Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Gassy

Przewodnika po okrągłych rocznicach część druga

ksunder

Chylice

Pominąłem je ostatnio, jako że położone są już poza terenem gminy i związane z Piasecznem, jednak skoro wymieniłem Czarnów, wydzielony z dawnego majątku Chylickiego warte są krótkiej wzmianki, zwłaszcza iż wskutek parcelacji letniskowej część dawnego lasu chylickiego znalazła się w gminie jako Chylice-Letnisko. Zatem wspomnijmy, iż najstarsza znana wzmianka dotyczy młyna na Jeziorce w Chylicach, który książę Janusz Starszy podarował w roku 1424 Mikołajowi z Piaseczna. Warto zauważyć, iż książę Janusz często przebywał na tych terenach, przybywając na polowania rozsądzał spory rycerstwa ze Skolimowa. No i rzecz jasna nadał prawa miejskie Piasecznu. Chylice niedawno pięknie uczciły jubileusz tamtejszej szkoły, może ktoś w roku 2024 pokusi się by zorganizować obchody 600-lecia.

Dębówka

Wstyd przyznać, trudno powiedzieć kiedy powstała. Dokumenty z początku wieku jej nie wymieniają, na mapach z I Wojny Światowej się nie pojawia, po raz pierwszy nazwa taka w dokumentach pada w roku 1921. Bezpiecznie uznać więc, że ta nadwiślańska miejscowość liczy około stulecia, choć jako nazwa własna Dębówka występuje we wspomnieniach tutejszych mieszkańców, opowiadających historie swych dziadków z połowy XIX wieku. Z kolei w archiwum oborskim wspomniana jest lodownia w Dębówce funkcjonująca pod koniec XVIII wieku, trudno jednak podejrzewać, że chodzi o to samo miejsce, bowiem nad Wisłą do czasu wybudowania wałów w tym samym miejscu istniały wsie Piechury oraz Rybałty, w połowie XIX wyludnione.

Gassy

Nazwa Gassy jest dla postronnych niejasna i zdumiewająca, od lat wiąże się ją z obecnością mennonitów (których nigdy w tym miejscu nie było) lub niemieckich czy olęderskich osadników. Tymczasem jest rdzennie polska, bowiem jak zapisano w 1510 roku nad brzegiem Wisły osiadł kmieć imieniem Gasz. Wkrótce notowano, iż w osadzie tej mieszkają Marcin Gasz, Piotr Gasz, poczęto mówić Gasze, a później Gasy (więcej na ten temat i odmiany języka polskiego we wpisie O Gaszu i Miklaszu). Za trzy lata Gassy obchodzić będą 510 lat istnienia. Częścią Gassów są niejako Kopyty, funkcjonujące do niedawna jako odrębna osada. Najstarszy osadnik wzmiankowany został w roku 1564, był nim właśnie Kopyt (zapisywany jako Topith).

Rodzina z Gassów-Kopytów w roku 1901. Za książką "Nadwiślańskie Urzecze" Ł.M.Stanaszka

Habdzin

Tak naprawdę Chabdzin bowiem pod tą nazwą był znany aż do XX wieku. Jedna z najstarszych tutejszych miejscowości, po raz pierwszy wzmiankowana w roku 1368, gdy sprzedał ją książę mazowiecki Siemowit – o czym poczytać można w tym wpisie. Więc w przyszłym roku minie 650 lat od tej transakcji. Na terenie gminy istnieje jeszcze Habdzinek, choć obecnie mało kto o nim pamięta, ale szczegółowo omówię ten temat przy okazji Obórek.

Kawęczyn

Na temat Kawęczyna i Turowic można było niedawno poczytać obszernie na blogu. Opowieści tej nie skończyłem, docierając do wieku XVII, wyjaśniając zagadkę nazwy Turowice. Wybiegnijmy nieco naprzód, bowiem dawny majątek Kawęczyna, Brześcc i Łubnej sięgał daleko i przywołajmy dodatkowo tu wszystkie miejscowości jakie powstały na terenie dawnego lasu Szymanowskich, położone na terenie gminy Konstancin-Jeziorna.

  • Kawęczyn – najstarsza wzmianka pochodzi z roku 1414. W roku 2019 będzie to 610 lat.
  • Turowice choć nazwa ta wystąpi jako określenie dworu po raz pierwszy dopiero w roku 1685, jednak jego początków szukałbym w wieku XVI – o czym poczytać można tutaj
  • Kawęczynek i Borowina  - powstały po wycięciu lasu przez dziedzica Szymanowskiego w drugiej połowie XIX wieku. Odnotujmy jeszcze, że poza granicami gminy znajdują się Łubna, Solec i Szymanów, stanowiące pozostałości tego wielkiego majątku. Łubna to stara miejscowość, w Szymanowie znajdował się dwór jednego z braci Szymanowskich, zaś Szulec założono jako kolonię z udziałem kolonistów niemieckich i potomków Olędrów

A skoro o olędrach mowa…

Olęderski płotek w przedwojennych Gassach

Olędrom poświęciłem na tym blogu szereg wpisów i kto ciekaw może się ze wszystkimi zapoznać, bo temat niezwykle ciekawy, a w ciągu ostatnich lat dokonanych zostało wiele odkryć na temat ich obecności na tych ziemiach. Syntetyczny wpis sprzed dwóch lat sumuje stan naszej wiedzy, zachęcam więc do poczytania o Olędrach na Urzeczu. Zaś dla zwykłego przypomnienia:

  • Kępa Oborska – założona w roku 1773 jako druga olęderska osada na Urzeczu, wówczas pod nazwą Kępa Chabdzińska. W 2023 roku piękna okrągła rocznica 250-lecia istnienia.
  • Kępa Falenicka – założona w roku 1775
  • Kępa Okrzewska – po raz pierwszy wzmiankowana w roku 1779

ciąg dalszy nastąpi

1 sierpnia 2015

ksunder

Nachodzi mnie refleksja, że choć dzisiaj i jutro czcić będziemy przede wszystkim pamięć walczących w Postaniu, nie powinniśmy zapominać także o ludności cywilnej, która wzięła w nim udział.

31 lipca 1944 moja prababcia Romana została w Gassach ranna odłamkiem rosyjskiej bomby, gdy Armia Czerwona oraz LWP atakowały umocnienia niemieckie na linii Wisły, po zniszczeniu mostu w Ciszycy usiłując zająć przeprawę. Niemiecki felczer nie zdołał usunąć odłamka, więc wozem Wermachtu wraz z innymi rannymi przewieziono ją do Szpitala na Czerniakowie. Tam zastał ją 1 sierpnia. Z Warszawy wyszła kanałami, nie mając pojęcia co dzieje się z jej rodziną. Jej córkę (czyli moją babcię) ewakuowano wkrótce z Gassów i zakwaterowano w Oborach oraz konstancińskich willach wraz z pozostałymi mieszkańcami wsi. Obie odnalazły się dopiero wiosną 1945 roku w Pruszkowie, żadna nie miała pojęcia czy druga z nich żyje. Z kolei na wieść o bombardowaniu Gassów stryjek Magdziarz zdecydował, że nie jest to bezpieczne miejsce dla 14-letniej Krysi i zabrał ją do Warszawy. Kolejką wilanowską jechał wraz z podążającymi na miejsce planowanej zbiórki o godzinie „W” mieszkańcami tutejszych wsi, którzy zdołali wymknąć się Niemcom, którzy zabrali większość młodych mężczyzn do kopania umocnień (między innymi dlatego mój dziadek nie dotarł do Warszawy i walczył w Kabatach, ale to już inna historia). Dwa tygodnie później zginęła Krysia Magdziarz, nie mająca wcześniej związku z działalnością niepodległościową, padła od hitlerowskiej kuli jako łączniczka AK. Jej grób znajduje się na cmentarzu w Słomczynie, gdzie pochowano również wielu innych walczących, z dala od głównej kwatery Batalionu „Krawiec”. To oczywiście jedna z wielu rodzinnych opowieści, zapewne wielu z was ma podobne, może ktoś będzie się chciał jakąś podzielić?

W każdym razie kiedy ktoś mnie pyta, czy Powstanie miało sens, ja odpowiadam jednym. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, bowiem Powstanie jest dla mnie doświadczeniem rodzinnym, w którym wzięli udział zarówno walczący jak i cywile. Takie pytanie nie ma więc dla mnie sensu. Kiedy byłem mały i dziadek zabierał mnie do Powsina na obchody i spotkania ze swoimi żyjącymi kolegami, nabrało dla mnie zupełnie innego wymiaru. Dziś wszyscy stawiają się na apel poległych.

Dlatego jutrzejsza uroczystość w Mirkowie jest tak ważna, z uwagi na obecność p. Barbary Kulińskiej-Żuchowicz, jednej z ostatnich żyjących bohaterek tamtych dni, którą udało się wreszcie upamiętnić.

Do posłuchania wrzucam wam teledysk promujący „Czas honoru”, zawierający sceny kręcone w tej samej Papierni, w której wybuchły 71 lat temu walki.

Wielka powódź

ksunder

wpis o wylewie Wisły

Przypominałem kilka dni temu tekst z bloga o początku łurzyckiej wiosny i nawiedzających te strony powodziach. Temat to niczym baśń o żelaznym wilku, choć do połowy XX wieku powodzie zdarzały się w tych stronach nader często. Trudno sobie wyobrazić co może stać się, jeśli wezbrana woda przerwie wały, choć rozmaite prognozy wskazują, iż wylew dojdzie aż do wiślanej skarpy. Dziś przeczytamy relację z takiej powodzi, mającej miejsce w roku 1879, gdy woda doszła zalała teren aż do Habdzina i Obór. 20 lutego 1879 na miejsce udał się dziennikarz Kuriera Warszawskiego. Za kilka dni zamieszczę jeszcze rządowy komunikat w tej sprawie. Warto przeczytać przejmujący artykuł, w którym uwspółcześniłem jedynie nazwy miejscowości. Co ciekawe powódź ta utkwiła tak w pamięci współczesnych, że wspominana jest w niektórych nadwiślańskich rodzinach po dziś dzień - opowieść o stawach "wybitych" na Dębinie, gdzie doszło wówczas do przerwania wału, słyszałem osobiście, bowiem opowiadały o tym prababcie obecnie żyjących.


"Przerwanie wału ochronnego pod Łęgiem i Gassami", Kurier Warszawski nr 41, 20 lutego 1879 roku

Przybór obecny zapewnił  sobie kartkę w historji Wisły. Wprawdzie u stóp starej Warszawy rzeka nic śmiała głośniej poswawolić, lecz za to w górze dała się ona dobrze we znaki. Wspominaliśmy już o rozlewach pod Sandomierzem— obecnie dodać należy słów parę o stronach bliższych, a mianowicie o zalani niziny moczydłowskiej i przerwaniu wału ochronnego pod Gassami.

Niezwykłe te katastrofy, interesujące ogół i budzące namieście mnóstwo wieści, naprowadziły nas na myśl zasięgnięcia na miejscu wiadomości o nieszczęśliwym wypadku. Dotarliśmy lewego wybrzeża Wisły czyli tak zwa­nych moczydłowskich nizin i stamtąd przynosimy wieści. Zanim jednak przystąpimy do opisu samej katastrofy zaznaczyć winiliśmy, że pobrzeże Wisły prawie od wzniesionej Góry Kalwarii na południe aż do Wilanowa na północ jest bardzo niskie, tak że dawnemi czasy było ono zawsze zalewane na kilka wiorst.

Otóż, dzięki staraniom dziś już nieżyjących hr[abiego Kaspra] Potulickiego i p. [Henryka] Rossmana z Bielawy, cała ta ni­zina odgrodzona została od rzeki specjalnym wałem ochronnym ciągnącym, się od Moczydłowa prawie do Wilanowa. Wał ten, datujący się od roku 1846, utrzymywany był w nadzwyczajnym porządku a stosowany przy nim systemat tam wydzierał rzece całe przestrzenie ziemi poza wałem, tak, że w jednem miejscu (na­przeciw wioski Kopyty) wał ostatniemi czasy oddalony był od rzeki prawie o dwie wiorsty, a naprzeciwko wsi Gassy powstała nawet poza wałem na nowym gruncie wieś Zieleniec.

Clipboard013

Powódź pod Wilanowem w roku 1884

Otóż w obrębie wału wynoszącego do dwudziestu wiorst długości poczęły się pod koniec zeszłego ty­godnia tworzyć zatory przy kępie położonej naprzeciwko wsi Kliczyn. Jak twierdzą, przyczyną znacznego zatoru było nagromadzenie się w korycie piasków, nawet w zwy­kłych warunkach tankujących spław. Bądź co bądź w sobotę (15 lutego) wody powyżej Kliczyna zaczęła silnie przybierać. Impet, jej  główny  skierował się na brzeg i wał w stronie wioski Łęg położonej nieopodal. Woda podnosiła się tu gwałtownie, silne budząc obawy — wał w tym punkcie począł mięknąć...

O godzinie pierwszej z północy niebezpieczeństwo stało się tak groźne, że stróż wału w Łęgu, Józef Utrata, dał znać do nadzorcy w Piaskach i starał się zgromadzić jak największą liczbę włościan, przy pomocy których usiłowano wzmocnić wał słomą, nawo­zem itd. Tymczasem całą przestrzeń przed wałem z stała za­lana, a mieszkańcy znajdującej sie tu, jak już napo­minaliśmy, wsi Zieleńca uciekli domiejsc bezpiecz­niejszych z bydłem i cala chudobą. Obeszło się przy tem bez tragicznych wypadków, oprócz jednego, który omal smutnie się nie zakończył. Syn wyjeżdżał z chaty razem z ojcem na łodzi, a gdy ostatni zasiedział się na strychu pierwszy, przypusz­czając, że Ojciec odjechał wcześniej, nie czekał nań dłużej. Biedny starzec pozostał  sam   w opuszczonym  do­mostwie. Straszliwy widok. Zrozpaczony rzucił się  w wodę dochodząca mu do ramion  i począł  zdążać  ze  strasznym wysiłkiem ku wałowi. Już groziła mu niechybna śmierć—gdy łódź wy­słana z brzegu uratowała nieopatrznemu starcowi ży­cie.

Wracając do położenia ogólnego, przez resztę nocy stawało się ono coraz gorsze — nad ranem też z Łęg i sąsiednich Gassów poczęli się wynosić mieszkańcy. Katastrofa wreszcie, pomimo wszelkich starań i usiłowań, stawała się nieuniknioną. Woda silnie parła poczęła nawet przelewać się przez wał wyjątkowo w tem miejsca niski, co silnie wpływało na jego destrukcję, rozmiękczając zie­mię... Wreszcie o godzinie dwunastej w południe dnia następnego (w niedzielo) stał się fakt... Woda wyrwała dwadzieścia sążni wału i z szalo­nym pędem wylała na okolice. Pierwszy wyłom w wale znajdował się na północ od Łęgu. Drugą mniejszą wyrwę w wale zrobiła woda o go­dzinie pierwszej bardziej na południe — po drugiej stronie Łęgu. Szerokość tego wyłomu dochodzi tylko do piętna­stu kroków. Trzeci raz, o trzeciej z południa, przerwała Wisła wał jeszcze bardziej na południe pod wsią Gassy,— tu również  na 20 sążni szerokości. Wszvstkie trzy wyłomy zrobiono zostały w miej­scu mniej od innych niebezpiecznem—i dlatego były do pewnego stopnia niespodziewane.

W innych punktach słabszych, jak np. przy wsi Kopyty), gdzie wał ostrym kątem się załamuje i prze­to więcej na działanie fal wystawiony, podatniejszy sile ich byćby winien, przygotowano nawet bardzo znaczne zapasy faszyn i innych umocnień na wypadek. Pod Moczydłami też na krańcu południowym wału było niebezpieczeństwo, które jednak dzięki energi­cznym rozporządzeniom naczelnika powiatu górno-kalwaryjskiego usunięto.

Wracając do przerwania wału pomiędzy Gassami i Łęgiem, trzy wyłomy tam zrobione znajdowały się na przestrzeni wiorsty, fale więc, które z szalonym wy­biegły pędem—płynęły po nizinach najpierw wiorstową szerokością. Straszliwy widok. Zatapiały ono wszystko!

W godzinę po utworzeniu pierwszego wyłomu głębokość wody około wału wynosiła do trzech łokci... Straty jednak zrządzone przez wylew nie były zbyt straszne, ponieważ domki w nadbrzeżnych wioskach opancerzone są zwykle płotami z gęstych a wytrzy­małych wiklin,  tamujących żywiołowi przystęp do chaty. Za to woda wpadając wśród płoty wiklowe i rozstrącając się o nie tworzy straszliwy wir. 

urzecze0167

W tle wiklinowy płotek w połowie XX wieku w Gassach. W artykule dość dobrze opisano jego praktyczną funkcję.

Domy więc w Gasach i Łęgu, pomimo  szalonej gwałtowności żywiołu, pozostały prawic nietknięte- karczma tylko stara w pierwszej z tych wiosek rozwaliła się... Szczątki jej popłynęły z prądem. Mieszkańcy zdołali się wcześnie jeszcze z wsi, o których mowa, wynieść—udali się oni do położonych wyżej Słomczyna, Jeziorny i Kawęczyna, wziąwszy ze so­bą dobytek i chudobę.Na miejsce wypadku w niedzielę jeszcze przybyło wielu okolicznych włościan i obywateli, prezes komi­tetu ochrony wału hr. Potulicki i naczelnik powiatu górno-kalwaryjskiego.

Wisła, wyrwawszy się z poza wału, zalała do pię­ciu wiorst. Pod wodą były wsie Gassy, Łęg, Piaski, Zieleniec, Czernidła, Opacz, Habdzin i Habdzinek, prócz tego pola więcej oddalonych Obór i Bielawy oraz dwa fol­warki do Obór należące, z tych jeden Anielin.

Włościanie z wiosek tych pouciekali wcześnie jesz­cze z dobytkiem i dziećmi do miejsc wyżej położo­nych. Władze miejscowe starają się im nieść pomoc W przedmiocie naprawy   i  zabezpieczenia   wału przed   dalszemi  ewentualnościami    obradować  ma wkrótce komitet ochrony wału. Przybór zaczął się już zmniejszać w niedzielę wie­czorem. Na zakończenie z ust osoby, która była na miejscu w niedzielę, czerpiemy tu opowieść o wrażeniu, jakie sprawiają porą wieczorna zapasy rozszalałych żywio­łów...

O dwie wiorsty już prawie od miejsca wypadku słychać straszny grom.. Grom ten, podobny do ryku bałwanów i głosu rozszalałej burzy, potęguje się co chwila. Idziemy wałem szerokim na cztery stopy. Po jednej stronie Wisła, szalejąca bezbrzeżna Wi­sła— po drugiej mrok...Zbliżamy się—jesteśmy już niedaleko... grzmoty coraz bardziej rosną. Nagle i po drugiej stronie wału ukazuje się pas wody. wznosi się on wciąż... W oddali i na wale błyszczą w mroku jak świę­tojańskie robaczki—latarki i światła. Słychać nawoływania. Fala po drugiej stronie wału, którym idziemy, coraz bardziej wzrasta. To Wisła, wybiegłszy przez wyłom, wydziera się z rykiem i hukiem na pola i sioła. Mamy już po obydwu stronach wodę, nad nami— mrok nieprzenikniony, a pod nami—wąski pasek zie­mi chwiejnej, bezsilnej wobec potęgi żywiołów buntu­jących się ze wszech stron. Któż zaręczy, że wiotka ta opora lada chwila nie mne z nami w wodną przepaść? Idziemy wszakże dalej... Tu wyłom. W szalonym wyścigu jedna przez druga pędzą po­tężne fale wydzierając się naprzód—naprzód. Stoimy na cyplu wału—dokoła burza i grom...

O Gaszu i Miklaszu

ksunder

wpis, o początkach miejscowości Gassy i pochodzeniu jej tajemniczej nazwy

Jak w starym dowcipie, gdy na zjeździe radiowców rosyjskich wstała przedstawicielka Radia Erewań i rozpoczęła swą przemowę od zdania: „Do naszej radiostacji przychodzi wiele pytań…”, dalsza część jej wypowiedzi utonęła w śmiechu delegatów znajdujących się na sali. Równie wiele pytań otrzymuje autor tego bloga, a jednym z najczęstszych jest pytanie o pochodzenie nazwy Gassy. Teorii jest tutaj wiele, a odpowiedzi nie ułatwia pewien pan, którego nazwisko pominę, wożący ludzi po Wiśle i wmawiający im, iż niegdyś wieś ta zwała się Hossy. Co nie jest prawdą, bowiem nazwa Hossy występuje wyłącznie na jednym dokumencie, szeroko znanej mapie Kwatermistrzostwa i jest najprawdopodobniej błędem zapisu. I nie ma nic wspólnego z mennonitami, których nigdy na tych terenach nie było. Bowiem w tysiącach innych dokumentów nazwa ta w owym czasie funkcjonuje już jako Gassy, lub Gasy, w zależności od zapisu. My sięgnijmy jednak dzisiaj do źródeł, bowiem pochodzenie tego określenia nie jest wcale tak tajemnicze, jak mogłoby się nam zdawać.

Otóż zapisano w kronikach w roku pańskim 1510, iż nad Wisłą osiedliło się dwóch kmieci. Było to na ziemiach rodziny Cieciszewskich, tuż na granicy z ziemiami Oborskich, a fakt ten odnotowany został przy okazji kolejnego rozsądzenia sporów granicznych, który jak każdy nosił miano wieczystego. Kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat wcześniej Wisła zmieniła swój bieg, a jej koryto wygięło się łukiem w kierunku wschodnim. Z czasem grunta porosły zarośla i niewielki las. Pomyśleć można było o ich zasiedleniu, co miało miejsce nie później niż na początku wieku XVI, bowiem gdy czytamy o obu kmieciach, wyraźnie mieszkają oni tam od niedawna. Jak zapisano między siedliskami wybudowanymi przez obu chłopów biegnie granica: z drugiej strony przez pole znad Wisły między dwoma chłopami Miklaszem i Gasem aż do Duckich [Duda na prawym brzegu Wisły] granic, granice są z prawej strony Wisły przez pole i kmiecia Gasa dóbr oborskich a z lewej strony Wisły za lasem Miklasz w dobrach cieciszewskich naprzeciw dóbr Jemielina i z tej strony granica Wisłą idzie.

DSC01913Okolice Gassów, zapewne na początku XVI wieku wyglądały podobnie, gdy osiedlał się tu Gasz z Miklaszem.

Jak widzimy nieopodal Imielina (który notabene przetrwał do dzisiaj, bowiem na miejscu dawnego folwarku znajdują się zabudowania lotniska) osiadł Miklasz. To staropolskie imię oznacza ni mniej ni więcej Mikołaja. Sąsiadem jego jest Gasz, posiadacz innego staropolskiego imienia. Gasz, a nie Gas, bowiem zapisu dokonano w sposób dość charakterystyczny, wskazujący iż imię to w wymowie brzmiało dokładnie w tej formie, jakiej znane nam jest z innych źródeł na terenie Polski. Nie wdając się tu w rozważania specjalistów dodam jedynie, iż w zasadzie nie do końca jest jasne, jak w owym czasie wymawiano końcówki typu „s” w języku polskim. Dość, że w kolejnych zapisach w XVI wieku pojawiać się zaczynają mieszkańcy osady nadwiślańskiej, określani jako Gasze. Wywodzący się z niej kmiecie trafiają do ksiąg jako poddani do dóbr oborskich bądź cieciszewskich i zapisywani są pod przydomkami – Marcin Gasz, bądź też po prostu jako Gaszowie. W roku 1594 po raz pierwszy natrafimy na zapis w postaci Gasy. Stąd już niedaleka droga do tego co nastąpi dalej…

W tym miejscu otwiera się pole do popisu dla językoznawców. Wspomniałem już, że do końca nie jesteśmy pewni jak brzmiała oryginalna wymowa imienia Gasz, czy było to „sz” czy też specyficznie wymawiane „s”. Przez kolejny wiek w zapisie pojawiają się obie formy, jeszcze w roku 1632 nazwa wsi zapisana zostaje jako Gasze, a o ile mi wiadomo pierwszym, który zapisze nazwę wsi jako Gassy będzie w roku 1660 proboszcz cieciszewski Leon Stanisław Czarnysz. Zżyty z tutejszą społecznością przez lata odnotowywał nazwy tutejszych miejscowości wraz z ich zmianami. „S” w jego wydaniu także jest początkowo specyficzne, jednakże wkrótce stanie się pełnoprawną formą. Z czasem podwójnie pisane „s” przestaje być wyróżniane, a Gasze stają się Gassami. Być może ma to jakiś związek z pojawiającymi się na tych terenach w XVII wieku pierwszymi osadnikami olęderskimi, bowiem rozpowszechniają się wówczas nazwiska takie jak Goss, choć oczywiście może to być forma wariacji nazwiska Gass, notowanego we wsi jeszcze w XVIII wieku.

Ot i cała zagadka pochodzenia nazwy Gassy. A co z sąsiadem Gasza, Miklaszem? Jego imię nie przetrwało w nazewnictwie terenowym, w XVII wieku nazwa została wyparta, zapewne zmieniła się pod wpływem mieszkających tam ludzi. Sądząc po opisie granicznym umiejscowienia Miklaszy uznać należy, iż w ich miejscu znajdują się Kopyty, zamieszkiwane w XVII stuleciu właśnie przez Kopytów. Dodam jeszcze, że na przykładzie tego nazwiska także można łatwo prześledzić problemy z zapisem, bowiem pierwszy Kopyt zanotowany na tych ziemiach zapisany został jako „Topith” w roku 1564. No to spróbujcie to wymówić, jak pisałem już kiedyś język polski przez 500 lat zmienił się tak bardzo, że z porozumieniem się z naszymi przodkami mielibyśmy znaczne problemy.


 Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory

Karczmarz z Obór

ksunder

wpis, w którym szanowny czytelnik pozna niedole Sebastyna Gozdzienskiego, austernika oborskiego i odkryje, iż obciążenia kredytowe i egzekucje komornicze nie są domeną początku XXI wieku, nim jednak do tego dojdzie, autor swym zwyczajem i słowem wprowadzenia opowie nieco o karczmach i austeriach oraz karczmarzach

Bankructwa i zadłużenia w czasach trwającego kryzysu nie są niczym zwyczajnym. Nie jest to jednak domena tylko naszych czasów, bowiem jeszcze w czasach przedrozbiorowych stawały się udziałem wielu osób. Poniżej dokument sporządzony ręką austernika oborskiego, arendującego karczmę znajdującą się przy drodze do Karczewa, którą do przewozu w Gassach zmierzało wiele osób. Austeria dawała nocleg przed przejściem Wisły zapewne taniej niż podobne przybytki w Karczewie, była więc dochodowa. Właśnie możliwość odpoczynku odróżniała austerię od karczmy, w której można jedynie było pić. Karczm na tym terenie była znaczna ilość, zwłaszcza pod koniec XVIII wieku, gdy propinacja stała się jednym z głównych źródeł dochodu polskich dworów, choć rzecz jasna nie jest prawdą, iż „dziedzic rozpijał pańszczyźnianych chłopów” jak można dowiedzieć się z komedii o brunecie przychodzącym wieczorową porą (nota bene kręconej zresztą w Konstancinie i okolicach). Karczmy trzymali rozmaici dzierżawcy, trafiali się tu zarówno mający głowę do interesów, potrafiący zyskać niezły dochód po odprowadzeniu należności dworskiej, jak i rozmaite typy spod ciemnej gwiazdy, zajmujący się przemytem gorzałki i jej fałszowaniem. Same karczmy zaś nierzadko stawały się miejscem awantur (stąd przysłowiowy przymiotnik „karczemne”), wspomnieć należy choćby opisywane w ubiegłym roku na blogu zajścia w Moczydłowie, gdzie chłopi z Obór napili się gorzałki – wpis o awanturach w Moczydłowie.

Prawie jak na Urzeczu. Jest nawet płotek. To oczywiście karczma z Sochocina, przeniesiona do Muzeum Wsi Mazowieckiej (czyli skansenu w Sierpcu). Zdjęcie pożyczyłem z tej strony

Wróćmy do austerii, bowiem w tych stronach były pod koniec XVIII wieku były takie tylko dwie. Za rzeką Jeziorką ich już nie było,  podróżni zatrzymywali się na granicy ziemi czerskiej nim wkroczyli na teren znajdujący się pod bezpośrednią władzą króla. Nocleg dawała tu stacja pocztowa (zobacz wpis o Królewskiej poczcie w Jeziornie) oraz austeria w Jeziornie Oborskiej. Zaś droga do promu w Gassach była na tyle często uczęszczana, że zwano ją traktem karczewskim, i właśnie przy nim wybudowano austerię w Oborach, bowiem wiodła tędy także odnoga drogi do Góry Kalwarii przez Cieciszew, wciąż jeszcze używana, choć nie tak często jak wiek wcześniej. Jak wynika z zachowanego opisu austeria była znaczna, okna miała przeszklone, z posadzką z tarcic i ceglaną podłogą w kuchni gdzie znajdowały się dwa piece. Była zajezdna, bowiem znajdowała się przy niej także stajnia, miała własną studnię. A wyposażenie stanowiły prócz dwóch stołów i stołków z poręczami liczne ławy. Biorąc austerię w arendę, czyli dzierżawę, karczmarz-austernik obowiązywał się dokonać z dworem w Oborach rozliczenia i wnosić w ustalonych terminach określoną kontraktem kwotę. Od niego tylko zależało jaki zysk osiągnie od sprzedaży piwa i gorzałki. A tymczasem w Oborach arendarzowi zupełnie się nie powiodło:

Niżey wyrażony na podpisie zeznaję, iż będąc przez rok, to jest od julii [lipca] 1786 do junii [czerwca] 1787 na austerii oborskiej pozostawiłem pewnego długu za trunki ze skarbu brane (…) i czynszu z tejże austerii i czynszu do tej austerii za trzy kwartały należącego (…) złotych osiemset dwadzieścia sześć groszy dwadzieścia jeden winienem do skarbu J [aśnie] W [ielmożnej] P [ani] Urszuli Wielopolskiej starościny krakowskiej Pani i Dobrodziejki, którego długu żadnego w tymczasie nie mam sposobu do do wypłacenia się, przeto daję na siebie ten rewers, iż powolnym czasem z kunsztu mego rzeźniczego, czyli ze służby o którą się starać będę, pomieniony dług choć powoli wypłacać i zaspokajać zobowiązuję się i powinienem, jeżeli zaś unikałbym od zapłacenia na ten czas daję siebie y mój wszelki mający pod ów czas majątek wolność aresztowania mnie y majątky mego y żony mojej bez wszelkiego prawnego kroku y tego długu odebrania, na co dla danie większej wagi i wiary własną ręką podpisuję. Dan w Oborach 1 augustii [sierpnia] 1787. Sebastyan Gozdzienski.

Karczmarzowi wyliczono precyzyjnie, jakie może zabrać ze sobą przedmioty z dobytku osobistego, następnie umożliwiono odjechanie starym wozem. Pozostałe przedmioty spisano i wciągnięto na stan karczmy, odliczając na poczet długu. Czyli dokonano czegoś na kształt egzekucji komorniczej… A Godzienski odjechał nawet bez „starej pierzyny”, w jednym tylko ubraniu. Czy uregulował dług nie wiadomo.

Dożynki w Oborach, lata dwudzieste XX wieku. Zdjęcie zamieszczone na forum historii Konstancina, znane również z książki o Łurzycu

Jeden z kolejnych karczmarzy miał już więcej szczęścia, został nim starozakonny Icek Lewkowicz, zwany przez miejscowych Józkiem. Począwszy od roku 1797 osiągnął znaczne zyski z arendy i zezwolono mu na sprzedaż chleba własnego wypieku, a w roku 1800 uzyskawszy stosowną koncesję przy karczmie uruchomił rzeźnię. Arendę trzymał jeszcze w roku 1803, kiedy to tracimy go z oczu, lecz do tego czasu stała się intratna i dochodowa.

 


 Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci