Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Jeziorna-Oborska

Dwór w Jeziornie

ksunder

Mamy kolejną rocznicę istnienia bloga, bowiem zadebiutował on w sieci 29 stycznia, kiedy pojawił się tekst o młynie w Jeziornie Królewskiej. Zatem okazja dobra by napisać o istniejącym tu dworze, który już dawno przepadł bez śladu, nie zachowując się nawet w ludzkiej pamięci. Lecz w układzie topograficznym Jeziorny wciąż widnieje pewna pamiątka jego obecności, ale o tym na końcu niniejszego tekstu.

Najstarsza jak dotąd znana mapa Jeziorny z roku 1730. Na prawo od Jeziorki, w ziemi warszawskiej, widoczna Jeziorna Królewska, wówczas dzierżawiona przez niejakiego Dembowskiego. Na lewo należąca do Obór Jeziorna Oborska, na obecnej Grapie nad odnogą Św. Jana. Przy lewym nurcie i między odnogami widoczny młyn oborski, który z czasem stanie się Starą Papiernią.

Podobnie jak większość dworów został wzniesiony w miejscu istniejącego tu niegdyś centrum osady, gdzie rezydował jej właściciel. W przeciwieństwie do Cieciszewa, Bielawy czy Obor trudno jednak szukać tu śladów grodu, bądź umocnionego domostwa, które z czasem przekształci się w dwór. Ślady osadnictwa w Jeziornie z okresu średniowiecza pochodzą z wieku XII i XIII, gdy osada położona nieopodal przeprawy zaczęła się rozrastać. Usytuowano ją przy drodze wiodącej z Bielawy wzdłuż rzeki, obecnej ulicy Bielawskiej, stanowiącej wówczas główny szlak. Przeprawa znajdowała się wówczas właśnie w tym miejscu, z czasem wraz z wyprostowaniem się drogi wiodącej z Warszawy, pomijającej Bielawę, przeniosła się w rejon obecnego usytuowania mostu. Jeziorna straciła właściciela jeszcze w XV wieku, ostatnim odnotowanym był Mikołaj zwany Żądłem, po roku 1430 przeszła na właśność książąt mazowieckich. Być może Żądło zastawił ją i nie zdołał wykupić, bądź bezpowrotnie zmarł. Wkrótce nazywano ją już książęcą, a po wcieleniu Mazowsza do Korony stała się królewszczyzną, stąd jej późniejsza nazwa. Nie było więc tu znacznego dworu szlacheckiego, wybudowano jedynie dworek na potrzeby posesora lub wyznaczonych przez niego zarządców, którzy przez kolejne lata często się zmieniali. Z czasem wykształcił się folwark, w którym funkcjonował wspomniany dwór. 

Najstarsza wzmianka o nim pochodzi z roku 1565, gdy lustratorzy odnotowują, iż “Jest w tej wsi folwark i dwór dobry, dobrze zbudowany”. Ponad wiek później nie będzie już po nim śladu, gdy po Potopie “budynki przez wojska szwedzkie funditus ogniem zniesione” zostają. Zachowany opis dworu przyniesie nam dopiero wiek XVIII. W roku 1768 wiodła doń brama, jak zanotował lustrator niedawno wzniesiono ganek na słupach wraz z podłogą z tarcic, skąd przez masywne dębowe drzwi na zawiasach wkraczano do sieni. Dwór nie był w najlepszym stanie, bowiem jedno z okien miało wybitą szybę, dwa były spękane, pozostałe od lat naprawiano przy pomocy ołowianych sztab. Pułap był nadgniły, lecz rekompensował to biały, dobry piec. Dwór był spory, bowiem znajdowały się tu cztery pomieszczenia, w tym kuchnia, w której ognisko płonęło w zielonym piecu. Zaznaczmy, iż wokół pieców podłogę rzecz jasna stanowiły cegły, a dwa murowane kominy wychodziły na dach przykryty gontami. Pod dworem zaś znajdowała się piwnica, do której prowadziły schody. Wokół niego zaś znajdował się folwark, z oborą, stodołą i gumnem.

Dwór był siedzibą dzierżawcy, który zarządzał folwarkiem i dopilnowywał chłopów pańszczyźnianych z tutejszej wsi (nadmieńmy, iż pod koniec XVIII wieku wiele tu znajomych nazwisk, takich jak choćby Szewczyk czy Golik, po dziś dzień mieszkających w tej okolicy). Budowla przetrwała upadek Rzeczpospolitej, stając się siedzibą pruskich rządców, zatrudnionych w Ekonomii Lesznowola, której Jeziorna podlegała. Jego istnienie notuje jeszcze mapa z roku 1838, gdy Jeziorna Królewska wciąż należała do władz, kiedy wkrótce zakupił ją Henryk Rossman z Bielawy pozostawił tu dzierżawcę. Kres budowli przyniosło dopiero utworzenie gminy Jeziorna w roku 1867, pierwsze zebrania gminy odbywały się właśnie tu, potem urząd się przeniósł. Dwór zniknął, a ziemie folwarku zaczęto powoli wyprzedawać.

Pora więc wskazać jego lokalizację, którą był zbieg obecnych ulic Polnej i Bielawskiej, gdzie na terenie części dawnego folwarku znajdują się bloki przy ul. Narożnej i okoliczne domostwa. Właśnie ulica Polna jest zachowanym śladem jego istnienia, podobnie jak w Bielawie ulica Lipowa zostala wytyczona z warszawskiego szlaku by prowadzić do dworu, analogicznie uczyniono w Jeziornie. Ulica Polna wiodła wprost do bramy, co ujrzec możemy na poniższej mapie. 

Bez_nazwyNa zakończeniu Polnej znajdował się dwór, wybudowany w miejscu, gdzie istnienie swe rozpoczęła Jeziorna Królewska. Tu znajdowała sie dawna przeprawa, przy drodze prowadzącej w średniowieczu przez Bielawę. Nie ma już dawno po nich śladu, jedynie ulica Polna przypomina, iż wytyczono ją wprost do dworskiej bramy.

P1200443


Źródła i literatura:

  • AGAD, ASK
  • Lustracja województwa mazowieckiego 1565 r. wyd. PWN, W-wa 1965, red. I Gieysztorowa A. Żaboklicka
  • Lustracje województwa mazowieckiego XVII wieku, t. I i II, wyd. PWN i PAN, W-wa 1968, 1989, wyd. A. Wawrzyńczak

Trzy Jeziorny

ksunder

Jeziorny były niegdyś dwie, przez krótki okres czasu nawet trzy, choć ta ostania nie utrwaliła się w mowie codziennej. Mało kto już o tym pamięta, po utworzeniu miasta Konstancin-Jeziorna w roku 1969, nazewnictwo zaczęło się powoli zacierać, miejscowości weszły w skład organizmu miejskiego. Przetrwały tylko dawne wsie, choć także nie wszystkie, drobne sioła zniknęły pośród większych sołectw. Podobny los jak Koło czy Kliczyn spotykać zaczyna także i Jeziorny, coraz mniej osób wie, że było ich więcej niż jedna. Piszący o Konstancinie i okolicach nagminnie popełniają ten sam błąd, nie wiedzą, że Jeziorny, będące całkowicie różnymi miejscowościami, mylą się nawet zawodowi historycy, gdy nazwa scala im się w jedną. Czasem wspominam o tym na blogu, niejako mimochodem, przy okazji innych spraw. Ale warto poświęcić tej sprawie cały wpis, ostatnio jedna z osób, które niedawno wprowadziły się w te strony, powiedziała mi, że wciąż słychać w rozmowach jakieś dawne antagonizmy, gdy miejscowi mówią o Skolimowie, Grapie czy Jeziornie. To nie antagonizmy. To, co w większych miejscowościach nazywa się dzielnicami, w tych stronach jest wpisaną w miasto Konstancin pamięcią o dawnych wsiach.

mapa

Dawny przebieg rzeki Jeziorki (w roku 1806) oznaczony na obecnej mapie wraz z Jeziorną Królewską

Najstarszą Jeziorną była ta położona na północnym brzegu Jeziorki, wyznaczającej od średniowiecza granice ziemi warszawskiej i czerskiej. Rzeka płynęła aż do XX wieku nieco dalej na północ, jak na mapce widocznej powyżej i w obrazku tytułowym bloga, wzdłuż obecnej ulicy Bielawskiej ku Bielawie, założonej na półwyspie. Jeziorna zwana była wówczas jak obecnie, bez przymiotnika, była bowiem jedyną wsią o tej nazwie. Pisano ją podobnie jak rzekę, jako Gyezorę bądź Jeszorę. Położona była pierwotnie w okolicach obecnych bloków przy Narożnej, gdzie wieś średniowieczna bierze swój początek, choć w rejonie przyszłej lokalizacji ratusza odnajdywano ślady dawniejszego osadnictwa. Na początku XV wieku Jeziornę posiadał podczaszy warszawski, Mikołaj zwany Żądłem. Prawa do niej oraz Okrzeszyna przeszły z czasem na jego dzieci. Jednakże już w roku 1523 Jeziornę trzymał archidiakon warszawski, najwyraźniej ziemia stanowiła jego osobistą oprawę, a nie kościelną, bowiem w ciągu trzech lat stała się własnością książąt mazowieckich, tuż przed ich śmiercią. Mimo rychłej inkorporacji Mazowsza do Korony, Jeziorna zyskała miano Książęcej. Od roku 1529 przechodzi na własność króla, stając się królewszczyzną. I stąd jej nazwa, Jeziorna Królewska, która towarzyszyć jej będzie aż do połowy XX wieku. Po upadku Rzeczpospolitej stanie się własnością rządową, z czasem kupi ją Henryk Rossman, po reformie roku 1867 stanie się siedzibą gminy, która weźmie od niej skróconą nazwę. Nazwa Jeziorna Królewska pojawiać się będzie na dokumentach, tarczach szkolnych jeszcze do roku 1969.

jez2

Jeziorna Oborska, krzyż to najprawdopodobniej figura Nepomucena, w miejscu obecnego ronda most. Stara Papiernia jeszcze nie istnieje (1812)

Druga Jeziorna istnieje równie długo, choć początkowo nie nosiła nazwy. Oborscy ustawili tu młyn, przekopali rzekę, spiętrzyli wodę i w ten sposób powstała odnoga Św. Jana, istniejąca po dziś dzień. W okolicy młyna powstała osada zwana Wyględowem, choć z czasem ona zanikła. Młyn i znajdujące się tu domy określać zaczęto nazwą pochodzącą od rzeki. W XVII wieku metryki parafii cieciszewskiej notują ją jako Nadjeziornę bądź Przyjeziornę, położną w okolicach obecnej Starej Papierni, przy rozstaju dróg. W ciągu kolejnych stu lat stała się znacznych rozmiarów miejscowością, na co wpływ miało zapewne ulokowanie tu placówki pocztowej. Miejscowość zwano wówczas już Jeziorną, dla odróżnienia od wsi leżącej po drugiej stronie rzeki dodając nazwę od dworu, któremu miejscowość podlegała. To Jeziorna Oborska, z czasem rozrastająca się w kierunku Grapy. To o niej mowa, gdy wspominamy pojedynki staropolskie i szlachetków pytających: Wiesz gdzie Jeziorna? Jeziorna Królewska podlegała władzy króla, lecz po przekroczeniu Jeziorki, która rozlewała się szeroko po błoniach, a ponieważ most nie istniał, trzeba było płynąć promem, znajdowało się na ziemiach Wielopolskich. Tu potykano się, w okolicach wsi Jeziorna Oborska. Jednocześnie by odróżnić obie wsie, w dobrach oborskich mówić zaczęto o sąsiadce leżącej na północy Królewska. Różnice te istotne były jedynie dla miejscowych, dla współczesnych i późniejszych badaczy Jeziorna była jedną miejscowością. Nie używali żadnego z przydomków, gdy w roku 1607 rokoszanie Zebrzydowskiego rozłożyli się w obozie pod Jeziorną, stali na błoniach, na granicy ziemi czerskiej, patrząc na Jeziornę Królewską. Nie chcieli wkraczać na ziemię należącą do króla, bo to oznaczałoby wypowiedzenie mu władzy i tu sporządzili swój protest.

Jeśli popatrzymy na dawne mapy zobaczymy, że nawet ich twórcy rzadko dostrzegają istnienie dwóch wsi. Na niektórych zauważymy dwie miejscowości, choć bez określających je przymiotników, leżące po obu stronach rzeki. Wszak była jeszcze trzecia Jeziorna, choć jej nazwa używana była z rzadka. W miejscu dawnego młyna w Grądzie powstała Papiernia. Z jakiego powodu nazwa Grąd przestała być używana trudno stwierdzić, manufakturę od początku w dokumentach zwano Papiernią w Jeziornie Oborskiej. Jak to zwykle bywa wkrótce została tylko Jeziorna. Gdy w roku 1830 nabył ją Bank Polski, z czasem zaczęto nazywać to miejsce Jeziorną Bankową, wyłączoną z Oborskiej, co wynikało również z podziału administracyjnego istniejącego do Powstania Styczniowego. Jednak w mowie ludzkiej nazwa ta pod koniec XIX wieku zniknęła, zaczęto mówić w ślad za nowymi robotnikami Mirków, bowiem tak nazywała się miejscowość, z której zostali przeniesieni.

Clipboard016

Trzy Jeziorny na jednej mapie (1931 rok). Jeziorka płynie już korytem odsuniętym od Jeziorny Królewskiej

Tak oto mamy wiek XXI, historia zatoczyła koło. Dwie Jeziorny zwane są obecnie Grapą (Oborska) i Mirkowem (Bankowa). Ponownie istnieje już tylko jedna Jeziorna, ta zwana niegdyś Królewską, która stała się połową istniejącego tu miasta. Lecz niegdyś były to zupełnie różne miejscowości, mające odrębnych właścicieli.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • Kartoteka A. Wolffa, IH PAN
  • Akta Gm. Jeziorna, AP M. St. W-wy, O/Grodzisk Mazowiecki

Na przewozie w Gassach

ksunder

wpis, w którym autor przedstawia swą podróż przesławnym promem w Gassach, a następnie opisuje tenże prom w Gassach w latach 1790 i 1800. Informacje praktyczne na temat obecnego kursowania promu i obowiązujących cen zawarł zaś na końcu tekstu.

- Ruch jest duży – mówi jeden z przewoźników – Rano głównie miejscowi, ale tyle tych rowerów… - to odpowiedź na moje pytanie o opłacalność przedsięwzięcia. To dobrze. To znaczy, że przewoźnicy tu zostaną. Płynę promem z Gassów do Karczewa, mam do załatwienia sprawy w Otwocku. I wreszcie mogę udać się na drugi brzeg tą samą trasą, jaką podążali przez lata moi przodkowie. Spoglądam na szare chmury, wezbraną wodę w Wiślę i wykorzystuję tę chwilę by powiedzieć mej córce, że pochodzi ze starego nadwiślańskiego rodu, w którym byli zarówno przewoźnicy z Gassów i Nabrzeża, jak i pełni fantazji mieszkańcy innych łurzyckich wsi, kradnący śpiącym przewoźnikom pychówki i płynącymi nimi z zabaw w Karczewie do domu. Rozmawiam z przewoźnikiem o tym, że gdy zapadną zimowe ciemności prom raczej nie będzie pływał, bo nurtu nie rozświetlają obecnie lampiony zapalane przez wałowych, zwane bakanami, które wyznaczały niegdyś linię brzegową. Ale to nic nowego, niegdyś zimą prom także nie pływał, gdy rzekę skuwał lód. Przewoźnik opowiada mi, że wciąż są miejsca w Polsce, gdzie miejscowi płacą za roczny przewóz workiem zboża lub żyta, bowiem promowy nie utrzymuje się jak niegdyś ze skrawka ziemi, tylko wyłącznie z przewozu. Gdy mężczyzna mówi, że wezwaniem przewoźnika nad Pilicą czy Sanem wciąż potrafi być uderzenie metalowego drągu w przywiązany do pala dekiel, przypomina mi się stare łurzyckie zawołanie: Przewozu! Przewozu! Podróż dobiega już końca, ja udaję się dalej załatwić to po co przyjechałem, wyjeżdżając na betonowe molo po drugiej stronie. Nagle Karczew i Otwock znalazły się na wyciągnięcie ręki, choć wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić… Po kilkunastu minutach docieram do celu, przejechawszy kilkanaście kilometrów zamiast kilkudziesięciu.

Pod banderą Konstancina-Jeziorny i Karczewa

Moja córka z fascynacją obserwowała jak wartki nurt zabierał prom ze sobą, a silnik pchał go w przeciwnym kierunku, dzięki czemu lina ściągała go w żądanym kierunku. Rozwiązanie takie do niedawna niemożliwe do zastosowania, gdy rzeką płynęły statki, o głębokiej linii zanurzenia. Przez wieki handel wiślany sprawiał, że wyładowanych statków handlowych podążali tędy także flisacy i oryle spławiając drewno, zaś prom radzić sobie musiał siłą ludzkich rąk. Swoją drogą musieli mieć oni krzepę… obecnie jak i niegdyś prócz czynnika ludzkiego jego istnienie zależeć będzie także od kapryśnej Wisły.

Podróż mam już za sobą, znacząco różni się ona od tej odbywanej przed wiekami. Ceny także się różnią (jeśli ktoś ciekaw dawnych cen i historii promu zapraszam do dwóch wpisów na ten temat – część 1 i część 2). Przyjrzyjmy się jak wyglądał prom na przełomie XVIII i XIX wieku, bo z tego okresu mamy o nim sporo informacji. Do promu prowadziła wówczas grobla ze wsi Gassy, rokrocznie umacniana i podsypywana, bowiem zabierały ją wiosenne przybory wody, jako że wałów wówczas jeszcze nie było, czasem zamiast grobli stawiano niewielki mostek. Dotarłszy w roku 1790 do przewozu ujrzeć można było dwa promy, jeden "stary", a drugi świeżo wybudowany, mogące zabrać ludzi wraz z ładunkiem wprost do Karczewa. Linia brzegowa biegła wówczas nieco inaczej, Wisła płynęła zaś nieopodal wsi Przewóz Karczewski, stanowiącej obecnie część miasta. Był tu także szpiczak, o którym już kiedyś pisałem, że jest to najprawdopodobniej lokalna nazwa łodzi pychówki*. Inne łodzie mające najlepsze lata służby na przewozie za sobą przenoszono w inne miejsca, gdzie wciąż mogły sprawić się z pożytkiem. Stąd stary galar służył jako prom-most na jeziorze cieciszowskim, gdzie drogi wówczas nie było, a do Piasków i znajdujących się tam pól można było przedostać się przy jego pomocy. Niewielkie galarki przeniesiono do Jeziorny Oborskiej, tam podczas przyborów wody sprawowano przewóz na rzece Jeziorce. Inny z kolei szpiczak pływał na jeziorze w Opaczy.

Przewóz w XIX wieku. Zapewne w Gassach/Przewozie było podobnie, choć nurt był bardziej wartki.

Przewozem zajmowali się wówczas mieszkańcy wsi Gassy – Kazimierz Woźniak, Andrzej Gas, Dominik Ołyna, Józef Baran, Jakub Szewc i Tomasz Odoliński. Za pobór pieniędzy z przewozu i nadzór nad przewoźnikami odpowiadał żydowski karczmarz, Icek Szmulewicz, którego rolę jasno określono w ówczesnym kontrakcie arendy (dzierżawy karczmy). Gdy spisano go w roku 1800 przewoźnicy byli już nieco inni, być może miało to związek z opisywanymi już niegdyś na blogu wydarzeniami roku 1794, gdy Gassy uległy zniszczeniu.

„Za przewóz od osób powozów bydła koni zgoła od wszystkiego w każdej porze czasu cz to za małey czy za wielkiej wody opłatę podług ustawy Rządu Krajowego jaka teraz jest lub w przyszłości nastąpi a nie więcej brać będzie a w przypadku przestąpienia ustaw krajowych sam za to odpowiedzieć, szkody wynikłe ztąd powrócić obowiązuje się, Prom y Szpiczak Skarbowe od Przewozu sobie oddane w porządku utrzymywać tych na ustronną potrzebę nie dozwalać szkody aby w nich nie było dostrzegać pod jej wynagrodzenie ludzi ze wsi Gasów 6 jako to Jana Sawickiego Antoniego Barana Walentego Kolarczyka Józefa Cychrowskiego Kazimierza Woźniaka y Jana Kolarczyka do Przewozu mieć będzie których do innych żadnych robot prócz tyczących się przewozu y statków przewozowych pociągać nie można”

Niestety nie uda nam się wskazać opłat za przewóz w tym okresie, bowiem w kontrakcie nie rozdzielono ich od opłat wnoszonych za sprzedaż gorzałki i arendę karczmy. Miejsce było jednak dochodowe, była to jedna z największych karczm dóbr oborskich, gdzie w oczekiwaniu na przewóz raczono się piwem i gorzałką. A droga była często uczęszczana przez osoby posiadające znaczną ilość gotówki, bowiem w Karczewie organizowano jarmarki, przyciągające mieszkańców tutejszych ziem. Dzięki promowi z osad nadwiślańskich łatwiej było tam dotrzeć niż do miasta Piaseczna.

A tu jeszcze XIX-wieczny obrazek pt. "U przewozu". Zwraca uwagę chruściany płotek w tle, charakterystyczny dla tych okolic.

Prom może stać się nie tylko atrakcją turystyczną, lecz także znacznie ułatwić wielu ludziom codzienne życie, umożliwiając szybszy dojazd do Karczewa i Otwocka. Mimo że leżące po dwóch stronach Wisły gminy i powiaty w prostej linii dzieli zaledwie kilkaset metrów, na odcinku ok. 40 kilometrów nie ma mostów. Najbliższe znajdują się w Górze Kalwarii i w Warszawie.

 


*Na razie odnotuję jedynie, iż  bardzo ciekawy wywód o szpiczaku przedstawił Łukasz Maurycy Stanaszek w "Nadwiślańskim Urzeczu" wykazując związki z terenami północnej Polski, objętymi kolonizacją olęderską. Kto ciekaw niech zajrzy do książki, ja o żaglach i pychówkach na Wiśle napisze kiedy indziej.

Źródła:

  • AGAD, Obory

Miałem tego nie robić, ale ponieważ informacji nigdy za mało – oto ceny jakie obowiązują w tym roku na promie w Gassach. Za przewóz osoby zapłacicie 3 złote, za pojazd 9 zł, zaś za rower 2 zł, motocykl to 5 zł. Opłaty sumują się. Prom pływa cały czas między ostrogą w Gassach i Karczewie, obecnie do godziny 19. Od 14 września od 6:15 do 18:45, bo zaczyna się robić ciemno, w sezonie pływał od 6 do 20. Nawoływać nie trzeba, przepłynie. Na lewym brzegu brak informacji na jego temat, na prawym dość dobrze oznaczony strzałkami kierunkowymi w Karczewie. Poniżej mapka. Zmotoryzowanych informuję, że po głębokim zastanowieniu palmę pierwszeństwa dla najgorszej drogi oddaję gminie Konstancin-Jeziorna. Co prawda na prawym brzegu dość długo wybijamy amortyzatory na betonowych płytach, ale na podjeździe w Gassach kamienie zostały wybite wzmożonym ruchem i wzbudzają obawy o losy zawieszenia. No i gmina Konstancin-Jeziorna zamiast informować o promie ostrzega o końcu drogi takim znakiem.

 Mistrzostwo.

[EDIT: 11 września - muszę odszczekać bo słusznie zwrócono mi uwagę, że droga 712 przecięta w tym miejscu przez Wisłę na obu brzegach należy do województwa mazowieckiego. No to chłopaki z MWZD wygraliście pierwsze miejsce w konkurencji na palmę pierwszeństwa. A obie gminy przepraszam]

Miele młyn

ksunder

Jak chce historyczna legenda Władysław Łokietek miał przy użyciu powyższych słów przeprowadzać test lojalności, bowiem sławetne „soczewica, koło, miele, młyn” wymówione prawidłowo stanowiło jeden z pierwszych dowodów przynależności do narodu popierającego króla. Wrogi element pochodzenia niemieckiego, który wcześniej zbuntował się i przeszedł na stronę Jana Luksemburskiego, słów tych ponoć wymówić nie potrafił… Od roku 1308 język polski uległ dużym zmianom, więc możemy być pewni, że nam także ścięto by głowy, bowiem obecna wymowa jest zupełnie inna. A ponoć jeszcze w czasach Mieszka Polacy i Czesi nie mieli problemów by się porozumieć, bowiem mówili tym samym językiem…

Miele młyn. W XIX wieku.

 Dziś jednak nie o problemach językowych, a o mieleniu. Dawno nie było wpisu zawierającego dokument bądź tekst z epoki, więc dzisiaj powyższe nadrobimy. Młyny niegdyś stanowiły tradycyjny element krajobrazu, pod koniec XVIII wieku stopniowo zaczęły wypierać je wiatraki. W owym czasie liczba tych pierwszych wyraźnie zmalała od czasów średniowiecza, na terenie obecnej gminy Konstancin-Jeziorna młyny przetrwały wówczas już tylko cztery: w Bielawie, Grądzie, Skolimowie i Jeziornie Oborskiej. Do zaborów ostały się tylko dwa ostatnie, pierwszy został zastąpiony przez wiatrak, drugi zmienił się w Papiernię. My dzisiaj zajmiemy się jednak młynem znajdującym w sąsiednich dobrach na rzece Świder, nieopodal ujścia do Wisły. Z niego pochodzi bowiem ciekawy dokument, w którym spisano zasady prawidłowego postępowania podczas pobytu na terenie młyna. I możemy być pewni, że analogiczne obowiązywały w młynach w dobrach oborskich i bielawskich, nawet jeśli nie dotrwały do dzisiejszych czasów, bowiem są to reguły zwyczajowego postępowania. A także na Urzeczu, bowiem młyn ten znajdował się w ówczesnych dobrach Bielińskich, w skład których wchodziły wówczas wszystkie miejscowości leżące na prawym brzegu począwszy na Świdrze i Karczewiu, aż na Glinkach kończąc wraz z całym starostwem czerskim na brzegi lewym, z Czerskiem i Coniewem włącznie. Spisane poniżej reguły obowiązywały więc w większej części okolicznych ziem, także w Skolimowie i Jeziornie Oborskiej. Był to swego rodzaju regulamin wieszany we młynie, pozostawiono wolne miejsce na wpisanie odręcznie kwoty obowiązującej w danym miejscu za wykonane usługi.

Dokument o tyle ciekawy, że nie zastanawiamy się nad pewnymi codziennymi oczywistościami. Na stacjach benzynowych nie wolno palić, uiścić opłatę należy po zatankowaniu przy kasie… A jak zachowywano się pół wieku temu? I jeszcze wcześniej? Tak samo o naszych codziennych regułach postępowania po upływie wielu lat nikt nie będzie pamiętał. A dzięki poniższemu postanowieniu widzimy przynajmniej jak mieliły tutejsze młyny mieszkańcom okolicznych ziem.

Uwspółcześniłem pisownię aby czytało się nieco łatwiej. 


POSTANOWIENIE

co się zachowywać, wiele od czego wydawać powinno i płacić w młynie tutejszym

Primo. Każdy przyjeżdżający do młyna, złożywszy zboże, dla miejsca i czystości we młynie, ma zaraz z końmi i wozem odjechać i mieścić się w karczmie do tego do tego umyślnie w bliskości młyna z obszerną stajnią i izbami wystawionej.

Secundo. Dla zachowania jako największej ostrożności ognia nie ma się nikt ważyć przy mieleniu nocnym, palić i przyświecać łuczywem, ale dla widoku palić się będzie lampa lub świeca na środku młynicy zawieszona.

Tertio. Ażeby jak dającemu tak odbierającemu miarę nie działa się żadna krzywda, żadnego od kogokolwiek zboża przyjmować się nie ma do mielenia bez przemierzenia miarą cechowaną od dworu wydaną.

Quatro. Miara to jest niejako w innych młynach dziesiąta, ale dwunasta tylko część wszelkiego zboża brać się do mielenia powinna, oprócz otrąb i pytlówki.

Quinto. Gdyby zaś kto zepsowane lub wołkami zarażone zboże do mielenia przywiózł, od takowego nie ma być brana miara, lecz pieniądze. A to od korca groszy__ a od korca pszenicy po groszy ___ oprócz korca i pytlówki.

Sexto. Za pytlówkę ordynaryjną wszelkiego grosza od korca po groszy ___ a za przedniejszą od korca po groszy ___

Septimo. Od robienia kaszów od jaglanej i innych ordynaryjnych dziesiątą część odbierać się ma. Od perłowej zaś kaszy i innych przednich od korca po złotych

Octavo. Od mielenia słodów od korca po groszy___ Od surowców od korcy po groszy ___

Jako za tym w odbieraniu tej należności wszelka sprawiedliwość, tak w mieleniu równy dla każdego zachowany wzgląd być powinien i ktokolwiek pierwej przywiezie i na kosz zasypie, temu pierwej zmielone być ma, nigdy z kosza nikomu nie wyrzucając.


 Żródło:

  • AGAD, Archiwum Komierowskich

Bloki na Grapie

ksunder

Ostatnio poruszana była kwestia zakwaterowania opuszczonych willi na Królewskiej Górze i ludzi oczekujących na przydział miejsca, w którym mogliby zamieszkać. Jako, że temat obecnie staje się coraz bardziej niezrozumiały dla tych którzy nie pamiętają minionego ustroju i pomóc może jedynie obejrzenie odcinka serialu „Alternatywy 4”, w którym Bronisław Pawlik usiłuje otrzymać mieszkanie, warto nieco zagadnienie poszerzyć.

Przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych to na obecnym terenie naszej gminy okres głębokich przemian. Fabryka papieru rozbudowuje się, z różnych części kraju sprowadza się wiele nowych osób. Rozpadające się drewniane domki w dawnym Konstancinku, gdzie mieszka 40% mieszkańców ówczesnej gminy Jeziorna nie wystarczają, lokatorzy dawno zasiedlili „opuszczone” wille i kwaterowani są w barakach. W tych warunkach podjęta zostaje decyzja o budowie dwóch bloków o charakterze socjalnym. Powstają w latach 1950-56 przy „szerokim trakcie prowadzącym w głąb lasu”. To obecna ulica Wilanowska. W pierwszym postawionym budynku ulokowany zostaje hotel robotniczy. Bloki wybudowane zostają w Jeziornie Oborskiej, sąsiadują przez ulicę z Skolimowem-Konstancinem. Do roku 1962 w miejscu tym wybudowane zostanie 9 bloków, dla osiedla ulokowanego w rejonie ulic Wilanowskiej i Literatów zapożyczona zostaje funkcjonująca nazwa położonego tu dotąd parku Grapa, co ciekawe już przed wybudowaniem bloków nazwa Grapa oficjalnie funkcjonowała jako adres dla położonych tu przy ówczesnej ulicy Parkowej domów. Administracyjnie bloki znajdują się w Jeziornie, mimo późniejszego połączenia dwóch miast historia tego podziału przechowała się w kodach pocztowych. Dla dawnego Skolimowa-Konstancina na zachód od Wilanowskiej obowiązuje kod 05-510, zaś dla dawnej gminy Jeziorna kod 05-520, w blokach po wschodniej stronie ulicy Wilanowskiej i w nadwiślańskich wsiach. Siedem następnych bloków stawianych jest już po stronie Skolimowa-Konstancina, jednocześnie z blokami położonymi bliżej skarpy.

Skrzyżowanie w robotnicznej Jeziornie z drogowskazem wskazującym dojazd do Konstancina

Jak zanotuje socjolog prowadzący badania na konstancińskiej części osiedla w roku 1963, te pierwsze bloki budowano szybko i tanio, aby rozwiązać problem mieszkaniowy pracowników Mirkowa. Nie posiadają centralnego ogrzewania, a łazienki są źle wyposażone. Przy zasiedlaniu obowiązywała norma metrażowa, zatem dziewięć osób mieszka w dwóch pokojach z kuchnią, a małżeństwo z dwojgiem dzieci w kawalerce. Kolejne sześć bloków powstaje więc już pod auspicjami zawiązanej świeżo spółdzielni mieszkaniowej „Mirków”. Budowane są po stronie Konstancina, przy ulicy Mickiewicza i Wilanowskiej. Bloki spółdzielcze są lepiej wyposażone, mają dużo większy metraż, posiadają dębowe parkiety oraz balkony. O ile pierwsze zasiedlili pracownicy WZP, wcześniej zajmujący baraki i opuszczone wille, te zasiedlają osoby które dokonały wpłat. Szczególnie trzy bloki przy ulicy Mickiewicza jak zauważa socjolog sprawiają wrażenie elitarnych, prócz wspomnianych udogodnień znajduje się tu kotłownia z centralnym ogrzewaniem oraz wykonane na wymiar meble i kuchnie, oddane w takim stanie nowym lokatorom. Zamieszkuje tu kadra kierownicza Mirkowskiej papierni, co powiązane z systemem wpłat, nie do końca odpowiada socjalistycznym oczekiwaniom socjologa.

>Obecna ulica Wilanowska rozdzielająca Jeziornę od Skolimowa-Konstancina w odstępie pół wieku

Naukowca interesuje wpływ zdrowej tkanki robotniczej na oblicze niegdyś elitarnego Skolimowa-Konstancina. Stąd przeprowadza badania wyłącznie w Konstancinie, pomijając bloki po drugiej stronie ulicy Wilanowskiej, „w robotniczej Jeziornie”. Zauważa wpływ kultury wysokiej na mieszkańców bloków, co uważa za zasługę Stowarzyszenia Przyjaciół Twórczości działającego przez krótki okres czasu pod kierownictwem, znanego w późniejszych latach dyrektora WZP, prywatnie również artystę, inż. Wincentego Szeleszkiewicza. Mieszkańcy bloków z malarzy cenią Chełmońskiego i Gersona, a przy okazji kupują obrazy olejne. Ich sprzedaż odbywa się w dość unikalny sposób, wśród bloków raz w miesiącu pojawia się konno obwoźny handlarz, sprzedający obrazy z wozu. Landszafty można kupić na raty płacone miesięcznie do ręki, poza oficjalnym obiegiem. Jak zauważa socjolog, jest to wspaniały sposób na wyposażenie pustych ścian w mieszkaniach, skoro robotników nie stać na obrazy, których nie sposób kupić w tej okolicy.

Ciekawy jest dostrzeżony konflikt wśród mieszkańców osiedla. Nowi mieszkańcy, przybyli na te tereny z różnych części kraju jak i z dawnych województw wschodnich czują, iż miejscowi traktują ich z wyższością. Są to potomkowie robotników przybyłych tu pod koniec XIX wieku z Mirkowa, pracujący w fabryce od dawna. Ci na tyle wrośli w miejscową ludność, że nie zauważają, aby zachowywali się inaczej.

Mickiewicza, czyli mieszkania oddane pod tak zwany "kluczyk", z meblami, dębowymi parkietami i centralnym ogrzewaniem

Socjolog zauważa również, że choć przy ulicy „znajduje się jeszcze parę will, będących wymownymi reliktami czasów minionych” to „mamy tu do czynienia z nowoczesnym osiedlem”. Gdy opuszcza osiedle, dobiega właśnie końca budowa pierwszych bloków. Jest rok 1964, komitety blokowe budują drogę do Szkoły Podstawowej nr 2, działającej od roku 1958, wybudowanej dla dzieci mieszkańców robotniczego osiedla, wcześniej uczęszczających do budynków przy ówczesnej Warszawskiej (później Al. Zjednoczenia, obecnie Piłsudskiego), oraz na rogu Sobieskiego i Mickiewicza, gdzie później ulokuje się dom dziecka. Szkoła odbiera imię dotychczasowego patrona najstarszej gminnej szkole w Jeziornie, zaś ulica przy której znajduje się osiedle zostaje przemianowana na XX-lecia PRL. Przy okazji ma miejsce zmiana numeracji na obowiązującą do dzisiaj, jedynie bloki przy Mickiewicza zachowują stare numery. A osiedle rozbudowuje się dalej, wykarczowane zostają drzewa w kierunku Jeziorki, gdzie powstaną bloki przy Literatów, Kopernika i w kolejnej dekadzie przy Sobieskiego. W nowobudowanych blokach normą staje się centralne ogrzewanie.

Bloki na Wilanowskiej w Skolimowie-Konstancinie, niektóre drzewa rosną nadal

Niejako na zakończenie, przywołajmy pewien cytat sprzed pół wieku. Nie tak dawno na stronie Wirtualnego Muzeum pojawiły się wspomnienia Juliana Henisza, zaś autor nie pamięta zapewne jak jego ojciec usiłował nieść 50 lat temu kulturę do ludu, działając we wspomnianym Stowarzyszeniu Przyjaciół Twórczości. A powtarzającym, iż na Grapie, gdzie płoną samochody, przy trzepakach się gromadzą, a bloki tagowane są napisem PKWN mogę jedynie przekazać, iż z akt Miejskiej Rady Narodowej Skolimowa-Konstancina pół wieku temu przebijał obraz osiedla, równie niespokojnego:

„Bardzo cenne próby podjęte przez ob. Krzysztofa Henisza, aby miejscowych chuliganów włączyć do lokalnej organizacji o celach popularyzujących i propagujących problematykę z dziedziny sztuki przyniosły w efekcie końcowym raczej fiasko. Przewodniczący sądzi, na podstawie dobrej znajomości terenu, że tylko zdecydowana akcja milicji może sprowadzić pożądane rezultaty. Ostatnio został przez milicję sporządzony szczegółowy spis miejscowych chuliganów, co od razu dało dobre wyniki, gdyż energiczniejsza postawa stróżów bezpieczeństwa uaktywnia ogół mieszkańców i dodaje im otuchy w samoobronie i przeciwstawianiu się wybrykom mętnych elementów”


Źródła i literatura:

  • APW Oddz. Grodzisk Mazowiecki, Akta gminy i MRN Skolimów-Konstancin
  • ORTHWEIN Kazimierz, Przemiany kulturalne i społeczne w podwarszawskm osiedlu Skolimów Konstancin, Wrocław 1969

wszystkie czarno-białe zdjęcia są autorstwa Roberta Kazimierczaka i zamieszczone zostały w wymienionej wyżej książce

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci