Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Potuliccy

Pani na Pieskowej Skale

ksunder

Cóż my właściwie wiemy o Urszuli Wielopolskiej z Potockich? Pozostało nam jedynie kilka dat i portret autorstwa Łukasza Orłowskiego, namalowany w roku 1750, pochodzący z kolekcji Wielopolskich z Chobrza. Obecnie znajduje się w Muzeum Narodowym w Kielcach. Spogląda na nas kobieta w sile wieku, odziana zgodnie z ówczesną modą, w siwą perukę skrywającą jej prawdziwy kolor włosów, z bladą twarzą przykrytą pudrem, w sukni z czasów saskich. Zacięty wyraz twarzy i nieco podejrzliwie, zniecierpliwione spojrzenie zdradza nam jej charakter. Zupełnie nie wygląda na 25 lat, które miała w chwili namalowania portretu. Wydaje się, że życie odcisnęło na niej swe piętno.

ukasz_Orowski_Portret_Urszuli_z_Potockich_WielopolskiejDużo więcej moglibyśmy powiedzieć o jej mężu, koniuszym koronnym i właścicielu licznych dóbr, w tym klucza oborskiego, Hieronimie Wielopolskim. To właśnie on założył słynny browar i umożliwił Kurtzowi założenie Papierni. Urszula zdaje się być jedynie przypisem do tej historii, tymczasem po śmierci Hieronima to ona odegra kluczową rolę dla historii dworu w Oborach. Jak co roku 8 marca warto przyjrzeć się kolejnej z kobiet, o których lokalna historia nie pamięta, a które wywarły niemały wpływ na dzieje tych okolic.

Urszula Potocka herbu Pilawa Złota przyszła na świat w roku 1725 jako córka starosty trembowelskiego Michała. Mając 16 lat wychodzi za mąż za Pana na Pieskowej Skale, Hieronima Wielopolskiego, właściciela licznych dóbr ziemskich, posiadacza pałacu Wielopolskich w Warszawie i klucza kilku wsi położonych na zalewowym Urzeczu, podlegających dworowi w Oborach, wraz z sąsiadującym z nim majątkiem w Skolimowie. Na małżeństwie z pewnością szybko zaważył fakt, iż okazało się bezdzietne. Gdy sporządzany jest w roku 1750 portret Urszula z pewnością już wie, że nigdy nie doczeka się potomstwa. Dziś modne jest szukanie w historii rozmaitych tajemnic alkowy, tu jednak nie dostajemy podpowiedzi co mogło być tego przyczyną. Dość, że liczne majątki nie doczekały się dziedzica, zatem po śmierci Hieronima przejść miały na któregoś z jego braci, bądź potomków. Za wyjątkiem Obór, pałacu w Warszawie i Krakowie, do których mieli jedynie częściowe prawa, bowiem Hieronim zadbał by zapisać je Urszuli.

Skoro jesteśmy znowu przy dobrach oborskich, poszukajmy odpowiedzi na pytanie, czy Urszula kiedykolwiek je odwiedziła. W dokumentach nie znajdziemy śladu takiej informacji, jednak skoro wiemy, iż z pewnością odwiedzał je Hieronim, który wskazał Kurtzowi młyn nad Jeziorką, jako dobre miejsce do ulokowania Papierni, nie możemy wykluczać, iż odpoczywała w tutejszym dworze. Zwłaszcza w młodym wieku, bowiem nie na darmo trzymano w roku 1744 w Oborach bestię na łańcuchu w postaci niedźwiedzia, lecz ku uciesze odwiedzających dwór gości Hieronima. Zapewne przybyła tu nieraz i Urszula. Choć gdy w późniejszych latach po śmierci męża w roku 1779 została właścicielką majątku i przeniosła się do Krakowa, nadal podejmowała wiele decyzji i to do niej zwracali się zarządcy.

Jednakże istotny dla dalszych dziejów Obór okazał się rok 1761. Wówczas umiera starsza o 3 lata od Urszuli jej siostra Eleonora, małżonka Aleksandra Potulickiego. Pozostawia niespełna 5-letniego syna. Od Aleksandra jego wychowanie przejmuje Urszula, stając się dla Michała Bonawentury Potulickiego drugą matką. On zaś jest dla niej synem, którego nigdy nie miała. Dba o jego edukację i jej kolejne etapy, począwszy od konwiktu księży teatynów, aż po studia na Akademii Turyńskiej, które zmienią młodego hrabiego w naukowca. Gdy w roku 1776 powraca do kraju, Urszula czyni na jego rzecz pierwsze zapisy. Choć później sceduje nań prawa do Wągrodna i Rogowa, pierwszym majątkiem, którego dziedzicem zostaje Michał Potulicki są Obory. Z roku 1778 pochodzą dokumenty sporów sądowych, gdzie Michał powołuje się na swe dziedziczne prawa do Obór.

Rozbiory sprawiają, iż Urszula na stałe pozostaje w Krakowie, zaś Obory początkowo znajdują się terenie Prus. Tych samych, w których Michał Potulicki posiada majątki w Wielkopolsce. Urszula ceduje nań klucz wsi na Urzeczu, którego nadal formalnie jest właścicielką. Lecz to „Graf von Potulicki” będzie dla pruskich władz stroną rozmów.

Śmierć zabiera Michała Potulickiego tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1805. Urszula czym prędzej przybywa do Warszawy, zatrzymując się po raz ostatni w pałacu Wielopolskich. Tuż po pogrzebie zmienia swój testament. Wciąż mam przed oczami piękne zwroty, w jakie ubrała swe słowa: „Ja Urszula z Potockich (…) uważając nieuchronny dla każdego przypisany Wyrok Boski, że kto się rodzi umierać powinien, nie chcąc bez rozrządzenia duszy i majątku mego z tego schodzić świata, zdrowa na umyśle i ciele to ostatnie czynię postanowienie”. Tak oto dziedzicami majątku stają się Kasper i Kazimierz Potulicki, a w ich imieniu do czasu osiągnięcia dorosłości opiekę nad Oborami przejmuje matka. Urszula powraca do Krakowa, gdzie umiera cztery miesiące później, w dniu 15 maja, Obory wraz z przynależnymi im dobrami przechodzą w ręce Potulickich.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory

Tajemnice kaplicy Potulickich

ksunder

Ostatnio na blogu niewiele się dzieje, a powodów jest jak zawsze wiele, począwszy od uroków życia zawodowego, poprzez pracę zawodową, na aktywności wykrywkowców kończąc. Chodzący po polach z wykrywaczami metalu napastują mnie ostatnio coraz bardziej aktywnie, co bardziej bezczelni, kontaktują się ze mną prosząc o wskazanie miejsc, w których znaleźć można coś ciekawego, nie mając czasu czytać wszystkich tekstów na blogu. Jeden proponował nawet abym sfotografował mu mapę, na której zaznaczono tutejsze stanowiska archeologiczne. Łatwo można się domyślić co sądzę o takich propozycjach, choć niektórzy podejmują ze mną nawet próby dyskusji, że gdyby nie ich odkrycia, wszystkie znaleziska przepadłyby w ziemi i archeolodzy nie wiedzieliby jak wiele ciekawych rzeczy można tam odnaleźć, wyraźnie widać, iż nie mają pojęcia o czym piszą. Ale dość jasno uświadomili mi, że niestety wiele tekstów na blogu dotyczy zaginionych miejsc, o których dzięki mnie się dowiedzieli, co powoduje u mnie niechęć do wskazywania im kolejnych. Może i generalizuję, niesłusznie wrzucając do jednego worka wszystkich poszukiwaczy, ale ostatnio media doniosły o pewnym idiocie, który rozkopał średniowieczne grodzisko koparką.

Skoro dałem upust swym uczuciom, możemy przejść do treści wpisu, którą jest kaplica Potulickich. Miejsce to niezwykłe, podobnie jak i sam cmentarz położony na granicy Cieciszewa i Słomczyna. Kaplica stanowi zwieńczenie głównej alei, położona jest na jej zakończeniu, na niewielkim wzniesieniu, górując nad cmentarzem. Jest to jeden z najpiękniej położonych cmentarzy na Mazowszu, posiada w sobie ciszę i spokój, kryjąc się w cieniu starych drzew. Wiele osób mówi o magicznej sile jego przyciągania. Kaplica dawnych dziedziców Obór stanowi istotny element tej tajemnicy, Miron Białoszewski chadzał tu o północy, chcąc spotkać ducha. Wiele osób 1 listopada bezwiednie zapala tu znicz, lecz sporo osób pamięta jeszcze rodzinę, niektórzy wciąż mają dokumenty zakupu ziemi od hrabiny Marii tuż przed wybuchem II Wojny Światowej. Właściwie to kaplica Potulickich i skoligaconych z nimi Melżyńskich. Kilka lat temu szperając w archiwum odkryłem, iż wzniesiono ją dopiero pod koniec XIX wieku, fundacją Konstancji Skórzewskiej (czyli „matki chrzestnej” Konstancina oraz Stanisława i Marii Potulickich w latach 1893-96, nadając jej wezwanie Narodzenia Najświętszej Marii Panny i składając na jej utrzymanie depozyt 200 rubli srebrem, które zabrała rewolucja oraz dwie wojny światowe. Dlaczego więc w stellach wmurowanych w boczne ściany kaplicy widoczne są daty śmierci nawet o pół wieku wcześniejsze? Odpowiedź na to pytanie nie jest trudna. Do czasu wybudowania kaplicy ciała rodziny Potulickich składane były na miejscowym cmentarzu. Dlaczego nie w kościele, skoro byli patronami tutejszej świątyni w Słomczynie, siedzibie dawniejszej parafii cieciszewskiej? Prawo patronackie odziedziczyli wraz ze spadkiem po rodzie Wielopolskich, dla których dobra oborskie były jednymi z licznych majątków, spośród których głównym klejnotem była Pieskowa Skała. Stąd też w budowanym około roku 1724 kościele, konsekrowanym w roku 1739, grobów ich nie uświadczymy. Urszula Wielopolska testamentem przekazała dobra oborskie na rzecz młodocianego Kaspra Potulickiego w roku 1806. A to już praktycznie czas narodzin Księstwa Warszawskiego, które powstało w rok później. W nim to wydano rozporządzenie, by cmentarze zakładać w odległości od ludzkich siedzib i tak oto narodziły się cmentarze na Mazowszu jakie znamy obecnie, w tym tutejszy. Stąd i najstarszym pochowanym z Potulickich w tym miejscu będzie Kasper. O jego śmierci i pochówku donosiły w roku 1853 ówczesne gazety. Ciało złożono do grobu w ziemi, którą ukochał. W owym czasie Potuliccy posiadali dobra oborskie, w tym okoliczne wsie, co zmienić się miało dopiero po Powstaniu Styczniowym, gdy nastąpiło uwłaszczenie. Kolejnych przedstawicieli z rodu również składano na tutejszym cmentarzu, aż wybudowano rzeczoną kaplicę, do której przeniesiono doczesne szczątki. Usypano sztuczne wzniesienie, łatwo zauważyć skąd wzięto ziemię, bowiem na przedpolu kaplicy się ona obniża. W oryginalnym założeniu otoczenie kaplicy było puste, kaplica spoglądała na cmentarz poniżej, zupełnie jakby hrabiowie pełnili straż nad zmarłymi poddanymi. Grób mojego prapradziadka zmarłego w roku 1901 znajduje się w odległości kilkudziesięciu metrów od tego miejsca, znać że pochówków początkowo nie dokonywano w otoczeniu kaplicy.

Ale to nie koniec związanych z nią zagadek. Jeśli porównamy daty narodzin i śmierci członków rodu pochowanym w kaplicy wprawimy się w niewielką konfuzję. O ile prawidłowo oddano okres życia hrabiego Kaspra, już w przypadku jego małżonki Teresy z Melżyńskich dostrzeżemy znaczącą różnicę. Urodzić się miała 28 kwietnia 1795, podczas gdy w akcie chrztu stoi data późniejsza – 20 lipca 1797. Szybkie badanie genealogiczne przyniesie nam inne rewelacje, rzeczywistości nie odpowiada znaczna część podanych dat urodzenia złożonych tu członków rodu, zresztą w większości w wypadku ich nie ma i ograniczono się do podania wieku zmarłego, który zazwyczaj także nie odpowiada prawdzie, różniąc się o rok lub dwa lata od rzeczywistego. Cóż się stało, można zapytać?

Urodzin w wieku XIX jeszcze nie świętowano, okazją taką były raczej imieniny. Nie przykładano do tych pierwszych wagi, a w świecie pozbawionym dowodów osobistych i numerów PESEL, mało kto zwracał uwagę na datę przyjścia na świat. Odnotowywano ją w kościelnych księgach, lecz później niewielu do nich zaglądało. Stąd też w sposób niejako naturalny dochodziło do ujmowania sobie lat, niektórzy zapewne do końca życia nie wiedzieli, ile mają naprawdę, przyjmując jak im powiedziano w dzieciństwie, że było to „ze sześć lat temu”. Oczywiście im dalej w mroki historii tym gorzej, stąd nie dziwi nas, że rodzina Potulickich nie była do końca świadoma, kiedy urodziła się nestorka ich rodu, hrabina Teresa. Tak zanotowano w Oborach, inna data była w Niechanowie, lecz nikt tego wówczas nie sprawdzał, nie było po temu powodu.

Jutro 1 listopada i jak zawsze u stóp kaplicy zapłoną znicze, może także i wasze.

Zaginione miejsca: Teresin

ksunder

Las skrywa tajemnice. Nie tylko duchy, jak pisałem o tym latem, wspominając o zjawie leśnika, która strzeże dawnego drzewostanu należącego niegdyś do dóbr wilanowskich nieopodal Żabieńca. W innej części lasu znanego obecnie jako chojnowski, gdy opuści się już główne szlaki natknąć można się na zapomniane wojenne okopy, stanowiące pamiątkę po pobycie Wermachtu. Jest grób węgierskiego żołnierza, który zginął w obronie Polaków, niegdyś grzybiarze potrafili wskazać jeszcze miejsca pochówku Rosjan. To tu w bunkrach ukrywano Żydów, wtajemniczeni wiedzą, gdzie rozbił się radziecki samolot, lecz miejsca tego nie zdradzę. Wystarczająco wielu pisze do mnie poszukiwaczy skarbów, proponując udział w zyskach w zamian za pomoc we wskazaniu miejsc potencjalnych znalezisk. Ostatnio napisał do mnie jednak pewien pan pytając o swych przodków, o których wiedział jedynie, że mieszkali na folwarkach Imielin i Teresin. Myślę, że to dobra okazja, by napisać o tym ostatnim, pierwszy z nich obecnie stał się prywatnym lotniskiem, a nazwę wciąż jeszcze odnajdziemy na mapach. Druga przepadła z upływem czasu. Oddalając poniższą mapę z googla z łatwością odnajdziecie lokalizację Teresina, gdzie obecnie napotkamy jedynie leśną wiatę i wystające z drzew zardzewiałe gwoździe.  

Teresin był folwarkiem położonym w środku obecnego lasu oborskiego. O ile nierzadko po takich miejscach pozostaje wieloletni ślad w roślinności, jak choćby po należącym do dóbr Wilanowskim Olechowie, położonym nieopodal Kierszka, w przypadku Teresina nie sposób dostrzec jakiegokolwiek dowodu na to, iż na rozstaju leśnych dróg znajdowały się niegdyś zabudowania, a miejsce zamieszkiwało prawie 60 osób, jak wykazał spis z roku 1865. Folwark został założony nie wcześniej niż w połowie XIX wieku, wcześniejsze mapy nie ukazują nam w tym miejscu żadnych zabudowań, milczą na jego temat także dokumenty. Przetrwał co najmniej do czasów I Wojny Światowej, później najwyraźniej przestał istnieć, a w jego okolicy powstała należąca do Potulickich leśniczówka. Dzisiejszą opowieść zilustrujemy więc mapami, które opowiadają o jego losach, prowadząc do jednej z tajemnic Konstancina.

teresin0

1831 

Na mapie z roku 1831 jeszcze nie istnieje, napis folwark Potulickich tyczy się Łyczyna. Łatwo jednak zauważymy, że droga ze Słomczyna, w którą przechodzi ulica Wiślana istnieje po dziś dzień, zagłębiając się w las oborski, który zyskał swą nazwę bowiem należał do wspomnianego dworu. Nieopodal miejsca gdzie powstanie Teresin znajdziemy cegielnię, podążając wzdłuż tej drogi odnaleźć możemy wyrobisko, z drogą dla wózków prowadzącą w głąb wykopanego jaru, gdzie świetnie dostrzec można przodki. Pod koniec wieku po wyczerpaniu źródła gliny cegielnia przeniosła się nieco ku północy, miejsce to na początku wieku będzie owym słynnym miejscem produkcji cegieł, z których zbudowany zostanie Konstancin. Działać będzie wówczas w formie spółki, a autorzy książek uznają, że zostanie założona wówczas po raz pierwszy. Co jak widać dalekie jest od prawdy. Cegły z napisem Obory znajdziemy w wielu miejscach, my jednak wróćmy do Teresina.teresin3

1898 

Na powyższej mapie dostrzeżemy jeszcze jedną ciekawą rzecz, las, który porósł teren poźniejszego Konstancina, aż po Jeziorkę, wówczas jeszcze nie istnieje. Zaczyna wzrastać na łące wraz z założeniem folwarku. Jest to pierwszy z folwarków założonych przez Potulickich w XIX wieku, który rozpocznie tradycję nadawania im imion kobiet z rodu. Tu matką chrzestną stanie się Teresa z Melżyńskich (1797 - 1867), żona hrabiego Kaspra Potulickiego (1792-1853). Przyjdzie później czas istniejących po dziś dzień Anusinów, Maryninów i wreszcie folwarku o nazwie Obory-Konstancya, którego nazwa zostaje szybko zmieniona na dużo lepiej brzmiący dla zakładanego letniska Konstancin.

teresin4

1915

Ale to jeszcze przyszłość (wbrew powtarzanej w literaturze informacji jakoby już Kasper Potulicki miał założyć folwark o takiej nazwie, jest to nieprawda). Teresin staje się dużym folwarkiem, nastawionym na prowadzenie gospodarki rolno-leśnej. Mieszkają tu dzierżawca i pracownicy sezonowi, których w roku 1865 spisano wraz z dziećmi jak widzieliśmy całkiem sporo. Działa prężnie ze znajdującą się nieopodal cegielnią, podupadać zaczyna dopiero, gdy zostaje ona przeniesiona w lokalizację obecnego osiedla Elsam. W okolicy miejsca jego poprzedniego wydobycia powstanie gajówka, która nie istnieć będzie podczas II Wojny Światowej, oznaczona zostanie jeszcze na alianckich mapach.

teresin11931

Później zniknie, gdy las oborski stanie się częścią lasów chojnowskich wskutek uwłaszczenia. A co z Teresinem? Ten zniknie już wcześniej, po I Wojnie Światowej. Teren na południe od Konstancina porośnie las, zapewne Potuliccy z czasem planują przeznaczyć go na letnisko, jak uczynią to z Królewską Górą. Lecz być może zamiar ten mieli już wcześniej. W AGAD znajdziemy ciekawą mapę, pochodzącą z roku 1896. Las i pola wokół Teresina zostały wstępnie podzielone na duże działki, jak wynika z dopiski, noszono się z zamiarem parcelacji. Być może tu planowano pierwotnie lokować letnisko, bądź jego część, lecz zwyciężyła lokalizacja bliższa budowanej trasie kolejki. Data jest praktycznie analogiczna z datą parcelacji Konstancina, wyprzedzając ją jedynie o rok, tym samym nieistniejący Teresin to kolejna z zapomnianych tajemnic Konstancina. 

teresin21896


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, Zbiór Kartograficzny
  • mapywig.org

Dwór w Oborach (3)

ksunder

W chwili gdy piszę niniejsze słowa trwa wyprzedaż majątku ruchomego w dworze w Oborach, zorganizowana przez zarządzającą nim Fundację. Każdy może wykupić przysłowiowy talerz czy krzesło, a z końcem listopada dotychczasowy zarządca gasi światło i przekazuje klucze do obiektu powracającej dawnej właścicielce. Teresa z Potulickich Łatyńska deklaruje, iż zamierza tu osiąść i spędzić resztę życia, w miejscu, gdzie miało miejsce jej szczęśliwe dzieciństwo, przerwane wojną i zawieruchami historii, które sprawiły, iż musiała go opuścić. Decyzję taką należy zrozumieć i uszanować, choć domniemując wysokości nakładów przeznaczonych na utrzymanie dworu, wydaje się ona trudna do wyobrażenia. Co przyniesie przyszłość jest jak zawsze nieodkrytym krajem, stąd powróćmy do przerwanej opowieści o historii oborskiego dworu.

11951593_807907565996212_5955486310585562262_o

Większa część XVIII stulecia pozostaje niewiadomą, wiemy iż za czasów Hieronima Wielopolskiego dwór tętnił życie, choć zachowała się jedynie jedna tycząca się gospodarki księga pochodząca z roku 1743. To wówczas trzymany tu na łańcuchu niedźwiedź uciekł powodując popłoch wśród gawiedzi (co opisano kiedyś w tym wpisie). Obok dworu funkcjonowały ogród włoski i oranżeria, zaś prostopadle do głównej budowli wzniesiono parterową oficynę z mieszkalnym poddaszem, przykryte mansardowym dachem. W tym czasie pokryto także plafonem strop jednego z pokoi, a autorem malowidła był najprawdopodobniej Antoni Smuglewicz. Nie sposób jednak zgodzić się z powtarzaną za Andrzejem Ziencem informacją, iż dwór doczekał się remontu w latach 1784-1796, wskutek zniszczeń spowodowanych najprawdopodobniej pożarem. Przyczyna była tu dużo bardziej prozaiczna, jak pisałem już kiedyś Zienc opracowując dzieje dworu korzystał z nieuporządkowanego jeszcze w jego czasach archiwum oborskiego, nie dotarł więc do istotnej informacji, jaką były zniszczenia spowodowane przez „wojska moskiewskie”. Miało to miejsce w roku 1794, podczas Insurekcji Kościuszkowskiej (o czym poczytać można w tym wpisie). Najprawdopodobniej zamęt związany z „rewolucją” i ucieczka ludności, pozostawiły dwór na jakiś czas opuszczonym, co spowodowało pozbawienie go przez rosyjskich żołnierzy drzwi, okiennic i innych drewnianych elementów oraz mebli. Gdy zarządca klucza oborskiego ocenił spowodowane zniszczenia udał się do Krakowa, gdzie żona Hieronima Wielopolskiego, Urszula z Potockich, zamieszkiwała na stałe, najprawdopodobniej nie powracając do Obór od roku 1779, gdy zmarł jej mąż. Uznała wówczas, że dwór wymaga bliższego nadzoru, przekazując go w bezpośrednią pieczę swego dziedzica, Michała Potulickiego (więcej o tej postaci w tym wpisie). To on przeprowadził remont i odbudowę dworu, wymieniając kominki, okiennice i drzwi, sprawiając iż pomieszczenia otrzymały fasetowe stropy z profilowanymi gzymsami. Wymieniono także więźbę dachową i zamontowano nowy mansardowy dach, urządzając na nowo wnętrza. Być może praktyczny umysł naukowca sprawił, że nie odbudowano już oranżerii, skupiając siły na rozbudowie działającego tu browaru, gdzie Michał prowadził eksperymenty.

Wiek XIX zapewne przyniósł w dworze doraźne remonty, lecz gdy rodziła się tu Marianna Konstancja, od której imienia utworzono później letnisko Konstancin, budowla była w kształcie pozostawionym przez Michała. Dopiero w roku 1893 pod kierunkiem znanego architekta Władysława Marconiego hrabia Henryk dokonał kolejnej przebudowy. To wówczas złamana została bryła budynku poprzez dobudowanie kaplicy z prawej strony obiektu, a także w części ogrodowej poprzez dostawienie ryzalitu, zawierającego klatkę schodową. Praktycznie w tym stanie dwór przetrwał do czasów dzisiejszych, jedyną zmianą dokonaną przed rokiem 1945 było zamurowanie wejścia od wschodniej strony i zastąpienie go oknem. W roku 1945 ulokowano tu przedszkole, a obiekt szybko został przejęty przez Związek Literatów Polskich. Kobiety z rodu Potulickich zabrały stąd jedynie swe osobiste rzeczy, zapewne nikt nie przypuszczał wówczas, że historia zatoczy koło.

11913882_807907559329546_7400143481771385710_n

Warto zatem odwiedzić dwór i park po raz ostatni, nim na bramie zawiśnie kłódka, a dwór zapadnie w letarg, czekając na powrót Potulickich, lub innych właścicieli. Przyjrzeć się starym drzewom oraz murom pamiętającym czasy Wielopolskich, gdy jeszcze nie było Konstancina.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • Zienc A.: Dwór w Oborach. Biuletyn Historii Sztuki 1962 nr 2, s.188-199.
  • Radziewicz J.: Dwór w Oborach – między pałacem a dworem szlacheckim - RMR (dostęp 13 11 2015)

Opowieści znad Wisły II

ksunder

Wie pan, że wnuczka przyszła do mnie i spytała jak wygląda nieboszczyk? Bo chciała się przebrać na to święto. Ja nie wiem czy to dobre czy złe, że dzieci się przebierają, ja przeżyłam już tyle lat, że niczemu się nie dziwię. Wy macie teraz tyle różnych rzeczy, samochodów, wynalazków, ale czy żyje się przez to lepiej? Ja nie mam naprawdę pojęcia. Ale, że dzieci nie wiedzą jak wygląda nieboszczyk to chyba z jednej strony dobrze. Bo jak ja dorastałam to to był powszechny widok, wie pan, wojna była, ja pamiętam jak szłam do Karczewa przez lód bo Wisła jeszcze wtedy zamarzała i tam leżał ten trup Niemca. On był w mundurze na śniegu, ja nie wiem kto go zabił, czy nasi, czy jego koledzy. Ja uciekłam stamtąd szybko, żeby mnie nikt nie zauważył, bo to w końcu Niemiec był. Ale tę krew na śniegu to pamiętam. Wie pan, to że on nie żyje i tam leży to mnie nie dziwiło, ale że Niemiec. Nie, nie tylko dlatego, że wojna była. My mieliśmy tę śmierć na co dzień, oswojoną, nie tak jak teraz, że jej nie ma, tylko się groby odwiedza. Jak się szło na cmentarz, to pięknie było, jak się świece zapalały, a harcerze trzymali warty na grobach. Ale my śmierć mieliśmy na co dzień. Pyta pan dlaczego? No jak ktoś umierał, to przecież nie było tak, że go ktoś zabierał. On leżał w domu przez te dwa albo trzy dni i nigdy nie był sam. Bo jak się go już ubrało i umyło, to ktoś był cały czas w domu. Przychodzili wszyscy sąsiedzi i odmawiali modły. Przez dwie noce tak było, że się żegnało, tak było z moją babcią i dziadkiem. Cała wieś przyszła. Tylko był taki czas, że tu nie można było nigdzie zbić trumny, ja nie pamiętam dlaczego, mała była. Wtedy tatuś jechał i szukał, czasem daleko musieli jeździć, raz pamiętam, że trumnę znaleźli dopiero pod Kołybielą, a tam wozem źle się jechało, bo koleiny były takie inne. Raz to pod Grójec, wie pan? A potem po tych modłach to przychodził ksiądz i odprowadzał osobę i było pożegnanie. Pod kapliczką była ostatnia modlitwa i wtedy cała wieś przychodziła i osobę żegnała. Tego to już teraz nie ma i tego to mi szkoda. Ale jeszcze proboszcz na Mirkowie żegnał kogoś tak, nie tylko ten ze Słomczyna, jak parafię zmienili. Ale tego to już nie ma. Więc czy to lepiej czy gorzej, ja nie wiem. Po prostu zapalam świeczki na grobach. I cmentarz pięknie wygląda jak się te znicze palą. Proszę popatrzeć z góry, stanąć tam obok kościoła w Słomczynie i spojrzeć ze skarpy na Powiśle, to wtedy Pan zobaczy.

DSC03656Nawet na zaduszki to się duchów nie bałam. Ale te ogniki to mnie wystraszyły, jak jechaliśmy na cmentarz tą drogą od Łęgu i Czernideł, co to teraz nikt nie jeździ. Tam na rozstajach to straszyło, tak wtedy mówiono, bo tam się ktoś utopił i krzyż stał. Ale ta kuzynka z Garwolina to naopowiadała, że to umetrzy. No to znaczy geometrzy, co miedze źle rozmierzyli i po śmierci błąkali się po polach by jeszcze raz je zmierzyć dobrze. Ja pamiętam jak mierzyli, jak grunty były scalane, choć to już wojna była. Ale przyjechał geometra z Warszawy i trzeba było podwodę posłać na stację kolejową do Jeziorny, bo przecież trzeba było go przywieźć do nas. I on kwaterę musiał dostać i opierunek jak mierzył. A inne duchy? No pod kaplicą hrabiów, tam gdzie ta niania, no ta od Potulickich.

„pozwalam sobie znów do Pana napisać (...) Pan szukał grobu Robaka, mnie od czasu, gdy się tu sprowadziliśmy intryguje grób Adeli Bussey. Pochowana jest w niewielkim i skromnym grobie po lewej stronie kaplicy Potulickich. Właściwie nic o niej nie wiem, same domysły i to co kiedyś było widoczne na matalowej tabliczce, teraz już całkiem zatartej. Mogę się pochwalić, że daaawno temu odmalowaliśmy tę tabliczkę na kilkanaście, a nawet może -dziesiąt lat przedłużając żywot tych skromnych informacji o nieznanej kobiecie. (Po odmalowaniu gałązka wyszła nieco niezgrabnie, może ktos zwrócił na to uwagę )Wtedy grób był kompletnie zaniedbany, a my, naszą paczką chodziliśmy tam powodowani chyba jakimiś romantycznymi wyobrażeniami. Moja babcia twierdziła, że w taki sposób pochowana kobieta mogła być np. guwernantką. Niestety nie pamiętam na 100% całego tekstu. Brzmiał on prawdopodobnie tak: Adela Bussey, ur. w Montbovon w Szwajcarii, zm. w Oborach w 1924 (i tu nie jestem pewna roku...). Prosi o Zdrowaś Maria. Ponieważ ktoś zrobił nową tabliczkę, ale tylko z imieniem i nazwiskiem, dopisałam dlugopisem na starej informacje, które pamiętałam, może ktoś skoryguje...”

DSC03664A na cmentarzu to w ogóle nie straszy, ale duchy były tam zawsze. To nasi zmarli, jeśli stanąć w nocy pośród zapalonych zniczy, to poczuje się ich obecność. Bo po wszystkich świętych jest dzień zaduszny, za duchy, rozumie Pan?

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci