Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Kopyty

Wielka powódź

ksunder

wpis o wylewie Wisły

Przypominałem kilka dni temu tekst z bloga o początku łurzyckiej wiosny i nawiedzających te strony powodziach. Temat to niczym baśń o żelaznym wilku, choć do połowy XX wieku powodzie zdarzały się w tych stronach nader często. Trudno sobie wyobrazić co może stać się, jeśli wezbrana woda przerwie wały, choć rozmaite prognozy wskazują, iż wylew dojdzie aż do wiślanej skarpy. Dziś przeczytamy relację z takiej powodzi, mającej miejsce w roku 1879, gdy woda doszła zalała teren aż do Habdzina i Obór. 20 lutego 1879 na miejsce udał się dziennikarz Kuriera Warszawskiego. Za kilka dni zamieszczę jeszcze rządowy komunikat w tej sprawie. Warto przeczytać przejmujący artykuł, w którym uwspółcześniłem jedynie nazwy miejscowości. Co ciekawe powódź ta utkwiła tak w pamięci współczesnych, że wspominana jest w niektórych nadwiślańskich rodzinach po dziś dzień - opowieść o stawach "wybitych" na Dębinie, gdzie doszło wówczas do przerwania wału, słyszałem osobiście, bowiem opowiadały o tym prababcie obecnie żyjących.


"Przerwanie wału ochronnego pod Łęgiem i Gassami", Kurier Warszawski nr 41, 20 lutego 1879 roku

Przybór obecny zapewnił  sobie kartkę w historji Wisły. Wprawdzie u stóp starej Warszawy rzeka nic śmiała głośniej poswawolić, lecz za to w górze dała się ona dobrze we znaki. Wspominaliśmy już o rozlewach pod Sandomierzem— obecnie dodać należy słów parę o stronach bliższych, a mianowicie o zalani niziny moczydłowskiej i przerwaniu wału ochronnego pod Gassami.

Niezwykłe te katastrofy, interesujące ogół i budzące namieście mnóstwo wieści, naprowadziły nas na myśl zasięgnięcia na miejscu wiadomości o nieszczęśliwym wypadku. Dotarliśmy lewego wybrzeża Wisły czyli tak zwa­nych moczydłowskich nizin i stamtąd przynosimy wieści. Zanim jednak przystąpimy do opisu samej katastrofy zaznaczyć winiliśmy, że pobrzeże Wisły prawie od wzniesionej Góry Kalwarii na południe aż do Wilanowa na północ jest bardzo niskie, tak że dawnemi czasy było ono zawsze zalewane na kilka wiorst.

Otóż, dzięki staraniom dziś już nieżyjących hr[abiego Kaspra] Potulickiego i p. [Henryka] Rossmana z Bielawy, cała ta ni­zina odgrodzona została od rzeki specjalnym wałem ochronnym ciągnącym, się od Moczydłowa prawie do Wilanowa. Wał ten, datujący się od roku 1846, utrzymywany był w nadzwyczajnym porządku a stosowany przy nim systemat tam wydzierał rzece całe przestrzenie ziemi poza wałem, tak, że w jednem miejscu (na­przeciw wioski Kopyty) wał ostatniemi czasy oddalony był od rzeki prawie o dwie wiorsty, a naprzeciwko wsi Gassy powstała nawet poza wałem na nowym gruncie wieś Zieleniec.

Clipboard013

Powódź pod Wilanowem w roku 1884

Otóż w obrębie wału wynoszącego do dwudziestu wiorst długości poczęły się pod koniec zeszłego ty­godnia tworzyć zatory przy kępie położonej naprzeciwko wsi Kliczyn. Jak twierdzą, przyczyną znacznego zatoru było nagromadzenie się w korycie piasków, nawet w zwy­kłych warunkach tankujących spław. Bądź co bądź w sobotę (15 lutego) wody powyżej Kliczyna zaczęła silnie przybierać. Impet, jej  główny  skierował się na brzeg i wał w stronie wioski Łęg położonej nieopodal. Woda podnosiła się tu gwałtownie, silne budząc obawy — wał w tym punkcie począł mięknąć...

O godzinie pierwszej z północy niebezpieczeństwo stało się tak groźne, że stróż wału w Łęgu, Józef Utrata, dał znać do nadzorcy w Piaskach i starał się zgromadzić jak największą liczbę włościan, przy pomocy których usiłowano wzmocnić wał słomą, nawo­zem itd. Tymczasem całą przestrzeń przed wałem z stała za­lana, a mieszkańcy znajdującej sie tu, jak już napo­minaliśmy, wsi Zieleńca uciekli domiejsc bezpiecz­niejszych z bydłem i cala chudobą. Obeszło się przy tem bez tragicznych wypadków, oprócz jednego, który omal smutnie się nie zakończył. Syn wyjeżdżał z chaty razem z ojcem na łodzi, a gdy ostatni zasiedział się na strychu pierwszy, przypusz­czając, że Ojciec odjechał wcześniej, nie czekał nań dłużej. Biedny starzec pozostał  sam   w opuszczonym  do­mostwie. Straszliwy widok. Zrozpaczony rzucił się  w wodę dochodząca mu do ramion  i począł  zdążać  ze  strasznym wysiłkiem ku wałowi. Już groziła mu niechybna śmierć—gdy łódź wy­słana z brzegu uratowała nieopatrznemu starcowi ży­cie.

Wracając do położenia ogólnego, przez resztę nocy stawało się ono coraz gorsze — nad ranem też z Łęg i sąsiednich Gassów poczęli się wynosić mieszkańcy. Katastrofa wreszcie, pomimo wszelkich starań i usiłowań, stawała się nieuniknioną. Woda silnie parła poczęła nawet przelewać się przez wał wyjątkowo w tem miejsca niski, co silnie wpływało na jego destrukcję, rozmiękczając zie­mię... Wreszcie o godzinie dwunastej w południe dnia następnego (w niedzielo) stał się fakt... Woda wyrwała dwadzieścia sążni wału i z szalo­nym pędem wylała na okolice. Pierwszy wyłom w wale znajdował się na północ od Łęgu. Drugą mniejszą wyrwę w wale zrobiła woda o go­dzinie pierwszej bardziej na południe — po drugiej stronie Łęgu. Szerokość tego wyłomu dochodzi tylko do piętna­stu kroków. Trzeci raz, o trzeciej z południa, przerwała Wisła wał jeszcze bardziej na południe pod wsią Gassy,— tu również  na 20 sążni szerokości. Wszvstkie trzy wyłomy zrobiono zostały w miej­scu mniej od innych niebezpiecznem—i dlatego były do pewnego stopnia niespodziewane.

W innych punktach słabszych, jak np. przy wsi Kopyty), gdzie wał ostrym kątem się załamuje i prze­to więcej na działanie fal wystawiony, podatniejszy sile ich byćby winien, przygotowano nawet bardzo znaczne zapasy faszyn i innych umocnień na wypadek. Pod Moczydłami też na krańcu południowym wału było niebezpieczeństwo, które jednak dzięki energi­cznym rozporządzeniom naczelnika powiatu górno-kalwaryjskiego usunięto.

Wracając do przerwania wału pomiędzy Gassami i Łęgiem, trzy wyłomy tam zrobione znajdowały się na przestrzeni wiorsty, fale więc, które z szalonym wy­biegły pędem—płynęły po nizinach najpierw wiorstową szerokością. Straszliwy widok. Zatapiały ono wszystko!

W godzinę po utworzeniu pierwszego wyłomu głębokość wody około wału wynosiła do trzech łokci... Straty jednak zrządzone przez wylew nie były zbyt straszne, ponieważ domki w nadbrzeżnych wioskach opancerzone są zwykle płotami z gęstych a wytrzy­małych wiklin,  tamujących żywiołowi przystęp do chaty. Za to woda wpadając wśród płoty wiklowe i rozstrącając się o nie tworzy straszliwy wir. 

urzecze0167

W tle wiklinowy płotek w połowie XX wieku w Gassach. W artykule dość dobrze opisano jego praktyczną funkcję.

Domy więc w Gasach i Łęgu, pomimo  szalonej gwałtowności żywiołu, pozostały prawic nietknięte- karczma tylko stara w pierwszej z tych wiosek rozwaliła się... Szczątki jej popłynęły z prądem. Mieszkańcy zdołali się wcześnie jeszcze z wsi, o których mowa, wynieść—udali się oni do położonych wyżej Słomczyna, Jeziorny i Kawęczyna, wziąwszy ze so­bą dobytek i chudobę.Na miejsce wypadku w niedzielę jeszcze przybyło wielu okolicznych włościan i obywateli, prezes komi­tetu ochrony wału hr. Potulicki i naczelnik powiatu górno-kalwaryjskiego.

Wisła, wyrwawszy się z poza wału, zalała do pię­ciu wiorst. Pod wodą były wsie Gassy, Łęg, Piaski, Zieleniec, Czernidła, Opacz, Habdzin i Habdzinek, prócz tego pola więcej oddalonych Obór i Bielawy oraz dwa fol­warki do Obór należące, z tych jeden Anielin.

Włościanie z wiosek tych pouciekali wcześnie jesz­cze z dobytkiem i dziećmi do miejsc wyżej położo­nych. Władze miejscowe starają się im nieść pomoc W przedmiocie naprawy   i  zabezpieczenia   wału przed   dalszemi  ewentualnościami    obradować  ma wkrótce komitet ochrony wału. Przybór zaczął się już zmniejszać w niedzielę wie­czorem. Na zakończenie z ust osoby, która była na miejscu w niedzielę, czerpiemy tu opowieść o wrażeniu, jakie sprawiają porą wieczorna zapasy rozszalałych żywio­łów...

O dwie wiorsty już prawie od miejsca wypadku słychać straszny grom.. Grom ten, podobny do ryku bałwanów i głosu rozszalałej burzy, potęguje się co chwila. Idziemy wałem szerokim na cztery stopy. Po jednej stronie Wisła, szalejąca bezbrzeżna Wi­sła— po drugiej mrok...Zbliżamy się—jesteśmy już niedaleko... grzmoty coraz bardziej rosną. Nagle i po drugiej stronie wału ukazuje się pas wody. wznosi się on wciąż... W oddali i na wale błyszczą w mroku jak świę­tojańskie robaczki—latarki i światła. Słychać nawoływania. Fala po drugiej stronie wału, którym idziemy, coraz bardziej wzrasta. To Wisła, wybiegłszy przez wyłom, wydziera się z rykiem i hukiem na pola i sioła. Mamy już po obydwu stronach wodę, nad nami— mrok nieprzenikniony, a pod nami—wąski pasek zie­mi chwiejnej, bezsilnej wobec potęgi żywiołów buntu­jących się ze wszech stron. Któż zaręczy, że wiotka ta opora lada chwila nie mne z nami w wodną przepaść? Idziemy wszakże dalej... Tu wyłom. W szalonym wyścigu jedna przez druga pędzą po­tężne fale wydzierając się naprzód—naprzód. Stoimy na cyplu wału—dokoła burza i grom...

O Gaszu i Miklaszu

ksunder

wpis, o początkach miejscowości Gassy i pochodzeniu jej tajemniczej nazwy

Jak w starym dowcipie, gdy na zjeździe radiowców rosyjskich wstała przedstawicielka Radia Erewań i rozpoczęła swą przemowę od zdania: „Do naszej radiostacji przychodzi wiele pytań…”, dalsza część jej wypowiedzi utonęła w śmiechu delegatów znajdujących się na sali. Równie wiele pytań otrzymuje autor tego bloga, a jednym z najczęstszych jest pytanie o pochodzenie nazwy Gassy. Teorii jest tutaj wiele, a odpowiedzi nie ułatwia pewien pan, którego nazwisko pominę, wożący ludzi po Wiśle i wmawiający im, iż niegdyś wieś ta zwała się Hossy. Co nie jest prawdą, bowiem nazwa Hossy występuje wyłącznie na jednym dokumencie, szeroko znanej mapie Kwatermistrzostwa i jest najprawdopodobniej błędem zapisu. I nie ma nic wspólnego z mennonitami, których nigdy na tych terenach nie było. Bowiem w tysiącach innych dokumentów nazwa ta w owym czasie funkcjonuje już jako Gassy, lub Gasy, w zależności od zapisu. My sięgnijmy jednak dzisiaj do źródeł, bowiem pochodzenie tego określenia nie jest wcale tak tajemnicze, jak mogłoby się nam zdawać.

Otóż zapisano w kronikach w roku pańskim 1510, iż nad Wisłą osiedliło się dwóch kmieci. Było to na ziemiach rodziny Cieciszewskich, tuż na granicy z ziemiami Oborskich, a fakt ten odnotowany został przy okazji kolejnego rozsądzenia sporów granicznych, który jak każdy nosił miano wieczystego. Kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat wcześniej Wisła zmieniła swój bieg, a jej koryto wygięło się łukiem w kierunku wschodnim. Z czasem grunta porosły zarośla i niewielki las. Pomyśleć można było o ich zasiedleniu, co miało miejsce nie później niż na początku wieku XVI, bowiem gdy czytamy o obu kmieciach, wyraźnie mieszkają oni tam od niedawna. Jak zapisano między siedliskami wybudowanymi przez obu chłopów biegnie granica: z drugiej strony przez pole znad Wisły między dwoma chłopami Miklaszem i Gasem aż do Duckich [Duda na prawym brzegu Wisły] granic, granice są z prawej strony Wisły przez pole i kmiecia Gasa dóbr oborskich a z lewej strony Wisły za lasem Miklasz w dobrach cieciszewskich naprzeciw dóbr Jemielina i z tej strony granica Wisłą idzie.

DSC01913Okolice Gassów, zapewne na początku XVI wieku wyglądały podobnie, gdy osiedlał się tu Gasz z Miklaszem.

Jak widzimy nieopodal Imielina (który notabene przetrwał do dzisiaj, bowiem na miejscu dawnego folwarku znajdują się zabudowania lotniska) osiadł Miklasz. To staropolskie imię oznacza ni mniej ni więcej Mikołaja. Sąsiadem jego jest Gasz, posiadacz innego staropolskiego imienia. Gasz, a nie Gas, bowiem zapisu dokonano w sposób dość charakterystyczny, wskazujący iż imię to w wymowie brzmiało dokładnie w tej formie, jakiej znane nam jest z innych źródeł na terenie Polski. Nie wdając się tu w rozważania specjalistów dodam jedynie, iż w zasadzie nie do końca jest jasne, jak w owym czasie wymawiano końcówki typu „s” w języku polskim. Dość, że w kolejnych zapisach w XVI wieku pojawiać się zaczynają mieszkańcy osady nadwiślańskiej, określani jako Gasze. Wywodzący się z niej kmiecie trafiają do ksiąg jako poddani do dóbr oborskich bądź cieciszewskich i zapisywani są pod przydomkami – Marcin Gasz, bądź też po prostu jako Gaszowie. W roku 1594 po raz pierwszy natrafimy na zapis w postaci Gasy. Stąd już niedaleka droga do tego co nastąpi dalej…

W tym miejscu otwiera się pole do popisu dla językoznawców. Wspomniałem już, że do końca nie jesteśmy pewni jak brzmiała oryginalna wymowa imienia Gasz, czy było to „sz” czy też specyficznie wymawiane „s”. Przez kolejny wiek w zapisie pojawiają się obie formy, jeszcze w roku 1632 nazwa wsi zapisana zostaje jako Gasze, a o ile mi wiadomo pierwszym, który zapisze nazwę wsi jako Gassy będzie w roku 1660 proboszcz cieciszewski Leon Stanisław Czarnysz. Zżyty z tutejszą społecznością przez lata odnotowywał nazwy tutejszych miejscowości wraz z ich zmianami. „S” w jego wydaniu także jest początkowo specyficzne, jednakże wkrótce stanie się pełnoprawną formą. Z czasem podwójnie pisane „s” przestaje być wyróżniane, a Gasze stają się Gassami. Być może ma to jakiś związek z pojawiającymi się na tych terenach w XVII wieku pierwszymi osadnikami olęderskimi, bowiem rozpowszechniają się wówczas nazwiska takie jak Goss, choć oczywiście może to być forma wariacji nazwiska Gass, notowanego we wsi jeszcze w XVIII wieku.

Ot i cała zagadka pochodzenia nazwy Gassy. A co z sąsiadem Gasza, Miklaszem? Jego imię nie przetrwało w nazewnictwie terenowym, w XVII wieku nazwa została wyparta, zapewne zmieniła się pod wpływem mieszkających tam ludzi. Sądząc po opisie granicznym umiejscowienia Miklaszy uznać należy, iż w ich miejscu znajdują się Kopyty, zamieszkiwane w XVII stuleciu właśnie przez Kopytów. Dodam jeszcze, że na przykładzie tego nazwiska także można łatwo prześledzić problemy z zapisem, bowiem pierwszy Kopyt zanotowany na tych ziemiach zapisany został jako „Topith” w roku 1564. No to spróbujcie to wymówić, jak pisałem już kiedyś język polski przez 500 lat zmienił się tak bardzo, że z porozumieniem się z naszymi przodkami mielibyśmy znaczne problemy.


 Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory

Prom w Gassach (2)

ksunder

Po wielkiej powodzi w wieku XVIII koryto wiślane ustala się na nowo, przewóz zaczyna być sprawowany w Gassach, gdzie pozostanie już do końca swej historii. Brzeg Wisły jest wówczas nieco przesunięty, rzeka płynie dużo bliżej Karczewa niż obecnie. Pod miastem tym istnieje pal, przystań rzeczna dla statków, zapewne nieopodal wioski Przewóz, obecnie stanowiącej część Karczewa. Jasnym jest skąd wieś bierze swą nazwę, z czasem dojdzie do niej przymiotnik Karczewski, nim zostanie wchłonięta przez miasto. Dopiero w połowie XX wieku przewyższy liczbą mieszkańców Gassy, lecz wówczas w zasadzie będą się tam osiedlać mieszkańcy miasta, jeszcze w XIX będzie miał tylko 69 mieszkańców, podczas gdy Gassy ponad 200. Gassy będą wówczas jedną z trzech największych miejscowości tych okolic, wraz z Bielawą i Jeziorną. Wpływ na powyższe mieć będzie właśnie funkcjonowanie w tej miejscowości przewozu, który od XVIII wieku sprawi, że Gassy będą jedną z ważniejszych wsi tych okolic, gdy przewozem wędrować będzie się na karczewskie jarmarki i targi. W ówczesnych aktach droga prowadząca z Obór do Gassów (biegnąca wówczas w innym miejscu niż obecna) zwana będzie wręcz „drogą do Karczewia”. Co także pokazuje nam, iż ówczesny prom był dla współczesnych tym samym, co dla nas mosty rozpięte nad rzekami.

Prom w Gassach w pierwszej połowie XX wieku (zbiory NAC)

W owym czasie prowadził z Gassów gościńcem do przewozu niewielki mostek, od wsi prom oddzielało starorzecze. U przewozu stoi wówczas karczma, jedna z największych w dobrach oborskich, gdzie oczekując na przeprawę zamówić można piwo i gorzałkę. Zbieraniem pieniędzy za przewóz zajmuje się tutejszy karczmarz, który płaci z tego tytułu wraz z pieniędzmi za arendę (dzierżawę) karczmy ustaloną kwotę do dworu w Oborach. Przewoźnicy podlegają karczmarzowi. Podobna karczma istnieje po drugiej stronie, we wsi Przewóz. Z czasem między nim a Gassami wyodrębni się wyspa, na której przez jakiś czas funkcjonować będzie karczma należąca do dóbr otwockich, niegdyś znajdująca się we wsi Przewóz. Wreszcie wpadnie w Wisłę, jak i wiele innych karczem, w Nadbrzeżu czy Kępie Oborskiej.

Przewoźnicy w dobrach oborskich wywodzą się z Gassów. Przewóz dokonywany jest przy uzyciu dwóch „pramów”, czyli promów, które mogły pomieścić „fur 4 pojedyńczych a ludzi 100”. Prócz nich używane są tu czółna, lecz pod nazwą tą kryje się nieco większa jednostka, niż moglibyśmy sądzić, bowiem w połowie XIX wieku w Wilanowie zanotowano, iż czółnem można dokonać przewozu bryczki. Jest jeszcze szpiczak… Pod tą tajemniczą nazwą kryje się jednostka niespotykana nigdzie poza Urzeczem, trudno także dociec jej rozmiarów. P. Jagoda Klim z Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku podpowiadała, iż może chodzić o spotykaną wzdłuż środkowej Wisły łódź zwaną lejtakiem, jednakże była ona łodzią rybacką, szpiczak zaś powiązany jest z przewożeniem ludzi. Zatem biorąc pod uwagę nazwę ewidentnie powiązaną z kształtem (szpicem), możemy sądzić, że to jakaś tutejsza odmiana pychówki, którą dokonywano przewozu… Wspomnę, iż łodzie te wykorzystywano także w innych miejscach. Po zakończeniu prac na przewozie w Gassach przenoszono je do miejsc nieco mniej wymagających niż Wisła i służyły jeszcze przez lata na jeziorze cieciszewskim oraz na Jeziorce, między Jeziorną Królewską i Jeziorną Oborską. Jak dotąd brak informacji o tym, aby w dobrach oborskich znajdował się szkutnik, zapewne okazyjnie korzystano z szkutników w dobrach Bielińskich mieszkających w Nadbrzeżu, bądź wspomagano się doraźnymi naprawami dokonywanymi przez tutejszych traczy, czy wędrownych flisaków i oryli.

<

Prom na łachę wilanowską, Wilanów-Morysin, pocz. XX wieku (tygodnik "Świat")

W XIX wieku przewozy przechodzą w prywatne ręce, co oznacza, iż miast jak dotąd być utrzymywane przez właścicieli dóbr ziemskich, wolą oni pobierać stałą opłatę, zamiast opłacać naprawy i budowę nowych promów. W dobrach wilanowskich Potockim nie opłaca się już utrzymywać promu i przechodzi on w ręce prywatne, zapewne podobnie dzieje się i w Gassach. Po roku 1867 promy, które pozostały w rękach dziedziców, przeszły w kompetencję powstałych gmin. Wraz z XX wiekiem prom w Gassach przeżył swój rozkwit. Nowo powstałe letniska takie jak Otwock czy Falenica stały się miejscem, gdzie można było uzyskać stały dochód na tamtejszych targowiskach. Podobną rolę pełnił Karczew, będący dla mieszkańców nadwiślańskich wsi najbliższym miastem. Przeprawa promem stała się częstą rzeczą dla wielu tutejszych mieszkańców, zdążających w odwiedziny do swych rodzin jak również na liczne targi i jarmarki. Po dziś dzień starsze pokolenia na prawym brzegu Wisły wspomina pochodzące z lewego owoce i warzywa.

Druga wojna światowa zahamowała nieco działalność promu, wówczas już przystosowanego do przewozu samochodów. Cena za ich przejazd była dwukrotnie większa niż za przejazd wozem – w roku 1936 wynosiła odpowiednio 2 zł od załadowanego pojazdu i 1 zł od wozu. Ceny te ustalała gromada w Gassach-Kopytach, nie mogły jednak przekroczyć ustalonych urzędowo stawek. Wraz z wybuchem wojny rolę promu przejął most Ciszyca-Świdry, wybudowany kilka miesięcy wcześniej. Jednakże we wrześniu 1939 roku piękną kartę zapisali tutejsi przewoźnicy, o czym można poczytać w TYM MIEJSCU. Kilkanaście lat po wojnie prom zlikwidowano, obecnie tutejszym mieszkańcom trudno przypomnieć sobie czy miało to miejsce pod koniec lat pięćdziesiątych czy na początku sześćdziesiątych. Likwidacja promu i dostępu do targu w Otwocku sprawiła, iż zaczęto jeździć do Warszawy.

Prom w Gassach w roku 1939 (zbiory Ł. M. Stanaszka)

Obecnie podjęta została kolejna próba reaktywacji promu, który choć istniał przez wiele wieków, w ciągu ostatniego półwiecza zniknął trwale ze świadomości mieszkańców. Czy będzie to próba udana zobaczymy, na pewno z dużą radością przywitam jak większość osób z lewego brzegu związanych z tą okolicą możliwość łatwiejszego udania się do Karczewa, Nadbrzeża czy Otwocka Wielkiego, do których dotąd udawać się trzeba było mostem w Górze Kalwarii. Choć trudno przypuszczać, by powróciły znane mi z rodzinnych opowieści czasy, w których żył będący przewoźnikiem mój pradziadek…

Ostatni prom stanowi zresztą dach stodoły u jednego z ostatnich przewoźników w Gassach-Kopytach. A my zakończmy pięknym cytatem z książki Łukasza Maurycego Stanaszka „Na Łużycu. W zapomnianym…” przepięknie oddającym zapomnianą atmosferę tamtych dni, gdy między Zbytkami a Siekierkami, Gassami a Przewozem, Górą Kalwarią a Ostrówkiem i Brzuminem i Piwoninem przepłynąć można było promem:

„Jeszcze całkiem niedawno można było usłyszeć po Nadwiślu gromkie okrzyki ludzi oczekujących na łódkę lub krypę na sąsiednim brzegu rzeki: Zawisła! Dawaj łódki, przewozu! I zaraz – o ile przewoźnik nie przysnął lub nie popił – pośpieszne odpowiedzi: Jade, Jade! W okolicy Karczewa na zawołanie zza Wisły – Przewozu, przewozu! – dało się czasem posłyszeć z roześmianych ust młodych chłopców: Czekaj chamie do mrozu! Ot folklor wiślany, który bezpowrotnie przeminął”


Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWil
  • AGAD, Obory
  • AGAD, Archiwum Komierowskich
  • Ł. M. Stanaszek, Na Łużycu. W zapomnianym regionie etnograficznym nad Wisłą, Warszawa-Czersk 2012

Dłuższa historia tutejszego promu przygotowana została do druku w "Roczniku Karczewskim". Dlatego w powyższym tekście pominięto wiele szczegółów, a także nierozerwalny związek rozwoju Karczewa z tutejszym przewozem.

Zima na Łurzycu

ksunder

Przyjrzyjmy się jak wyglądała w przeszłości zima nad Jeziorką i Wisłą, gdyż znowu spadł śnieg i rozpoczęła się walka o miejsca parkingowe, co skłoniło mnie do dzisiejszego wpisu. Poza nieodśnieżonymi drogami i oblodzonymi chodnikami nie mamy tak naprawdę powodów do narzekań. Niegdyś opady śniegu potrafiły odciąć niektóre z okolicznych wsi od świata, chyba nie trzeba nikogo przekonywać jakim wyzwaniem jest wędrówka przez śnieżne zaspy, łatwo domyślić się co oznaczała konieczność udawania się z wsi takich jak Chabdzinek (Habdzinek) czy Opacz na mszę do kościoła w Cieciszewie, a później w Słomczynie. Nie każde gospodarstwo chłopskie dysponowało saniami bądź płozami zaczepianymi w miejsce kół, poza tym wielopokoleniowa rodzina nie mieściła się w całości na wozie. Drogi nie były odśnieżane ani posypywane, zatem należało wydeptać ścieżki. Potuliccy czy Wielopolscy podróżowali własnymi zaprzęgami, sanie zresztą były w zimie zwyczajnym środkiem transportu. Mecenas reprezentujący interesy Potulickich w połowie XIX wieku w przedstawianym im rozliczeniu rachunku wielokrotnie wykazywał, iż przemieszczał się sankami, podobnie czynił sądowy woźny, doręczający wezwania kolonistom olęderskim z dóbr oborskich.


Rzeki zamarzały. Pozwalało to wykuć z nich lód i zebrać jego zapas, stosowano go do przechowywania produktów spożywczych, wraz z rozwojem propinacji stał się także niezbędny do produkcji piwa. Wycięte i zebrane fury i bryły lodu przechowywano w lodowniach. Na ziemiach polskich istniały one od średniowiecza, nim w roku 1876 Carl von Linde odkrył jak wykorzystać amoniak do obniżenia temperatury co doprowadziło do stworzenia lodówek, lód przechowywano w nich. Lodownie istniały przy większości gospodarstw, w większości wypadków były dołami wykopanymi w ziemi, wyłożonymi drewnem, przykrytymi od zewnątrz, a ich ślad znaczyły kopce. Lód wydobywano jeszcze w połowie XX wieku, a lodownie przetrwały co najmniej do lat sześćdziesiątych. Do dziś w okolicy Konstancina wspominany jest p. Ziętek z Habdzina, który wytwarzał lody z krowiego mleka, jajek i brył lodowych wyciętych ze stawu habdzińskiego. Lód był zresztą przedmiotem handlu, wykorzystywano go w przetwórstwie spożywczym i zaopatrywano się weń właśnie zimą. Zachował się ciekawy opis z roku 1783 wielkiej lodowni dóbr oborskich zlokalizowanej w Dębówce, „pod górą” czyli skarpą. Dziurę wykopaną w ziemi wzmocniono „słupami mocnymi dębowymi”, obsypano ziemią i „pokryto słomą”.

Zamarznięta Jeziorka umożliwiała przeprawę między Jeziorną Oborską i Królewską, z kolei Wisła dawała możliwość przejścia w miejscu przeprawy karczewskiej. Lód łączył także ze sobą Gassy i Nabrzeże, gdzie związki rodzinne obu wsi od wieków były szczególnie bliskie. Jednakże zamarzające rzeki powodowały znaczne zagrożenia. Zamarzająca woda tworzyła szczeliny w śluzach na Jeziorce i niszczyła ustępy wodne. Zdarzyło się także, że zwały lodowe podniosły i uszkodziły młyńskie koła. Większe spustoszenia powstawały na Wiśle, gdzie lód wielokrotnie „urywał” wiślane brzegi, a spiętrzenia kry prowadziły do powstania zatorów. Były one szczególnie niebezpieczne, bowiem rozmarzająca woda rozlewała się wtedy po polach. W 1785 odnotowano, iż „dla utrzymania brzegów Wisły” w okolicach wsi Kopyty sprowadzono z lasów wągrodzkich ścięte sosny, a powstałe w ten sposób pale „kafarem na Wiśle po lodzie ubito”.  60 pali rozerwało płynący lód i uniemożliwiło powstanie zatoru, jednakże impet płynącego lodu był tak wielki, iż „połowę tych pali lody powyrywały y zabrały”. Lód doskwierał także na stawach i jeziorach, z Cieciszewa do Piasków nie było wówczas jeszcze grobli, drogę łączył most, który jak odnotowano był przez lody „psuty”.

Zima dobiegała wreszcie końca i nadchodziła wiosna. A wraz z nią roztopy i rozpoczynały się powodzie…


Źródła:

  • AGAD, Obory

Na zdjęciach powyżej pochodzących z Narodowego Archiwum Cyfrowego przedstawiono wyrąb i transport lodu przez przedsiębiorców lodowych w okolicach Warszawy w roku 1935. O lodowniach istniejących na ziemiach polskich od średniowiecza, poczytać można w tym miejscu.


[we wpisie w stosunku do oryginalnego dokonano zmian w postaci zastąpienia słowa Łużyce słowem Łurzyce, bowiem jak wynika z najnowszych badań naukowych, formą prawidłową jest ta ostatnia - patrz tutaj]

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci