Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Gassy

1 sierpnia 2015

ksunder

Nachodzi mnie refleksja, że choć dzisiaj i jutro czcić będziemy przede wszystkim pamięć walczących w Postaniu, nie powinniśmy zapominać także o ludności cywilnej, która wzięła w nim udział.

31 lipca 1944 moja prababcia Romana została w Gassach ranna odłamkiem rosyjskiej bomby, gdy Armia Czerwona oraz LWP atakowały umocnienia niemieckie na linii Wisły, po zniszczeniu mostu w Ciszycy usiłując zająć przeprawę. Niemiecki felczer nie zdołał usunąć odłamka, więc wozem Wermachtu wraz z innymi rannymi przewieziono ją do Szpitala na Czerniakowie. Tam zastał ją 1 sierpnia. Z Warszawy wyszła kanałami, nie mając pojęcia co dzieje się z jej rodziną. Jej córkę (czyli moją babcię) ewakuowano wkrótce z Gassów i zakwaterowano w Oborach oraz konstancińskich willach wraz z pozostałymi mieszkańcami wsi. Obie odnalazły się dopiero wiosną 1945 roku w Pruszkowie, żadna nie miała pojęcia czy druga z nich żyje. Z kolei na wieść o bombardowaniu Gassów stryjek Magdziarz zdecydował, że nie jest to bezpieczne miejsce dla 14-letniej Krysi i zabrał ją do Warszawy. Kolejką wilanowską jechał wraz z podążającymi na miejsce planowanej zbiórki o godzinie „W” mieszkańcami tutejszych wsi, którzy zdołali wymknąć się Niemcom, którzy zabrali większość młodych mężczyzn do kopania umocnień (między innymi dlatego mój dziadek nie dotarł do Warszawy i walczył w Kabatach, ale to już inna historia). Dwa tygodnie później zginęła Krysia Magdziarz, nie mająca wcześniej związku z działalnością niepodległościową, padła od hitlerowskiej kuli jako łączniczka AK. Jej grób znajduje się na cmentarzu w Słomczynie, gdzie pochowano również wielu innych walczących, z dala od głównej kwatery Batalionu „Krawiec”. To oczywiście jedna z wielu rodzinnych opowieści, zapewne wielu z was ma podobne, może ktoś będzie się chciał jakąś podzielić?

W każdym razie kiedy ktoś mnie pyta, czy Powstanie miało sens, ja odpowiadam jednym. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, bowiem Powstanie jest dla mnie doświadczeniem rodzinnym, w którym wzięli udział zarówno walczący jak i cywile. Takie pytanie nie ma więc dla mnie sensu. Kiedy byłem mały i dziadek zabierał mnie do Powsina na obchody i spotkania ze swoimi żyjącymi kolegami, nabrało dla mnie zupełnie innego wymiaru. Dziś wszyscy stawiają się na apel poległych.

Dlatego jutrzejsza uroczystość w Mirkowie jest tak ważna, z uwagi na obecność p. Barbary Kulińskiej-Żuchowicz, jednej z ostatnich żyjących bohaterek tamtych dni, którą udało się wreszcie upamiętnić.

Do posłuchania wrzucam wam teledysk promujący „Czas honoru”, zawierający sceny kręcone w tej samej Papierni, w której wybuchły 71 lat temu walki.

Wielka powódź

ksunder

wpis o wylewie Wisły

Przypominałem kilka dni temu tekst z bloga o początku łurzyckiej wiosny i nawiedzających te strony powodziach. Temat to niczym baśń o żelaznym wilku, choć do połowy XX wieku powodzie zdarzały się w tych stronach nader często. Trudno sobie wyobrazić co może stać się, jeśli wezbrana woda przerwie wały, choć rozmaite prognozy wskazują, iż wylew dojdzie aż do wiślanej skarpy. Dziś przeczytamy relację z takiej powodzi, mającej miejsce w roku 1879, gdy woda doszła zalała teren aż do Habdzina i Obór. 20 lutego 1879 na miejsce udał się dziennikarz Kuriera Warszawskiego. Za kilka dni zamieszczę jeszcze rządowy komunikat w tej sprawie. Warto przeczytać przejmujący artykuł, w którym uwspółcześniłem jedynie nazwy miejscowości. Co ciekawe powódź ta utkwiła tak w pamięci współczesnych, że wspominana jest w niektórych nadwiślańskich rodzinach po dziś dzień - opowieść o stawach "wybitych" na Dębinie, gdzie doszło wówczas do przerwania wału, słyszałem osobiście, bowiem opowiadały o tym prababcie obecnie żyjących.


"Przerwanie wału ochronnego pod Łęgiem i Gassami", Kurier Warszawski nr 41, 20 lutego 1879 roku

Przybór obecny zapewnił  sobie kartkę w historji Wisły. Wprawdzie u stóp starej Warszawy rzeka nic śmiała głośniej poswawolić, lecz za to w górze dała się ona dobrze we znaki. Wspominaliśmy już o rozlewach pod Sandomierzem— obecnie dodać należy słów parę o stronach bliższych, a mianowicie o zalani niziny moczydłowskiej i przerwaniu wału ochronnego pod Gassami.

Niezwykłe te katastrofy, interesujące ogół i budzące namieście mnóstwo wieści, naprowadziły nas na myśl zasięgnięcia na miejscu wiadomości o nieszczęśliwym wypadku. Dotarliśmy lewego wybrzeża Wisły czyli tak zwa­nych moczydłowskich nizin i stamtąd przynosimy wieści. Zanim jednak przystąpimy do opisu samej katastrofy zaznaczyć winiliśmy, że pobrzeże Wisły prawie od wzniesionej Góry Kalwarii na południe aż do Wilanowa na północ jest bardzo niskie, tak że dawnemi czasy było ono zawsze zalewane na kilka wiorst.

Otóż, dzięki staraniom dziś już nieżyjących hr[abiego Kaspra] Potulickiego i p. [Henryka] Rossmana z Bielawy, cała ta ni­zina odgrodzona została od rzeki specjalnym wałem ochronnym ciągnącym, się od Moczydłowa prawie do Wilanowa. Wał ten, datujący się od roku 1846, utrzymywany był w nadzwyczajnym porządku a stosowany przy nim systemat tam wydzierał rzece całe przestrzenie ziemi poza wałem, tak, że w jednem miejscu (na­przeciw wioski Kopyty) wał ostatniemi czasy oddalony był od rzeki prawie o dwie wiorsty, a naprzeciwko wsi Gassy powstała nawet poza wałem na nowym gruncie wieś Zieleniec.

Clipboard013

Powódź pod Wilanowem w roku 1884

Otóż w obrębie wału wynoszącego do dwudziestu wiorst długości poczęły się pod koniec zeszłego ty­godnia tworzyć zatory przy kępie położonej naprzeciwko wsi Kliczyn. Jak twierdzą, przyczyną znacznego zatoru było nagromadzenie się w korycie piasków, nawet w zwy­kłych warunkach tankujących spław. Bądź co bądź w sobotę (15 lutego) wody powyżej Kliczyna zaczęła silnie przybierać. Impet, jej  główny  skierował się na brzeg i wał w stronie wioski Łęg położonej nieopodal. Woda podnosiła się tu gwałtownie, silne budząc obawy — wał w tym punkcie począł mięknąć...

O godzinie pierwszej z północy niebezpieczeństwo stało się tak groźne, że stróż wału w Łęgu, Józef Utrata, dał znać do nadzorcy w Piaskach i starał się zgromadzić jak największą liczbę włościan, przy pomocy których usiłowano wzmocnić wał słomą, nawo­zem itd. Tymczasem całą przestrzeń przed wałem z stała za­lana, a mieszkańcy znajdującej sie tu, jak już napo­minaliśmy, wsi Zieleńca uciekli domiejsc bezpiecz­niejszych z bydłem i cala chudobą. Obeszło się przy tem bez tragicznych wypadków, oprócz jednego, który omal smutnie się nie zakończył. Syn wyjeżdżał z chaty razem z ojcem na łodzi, a gdy ostatni zasiedział się na strychu pierwszy, przypusz­czając, że Ojciec odjechał wcześniej, nie czekał nań dłużej. Biedny starzec pozostał  sam   w opuszczonym  do­mostwie. Straszliwy widok. Zrozpaczony rzucił się  w wodę dochodząca mu do ramion  i począł  zdążać  ze  strasznym wysiłkiem ku wałowi. Już groziła mu niechybna śmierć—gdy łódź wy­słana z brzegu uratowała nieopatrznemu starcowi ży­cie.

Wracając do położenia ogólnego, przez resztę nocy stawało się ono coraz gorsze — nad ranem też z Łęg i sąsiednich Gassów poczęli się wynosić mieszkańcy. Katastrofa wreszcie, pomimo wszelkich starań i usiłowań, stawała się nieuniknioną. Woda silnie parła poczęła nawet przelewać się przez wał wyjątkowo w tem miejsca niski, co silnie wpływało na jego destrukcję, rozmiękczając zie­mię... Wreszcie o godzinie dwunastej w południe dnia następnego (w niedzielo) stał się fakt... Woda wyrwała dwadzieścia sążni wału i z szalo­nym pędem wylała na okolice. Pierwszy wyłom w wale znajdował się na północ od Łęgu. Drugą mniejszą wyrwę w wale zrobiła woda o go­dzinie pierwszej bardziej na południe — po drugiej stronie Łęgu. Szerokość tego wyłomu dochodzi tylko do piętna­stu kroków. Trzeci raz, o trzeciej z południa, przerwała Wisła wał jeszcze bardziej na południe pod wsią Gassy,— tu również  na 20 sążni szerokości. Wszvstkie trzy wyłomy zrobiono zostały w miej­scu mniej od innych niebezpiecznem—i dlatego były do pewnego stopnia niespodziewane.

W innych punktach słabszych, jak np. przy wsi Kopyty), gdzie wał ostrym kątem się załamuje i prze­to więcej na działanie fal wystawiony, podatniejszy sile ich byćby winien, przygotowano nawet bardzo znaczne zapasy faszyn i innych umocnień na wypadek. Pod Moczydłami też na krańcu południowym wału było niebezpieczeństwo, które jednak dzięki energi­cznym rozporządzeniom naczelnika powiatu górno-kalwaryjskiego usunięto.

Wracając do przerwania wału pomiędzy Gassami i Łęgiem, trzy wyłomy tam zrobione znajdowały się na przestrzeni wiorsty, fale więc, które z szalonym wy­biegły pędem—płynęły po nizinach najpierw wiorstową szerokością. Straszliwy widok. Zatapiały ono wszystko!

W godzinę po utworzeniu pierwszego wyłomu głębokość wody około wału wynosiła do trzech łokci... Straty jednak zrządzone przez wylew nie były zbyt straszne, ponieważ domki w nadbrzeżnych wioskach opancerzone są zwykle płotami z gęstych a wytrzy­małych wiklin,  tamujących żywiołowi przystęp do chaty. Za to woda wpadając wśród płoty wiklowe i rozstrącając się o nie tworzy straszliwy wir. 

urzecze0167

W tle wiklinowy płotek w połowie XX wieku w Gassach. W artykule dość dobrze opisano jego praktyczną funkcję.

Domy więc w Gasach i Łęgu, pomimo  szalonej gwałtowności żywiołu, pozostały prawic nietknięte- karczma tylko stara w pierwszej z tych wiosek rozwaliła się... Szczątki jej popłynęły z prądem. Mieszkańcy zdołali się wcześnie jeszcze z wsi, o których mowa, wynieść—udali się oni do położonych wyżej Słomczyna, Jeziorny i Kawęczyna, wziąwszy ze so­bą dobytek i chudobę.Na miejsce wypadku w niedzielę jeszcze przybyło wielu okolicznych włościan i obywateli, prezes komi­tetu ochrony wału hr. Potulicki i naczelnik powiatu górno-kalwaryjskiego.

Wisła, wyrwawszy się z poza wału, zalała do pię­ciu wiorst. Pod wodą były wsie Gassy, Łęg, Piaski, Zieleniec, Czernidła, Opacz, Habdzin i Habdzinek, prócz tego pola więcej oddalonych Obór i Bielawy oraz dwa fol­warki do Obór należące, z tych jeden Anielin.

Włościanie z wiosek tych pouciekali wcześnie jesz­cze z dobytkiem i dziećmi do miejsc wyżej położo­nych. Władze miejscowe starają się im nieść pomoc W przedmiocie naprawy   i  zabezpieczenia   wału przed   dalszemi  ewentualnościami    obradować  ma wkrótce komitet ochrony wału. Przybór zaczął się już zmniejszać w niedzielę wie­czorem. Na zakończenie z ust osoby, która była na miejscu w niedzielę, czerpiemy tu opowieść o wrażeniu, jakie sprawiają porą wieczorna zapasy rozszalałych żywio­łów...

O dwie wiorsty już prawie od miejsca wypadku słychać straszny grom.. Grom ten, podobny do ryku bałwanów i głosu rozszalałej burzy, potęguje się co chwila. Idziemy wałem szerokim na cztery stopy. Po jednej stronie Wisła, szalejąca bezbrzeżna Wi­sła— po drugiej mrok...Zbliżamy się—jesteśmy już niedaleko... grzmoty coraz bardziej rosną. Nagle i po drugiej stronie wału ukazuje się pas wody. wznosi się on wciąż... W oddali i na wale błyszczą w mroku jak świę­tojańskie robaczki—latarki i światła. Słychać nawoływania. Fala po drugiej stronie wału, którym idziemy, coraz bardziej wzrasta. To Wisła, wybiegłszy przez wyłom, wydziera się z rykiem i hukiem na pola i sioła. Mamy już po obydwu stronach wodę, nad nami— mrok nieprzenikniony, a pod nami—wąski pasek zie­mi chwiejnej, bezsilnej wobec potęgi żywiołów buntu­jących się ze wszech stron. Któż zaręczy, że wiotka ta opora lada chwila nie mne z nami w wodną przepaść? Idziemy wszakże dalej... Tu wyłom. W szalonym wyścigu jedna przez druga pędzą po­tężne fale wydzierając się naprzód—naprzód. Stoimy na cyplu wału—dokoła burza i grom...

O Gaszu i Miklaszu

ksunder

wpis, o początkach miejscowości Gassy i pochodzeniu jej tajemniczej nazwy

Jak w starym dowcipie, gdy na zjeździe radiowców rosyjskich wstała przedstawicielka Radia Erewań i rozpoczęła swą przemowę od zdania: „Do naszej radiostacji przychodzi wiele pytań…”, dalsza część jej wypowiedzi utonęła w śmiechu delegatów znajdujących się na sali. Równie wiele pytań otrzymuje autor tego bloga, a jednym z najczęstszych jest pytanie o pochodzenie nazwy Gassy. Teorii jest tutaj wiele, a odpowiedzi nie ułatwia pewien pan, którego nazwisko pominę, wożący ludzi po Wiśle i wmawiający im, iż niegdyś wieś ta zwała się Hossy. Co nie jest prawdą, bowiem nazwa Hossy występuje wyłącznie na jednym dokumencie, szeroko znanej mapie Kwatermistrzostwa i jest najprawdopodobniej błędem zapisu. I nie ma nic wspólnego z mennonitami, których nigdy na tych terenach nie było. Bowiem w tysiącach innych dokumentów nazwa ta w owym czasie funkcjonuje już jako Gassy, lub Gasy, w zależności od zapisu. My sięgnijmy jednak dzisiaj do źródeł, bowiem pochodzenie tego określenia nie jest wcale tak tajemnicze, jak mogłoby się nam zdawać.

Otóż zapisano w kronikach w roku pańskim 1510, iż nad Wisłą osiedliło się dwóch kmieci. Było to na ziemiach rodziny Cieciszewskich, tuż na granicy z ziemiami Oborskich, a fakt ten odnotowany został przy okazji kolejnego rozsądzenia sporów granicznych, który jak każdy nosił miano wieczystego. Kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat wcześniej Wisła zmieniła swój bieg, a jej koryto wygięło się łukiem w kierunku wschodnim. Z czasem grunta porosły zarośla i niewielki las. Pomyśleć można było o ich zasiedleniu, co miało miejsce nie później niż na początku wieku XVI, bowiem gdy czytamy o obu kmieciach, wyraźnie mieszkają oni tam od niedawna. Jak zapisano między siedliskami wybudowanymi przez obu chłopów biegnie granica: z drugiej strony przez pole znad Wisły między dwoma chłopami Miklaszem i Gasem aż do Duckich [Duda na prawym brzegu Wisły] granic, granice są z prawej strony Wisły przez pole i kmiecia Gasa dóbr oborskich a z lewej strony Wisły za lasem Miklasz w dobrach cieciszewskich naprzeciw dóbr Jemielina i z tej strony granica Wisłą idzie.

DSC01913Okolice Gassów, zapewne na początku XVI wieku wyglądały podobnie, gdy osiedlał się tu Gasz z Miklaszem.

Jak widzimy nieopodal Imielina (który notabene przetrwał do dzisiaj, bowiem na miejscu dawnego folwarku znajdują się zabudowania lotniska) osiadł Miklasz. To staropolskie imię oznacza ni mniej ni więcej Mikołaja. Sąsiadem jego jest Gasz, posiadacz innego staropolskiego imienia. Gasz, a nie Gas, bowiem zapisu dokonano w sposób dość charakterystyczny, wskazujący iż imię to w wymowie brzmiało dokładnie w tej formie, jakiej znane nam jest z innych źródeł na terenie Polski. Nie wdając się tu w rozważania specjalistów dodam jedynie, iż w zasadzie nie do końca jest jasne, jak w owym czasie wymawiano końcówki typu „s” w języku polskim. Dość, że w kolejnych zapisach w XVI wieku pojawiać się zaczynają mieszkańcy osady nadwiślańskiej, określani jako Gasze. Wywodzący się z niej kmiecie trafiają do ksiąg jako poddani do dóbr oborskich bądź cieciszewskich i zapisywani są pod przydomkami – Marcin Gasz, bądź też po prostu jako Gaszowie. W roku 1594 po raz pierwszy natrafimy na zapis w postaci Gasy. Stąd już niedaleka droga do tego co nastąpi dalej…

W tym miejscu otwiera się pole do popisu dla językoznawców. Wspomniałem już, że do końca nie jesteśmy pewni jak brzmiała oryginalna wymowa imienia Gasz, czy było to „sz” czy też specyficznie wymawiane „s”. Przez kolejny wiek w zapisie pojawiają się obie formy, jeszcze w roku 1632 nazwa wsi zapisana zostaje jako Gasze, a o ile mi wiadomo pierwszym, który zapisze nazwę wsi jako Gassy będzie w roku 1660 proboszcz cieciszewski Leon Stanisław Czarnysz. Zżyty z tutejszą społecznością przez lata odnotowywał nazwy tutejszych miejscowości wraz z ich zmianami. „S” w jego wydaniu także jest początkowo specyficzne, jednakże wkrótce stanie się pełnoprawną formą. Z czasem podwójnie pisane „s” przestaje być wyróżniane, a Gasze stają się Gassami. Być może ma to jakiś związek z pojawiającymi się na tych terenach w XVII wieku pierwszymi osadnikami olęderskimi, bowiem rozpowszechniają się wówczas nazwiska takie jak Goss, choć oczywiście może to być forma wariacji nazwiska Gass, notowanego we wsi jeszcze w XVIII wieku.

Ot i cała zagadka pochodzenia nazwy Gassy. A co z sąsiadem Gasza, Miklaszem? Jego imię nie przetrwało w nazewnictwie terenowym, w XVII wieku nazwa została wyparta, zapewne zmieniła się pod wpływem mieszkających tam ludzi. Sądząc po opisie granicznym umiejscowienia Miklaszy uznać należy, iż w ich miejscu znajdują się Kopyty, zamieszkiwane w XVII stuleciu właśnie przez Kopytów. Dodam jeszcze, że na przykładzie tego nazwiska także można łatwo prześledzić problemy z zapisem, bowiem pierwszy Kopyt zanotowany na tych ziemiach zapisany został jako „Topith” w roku 1564. No to spróbujcie to wymówić, jak pisałem już kiedyś język polski przez 500 lat zmienił się tak bardzo, że z porozumieniem się z naszymi przodkami mielibyśmy znaczne problemy.


 Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory

Karczmarz z Obór

ksunder

wpis, w którym szanowny czytelnik pozna niedole Sebastyna Gozdzienskiego, austernika oborskiego i odkryje, iż obciążenia kredytowe i egzekucje komornicze nie są domeną początku XXI wieku, nim jednak do tego dojdzie, autor swym zwyczajem i słowem wprowadzenia opowie nieco o karczmach i austeriach oraz karczmarzach

Bankructwa i zadłużenia w czasach trwającego kryzysu nie są niczym zwyczajnym. Nie jest to jednak domena tylko naszych czasów, bowiem jeszcze w czasach przedrozbiorowych stawały się udziałem wielu osób. Poniżej dokument sporządzony ręką austernika oborskiego, arendującego karczmę znajdującą się przy drodze do Karczewa, którą do przewozu w Gassach zmierzało wiele osób. Austeria dawała nocleg przed przejściem Wisły zapewne taniej niż podobne przybytki w Karczewie, była więc dochodowa. Właśnie możliwość odpoczynku odróżniała austerię od karczmy, w której można jedynie było pić. Karczm na tym terenie była znaczna ilość, zwłaszcza pod koniec XVIII wieku, gdy propinacja stała się jednym z głównych źródeł dochodu polskich dworów, choć rzecz jasna nie jest prawdą, iż „dziedzic rozpijał pańszczyźnianych chłopów” jak można dowiedzieć się z komedii o brunecie przychodzącym wieczorową porą (nota bene kręconej zresztą w Konstancinie i okolicach). Karczmy trzymali rozmaici dzierżawcy, trafiali się tu zarówno mający głowę do interesów, potrafiący zyskać niezły dochód po odprowadzeniu należności dworskiej, jak i rozmaite typy spod ciemnej gwiazdy, zajmujący się przemytem gorzałki i jej fałszowaniem. Same karczmy zaś nierzadko stawały się miejscem awantur (stąd przysłowiowy przymiotnik „karczemne”), wspomnieć należy choćby opisywane w ubiegłym roku na blogu zajścia w Moczydłowie, gdzie chłopi z Obór napili się gorzałki – wpis o awanturach w Moczydłowie.

Prawie jak na Urzeczu. Jest nawet płotek. To oczywiście karczma z Sochocina, przeniesiona do Muzeum Wsi Mazowieckiej (czyli skansenu w Sierpcu). Zdjęcie pożyczyłem z tej strony

Wróćmy do austerii, bowiem w tych stronach były pod koniec XVIII wieku były takie tylko dwie. Za rzeką Jeziorką ich już nie było,  podróżni zatrzymywali się na granicy ziemi czerskiej nim wkroczyli na teren znajdujący się pod bezpośrednią władzą króla. Nocleg dawała tu stacja pocztowa (zobacz wpis o Królewskiej poczcie w Jeziornie) oraz austeria w Jeziornie Oborskiej. Zaś droga do promu w Gassach była na tyle często uczęszczana, że zwano ją traktem karczewskim, i właśnie przy nim wybudowano austerię w Oborach, bowiem wiodła tędy także odnoga drogi do Góry Kalwarii przez Cieciszew, wciąż jeszcze używana, choć nie tak często jak wiek wcześniej. Jak wynika z zachowanego opisu austeria była znaczna, okna miała przeszklone, z posadzką z tarcic i ceglaną podłogą w kuchni gdzie znajdowały się dwa piece. Była zajezdna, bowiem znajdowała się przy niej także stajnia, miała własną studnię. A wyposażenie stanowiły prócz dwóch stołów i stołków z poręczami liczne ławy. Biorąc austerię w arendę, czyli dzierżawę, karczmarz-austernik obowiązywał się dokonać z dworem w Oborach rozliczenia i wnosić w ustalonych terminach określoną kontraktem kwotę. Od niego tylko zależało jaki zysk osiągnie od sprzedaży piwa i gorzałki. A tymczasem w Oborach arendarzowi zupełnie się nie powiodło:

Niżey wyrażony na podpisie zeznaję, iż będąc przez rok, to jest od julii [lipca] 1786 do junii [czerwca] 1787 na austerii oborskiej pozostawiłem pewnego długu za trunki ze skarbu brane (…) i czynszu z tejże austerii i czynszu do tej austerii za trzy kwartały należącego (…) złotych osiemset dwadzieścia sześć groszy dwadzieścia jeden winienem do skarbu J [aśnie] W [ielmożnej] P [ani] Urszuli Wielopolskiej starościny krakowskiej Pani i Dobrodziejki, którego długu żadnego w tymczasie nie mam sposobu do do wypłacenia się, przeto daję na siebie ten rewers, iż powolnym czasem z kunsztu mego rzeźniczego, czyli ze służby o którą się starać będę, pomieniony dług choć powoli wypłacać i zaspokajać zobowiązuję się i powinienem, jeżeli zaś unikałbym od zapłacenia na ten czas daję siebie y mój wszelki mający pod ów czas majątek wolność aresztowania mnie y majątky mego y żony mojej bez wszelkiego prawnego kroku y tego długu odebrania, na co dla danie większej wagi i wiary własną ręką podpisuję. Dan w Oborach 1 augustii [sierpnia] 1787. Sebastyan Gozdzienski.

Karczmarzowi wyliczono precyzyjnie, jakie może zabrać ze sobą przedmioty z dobytku osobistego, następnie umożliwiono odjechanie starym wozem. Pozostałe przedmioty spisano i wciągnięto na stan karczmy, odliczając na poczet długu. Czyli dokonano czegoś na kształt egzekucji komorniczej… A Godzienski odjechał nawet bez „starej pierzyny”, w jednym tylko ubraniu. Czy uregulował dług nie wiadomo.

Dożynki w Oborach, lata dwudzieste XX wieku. Zdjęcie zamieszczone na forum historii Konstancina, znane również z książki o Łurzycu

Jeden z kolejnych karczmarzy miał już więcej szczęścia, został nim starozakonny Icek Lewkowicz, zwany przez miejscowych Józkiem. Począwszy od roku 1797 osiągnął znaczne zyski z arendy i zezwolono mu na sprzedaż chleba własnego wypieku, a w roku 1800 uzyskawszy stosowną koncesję przy karczmie uruchomił rzeźnię. Arendę trzymał jeszcze w roku 1803, kiedy to tracimy go z oczu, lecz do tego czasu stała się intratna i dochodowa.

 


 Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory

Na przewozie w Gassach

ksunder

wpis, w którym autor przedstawia swą podróż przesławnym promem w Gassach, a następnie opisuje tenże prom w Gassach w latach 1790 i 1800. Informacje praktyczne na temat obecnego kursowania promu i obowiązujących cen zawarł zaś na końcu tekstu.

- Ruch jest duży – mówi jeden z przewoźników – Rano głównie miejscowi, ale tyle tych rowerów… - to odpowiedź na moje pytanie o opłacalność przedsięwzięcia. To dobrze. To znaczy, że przewoźnicy tu zostaną. Płynę promem z Gassów do Karczewa, mam do załatwienia sprawy w Otwocku. I wreszcie mogę udać się na drugi brzeg tą samą trasą, jaką podążali przez lata moi przodkowie. Spoglądam na szare chmury, wezbraną wodę w Wiślę i wykorzystuję tę chwilę by powiedzieć mej córce, że pochodzi ze starego nadwiślańskiego rodu, w którym byli zarówno przewoźnicy z Gassów i Nabrzeża, jak i pełni fantazji mieszkańcy innych łurzyckich wsi, kradnący śpiącym przewoźnikom pychówki i płynącymi nimi z zabaw w Karczewie do domu. Rozmawiam z przewoźnikiem o tym, że gdy zapadną zimowe ciemności prom raczej nie będzie pływał, bo nurtu nie rozświetlają obecnie lampiony zapalane przez wałowych, zwane bakanami, które wyznaczały niegdyś linię brzegową. Ale to nic nowego, niegdyś zimą prom także nie pływał, gdy rzekę skuwał lód. Przewoźnik opowiada mi, że wciąż są miejsca w Polsce, gdzie miejscowi płacą za roczny przewóz workiem zboża lub żyta, bowiem promowy nie utrzymuje się jak niegdyś ze skrawka ziemi, tylko wyłącznie z przewozu. Gdy mężczyzna mówi, że wezwaniem przewoźnika nad Pilicą czy Sanem wciąż potrafi być uderzenie metalowego drągu w przywiązany do pala dekiel, przypomina mi się stare łurzyckie zawołanie: Przewozu! Przewozu! Podróż dobiega już końca, ja udaję się dalej załatwić to po co przyjechałem, wyjeżdżając na betonowe molo po drugiej stronie. Nagle Karczew i Otwock znalazły się na wyciągnięcie ręki, choć wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić… Po kilkunastu minutach docieram do celu, przejechawszy kilkanaście kilometrów zamiast kilkudziesięciu.

Pod banderą Konstancina-Jeziorny i Karczewa

Moja córka z fascynacją obserwowała jak wartki nurt zabierał prom ze sobą, a silnik pchał go w przeciwnym kierunku, dzięki czemu lina ściągała go w żądanym kierunku. Rozwiązanie takie do niedawna niemożliwe do zastosowania, gdy rzeką płynęły statki, o głębokiej linii zanurzenia. Przez wieki handel wiślany sprawiał, że wyładowanych statków handlowych podążali tędy także flisacy i oryle spławiając drewno, zaś prom radzić sobie musiał siłą ludzkich rąk. Swoją drogą musieli mieć oni krzepę… obecnie jak i niegdyś prócz czynnika ludzkiego jego istnienie zależeć będzie także od kapryśnej Wisły.

Podróż mam już za sobą, znacząco różni się ona od tej odbywanej przed wiekami. Ceny także się różnią (jeśli ktoś ciekaw dawnych cen i historii promu zapraszam do dwóch wpisów na ten temat – część 1 i część 2). Przyjrzyjmy się jak wyglądał prom na przełomie XVIII i XIX wieku, bo z tego okresu mamy o nim sporo informacji. Do promu prowadziła wówczas grobla ze wsi Gassy, rokrocznie umacniana i podsypywana, bowiem zabierały ją wiosenne przybory wody, jako że wałów wówczas jeszcze nie było, czasem zamiast grobli stawiano niewielki mostek. Dotarłszy w roku 1790 do przewozu ujrzeć można było dwa promy, jeden "stary", a drugi świeżo wybudowany, mogące zabrać ludzi wraz z ładunkiem wprost do Karczewa. Linia brzegowa biegła wówczas nieco inaczej, Wisła płynęła zaś nieopodal wsi Przewóz Karczewski, stanowiącej obecnie część miasta. Był tu także szpiczak, o którym już kiedyś pisałem, że jest to najprawdopodobniej lokalna nazwa łodzi pychówki*. Inne łodzie mające najlepsze lata służby na przewozie za sobą przenoszono w inne miejsca, gdzie wciąż mogły sprawić się z pożytkiem. Stąd stary galar służył jako prom-most na jeziorze cieciszowskim, gdzie drogi wówczas nie było, a do Piasków i znajdujących się tam pól można było przedostać się przy jego pomocy. Niewielkie galarki przeniesiono do Jeziorny Oborskiej, tam podczas przyborów wody sprawowano przewóz na rzece Jeziorce. Inny z kolei szpiczak pływał na jeziorze w Opaczy.

Przewóz w XIX wieku. Zapewne w Gassach/Przewozie było podobnie, choć nurt był bardziej wartki.

Przewozem zajmowali się wówczas mieszkańcy wsi Gassy – Kazimierz Woźniak, Andrzej Gas, Dominik Ołyna, Józef Baran, Jakub Szewc i Tomasz Odoliński. Za pobór pieniędzy z przewozu i nadzór nad przewoźnikami odpowiadał żydowski karczmarz, Icek Szmulewicz, którego rolę jasno określono w ówczesnym kontrakcie arendy (dzierżawy karczmy). Gdy spisano go w roku 1800 przewoźnicy byli już nieco inni, być może miało to związek z opisywanymi już niegdyś na blogu wydarzeniami roku 1794, gdy Gassy uległy zniszczeniu.

„Za przewóz od osób powozów bydła koni zgoła od wszystkiego w każdej porze czasu cz to za małey czy za wielkiej wody opłatę podług ustawy Rządu Krajowego jaka teraz jest lub w przyszłości nastąpi a nie więcej brać będzie a w przypadku przestąpienia ustaw krajowych sam za to odpowiedzieć, szkody wynikłe ztąd powrócić obowiązuje się, Prom y Szpiczak Skarbowe od Przewozu sobie oddane w porządku utrzymywać tych na ustronną potrzebę nie dozwalać szkody aby w nich nie było dostrzegać pod jej wynagrodzenie ludzi ze wsi Gasów 6 jako to Jana Sawickiego Antoniego Barana Walentego Kolarczyka Józefa Cychrowskiego Kazimierza Woźniaka y Jana Kolarczyka do Przewozu mieć będzie których do innych żadnych robot prócz tyczących się przewozu y statków przewozowych pociągać nie można”

Niestety nie uda nam się wskazać opłat za przewóz w tym okresie, bowiem w kontrakcie nie rozdzielono ich od opłat wnoszonych za sprzedaż gorzałki i arendę karczmy. Miejsce było jednak dochodowe, była to jedna z największych karczm dóbr oborskich, gdzie w oczekiwaniu na przewóz raczono się piwem i gorzałką. A droga była często uczęszczana przez osoby posiadające znaczną ilość gotówki, bowiem w Karczewie organizowano jarmarki, przyciągające mieszkańców tutejszych ziem. Dzięki promowi z osad nadwiślańskich łatwiej było tam dotrzeć niż do miasta Piaseczna.

A tu jeszcze XIX-wieczny obrazek pt. "U przewozu". Zwraca uwagę chruściany płotek w tle, charakterystyczny dla tych okolic.

Prom może stać się nie tylko atrakcją turystyczną, lecz także znacznie ułatwić wielu ludziom codzienne życie, umożliwiając szybszy dojazd do Karczewa i Otwocka. Mimo że leżące po dwóch stronach Wisły gminy i powiaty w prostej linii dzieli zaledwie kilkaset metrów, na odcinku ok. 40 kilometrów nie ma mostów. Najbliższe znajdują się w Górze Kalwarii i w Warszawie.

 


*Na razie odnotuję jedynie, iż  bardzo ciekawy wywód o szpiczaku przedstawił Łukasz Maurycy Stanaszek w "Nadwiślańskim Urzeczu" wykazując związki z terenami północnej Polski, objętymi kolonizacją olęderską. Kto ciekaw niech zajrzy do książki, ja o żaglach i pychówkach na Wiśle napisze kiedy indziej.

Źródła:

  • AGAD, Obory

Miałem tego nie robić, ale ponieważ informacji nigdy za mało – oto ceny jakie obowiązują w tym roku na promie w Gassach. Za przewóz osoby zapłacicie 3 złote, za pojazd 9 zł, zaś za rower 2 zł, motocykl to 5 zł. Opłaty sumują się. Prom pływa cały czas między ostrogą w Gassach i Karczewie, obecnie do godziny 19. Od 14 września od 6:15 do 18:45, bo zaczyna się robić ciemno, w sezonie pływał od 6 do 20. Nawoływać nie trzeba, przepłynie. Na lewym brzegu brak informacji na jego temat, na prawym dość dobrze oznaczony strzałkami kierunkowymi w Karczewie. Poniżej mapka. Zmotoryzowanych informuję, że po głębokim zastanowieniu palmę pierwszeństwa dla najgorszej drogi oddaję gminie Konstancin-Jeziorna. Co prawda na prawym brzegu dość długo wybijamy amortyzatory na betonowych płytach, ale na podjeździe w Gassach kamienie zostały wybite wzmożonym ruchem i wzbudzają obawy o losy zawieszenia. No i gmina Konstancin-Jeziorna zamiast informować o promie ostrzega o końcu drogi takim znakiem.

 Mistrzostwo.

[EDIT: 11 września - muszę odszczekać bo słusznie zwrócono mi uwagę, że droga 712 przecięta w tym miejscu przez Wisłę na obu brzegach należy do województwa mazowieckiego. No to chłopaki z MWZD wygraliście pierwsze miejsce w konkurencji na palmę pierwszeństwa. A obie gminy przepraszam]

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci