Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Gora-Kalwaria

Churching na Urzeczu

ksunder

Kilka lat temu dostrzegłem po raz pierwszy zaimplementowane na grunt polski zjawisko churchingu. Za tym terminem przeniesionym z języka angielskiego kryje się swoista turystyka kościelna, polegająca na uczęszczaniu co niedzielę do innej parafii, czasem by wysłuchać kazania księdza, zbliżonego świadopoglądem do wiernego. Niedawna lektura książki Katarzyny Surmiak-Dowmańskiej “Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” przyniosła informację, iż w 25 tysięcznym Edmonton na południu USA świątyń protestanckich jest 70, a jak wyjaśnili dziennikarce miejscowi, liczba w tak niewielkim mieście aż tak znaczna, bo każdy kto nie zgadza się ze słowami któregoś z pastorów, może uczęszczać do innego kościoła. Książka to fascynująca, bez emocji i ocen autorka opisuje tam społeczność tej miejscowości, my jednak przenieśmy się na Urzecze, gdzie pozwolę sobie użyć anachronicznego terminu “churching”, do opisania podobnego zjawiska, w wypadku jednak Urzecza, częściej niż wierni parafie, parafie zmieniały wiernych.

W historii naszego kraju przynależność parafialna związana była z życiem codziennym, wraz z porami roku i zasiewami, obrzędowość wyznaczała jego rytm i nie podlegała ona raczej przemianom, wyjąwszy zmiany kościołów parafialnych wskutek zawarcia związku małżeńskiego, w innej miejscowości, też wbrew pozorom nie tak częste. Rzecz jasna zasadom tym nie podlegali ludzie wędrowni, choćby flisacy, czy olędrzy. Ci raczej jednak z rzadka święcili nawet niedzielę, nurt Wisły nie pozwalał na odpoczynek. Jak zanotowano w wilanowskich księgach pod koniec XVIII wieku jeden z katolickich olędrów na Wiśle przebywał już od roku, nie przyjmując komunii i nie uczestnicząc w mszach. Wisła na Urzeczu jak zawsze zresztą łączyła i dzieliła, odpowiadając za to, że ludzie uczęszczali do parafii innych, niż przynależeli. Decydowała tu wygoda, dla znacznej części mieszkańców nadrzecznych wsi wygodniej było udać się do świątyni położonej nad wodą, użyć pychówki, a zimą przejść po lodzie. Stąd nadwiślańskie miejscowości od Koła i Ciszycy, wraz z Łęgiem aż po Gassy wybierały się najczęściej do Karczewa, gdzie od XVIII wieku istnieje po dziś dzień kościół Świętego Wita. Aż do XX wieku jedynym kościołem parafialnym obejmującym teren na południe od Jeziorki po Kawęczyn był Słomczyn, dopiero wraz z rozwojem Papierni i powstaniem letnisk Konstancin i Skolimów utworzono kościoły filialne. Lecz nim stały się parafiami minąć musiało jeszcze pół wieku. Po deszczach polne drogi stawały się grząskie, koleiny znikały, tonęło się w błocie. Nic więc dziwnego, iż jeśli w grę nie wchodził któryś z sakramentów, łatwiej było udać się przeprawą promową do Karczewa, zwłaszcza iż przybijało się praktycznie w samej miejscowości, we wsi o nazwie Przewóz. Popularność kościoła i jego bliskość była tak duża, że nierzadko zawierano obrządki małżeńskie w tym kościele, jeśli pochodziła z niego panna młoda, nawet jeśli młodzi zamieszkać mieli za Wisłą. Zimą szło się po lodzie wśród tyczek, co było łatwiejsze, niż brnięcie przez śniegi. O ile dzięki przeprawie dostęp na drugi brzeg był ułatwiony, paradoksalnie mieszkańcy Nabrzeża zamieszkiwali przez większość roku na wyspie odciętej przez liczne starorzecza i bagna. Stąd też mimo bliskości Karczewa, łatwiej niż do Otwocka Wielkiego przedostać im się było przez Wisłę w okolice Piasków i Cieciszewa, skąd udawali się do kościoła w Słomczynie przybijając pychówkami przy karczmie w tamtejszym starorzeczu, nim odcięła je budowa wałów. Jeszcze na początku XX wieku wśród mieszkańców Nabrzeża zachowało się przekonanie, iż przynależą oni do parafii w Słomczynie, mimo iż historia tego nie potwierdza. Do ciekawej zagadki związanej z tym faktem powrócę za chwilę, odnotujmy jeszcze, iż istniało także zjawisko odwrotne. Olędrzy z Kępy Falenickiej jako poddani dóbr Falenicy należeli do parafii w Zerzeniu i tam winni sprawować sakramenty. Ponieważ kościół położony był w znacznej odległości od lądu obowiązek ten sobie lekceważyli, wybierając kościół w Powsinie, a tamtejszy proboszcz nie czynił im najmniejszych przeszkód. Podobnie zresztą olędrom z Kępy Oborskiej, których macierzystą świątynią był wspomniany Słomczyn. Już za krótkiego pruskiego panowania urzędnicy napominali, aby olędrzy trzymali się swych świątyń, jednakże często bezskutecznie. Choć w dużej mierze katolikami nie byli, sakramentów udzielali im katoliccy księża, dopełniając dodatkowo cywilnego obowiązku i wpisując je do ksiąg.

Urzecze miało jednak inny problem, wylewy Wisły, zmieniającej koryto i tworzącej liczne Kępy, powodowały trwałe przemiany w jego geografii. Cóż, że wyłączając z olbrzymiej parafii w Milanowie (Wilanowie) na lewym brzegu Powsin, a na prawym Zerzeń na początku XV wieku jasno określono granice. Rzeka zmieniła je już wkrótce, jak wynika z zapisów tyczących się nieistniejących już wsi takich jak Narty i Grabie, zlokalizowanych w rejonie obecnych Kęp Oborskiej i Okrzewskiej, do dziesięciny przyznawały się trzy parafie. Podobnie na południu, w roku 1252 zapisano po raz pierwszy istnienie od dawna parafii w Górze Kalwarii, która zapewne podobnie jak milanowska sięgała daleko po obu stronach rzeki, bowiem notowano w niej obecność Mniszewa i Niecieczy. Być może to z niej wyłączono w roku 1236 Cieciszew. Kapryśna Wisła sprawiła, że kolejne kępy zmieniały przynależność terytorialną. W roku 1598 zanotowano, iż płacenia proboszczowi dziesięcin odmawia pan Jakub Pilichowski ze wsi Ostrowo i Jelity. Pozwano go przed Sąd Królewski, nakazując w 1604 roku płacić dziesięcinę snopową. Pilichowski odwołał się do najbliższej sesji królewskiej trybunału piotrkowskiego. Nie wiemy jak skończyła się ta sprawa, ale w roku 1678 biskup Wierzbowski fundował w Ostrówku kościół filialny, uznając iż Ostrówek podlega Górze Kalwarii. Już w roku 1576 wskazano, iż Ostrówek i nieistniejące Jelita i Żelawin należą do Góry, lecz zapewne Pilichowski, iż jego właściwą parafią jest Radwanków, któremu podlegały sąsiednie Glinki, zaś poprzez starorzecza nie sposób było przedostać się do Góry. Rzut oka na mapę podpowie nam, że zapewne kępa na której były wspomniane wsie stała się wyspą, po czym przewędrowała na prawy brzeg. Nie lepiej było w okolicach wspomnianego Nabrzeża. Po dziś dzień nie wiadomo, do jakiej parafii wieś ta należała, nie jest odnotowana ani w Karczewie, ani w Słomczynie. Niejasny zapisek z roku 1661 wskazuje, iż wraz ze zlokalizowanym na terenie części obecnego Cieciszewa fragmentem wsi Kozłów, dziesięcinę pobierał odległy Osieck. Co jest możliwe, bowiem do Wisły sięgała i ta parafia, lecz ludzie wybierali bliższe kościoły. Co ciekawe w Karczewie i Cieciszewie aż do XVIII wieku sakramenty dla Nabrzeża są niezwykle rzadkie, zupełnie jakby były sprawowane gdzie indziej, co potwierdzałoby iż spod Cieciszewa należało udać się do Osiecka, z trudem przebywając tutejsze starorzecza.

Choć trudno sobie to wyobrazić, niektóre Kępy były praktycznie odcięte od świata. Działalność Wisły wycinającej nowe koryta, tworzącej kolejne kępy i przenoszącej nieustannie spore areały z lewego brzegu na prawy i na odwrót prowadziła do sytuacji, gdy nikt już nie wiedział, jaka jest przynależność parafialna czy administracyjna poszczególnych wsi. Nie tylko wierni, lecz również proboszczowie i właściciele dóbr, na co wskazuje piękny zapis z XVIII wieku sporządzony przez ekonomów marszałka Bieliińskiego: Glinki, Żelawin, Jelita, Kempa, Kozłów czy Powiatu Garwolińskiego czy do Czerskiego należy nie można wiedzieć, parafia do Kalwaryi to bardziej do Powiatu Czerskiego należeć będą.

I taki to oto wiślany churching na Urzeczu, który dobiegł końca w połowie XIX wieku, wraz z budową wałów. Rzeka ustaliła swój bieg, którym płynie do tej pory. Wisła wszak doprowadziła do jeszcze innej sytuacji, w rejonie Urzecza zniszczyła trzy parafie. Ale o tym kiedy indziej.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, Archiwum Komierowskich
  • ASC Wilanów
  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa

Niemcy we wsi (1)

ksunder

W kontekście listu dotyczącego olędrów na Urzeczu, w którym autor utożsamił ich z niemieckimi kolonistami wrogimi w Polsce, zacząłem zastanawiać się nad pomieszaniem rozmaitych pojęć. Powiedzmy raz jeszcze wyraźnie, że mieszkańcy tych stron, mający niemiecko brzmiących nazwiska, przed 1939 rokiem byli polskimi obywatelami, ze wszystkimi konsekwencjami płynącymi  z tego faktu. Mówili po polsku, uczyli się polskiego, służyli w polskim wojsku, a wielu z nich czuło się Polakami. Zaś jako takiej kolonizacji niemieckiej, podobnej do Zamojszczyzny, w tych stronach nie prowadzono. Tymczasem czy tego chcemy czy nie, nasza historia pisana jest przybyszami z terenów obecnych Niemiec. Niektórzy z nich byli olędrami, o czym pisałem nie raz, lecz większość z nich osiedliła się tutaj nie wskutek podpisywania kontraktów i wiślanej wędrówki, a z powodu zorganizowanej akcji osadniczej.

Oddzielmy od tej fali przybyszy, którzy pojawiali się tu przez lata w innych celach, po czym wżeniali się w miejscowe społeczeństw czy brali w dzierżawę majątki. Kroniki dawnej Rzeczpospolitej pełne są żołnierzy cudzoziemskiego autoramentu, czy też kupców wywodzących się z Rzeszy Niemieckiej. Wspomnieć można Melchiora Walbacha, w XVI wieku związanego z Karczewem, gdzie w ścianie kościoła Św. Wita wciąż można podziwiać płaskorzeźbę przedstawiającą jego osobę, powstałą w roku 1595 (a właściwie jej kopię) czy też Eliasa Hoffmana, dzierżawcę młyna w Jeziornie Królewskiej. Choć ten ostatni de facto salwował się ucieczką wraz ze Szwedami podczas „Potopu”, nie popełniajmy częstego błędu jaki czyni większość ludzi stwierdzając, iż w owych czasach nie wszyscy okazali się patriotami. Pojęcie to wówczas nie istniało i  nie tylko zaciężny żołnierz zdziwiłby się gdyby spytać go, czy jest wierny Polsce, lecz również byle szlachcic. Pojęcia kraju narodowego oraz narodu pojawiły się dużo później.

Zorganizowana akcja kolonizacyjna w tych stronach wiąże się z początkami rozbiorów. I nie należy z nią utożsamiać olędrów. Raz, że wywodzili się z zupełnie innych stron, dwa, iż do Rzeczpospolitej uciekali oni właśnie z terenów Królestwa Prus. Napływ olędrów zwiększył się po pierwszym rozbiorze i trwał aż do roku 1795. Pod panowaniem pruskim znalazły się rodziny osiadłe tu od wieków i zostały zagrożone powołaniem do wojska. Wiele z nich zdecydowało się na ucieczkę do kraju, w którym żyli dotychczas, czyli Polski. Inni potraktowali z kolei Rzeczpospolitą jako kraj tranzytowy, gdy Katarzyna II swym dekretem zagwarantowała osiedlającym się swobody religijne i zwolnieniem ze służby wojskowej. Stąd, jak napisałem już niegdyś, pod koniec istnienia Rzeczpospolitej Wisła zmieniła się swego rodzaju autostradę. Olędrzy założyli wsie takie jak Kępa Wołowa czy Okrzewska, po czym ruszali dalej, a ich miejsce zajmowali kolejni. Nazwiska w metrykach powtarzają się w tym okresie rzadko, co świadczy o znacznej mobilności.

Rok 1795 przyniósł narodziny prowincji Prus Południowych. Częściowo utrzymano w niej podział administracyjny, interesujące nas tereny znalazły się w departamencie warszawskim i czerskim, które rozgraniczała rzeka Jeziorka. Choć już 5 grudnia podano do wiadomości postanowienie rozbiorowe, władzę ustanowiono dopiero w ciągu kolejnego roku. 28 lipca 1796 ogłoszono deklaracje przejęcia dóbr duchownych, starostw i królewszczyzn.  Duchowieństwo miało otrzymać 50% dochodu po zakończeniu szacunku o potrąceniu części na pokrycie kosztów administracyjnych. Sporą część dóbr darowano za zasługi, zakazano sprzedawania tych dóbr na rzecz Polaków. Jak pisał w liście do nadprezydenta kamery poznańskiej Fryderyk Wilhelm II, zależało mu na powiększeniu ludności w świeżo zajętej prowincji oraz podniesieniu kultury rolnej w Prusach Południowych. Tu trzeba niestety stwierdzić, iż tereny Rzeczpospolitej w dużej mierze zajmowały nieużytki i bagna, które w Prusach dawno już osuszono. W ten sposób poleceniem królewskim rozpoczęto kolonizację nowej prowincji.

Clipboard044
Prowincja Prus Południowych, departamenty warszawski i czerski. Lasy i bagna na urzeczu, na Wiśle granica z Austrią

Kolonie zakładano głównie na terenach nieuprawnych, wymagających karczunku lub osuszenia, w domenach królewskich. Zdarzało się, że osiedlano dwie lub trzy rodziny pośród ludności polskiej, motywem była więc dążność do zagospodarowania terenów dotąd nieuprawianych. Nie można więc utożsamiać kolonizacji z akcją germanizacyjną, podobny proces stosowali niegdyś w swych dobrach magnaci, ściągając osadników z zagranicy, celem założenia wsi.

Fryderyk nie chciał uszczuplać swego państwa, więc kolonistów werbowano w rzeszy niemieckiej, wprowadzano ulgi i zwalniano od służby wojskowej. Rozpoczęto akcję ściągania i osiedlania w zabranych królewszczyznach i dobrach duchownych kolonistów z Rzeszy. Wydano wreszcie nakaz, niezbyt zresztą przestrzegany, aby posiadacze dawnych dóbr królewskich i duchownych osiedlali kolonistów. Wreszcie latem 1798 roku wpłynęły do Berlina pierwsze meldunki o większej ilości zgłoszeń chętnych, głównie z Wirtenbergii i Nadrenii. Zarządzeniem z dnia 15 maja 1799 król polecił przygotować nowe tereny dla kolonistów. Jako jedne z pierwszych zaczęto wyznaczać ziemie podlegające zarządom majątków państwowych, zwanych Ekonomiami. Dla departamentu czerskiego Ekonomia w Potyczy zarządzała dawnymi terenami należącymi do duchowieństwa z Góry Kalwarii, w przypadku departamentu czerskiego była to ekonomia w Lesznowoli, mająca w swej pieczy między innymi Jeziornę Królewską oraz Piaseczno. Na granicy dawnego starostwa i królewszczyzny leżały ziemie, które wskazano jako miejsce osadnictwa, podobnie jak okolice Góry Kalwarii.

Ale o tym już w następnym wpisie.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Zbiór Kartograficzny
  • GROSSMAN Henryk, Struktura społeczna i gospodarcza Księstwa Warszawskiego, Warszawa 1925
  • RZEPNIEWSKA Danuta, Gospodarstwo folwarczne na Mazowszu 1795-1806, Warszawa 1968
  • ŚLADKOWSKI Wiesław, Kolonizacja niemiecka w południowo-wschodniej części Królestwa Polskiego w latach 1815-1915, Lublin 1969
  • WĄSICKI Jan, Kolonizacja niemiecka w okresie Prus Południowych 1793-1806, Poznań 1953
  • WĄSICKI JAN, Ziemie polskie pod zaborem pruskim. Prusy południowe 1793-1806. Studium historycznoprawne, Wrocław 1957

Na półce z książkami

ksunder

wpis o książkach traktujących o historii tych stron

Dzisiaj na blogu początek wpisów na temat rozmaitych tytułów traktujących o historii tych okolic. To odpowiedź na tak zwane zapotrzebowanie społeczne, bowiem jednym z najczęściej zadawanych pytań podczas odwiedzin w naszym namiocie na Otwartych Ogrodach, było to o lektury związane z tymi stronami, chętnie przeglądano wyłożone książki zapisując ich tytuły. Pytania na temat książek często padają na facebooku, skąd posty znikają bezpowrotnie równie szybko jak się pojawiają, myślę więc że dobrze będzie raz na jakiś czas popełnić kilka słów na ten temat. Wpisy te znajdziecie w dziale „W książkach lub czasopismach”, będzie to opis kilku pozycji, a także informacje gdzie można je zakupić. Nie będą to recenzje, bo tych pisać nienawidzę a raz na jakiś czas muszę to robić, zresztą w dzisiejszych czasach recenzowanie książek historycznych polega na wysyłaniu gratisów do swoich kolegów, zebraniu pozytywnej opinii i upychaniu ich potem w stu zaprzyjaźnionych czytelniach, gdzie są trudno dostępne, lecz w ten sposób ma się za sobą publikację naukową (nieco złośliwie powtarzam tu opinię innego mojego kolegi). Więc skoro wstęp już za nami przystąpmy do opisu pierwszych książek, na dobry początek wybrałem dwa tytuły napisane – jakżeby inaczej – przez dwóch moich kolegów:-)

 

Dawid Miszkiewicz, Ślady działań wojennych z września 1939 roku w Piasecznie, Konstancinie i okolicy, Konstancin 2014

 lotnisko w oborach

Chyba jedna z najważniejszych książek jakie się ostatnio ukazały, jest to w zasadzie pierwsza naukowa pozycja na temat powiatu piaseczyńskiego jaka ukazuje się od roku 1973. Co jest jej zaletą i niech nikogo nie odstrasza, bowiem mimo bogatego aparatu naukowego w postaci przypisów, książkę czyta się świetnie. Za nieco barokowym tytułem skrywa się opis działań wojennych września 1939 roku prowadzonych w Piasecznie i wschodniej części powiatu piaseczyńskiego. Autor opisał w dużej mierze nieznane dotąd fascynujące sploty wydarzeń dziejowych, które doprowadziły do tego, że po zajęciu przez Niemców Piaseczna, niespodziewanie musieli się tu bronić, podczas gdy trzon ich armii nacierał na Warszawę. Co najistotniejsze autor zadał sobie trud by podążyć za każdym pomnikiem i grobem upamiętniającym wrześniowe walki, stąd opisał rozbicie się samolotu w Czarnowie, dzieje pochowanych na cmentarzach w Skolimowie i Słomczynie, tak naprawdę odkrywając ich historię na nowo, prócz walk w tych okolicach opisując także losy osób widniejących na pomniku, które poległy choćby pod Westerplatte. Nie pominął także informacji o Niemcach w Klarysewie czy Jeziornie. Znaczna część książki poświęcona jest walkom w rejonie nadwiślańskim, znanym dotąd wyłącznie z artykułu Pawła Sulicha (do poczytania w tym miejscu), bowiem wiązały się one przede wszystkim z walkami o most Ciszyca-Świdry Małe oraz walce o przeprawę promową w Gassach. Książka poszerza te informacje i dodaje wiele nowych na temat wrześniowej kampanii, a także historii samego mostu (nota bene dodam, iż wciąż w Obórkach mieszka pewna stara łurzycanka, która dobrze pamięta poświęcenie mostu wiosną 1939 roku). Jednym słowem w książkę warto się zaopatrzyć, a ja mam nadzieję, że autor nie spocznie na laurach, bowiem na swe opracowanie wciąż czeka Batalion „Krawiec”, pozostający w cieniu działającego w Papierni oddziału NSZ.

Część książki (w nieco poszerzonej wersji) dostępna jest w formie artykułu - Lotnisko w Oborach. Fragment to skromny, bowiem zaledwie kilka stron ze 100-stronicowej publikacji.

gdzie kupić – Ksiązka dostępna jest w księgarni Bzyk w Piasecznie przy ul. Warszawskiej 5 (informacja na dzień 8 X dzięki p. Marii Łukasik), a także w pewnym sklepie na granicy Chylic i Piaseczna, aktualne informacje odnośnie miejsca zakupu podaje także autor - ddmiszkiewicz@gmail.com

 
Łukasz Maurycy Stanaszek, Nadwiślańskie Urzecze, Warszawa-Czersk 2014

nu

Teoretycznie tej książki nie trzeba nikomu polecać, ja jednak napiszę kilka słów na jej temat kierując je do tych, którzy nie czują się z Urzeczem związani, jak mieszkańcy letniskowych miejscowości takich jak Otwock, Konstancin, Józefów czy choćby Miasteczko Wilanów. Choć miejsca ta obecnie zajmuje przestrzeń miejska, przez wieki znajdowały się one w mikroregionie etnograficznym zwanym właśnie Urzeczem (gwarowo Łurzycem), obejmującym nadwiślański pas po obu stronach rzeki między Czerniakowem a Pilicą. Stąd na Urzeczu leżą również zabudowane blokami okolice Gocławia, czy Miedzeszyn. Ten unikalny region stał się domem dla osadników olęderskich, flisaków i tutejszych włościan, których wielu potomków mieszka tu po dziś dzień. Odkryty został przez autora tej książki, który odnalazł wiele zapomnianych śladów przeszłości okolic nadwiślańskich. Jej istnienia mało kto zdawał sobie wcześniej sobie sprawę, nie wiedząc, iż wiele tutejszych zwyczajów stanowi spadek po dziedzictwie mikroregionu.  Książka w niesamowity sposób łączy pracę naukową z wydawnictwem popularnym, w wydaniu albumowym prezentując na każdej stronie zdjęcie życia codziennego na dawnym Urzeczu i panujące tu zwyczaje. Warto zaopatrzyć się w nią jeśli kogoś interesuje życie codzienne i zapoznać się z kulturą zapomnianego regionu, sądzę zresztą, że taki sposób wydania stanowi przyszłość tej dziedziny publikacji naukowych.

Czy warto kupić książkę, jeśli ktoś posiada pierwsze wydanie? Jak widać tym razem obchodzimy się bez podtytułu wyjaśniającego czym jest region, bowiem przez 2 lata, które minęły od poprzedniego wydania mocno okrzepł już w świadomości ludzkiej. Prócz wielu nowych zdjęć, wydanie drugie dostarcza wiele nowego materiału. Muszę przyznać, iż o ile po lekturze „Na Łużycu” region jawił mi się jako nie do końca określony, funkcjonujący wyłącznie w opisie etnograficznym, do drugiego wydania dołączono solidny materiał dający mu podstawy historyczne i językowe, po których nikt już nie może mieć wątpliwości na temat jego istnienia. Rzecz jasna autor rozbudował też dyskurs etnograficzny i udowodnił ostatecznie, że strój znany jako wilanowski, winien tak naprawdę być zwany strojem urzeckim, bowiem właśnie tak się tutaj odświętnie noszono. Po lekturze czuję jedynie niedosyt, iż została ona okrojona z wielu ciekawych informacji na temat życia codziennego, lecz wynika to z konstrukcji pracy, co zresztą podnosi sam autor. Wiele jeszcze na temat Urzecza do odkrycia, acz jak deklaruje autor nastąpi to w formie innych publikacji, warto więc zaopatrzyć się w tę pozycję.

gdzie kupić -  na spotkaniach z autorem, o których informuje na bieżąco na stronie www.facebook.com/urzecze. Do niedawna dostępna była także w Czersku w kasie zamkowej, także w księgarni w Górze Kalwarii przy Pijarskiej 38 oraz w PMA w Warszawie przy ul. Długiej 52 i Księgarni Historycznej przy al. Solidarności 105.

 

 

Vinea Christi (Winnica Chrystusowa). Dokumenty dotyczące założenia miasteczka Góra Kalwaria, red. s. Małgorzata Borkowska OSB, Kraków-Góra Kalwaria 2014

Nieco specyficzna księga, skierowana raczej do specjalistów, lecz z drugiej strony jest to rzecz, którą winien posiadać każdy interesujący się historią mieszkaniec Góry Kalwarii. Książka zawiera reprint zbioru dokumentów jaki ukazał się w roku 1680, który zawierał informacje na temat niespotykanego w historii europejskiej urbanistyki precedensu, jakim było przekształcenie niewielkiej nadwiślańskiej wioski o nazwie Góra w miasto noszące wówczas nazwę Nowej Jerozolimy i jej założeń kalwaryjskich, czego dokonał bp. Stefan Wierzbowski. I dzięki temu dokumenty te zachowały się w dużej mierze do dzisiejszych czasów, a wydanie zawiera tłumaczenie na język polski każdego z aktów tu zawartych, wykonane przez s. Małgorzatę Borkowską, autorkę wspaniałej historii Góry Kalwarii.

Jednakże uważna lektura księgi przyniesie informacje nie tylko na temat fundacji Nowej Jerozolimy, lecz również okolicznych ziem i wsi położonych po obu stronach Wisły z Ostrówkiem i Kossumcami włącznie, a także okolic Moczydłowa. I historię rodu Cieciszewskich, wywodzącego się z Cieciszewa na terenie obecnej gminy Konstancin-Jeziorna, dotąd nieopracowaną. Tracimy ich z oczu na przełomie wieków XVI i XVII i w zasadzie do niedawna wiadomo było jedynie, że od ich potomkini Anny Niemirzyny kupiono część ziem, na których utworzono miasto. Warto przejrzeć tę piękną publikację. Pisałem już na jej temat zresztą, przy okazji wpisu na temat Parafii Cieciszewskiej.

Gdzie kupić – niedawno ukazał się reprint. Warto odwiedzić Muzeum Regionalne w Górze Kalwarii ul. Marianki 41a, gdzie pozycję tę można jeszcze zapewne zakupić od p. Wojciecha Prus-Wiśniowskiego, któremu zawdzięczamy w dużej mierze wydanie tej opasłej księgi. Czasem także pojawia się na allegro.

W kolejnym wpisie o książkach, który pojawi się na blogu pewnie za kilka tygodni, lista pozycji traktujących o Konstancinie. A jeszcze w tym tygodniu kolejny wpis, bo w piątek pewna ważna rocznica.

Parafia Cieciszewska

ksunder

Dzięki Maurycemu udało mi się ostatnio nabyć wreszcie książkę „Vinea Christi”, będącą reprintem księgi wydanej  po raz pierwszy w roku 1680, zawierającej dokumenty związane z założeniem miasta Nowa Jerozolima, wcześniej znanej jako wieś Góra, obecnej zwanego Górą Kalwarią. Prócz reprintu księga zawiera doskonałe tłumaczenia łacińskich dokumentów dokonane przez s. Małgorzatę Borkowką, autorkę świetnej monografii tego miasta. Na szczęście wyszło wznowienie tej księgi, bo dotąd się z nią rozmijałem, nawet na ostatnim powiatowym święcie książki w Hugonówce, gdzie zdaje się pojawił się wraz z książką p. Prus-Wiśniewski nie udało mi się być obecnym.

A czemu piszę o tej książce? Jak wiadomo wszystkie okoliczne miejscowości stanowią swego rodzaju ciąg naczyń połączonych, przez długie lata swej wzajemnej historii były ze sobą nierozerwalnie powiązane. Stąd i w księdze tej znaleźć możemy wiele nieznanych i nieuwzględnionych wcześniej informacji na temat Cieciszewskich, czyli potomków Pierzchałów, zamieszkujących ziemie położone na południe od Jeziorki. Do członków tego rodu należały Obory i Cieciszew, stanowiące kolebkę gminy Konstancin-Jeziorna. W książce znajdziemy także sporo informacji na temat zaginionej parafii cieciszewskiej, obecnie w okrojonym zakresie funkcjonującej w Słomczynie.

Jakakolwiek próba dokładnego odtworzenia granic wcześredniowiecznej organizacji kościelnej w Polsce jest z góry skazana na niepowodzenie, nie tylko z uwagi na brak źródeł, lecz również z racji ich niedookreślenia w przypadku zachowanych dokumentów. Stąd docenić należy wagę dzieła ks. Nowackiego, który ponad pół wieku temu w monumentalnej historii diecezji poznańskiej przedstawił prócz naukowego wywodu wiele hipotez, broniących się po dziś dzień. Mimo, iż pierwsza znana wzmianka o parafii w Cieciszewie pochodziła z roku 1398, domniemywał na podstawie wezwania parafii, iż powstała ona co najmniej w XIII wieku. Pierwotnie poświęcono ją św. Prokopowi, którego kult szerzył się w tym okresie. Wskazywał także, iż istotnym jest jest, że parafia była tak rozległa, domniemując, że musiała obejmować dawne ziemie należące do jednego rodu.

Kościół w Cieciszewie w ostatniej ćwierci XVII wieku. Szkic autorstwa Jana z Jawora. Obok kościoła szkoła parafialna (oryg. w zbiorach AGAD, za P. Komosa, Osiem wieków Cieciszewa)

Studiując rozmaite źródła nieznane księdzu Nowackiemu dotarłem swego czasu do ciekawych zapisów pochodzących z roku 1737, gdzie odnotowano, iż pierwotny kościół wzniesiono w roku 1236, ustanawiając w Cieciszewie parafię. Zapis to niezmiernie ciekawy, bowiem sprawia, iż data ta staje się najstarszą w tej części Mazowsza, gdyż pierwsza wzmianka o kościele w Służewiu pochodzi z roku 1238, zaś w Górze z roku 1252. Jednakże wiadomo skądinąd, że już wcześniej istniały tam ośrodki kultu, zaś w akcie erekcji kościoła w Górze we wspomnianym roku 1252 zapisano, iż istniał wcześniej, od dawna otrzymując należne mu dziesięciny snopowe. Właśnie ten akt zamieszczony we wspomnianej na początku księdze, niejako pośrednio potwierdza istnienie w tym czasie parafii cieciszewskiej.

Na podstawie późniejszych dokumentów jesteśmy w stanie wskazać, iż już w połowie XIII wieku rzeka Jeziorka była granicą między parafiami a zapewne także między ziemiami, które już wkrótce przyjąć miały nazwy warszawskiej i czerskiej. Na Jeziorce kończyła się parafia w Milanowie, czyli późniejszym Wilanowie. Dopiero w roku 1410 wyłączono z niej parafię w Powsinie, gdzie wzniesiono w roku 1398 kościół. Początkowo zresztą Milanowo obejmowało swym zasięgiem oba brzegi rzeki, dopiero w roku 1406 wyłączono z niego leżącą na prawym brzegu Wisły parafię w Zerzeniu, lecz jeszcze w XVI wieku pojawiały się spory o dziesięciny w stosunku do wsi i kęp położonych na obu brzegach rzeki. Co jednak znajdowało się na południe od Jeziorki w połowie XIII wieku? Jak wskazuje nam akt erekcji Góry była to inna parafia. Wśród dziesięcin wymienionych jako przynależne górskiej parafii wymienia się miejscowości takie jak Mniszew, czy Warszewice. Brak jednak leżącego na południe Cieciszewa, który wówczas już istniał, co wskazuje, iż między Milanowem a Górą istniała już wówczas inna parafia. To kolejna cegiełka potwierdzająca nam datę 1236, a z pewnością domysły ks. Nowackiego, choć wnioskowanie to nieco z milczenia źródła, w tym wypadku wydaje się uprawnione.

Szkic, który planowałem zamieścić w książce o Cieciszewie, lecz ostatecznie z niego zrezygnowałem, stąd nieco robocza jakość. Parafia Cieciszewska w XVII wieku. Widoczny obszar, który zajmowała, w XIX wieku dojdą jeszcze kolejne zakładane wsie w wyrąbanym lesie należącym do Szymanowskich m. in. Podłęcze, Kawęczynek, Borowina i inne miejscowości.

Inne ciekawe informacje w „Vinea Christi” znaleźć można o Łubnej, która z rąk Raczków przejdzie w XVII wieku na rzecz bp. Wierzbowskiego i Nowej Jerozolimy. Otóż Raczkowie to potomkowie Cieciszewskich, którzy jeszcze na początku XVII wieku wieś tę posiadali. Co prowadzi nas znowu do domysłów ks. Nowackiego odnośnie rodowego charakteru ziem cieciszewskich.

Trudno wskazać dokładny zasięg terytorialny parafii w kierunku zachodnim. Wschodni zapewne od początku wyznaczała Wisła, nie znalazłem jak dotąd ani jednego odniesienia pobierania dziesięcin z miejscowości prawobrzeżnych, takich jak choćby Duda czy Borowie, mimo iż Otwock jak wynika z wizytacji dokonanej w roku 1649 wraz z Żelawinem i Glinkami odprowadzał snopowe do kościoła w Górze (znowu kłania się ciekawy dokument zawarty we wspomnianej książce). Południowa granica przebiegła między Brześccami a Moczydłowem, w okolicy Wólki Załęskiej, północną wyznaczała Jeziorka. Droga z Piaseczna do Góry nie istniała w obecnym kształcie, wytyczono ją w XIX wieku, granica biec musiała gdzieś w lasach. Ciekawe jest natomiast, że jeszcze w XVIII wieku uposażeniem plebana w Słomczynie były ziemie pod Jazgarzewem, mimo iż leżał on poza terenem parafii.

 

Jeszcze fragment "Vinea Christi". Jak widać jest sporo o Cieciszewie i Cieciszewskich, od których spadkobierców nota bene bp. Wierzbowski zakupił sporo terenów w okolicach Góry.

Nawet jeśli potraktujemy datę 1236 nieco apokryficznie, choć ponoć notujący ją w roku 1737 zapisał ją z dokumentów ocalonych ze zniszczonego kościoła w Cieciszewie, które już w pół wieku później nie istniały, skłaniam się ku twierdzeniu, iż parafia powstała właśnie w tym czasie. W tym kształcie przetrwała do początków XX wieku, kiedy to zaczęto tworzyć kościoły filialne w Konstancinie i Mirkowie, z czasem wyłączone jako oddzielne parafie. Chyba za 2 lata trzeba będzie szykować się na 800-lecie, ja oczywiście będę temat drążyć dalej… Podobnie jak prędzej czy później wrócę do nieznanych dziejów terenów na południe od Góry Kalwarii i ich związków z Cieciszewskimi, bo to jeszcze niezbadana sprawa. Nie dziwmy się natomiast problemom z określaniem granic, wiele spośród nadwiślańskich miejscowości z przynależnością kościelną miało problem przez wieki i po dziś dzień nie wiadomo którym kościołom podlegały, ale o tym kiedy indziej.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • >Vinea Christi. Dokumenty dotyczące założenia miasteczka Góra Kalwaria, Kraków-Góra Kalwaria 2011
  • Nowacki J., Dzieje archidiecezji poznańskiej t. I i II, Warszawa 1959 i 1964

Wojna na Urzeczu

ksunder

W tym roku obchodzić będziemy stulecie wybuchu I Wojny Światowej, a co za tym idzie opisywanej na tym blogu bitwy toczonej jesienią na linii rzeki Jeziorki. Lecz mijają także inne okrągłe rocznice rozmaitych zapomnianych bitew, które wywarły duży wpływ na losy tych okolic, a nie trafiły na karty podręczników historycznych. Tym razem cofnijmy się o 205 lat, bowiem za nami okrągła rocznica bitwy pod Raszynem. W zasadzie większość kojarzy mgliście jedynie nazwę miejscowości, pod którą w dniu 19 kwietnia 1809 roku doszło to bitwy, niektórzy pamiętają, iż stoczyły ją wojska Austrii i Księstwa Warszawskiego. Lecz prócz pasjonatów historii wojskowości i epoki napoleońskiej, mało kto zdaje sobie sprawę, że bitwa nie zakończyła się rozstrzygnięciem. Jej bezpośrednim skutkiem była wojna na obu brzegach Wisły, zakończona kolejną bitwą, której skutki miały o wiele większe znaczenie.

 

Bitwa pod Ostrówkiem, rekonstrukcja w roku 2009. Zdjęcie Krzysztofa Radzikowskiego za stroną dobroni.pl.

W roku 1809 granica między Księstwem a Austrią biegła wzdłuż Wisły aż do ujścia rzeki Świder, skąd kierowała się ku północy. W Gassach od czasów zaboru pruskiego znajdowała się komora celna, gdzie sprawowano kontrolę graniczną, utrzymaną po utworzeniu Księstwa Warszawskiego. Leżące na prawym brzegu Wisły Karczew czy Otwock Wielki znajdowały się w Cesarstwie Austriackim, czyli tym samym państwie, w którym leżała ówczesna Wenecja. Wszystkie wsie i miejscowości położone nad Wisłą w dawnym powiecie czerskim stanowiły więc osady nadgraniczne, z tego tytułu na ich wójtów i burmistrzów nałożono specjalne obowiązki. Lecz już 20 kwietnia granica przestała istnieć. Podczas gdy książę Józef Poniatowski negocjował po Raszynie oddanie Warszawy, oddziały generała Mohra szerokimi podjazdami zajmowały kolejne miejscowości; z Wilanowa wojska skierowały się na południe opanowując teren obecnej gminy Konstancin-Jeziorna. Austriacy nie osiągnęli zakładanego celu, bowiem nie udało im się zniszczyć przeciwnika, który wycofał się na Pragę. Dążyli do bitwy, w której zniszczą armię Księstwa; w tym celu musieli jednak przekroczyć Wisłę, co stanowiło problem, bowiem most w Warszawie pozostawał pod kontrolą Polaków, najbliższe zaś leżały w Toruniu i Sandomierzu. Chcąc wykorzystać pośpiech i zaskoczenie, by nie dopuścić do przegrupowania armii Księstwa, zdać się należało na przewozy.

Pruska mapa znana jako Gilly-Von Cron z przełomu XVIII - XIX wieku. Po ustanowieniu Księstwa Warszawskiego z ziem zaboru pruskiego granica z Austrią pozostała bez zmian (na pomarańczowo), podobnie granica powiatu warszawskiego i czerskiego (na zielono)

Podczas gdy oddziały Poniatowskiego wycofywały się z Warszawy, wyzywane od zdrajców, bowiem tak ludność odebrała poddanie miasta, Mohr z wydzielonym oddziałem skierował się przez Piaseczno na południe. W dniu 23 kwietnia rozpoczął przeprawę w Gassach do miejscowości Przewóz i w Górze Kalwarii do Ostrówka. Nie było to łatwe, bowiem galary nie były przystosowane do przewozu wojsk; jak zanotowano „Rzeka była wezbrana i wzburzona po wiosennych roztopach, wiał silny wiatr, padał deszcz, brakowało promów, a przewoźnicy uciekli”. Stąd też ponowne zgromadzenie oddziałów w punkcie zbornym w austriackim Karczewie zajęło ponad dobę. Dopiero po południu 24 kwietnia Mohr był w stanie wyruszyć w kierunku Pragi, lecz było już za późno na zaskoczenie Polaków. Gdy usiłował oblegać tę miejscowość został odrzucony pod Grochowem przez odsiecz nadeszłą spod Modlina. Oddziały austriackie poszły w rozsypkę i wycofały się w rejon Karczewa, gdzie Mohr umocnił się za rzeką Świder, między Świdrami a Mlądzem. Dla księcia Ferdynanda dowodzącego wojskami austriackimi jasnym stało się, iż aby pokonać armię Księstwa, niezbędne będzie przerzucenie na drugi brzeg większości wojsk, co nie było możliwe przy użyciu funkcjonujących w tych stronach przewozów. Zwłaszcza, iż gdy Mohr otrzymał polecenie powrotu na lewy brzeg, podczas przeprawy pod Gassami rozbiła się jedna z tratew i utonęło wielu wołoskich żołnierzy.

Fragment pomnika w Ostrówku wystawionego w 200 rocznicę bitwy dzięki staraniom tamtejszego proboszcza i 3 Pułku Piechoty X-twa Warszawskiego (zdjęcie ze strony 12 pułku piechoty)

W tej sytuacji 26 kwietnia arcyksiążę Ferdynand przybył do Góry Kalwarii i polecił aby rozpocząć budowę mostu w tej miejscowości. Zarekwirowano materiał u miejscowej ludności, patrole odbierały mieszkańcom okolicznych wiosek wszelkie łódki, galary, liny i kotwice. Drzewo na budowę wycinano w lasach wilanowskich, obecnie znanych bardziej jako chojnowskie, bowiem w owym czasie należały do dóbr Wilanowa. Prace przy budowie mostu łyżwowego posuwały się szybko, jednocześnie do jego obrony na prawym brzegu we wsi Ostrówek wzniesiono szaniec, który mógł pomieścić 1000 ludzi. 2 maja budowa była już na ukończeniu i zachodziła obawa, iż już kolejnego dnia Austriacy zaczną przerzucać wojska. Polacy byli świadomi niebezpieczeństwa, bowiem w tym samym dniu Świder przekroczył oddział generała Michała Sokolnickiego, który zajął Karczew, czy też wyzwolił po 15 latach austriackiego panowania, a następnie stanął w Glinkach. Stamtąd wysłał posła w osobie kapitana Siemiątkowskiego, posługującego się  podczas poselstwa wyłącznie językiem francuskim. Austriacy w jego obecności nie krępowali się więc mówić po niemiecku będąc pewni, iż nie rozumie ich rozmów, choć było inaczej. Dzięki swej znajomości niemieckiego dowiedział się, iż most i szaniec są na ukończeniu. Powrócił z tą informacją do generała Sokolnickiego wiedząc, iż nie mają już manewru.

Reszta jak mawiają jest historią. Nie będę tu opisywał szczegółowo przebiegu bitwy, bowiem znaleźć ja można w wielu książkach i na licznych stronach internetowych, dość że po północy 3 maja oddziały polskie przypuściły atak na szaniec z trzech stron; od Kępy Glinieckiej, Ostrówka i wsi Kosumce, wykorzystując zasłonę w postaci łurzyckich łęgów i szuwarów. Żołnierze założyli długie płaszcze, aby rozpoznawać się w ciemnościach, następnie zaatakowali przy użyciu bagnetów. Bitwa była krwawa, a gdy rozwidniło się, Austriacy rozpoczęli ostrzał ze skarpy w Górze Kalwarii. Wreszcie nad ranem książę Fryderyk polecił zniszczyć most, w obawie by Polacy nie przekroczyli Wisły i nie zaatakowali wycofujących się sił. W rozkazie dziennym książę Józef Poniatowski ogłosił, iż w symbolicznym dniu 3 maja Polacy stali się panami całego brzegu Wisły.

W przeciwieństwie do bitwy pod Raszynem zwycięstwo było pełne, przy stratach własnych około 170 ludzi, Polacy zabili 500 Austriaków i wzięli ponad 1000 do niewoli. Lecz co najważniejsze, uniemożliwili Austriakom przekroczenie Wisły i otwarli sobie drogę do Galicji. Rozpoczęło się natarcie na południe, podczas którego w maju wyzwolono Lublin, Sandomierz i Zamość. Na Urzeczu wciąż trwały potyczki, mimo iż główna kampania toczyła się już w innej części kraju. W dniu 21 maja doszło do potyczki pod Wilanowem, gdy na Kępę Zawadzką, w pobliżu osad olęderskich Kępy Wołowej i Suchej Trawy oraz wsi Okrzeszyn przeprawił się przez Wisłę polski oddział. Austriacy zostali odparci, a Polacy przeprawiali się już coraz śmielej na lewy brzeg Łurzyca. W tej sytuacji na początku czerwca Austriacy opuścili Warszawę.

Zbiorowa mogiłą w Ostrówku (zdjęcie ze strony 12 pułku)

Mało kto pamięta o bitwie pod Ostrówkiem, choć jej znaczenie jest nie do przecenienia. Zaś w gąszczu obfitej literatury na temat 1809 roku wyróżnia się powieść „Popioły” Stefana Żeromskiego. Warto zajrzeć tam choćby dla opisu bitwy toczonej w tych stronach, które późniejszy mieszkaniec Konstancina poznał z autopsji. Ja zaś przytoczę na zakończenie piękny fragment na temat Urzecza, w którym autor pięknie uchwycił istotę tych stron:

„Łęgi nadwiślańskie, obryte już runią wiosenną, cudowny wystawiały widok. Kwiat jary je ubarwił. Iwina przydrożna wypuściła z pniów jasne rózgi. Rozlana struga Jagodna tworzyła modre jeziorka i pasmugi świetliste, po których wiosenny wietrzyk chwiał i przeganiał śliczne fale. Obfitość wikliny podała wieśniakom sposób wygrodzenia dróg, ścieżek, gumien i sadów. Każde siedlisko było jak świat odrębny. Bielone chaty świeciły się między rozkwitającymi drzewami. Zamożność, chłopskie bogactwo wiało z każdego kąta, dobytek przelewał się przez próg i płot. Po zapłociu stali parobcy jak dęby, dziewczęta jak łanie, lud oswojony z hukiem wylewów Wisły, z grozą i niebezpieczeństwem.”


Literatura:

  • PAWŁOWSKI Bronisław, Historia wojny polsko-austriackiej 1809 roku, Warszawa 1935
  • ROMAŃSKI Romuald, Raszyn 1809, Warszawa 1997
  • SKWARA Roman, Bitwa o szaniec pod Ostrówkiem w maju 1809 roku (w:) Karczew. Dzieje miasta i okolic red. L. Podhorodecki, Karczew 1998, s.65-70

Bardzo dobry i szczegółowy opis bitwy znaleźć można tutaj:

http://napoleon.org.pl/bitwy/gora.php

lub tutaj http://pulk12.pl/epoka/cesarskim-sladem/polska/184-bitwa-pod-ostrowkiem-gora-kalwaria-3-maja-1809.html

Wspomnę jeszcze, ze w dniu 11 maja 2014 roku o godzinie 14 w Ostrówku odbędzie się pokaz musztry i prezentacja (niestety w tym roku jedynie na planszy) przebiegu bitwy.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci