddanych”. Przed poselstwem wyprowadził się do Liwa, wraz ze sobą zabierając „poddanych Stefana i Pawła hajduków, Piotra i Stefana myśliwców, Marcina kucharza, Marcina Niedźwiadka ślusarza, Staska Cochała chłopca”.

Do kontraktu jeszcze kiedyś powrócę i opiszę go szczegółowo, dość że ze sprzedażą Obór mieć związek musiała wyprawa moskiewska i związki Oborskiego z Koniecpolskim. W roku 1642 hetman nabył dwór w Czernidłach wraz z przynależnymi mu wsiami od brata Jana, Jakuba. Tak dobiegło końca wielowiekowe panowanie Oborskich na tych ziemiach, co ciekawe jeszcze w XIX wieku rodzina pisała się jako Oborscy z Obór, mimo iż nie mieszkali tu od roku 1642. Z kolei syn hetmana sprzedał ziemie już w roku 1650 i odtąd, aż po rok 1806, pozostawały one w rękach Wielopolskich.

Podpis hetmana na kontrakcie sprzedaży Obór, ze zbiorów AGAD

Jak widać ówczesna dyplomacja nie odbiega od obecnej, a rozmowy z Moskwą są równie trudne. Sama sprzedaż rodowych dóbr nie była niczym dziwnym mimo, iż w tym wypadku miała związek z wyprawą do Rosji. XVII wiek to czas, gdy dawne posiadłości rozdrobnione wśród licznych członków rodziny, znajdują nowych właścicieli, którzy odkupują je od biedniejącej szlachty. W tym czasie Wilanów przechodzi na własność Jana III Sobieskiego, Bielawscy tracą Bielawę, Bielińscy odkupują Karczew z przyległościami od Karczewskich, a Górscy i Cieciszewscy sprzedają wieś Górę (obecną Górę Kalwarię). Jeszcze do XVIII wieku w Falenicy utrzymają się Falińscy, ale już w połowie stulecia wieś wraz z kępą na Wiśle będzie posiadał Adam Poniński, ten „łajdak jakich mało”, jak śpiewał Jacek Kaczmarski.

A o Ponińskim i jego związkach z tymi okolicami już wkrótce.


Źródła:

  • AGAD, Obory
  • Czart, TN, t. 133, Diariusz poselstwa (…) Jana z Obór Oborskiego

Literatura (jest jej multum i nim ktoś słusznie zauważy, że mój dobór jest subiektywny, przypominam, iż wpis ten traktuje tylko o jednym poselstwie i sprzedaży dóbr, a nie o stosunkach polsko-litewsko-rosyjskich w XVII wieku. Zatem zainteresowani tematem bez problemu dotrą do licznych publikacji):

  • GODZISZEWSKI Władysław, Polska a Moskwa za Władysława IV, Kraków 1930
  • KUBALA Ludwik, Poselstwo Puszkina w Polsce w roku 1650 w:Szkice historyczne. Serya pierwsza, Warszawa 1901
  • NAGIELSKI Mirosław, Rywalizacja Rzeczypospolitej z Państwem Moskiewskim o dominację w Europie Środkowo-Wschodniej w XVI i XVII w. w: Sensus Historiae vol. XI (2013/2) ss. 87 – 115
  • WISNER Henryk, Posłowie i poselstwa litewskie w czasach Zygmunta III i Władysława IV w: Kwartalnik Historyczny R. 88 nr 3 (1981) ss. 629-645

Pogranicze w ogniu (1)

ksunder

Kilkakrotnie pisałem już o rozgraniczaniu dóbr i podziałach granicznych, lecz poza historykami niewiele osób pamięta jak bardzo istotna kwestia ta była w dawnych wiekach. Na terenie obecnej gminy Konstancin-Jeziorna poprzez stulecia graniczyły ze sobą dobra ziemskie mające różnych właścicieli, stąd też istotnym było ustalenie przebiegu granic. Obyczaj ten na Mazowszu przyjął podobną formę jak w pozostałej części kraju.

Tam gdzie nie było granic naturalnych sypano kopce. Wewnątrz zaczęto z czasem zakopywać butelki zawierające karty, na których wypisywano datę i nazwę rozgraniczanych majątków. Po latach ich wydobycie potwierdzało prawa do ziemi, bądź stawało się swego rodzaju wydarzeniem. Gdy w roku 1895 wydobyto taki dokument rozgraniczenia dóbr oborskich od Kawęczyna pochodzący z roku 1836, podpisany przez wszystkich ówczesnych uczestników czynności, Potuliccy uroczyście oprawili akt świadczący o zapomnianym zwyczaju, dzięki czemu świadectwo to zachowało się do dnia dzisiejszego.

Punktami orientacyjnymi często stawały się charakterystyczne drzewa, kurhany czy krzyże. Drzewa znaczono, jak pisał Ignacy Zaborowski autor XVIII wiecznego dzieła znanego pod tytułem Geometria Wiejskaj „jeśli w ciągu ściany granicznej znajdują się znakomitej wielkości drzewa, na tych przez sąd graniczny wycinane bywają znaki, na kształt krzyża które zowią naciosy”. Zwyczaj ten obowiązywał od dawna, gdy w roku 1425 Stanisław Pierzchała i Wigand Pierzchała (protoplaści rodu Oborskich) dzielili swe ziemie, w dokumencie podziału odnotowano, iż nieopodal strumienia przy granicy ziem cieciszewskich uczyniono „czosy” w lesie. Gdy drzew nie było stawiano słupki na których wykuwano znaki w kamieniach, stąd wziął się późniejszy zwyczaj umieszczania słupów granicznych. Jakub Haur w wydanej w roku 1675 Oekonomice zalecał, aby granice oznaczać nie tylko na papierze ale i w naturze, bowiem brak wyraźnie oznaczonych granic prowadzi do zajazdów i spraw o naruszenie kopców.

Kapliczka w pobliskim Moczydłowie, jeden z bardziej znanych łurzyckich znaków granicznych, wmurowano w nią inskrypcję rozgraniczenia ówczesnych wsi Wola Załęska i Moczydłów. Co ciekawe ta pochodząca z połowy XVIII wieku tablica pierwotnie znajdowała się "śród Wisły". Do kapliczki jeszcze powrócę, warto przeczytać artykuł Z. Skroka w "Spotkaniach z Zabytkami" z listopada 2003 m. in. na jej temat (fot. Ł. M. Stanaszek, zdjęcie z albumu na stronie FB Łurzyca)

Sprawy graniczne stały się oddzielną dziedziną prawną zwaną po staropolsku processus granicialis, postępowaniem ustalania granic, gdyż często przesuwano kopce graniczne lub je rozrzucano, naruszając ziemie. Uważna lektura Pana Tadeusza przyniesie nam sedno konfliktu o zamek Horeszków, kilkakrotnie jest tam mowa o przesuwaniu kopców przez Sopliców, co jak wiemy kończy się zajazdem.

Brak informacji, aby w okolicach Konstancina dochodziło często do takiej eskalacji konfliktów, jednakże zachowane akta wskazują, iż także tutaj kwestia rozgraniczenia była jednym z najważniejszych problemów. Choć w sporach wewnętrznych potomkowie Pierzchałów starali się zachować umiar zdarzyło się, iż w roku 1476 bracia Oborscy najechali się wzajemnie usiłując przejąć graniczny młyn na rzece Jeziorce, w następstwie czego Andrzej skarżył się księciu mazowieckiemu Konradowi, iż Mikołaj uczynił go kaleką „po wsze czasy”. Zazwyczaj jednak rozgraniczenia wewnętrzne w obrębie ziem oborskich, chabdzińskich, cieciszewskich i skolimowskich czynione były spokojnie. Palący problem istniał jednakże na granicach zewnętrznych.

Nie tak dawno we wpisie "Historia pewnej Kępy" opisane zostało spotkanie dziedzica Falenicy z chłopami z Obór na niewielkiej wiślanej wyspie, do której części rościły sobie pretensje obie strony, wskutek czego w roku 1712 doszło do rozwiązań siłowych. Ponieważ w XVII wieku do Oborskich należały również „działy” w Świdrze, wielokrotnie sypano kopce w okolicach Wisły, która zmieniając swój bieg dawała podstawę do twierdzeń, iż granica przebiegała inaczej. Konflikty zaczęły się jeszcze za czasów panowania nad Wisłą rodu Ciołków, do których należał Chabdzin (Habdzin) i jego nadwiślańskie okolice. Już w roku 1488 Dersław Chabdziński wnosił skargi na Zygmunta Świderskiego, który przez należącą doń łąkę przekopał kanał, aby zasilić swe jezioro wodą z Wisły, która to rzeka na tym odcinku należała do Chabdzina. Zwyczajowo szlachta zamieszkująca dobra Oborskie każdej wiosny i jesieni dokonywała obchodu dóbr nierzadko ujawniając, iż Falęccy wycięli drzewa należące do Wielopolskich z Obór. Gdy na Kępie Chabdzińskiej osiedlili się Olędrzy, rozpoczynając tym samym drugą falę łurzyckiego osadnictwa, Maskiewicz z Falenicy poprzecinał pręty i ogrodzenia wyznaczające granice wsi uznając, iż naruszono jego teren. Wkrótce wzdłuż granicy lądowej także osadził Olędrów, rozpoczynając w ten sposób historię Kępy Falenickiej, wsi graniczącej z Kępą Oborską.

Kopce dzielące Falenicę od Świdra na mapie 1712 roku , fragment mapy ze zbiorów AGAD, skan na stronie Wirtualnego Muzeum Konstancina

Nie należy się więc dziwić, że każda wyspa czy łacha na Wiśle była opisywana dokładnie. Spokój panował jedynie na odcinku między Gassami, Nabrzeżem a Cieciszewem, prawdopodobnie ponieważ rzeka była w tym rejonie na tyle nieobliczalna, że nikt nie rościł sobie pretensji do wielu pól leżących jak wówczas mawiano „na urzeczu”, gdyż co roku jakaś ich część znajdowała się pod wodą. Jednakże na granicy kawęckiej trwała w najlepsze wojna. Kawęczyn, Brześcce, Łubna i inne wsie należały do Szymanowskich, od dawna skłóconych z Wielopolskimi. Granica ta biegła od Wisły po części lasem, zwanym „kawęcką dębiną”, gdzie w roku 1725 Franciszek Szymanowski zaczął na starość czynić zasadzki na chłopów ze Słomczyna i Cieciszewa. „Czynił wiolencję przeciw prawu i ludzkiej słuszności zabierając ludziom konie, wozy, siekiery”, napotkanych w lesie chłopów bił, a wozy uprowadzał do Brześcc. Szymanowskim zdarzyło się nawet posuwać do wyciągania pali z wybudowanych tam chroniących od zalania brzeg Dębówki i Cieciszewa, gdyż uznali budowę ochrony przed wodą za naruszenie granic. Pół wieku później niewiele się zmieniło, w roku 1795 dziedziczka Szymanowska „przyaresztowała” chłopów z Cieciszewa, którzy uciekli przed zawieruchą wojenną z klucza oborskiego twierdząc, iż poddani ci stanowić będą rekompensatę za kwestię nieuregulowanych granic.

Granica między Cieciszewem, Słomczynem a Kawęczynem z oznaczonymi kopcami na XVII wiecznej mapie ze zbiorów archiwalnych

O ile granica kawęcka biegła lasem, gdzie łatwo było rościć sobie pretensje do poszczególnych drzew, wydawać się mogłoby, że rzeka Jeziorka, nie będąca tak kapryśna jak Wisła, jest granicą w miarę stałą. Tak jednak nie było, o czym przeczytać będzie można za w następnej części niniejszego wpisu.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • Księga Ziemi Czerskiej 1404-1425 poprzedzona wstępem historycznym, Warszawa1879, wyd. A. Pawiński
  • Matricularem Ducatus Masoviae Codices saeculo XV-XVI conscripti, t. I 1417-1429, Warszawa 1918, red. A. Włodarski
  • BYSTROŃ Jan Stanisław, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce. Wiek XVI – XVIII, Warszawa 1960

Historia pewnej kępy

ksunder

Dziś o historii miejsca istotnego dla historii okolic Konstancina. Kępami zwano wyspy lub wzniesienia terenu na rzekach i bagnach, a wiele spośród nich powstawało na Wiśle wskutek częstego zmiany koryta rzeki. Wówczas część lądu odcinana przez wodę znajdowała się pośrodku rzeki, nierzadko przemieszczając na drugi brzeg. Czasem z wody wynurzały się łachy, po latach zmieniając się w porośnięte drzewami wysepki. W okolicach Konstancina procesy takie zachodzą do dzisiejszego dnia często, mimo iż Wisła została ograniczona po obu stronach wałami, co uniemożliwia jej tworzenie nowych meandrów. Zachęcam do odwiedzin leżących na terenie gminy rezerwatów Wysp Zawadowskich i Świderskich, które w różnych porach roku umożliwiają naoczne ujrzenie istniejących kęp.

Kępy takie w przeszłości były miejscem zamieszkania chłopów, bądź rybaków, czy flisaków i oryli oraz Olędrów. Stare mapy Wisły i zachowane dokumenty wspominają często o rozpadających się chałupach na tychże wysepkach, a w księgach metrykalnych czytamy o narodzinach dzieci w nieistniejących już miejscach – jak na Kępie Cieciszewskiej. Po większości wysp, tak jak i domach nie ma już śladów, gdyż pogrążyły się w falach Wisły. Wyspy nie leżały odłogiem jak obecnie, wypasano tam bydło, zbierano chrust. Przybory wody uniemożliwiały stałe uprawianie ról.

Wróćmy jednak do kępy tytułowej. Zmiana koryta rzeki już w czasach średniowiecznych sprawiła, że w XV wieku Oborscy posiadali liczne ziemie w okolicach Świdra, Falenicy i Karczewa, co przez lata powodowało liczne konflikty z dziedzicami tamtejszych ziem. Szczególnie jeden dział ziemi przyczyniał się do konfliktów granicznych, leżący między wsiami Mały Chabdzin, czyli Chabdzinek (obecnie Habdzinek) a Kołem oraz Świdrem fragment ziemi, który co najmniej kilkakrotnie wędrował między jednym brzegiem a drugim, często stając się wyspą. Spowodowało to trwający przez lata spór, gdyż po licznych zmianach terenu nie sposób było określić jego przynależności. Właściciel Chabdzinka, Dersław, skarżył się w roku 1488 na Świderskich, dziedziców Świdra, których ziemie sąsiadowały z jego działami, którzy przekopali się przez jego łąkę do Wisły. Sytuację graniczną wyjaśniły na ponad 200 lat dekrety ostatnich książąt mazowieckich z lat 1512 i 1520, w których wskazano ziemie należące do Świderskich. Usypano kopce graniczne i palami wyznaczono granice, zapewne woda przy kolejne powodzi zmyła te znaki.

Spór o kępę trwał jeszcze w XVII wieku, kiedy to wielki kanclerz koronny Jan Wielopolski spierał się o teren z ówczesnym dziedzicem Świdra, Falińskim. W owym czasie stały tam domy wybudowane przez chłopów z Obór, które z opustoszały pod koniec wieku i pasano tam bydło. Spór przycichł do roku 1712. W tym czasie kępa była wyspą leżącą pośrodku Wisły, która zmieniła niedawno koryto łącząc się z rzeką Jeziorą, rzeką dotąd płynąc nieopodal Chabdzinka, wpadała do Wisły przy Okrzeszynie. Jak co roku przeprawiono się na kępę by skosić trawę, tym razem jednak żydowski arendarz karczmy oborskiej zrąbał jeszcze drzewa i zebrał chrust. Gdy siano ułożono w stogi na kępę przeprawił się Faliński i począł bić laską kosiarzy. Tu potwierdziło się, iż mieszkańcy Łurzyca (Urzecza) znani są z gwałtownego charakteru, bowiem „głup” zasłoniwszy się widłami, następnie uderzył nimi Falińskiego. Ludzie z Obór wycofali się, a Faliński zabrał stogi i drwa pozostawione na gruncie oborskim. Powyższe spowodowało sprawę sądową w „grodzie warszawskim” i choć nie wiemy jaki los spotkał krewkiego chłopa, sporządzono widniejący poniżej szkic kępy, którą początkowo geometra nazwał świderską, zamazując te słowa by w ich miejsce wpisać określenie chabdzińska, od nazwy pobliskiego Chabdzinka.

O ile stały grunt w Świdrze podzielono kopcami, teren kępy zmieniał się na tyle często, iż powodował rokroczne pretensje. Zgodnie z panującym zwyczajem raz w roku dokonywano obchodu dóbr, spisując zaszłe zmiany graniczne, powodowane przez naturę i człowieka. W roku 1718 Ludwik Warda z Łyczyna dokonując obchodu w towarzystwie Stanisława Bielawskiego i Józefa Roszkowskiego doniósł Wielopolskim, iż „z wyżej pomienioną szlachtą na kempe z dawna do Obór należącą w Piątek nazajutrz po Bożym Ciele w roku teraźniejszym blisko przeszłym na której kempie widziałem pniow więcej niż na sto kop olszyny wyciętej i wywiezionej” [przez Wojciecha Falińskiego]. Pretensje takie pojawiały się przez kolejne pół wieku, jednak nie bądźmy tu jednostronni, bowiem zapewne podobne informacje często przekazywali Falińskim i kolejnym posiadaczom praw do Świdra, Maskiewiczom ich totumfaccy.

Pora na odpowiedź z jakiego powodu opisano losy tej akurat kępy. W drugiej połowie XVIII wieku była ona miejscu tym były grunta na których poddani dóbr Urzyccy bydło pasali a w roku 1773 położona wówczas wśród rzeki Wisły, oblana była z jednej strony tąż rzeką, a z drugiej strony oddzieloną od lądu stałego bocznym jej korytem, Wilanówką zwanym, była więc Kępą, czyli wyspą a nie lądem stałym. Sytuacja zmieniła się w roku 1773 gdy Hieronim Wielopolski podpisał kontrakt z Korneliuszem Ringfleiszem, Krystianem Krygerem i Jakobem Muhle, którzy osiedli na wyspie budując na niej wieś. W tym samym roku Krygierowi urodził się na wyspie syn Marcin. Maskiewicz z Falenicy początkowo przecinał pręty graniczne ze swoją częścią wyspy, lecz w ciągu kolejnych dwóch lat sam podpisał kontrakty z nowymi przybyszami do tego regionu i już w roku 1776 w założonej tam wsi urodził się Jan Altmann. Osadnicy mieli pokazać i nauczyć mieszkańców Urzecza, iż możliwe jest uprawianie pól na wyspach i w zalewowych terenach.

Taki był właśnie początek drugiej fali osadnictwa olęderskiego na Łurzycu oraz wsi leżących w gminie Konstancin-Jeziorna – Kępy Oborskiej oraz Kępy Falenickiej.


Źródła:

  • AGAD, Obory
  • Akta metrykalne parafii w Powsinie
  • WOLFF Adam, RZETELSKA-FELESZKO Ewa, Mazowieckie nazwy terenowe do końca XVI wieku, PWN, Warszawa 1982

Poniżej kępa na mapie z roku 1712 (fragment opublikowany na stronie Wirtualnego Muzeum Konstancina, oryginał mapy w zbiorach AGAD, sygn. Obory 830-1) oraz widok na miejsce obecnie. Kępa w XIX wieku połączyła się z inną wyspą - Kępą Okrzewską wskutek przekształceń terenowych, o których w jednym z kolejnych tekstów. Na niebiesko zaznaczyłem widoczne do dzisiejszego dnia dawne koryto Wisły, które pod koniec XVIII wieku zaczęło być nazywane Wilanówką.


[we wpisie w stosunku do oryginalnego dokonano zmian w postaci zastąpienia słowa Łużyce słowem Łurzyce, bowiem jak wynika z najnowszych badań naukowych, formą prawidłową jest ta ostatnia - patrz tutaj]

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci