Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Opacz

Początki Ciszycy

ksunder

Wakacje już za nami, zrobię chwilową przerwę w opowieści o spisku papierniczym, bowiem w ostatnim numerze „Biuletynu gminy Konstancin-Jeziorna” w artykule o Ciszycy padło kilka zdań na temat genezy jej nazwy oraz daty założenia. Jakoś tak się złożyło, że w dotychczasowych wpisach początki historii tej części nadwiślańskiego Urzecza potraktowałem nieco po macoszemu, więc pora to uzupełnić.

Nim zastanowimy się skąd nazwa Ciszyca, zacznijmy od najważniejszego. Obecnie w jej skład wchodzą trzy stare nadwiślańskie miejscowości, spośród których dwie stają się coraz bardziej zapomniane. Wprawne oko dostrzeże je jeszcze na niektórych mapach, lecz po ostatniej wojnie pozostały głównie w ludzkiej pamięci. Mowa o Kole oraz Kliczynie, położonych do niedawna bezpośrenio nieopodal wiślanych wałów. Dawne wsie przetrwały jako gromady, a po wojnie włączono je do tworzonego sołectwa Ciszyca. W ten sposób powoli zniknęły z nazewnictwa, podobnie jak Habdzinek, gdy stał się częścią sołectwa Obórki. Mało kto prócz mieszkańców tamtych okolic pamięta obecnie, że Ciszyca to nazwa sołectwa, składającego się z trzech wsi, jedynie najstarsi mieszkańcy mówią, że mieszkają na Kole, a uprawy położone są tamże lub pod Kliczynem. Zresztą i upraw z roku na rok coraz mniej…

Jak to więc z tą Ciszycą i okolicznymi miejscowościami było? Rzeczywiście toponomaści wywodzą jej nazwę od słów „cis” lub „cichy”. I trudno orzec, które z nich dało miejscowości swą nazwę. Wzmiankowana jest po raz pierwszy w roku 1476 jako własność Pawła z Błędowa, podczaszego ziemi rawskiej. Prawdopodobnie to jeden z potomków Wojciecha z Chabdzina herbu Ciołek, sędziego grodu warszawskiego, rodu który od co najmniej XIV wieku posiadał ziemie w tych stronach. Do nich należał Powsin z przyległościami, z czasem Bielawa, a także Kawęczyn i Brześcce i właśnie Chabdzin, o czym niegdyś pisałem (Początki Habdzina). Ówczesny Chabdzin to ziemie położone w kierunku Wisły, między Chabdzinkiem a Imielinem i Gassami, stanowiącymi własność rodu Pierzchałów, już wkrótce zwącymi się Oborskimi i Cieciszewskimi. Zauważmy, że ziemie te powstały gdy bieg swój zmieniła Wisła, koryto rzeki odsunęło się od skarpy wiślanej zapewne w XIII – XIV wieku. Przestało wówczas płynąć pod Czerskiem, a także pod Cieciszewem czy Habdzinem, przydając im niezwykle żyznej ziemi uprawnej, złożonej z wiślanych madów. W roku 1476 gdy Konrad II Mazowiecki wymienia posiadłości swych rycerzy, zwalniając ich z powinności, w skład dóbr chabdzińskich prócz Chabdzina wchodziły powstałe w ciągu minionego wieku osady: Opacz, Łęg oraz Ciszyca. Te dwie pozostawmy na razie na rzecz odrębnych wpisów, wspomnę jeszcze, iż Chabdzinek nie jest tu wymieniony, bowiem w międzyczasie zmienił właściciela, pojawia się natomiast zagadkowa łacińska nazwa osady Lubyen. Domniemywałbym, że chodzić tu może o Lubin lub Lublin, który nie pojawia się nigdy w dokumentach tych stron jako wieś, lecz raczej nazwa miejsca. W połowie XVIII wieku wspomniany jest jako nazwa pola, położonego „w urzeczu”, a zatem nad Wisłą. Może zatem rzeka tę osadę szybko zabrała i jedynym jej śladem było właśnie określenie uprawy w tamtych stronach.

maplaa

Mapa z początku wieku XIX, teren przed wybudowaniem wałów jest trudno rozpoznawalny, ale widoczny jest jeszcze zarys dawnego półwyspu. Pojawia się także tajemnicza nazwa Wicie, występująca jedynie na trzech mapach, a nie odnotowana w żadnym dokumencie. Kliczyn zamieniono miejscami z Ciszycą.

Wróćmy jednak do Ciszycy i jej sąsiadów, którzy pojawiają się w dokumentach już z początkiem wieku XVI. Skąd nazwy Koło i Kliczyn? Obie są „terenowe” i wywodzą się od ukształtowania terenu, a rzut okiem na dawne mapy podpowiada nam dlaczego. Jeszcze w XVIII wieku widoczne wyraźnie są pozostałości dawnego półwyspu, zapewne niegdyś będącego kępą, czyli wyspą pośród urzyckich starorzeczy. Kształt kłykcia, czyli kciuka przyczynia się do powstania nazwy Kłyczyn, z czasem zapisywanej jako Kliczyn. Nieopodal Chabdzinka Wisła zakręca ku Jeziorce, płynąc wokół, właśnie w Koło. Stąd i nazwy położonych nad rzeką osad. O ile Ciszyca należy do dóbr chabdzińskich, obszary nad Świdrem i Wisłą wzmiankowane są jako właśność Ciołków kapituły warszawskiej, „aż po wieś Świder”, jak zostaje to wymienione w roku 1510, wraz z Chabdzinkiem i Kołem. W latach 1519-24 dobra chabdzińskie zostają sprzedane, Chabdzin, Opacz, Łęg oraz Ciszyca przechodzą na własność Jana i Marcina Oborskich, z doskonale znanych nam Obór. W tym samym wieku przez członków rodu zostają zakupione także Chabdzinek, Koło oraz Kliczyn, a także działy w Falenicy i Świdrze, jakie pochodziły jeszcze z czasów Ciołków. Nie wskażemy tu jednak dokładnej daty. Nazwa Kliczyn pojawia się po raz pierwszy w roku 1564, należąc do jednego z Cieciszewskich. W roku 1625 stanowi już wówczas własność Oborskich.

mapla22

 

Lata trzydzieste XX wieku. Jedna z ostatnich map, na których pojawia się Kliczyn.

Odnotujmy jeszcze, że zachowały się imiona najstarszych mieszkańców Ciszycy, z roku 1616. W umowie podziału dóbr między Janem i Jakubem Oborskimi poczyniony został następujący zapis: Druga wioska Koło (...) należeć mają temuż Panu Jakubowi ze wszystkimi przyległościami właśnie tym wioskom należącym od dawna. W Ciszycy czwartej wsi poddani mają należeć imć Panu Jakubowi to jest Pyszałka i Jędrzejek.

Warto też zauważyć, że obecne nazwiska mieszkańców Ciszycy notowane są na Urzeczu już w XVII wieku. Latoszkowie, Odolińscy czy Utratowie to stare łurzyckie rody, których przedstawiciele mieszkali w tych stronach już w początkach Ciszycy i innych okolicznych miejscowości.


Źródła i literatura:

  • IH PAN, Kartoteka prof. Wolffa
  • AGAD, Archiwum Wielopolskich i Potulickich z Obór

Diabły Urzecza

ksunder

wpis o mieszkańcu wierzbowych dziupli

Speak of the devil and he appears, jak mawiają Anglosasi, a prastare to, sięgające zapewne jeszcze czasów indoeuropejskich przysłowie, na polski tłumaczymy jako “o wilku mowa, a wilk tuż tuż”. Nie dojdziemy już zapewne jak doszło do tego, że w znacznej części świata mówimy o wilku lub psie, a w pozostałej o diable. W średniowiecznej Europie panowało przekonanie, że jeśli wspomni się o tej postaci, może ona pojawić się przynosząc ze sobą wszystkie tego konsekwencje. Poprzez wieki znaczenie to z naszego życia zniknęło, podobnie jak sam diabeł. Jak pisał Carl Lewis największym osiągnięciem diabła w XX wieku było przekonanie wielkiej rzeszy osób, iż nie istnieje. Diabeł odszedł także tym samym z Urzecza i innych okolicznych wsi, gdzie jeszcze do niedawna był stałym mieszkańcem.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m02

Od dawna w tych stronach zadomowił się bowiem we wszechobecnych nad starorzeczami wierzbach. Opowiedzą wam o tym jeszcze najstarsi mieszkańcy nadwiślańskich miejscowości, pamiętający, że kapliczki na granicy wsi odganiały złe moce. Niestety historie te w dużej mierze pozostają niezapisane, lecz wiążą się z kojarzonym z ziemią kaliską diabłem Rokitą i będącą jego siedzibą wierzbą. Rokita zresztą jest dawną nazwą wierzby, być może dlatego wierzbowe dziuple stały się jego domem. Badacze wiążą go z lechickim bogiem podziemi zwanym Nyją, w wierzbach zamieszkał zapewne później, bo na nasze tereny być może przyszły one dopiero z olędrami, rozpowszechniając się po całym Mazowszu. Czy diabeł był tu już wcześniej nie jest jasne. Lecz jeszcze do niedawna był tu obecny, pod różnymi postaciami.

Do dziś zdarza się, że starsze pokolenie niechętnie spogląda na wierzby. Miały być one siedzibą złego ducha, bądź strzygi. Tak przynajmniej określano ją w rozmowach ze mną, mówiąc iż jeszcze w latach pięćdziesiątych mieszkać miała ona w wierzbach porastających starorzecze nieopodal Habdzina. Lecz przekonanie o istnieniu mieszkańca wierzbowych dziupli zdaje się najbardziej było rozpowszechnione w Opaczy. Być może dlatego, że znaczna część wsi ciągnie się wzdłuż drogi położonej nad starorzeczem, a być może mam takie przekonanie z powodu faktu, iż przyszło mi tam spędzić sporo czasu w mym dzieciństwie i słuchać rozmaitych historii. W latach siedemdziesiątych mieszkała tam zresztą ostatnia w Opaczy znająca dawne sekrety kobieta, a jak mi przekazano gdy leżałem w kołysce miała dawnym zwyczajem przybyć i poczynić nade mną jak nad każdym urodzonym dzieckiem z tej wsi urok strzegące od złego. Zwyczaj ten w kolejnych latach przepadł. Ale dorośli zawsze ostrzegali nas przed wierzbami, które były wspaniałym miejscem zabaw. Gdy zapadała zima po lodzie przeprawialiśmy się na drugi brzeg, który porastały spróchniałe drzewa, przywodzące na myśl twierdze i domostwa, z wielkimi dziuplami. Dorośli woleli jednak byśmy bawili się na lodzie, choć do domów było blisko wołali nas zawsze gdy zapadała ciemność. To wtedy po raz pierwszy usłyszałem o strzydze, mało kto miał ochotę nocą samotnie rowerem przemierzać drogę do Ciszycy. Oświetlenie było słabe, a na zakręcie panowała ciemność. Ktoś tam kiedyś zginął, a kobiety powtarzały, że w wierzbach czai się strzyga.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m03

Przed Rokitą ostrzegł mnie kiedyś dziadek. Nie mogłem mieć niż 10 lat i miałem wrócić PKSem do Konstancina. Czasy były inne, więc niczym dziwnym nie było, iż pójdę samotnie na przystanek i wsiądę do autobusu. Musiała być jesień, bo było kompletnie ciemno, choć w Opaczy już od dawna świeciły latarnie, były jednak rozstawione rzadko i dawały słabe żółte światło, oświetlając jedynie obszar położony bliżej słupa. Dziadek opowiedział mi wówczas, jak jeszcze kilkanaście lat temu trzymali we wsi stróżę dawnym zwyczajem (po latach odkryłem, że obyczaj ten trwał od czasów średniowiecza, spisany szczegółowo przez Wielopolskich w roku 1790, odszedł do lamusa wraz z rozwojem elektryczności i przejęciem tych kompetencji przez Milicję Obywatelską). Wówczas wzdłuż starorzecza, nad wierzbami zdarzało się, że strażnicy widywali Rokitę, który gasił latarnie, gubił tropy, sprawiał że stróżujący gubili się w doskonale znanej im wsi i omal nie wpadali do starorzecza, gdzie chciał ich doprowadzić. Idąc na przystanek z duszą na ramieniu zorientowałem się, że latarnie gasną. Świeciły jedynie okna położonych przy drodze domostw, a gdy stanąłem przy wiacie i obejrzałem się, dostrzegłem idącą w mym kierunku kulejącą i chrząkającą ciemną postać. Wówczas nadjechał autobus a ja doń szybko wsiadłem i tak zakończyło się moje jedyne spotkanie z Rokitą. Do dziś go nie zapomniałem.

On wciąż tu gdzieś jest. Nieco zapomniany, ale wciąż mieszka w tych dziuplach, jest elementem naszego dziedzictwa. Zapytajcie starszych mieszkańców, opowiedzą wam wiele ciekawych historii o tutejszych wierzbach, które nigdy nie zostały zapisane. Napisałem o nim dlatego, że na profilu blogowym facebooka licznik wybił 666. No i od razu zepsuł mi się samochód. Speak of the devil and he appears.

rok


Literatura:

O Rokicie i jego związkach z Nyją poczytać można w tym artykule.

Początki Habdzina

ksunder

wpis, w którym zgodnie z tytułem czytelnik poznać będzie mógł początki miejscowości goszczącej obecnie imprezę sportową „Habdzinman”, a także dowiedzieć się skąd wzięła się jej nazwa oraz poznać tajemnice ekonomii Kazimierza Wielkiego

Przyznam, że wpis ten miał na blogu pojawić się już dawno, acz jakoś było z nim nie po drodze. Habdzin to kolejna stara miejscowość położona na terenie dóbr oborskich. Pierwotnie jednak do rodu Pierzchałów nie należał, nie znajdował się więc we władzy protoplasty Oborskich i Cieciszewskich, Stanisława z Cieciszewa.

Zacznijmy jednak od nazwy, bowiem na stronie internetowej sołectwa w Habdzinie pojawia się informacja, iż pochodzić ma ona od Turków, choć jak zaznacza sam autor notki, miano to pojawia się na długo przed ich sprowadzeniem w okolice Wilanowa, co miał uczynić Jan III Sobieski. Jest to kolejna wersj lokalnej legendy, a kto czytał książkę o Łurzycu ten wie, że po obu stronach Wisły mieszkańcy tutejszych wsi uważają się za potomków Turków. Trudno dociec jakie źródła ma ta opowieść, bowiem ani król Jan nie osadzał tu Turków, ani dokumenty nie potwierdzają aby na terenie tutejszych ziem się pojawiali, ani co najważniejsze nie potwierdziły tego dotąd badania DNA. Tematowi temu jednak poświęcę kiedyś odrębny wpis, na razie wróćmy jednak do Habdzina, czy też Chabdzina. Uważni czytelnicy tego bloga zauważyć mogli, że zazwyczaj pisząc o tej miejscowości posługuję się taką formą, bowiem przez większość swej historii właśnie tak zapisywano nazwę tej miejscowości. Upraszczając nieco i mając nadzieję, że nie narażę się na zbytnią furię językoznawców wyjaśniam, iż niegdyś w języku polskim istniało miękkie „h”, stąd właśnie nieubłagana ortografia każe nam posługiwać się „ch”, choć wymowa z czasem zanikła – posługują się nią jeszcze niektórzy urodzeni przez II Wojną Światową. Począwszy od XIX wieku wskutek rusycyzmu stosować zaczęto odmianę Habdzin, przenosząc na język polski zapisy cyrylicą, choć jeszcze przez lata wymiennie używano obu wersji, do czasu reformy języka polskiego w roku 1936, gdy obowiązywać zaczęła tylko jedna. Stąd i dzisiejsza nazwa miejscowości, co oczywiście nie znaczy, że w ramach patriotyzmu nakazującego nam jeść jabłka, pisać winniśmy ją z błędem.

hab

Chabdzin w roku 1933 i Habdzin pod koniec XX wieku. Warto zwrócić uwagę, iż na pierwszej mapce nie istnieje jeszcze obecna droga z Mirkowa, bowiem ze wsi szlak prowadził do Obór, zaś od strony łąk oborskich znajduje się grobla. To pozostałość ochrony przeciwpowodziowej łąk oborskich, zabezpieczanych w ten sposób od wylewów Wisły, z którą starorzecze było połączone.

Nazwa ta powstała na podobnej zasadzie do Cieciszewa czy Skolimowa, które wywodzą ją od zapomnianych rycerzy Ciecisza i Skolima. W tym wypadku był to Chebda, posiadacz słowiańskiego imienia, od którego dział ziemi nazwano początkowo Chebdzino, a potem Chabdzino, zaś z czasem zmienił się w Chabdzin. Chebda nie pojawia się w źródłach, jednakże domniemywać możemy, iż był członkiem książęcej drużyny, bądź też w jego imieniu zarządzał tymi ziemiami i osadą założoną nad wiślanym korytem. Z czasem w XIV wieku ziemie poszerzyły się, gdy koryto rzeki częściowo odsunęło się od wsi, płynąc w nowym miejscu, gdzie obecnie znajduje się wieś Opacz. Był to czas, gdy ziemia nad Wisłą zaczęła się powoli wymykać z rąk książąt mazowieckich. Początkowo zwarte terytorium, podlegające parafii w Cieciszewie (a jak duży pierwotnie był to obszar możecie przeczytać tutaj), zaczęło się rozdrabniać. W połowie wieku Stanisław Pierzchała posiadał ziemie od Brześc aż do rzeki Jeziorki wraz z Cieciszewem i Oborami, księciu pozostał wciśnięty między grunta Pierzchałów, a rzekę Wisłę niewielki skrawek zwany Chabdzinem, graniczący przez Jeziorkę z Bielawą należącą do Ciołków, być może wówczas połączony jeszcze z Okrzeszynem wraz z Jeziorną stanowiącymi domenę książęcą. Poszukujący ciągłego dopływu gotówki książęta sprzedawali  kolejne ziemie. Ich nabywcami okazali się znowu Ciołkowie.

W Sochaczewie 25 lipca 1368 roku książę Siemowit Chabdzino sprzedał. Jego nabywcą stał się Mikołaj z Rozniszewa,  miejscowości położonej nieopodal Warki, a wraz z Chabdzinem zakupiona została także znaczna część ziem podległych parafii cieciszewskiej położonych na południe od Cieciszewa, sięgających aż po terytorium obecnego Moczydłowa. Stąd Ciołkowie wzięli w posiadanie Kawęczyn wraz z Brześccami. Wróćmy jednak do Chabdzina, który jako zapisano Mikołaj nabył wspólnie z żoną Petronellą, siostrą Krzczona za niebagatelną sumę 112 i pół groszy krakowskich (choć suma to wraz ze wspomianym Kawęczynem i Brześccami). Wzmiankowany Krzczon był poprzednim właścicielem wsi, który zmarł bezpotomnie, wskutek czego jego dobra wróciły do księcia. Na prośbę Wojciecha, syna Mikołaja, miejscowości zostały przeniesione na prawo niemieckie, co de facto równało się ich ponownemu założeniu, bowiem umożliwiło sprowadzenie osadników. Nowi oraz już osiedli otrzymali zwolnienie na rok ze wszelkich obciążeń, po tym okresie zaś obowiązek opłacenia 12 groszy z łana. Wyraźnie ziemie był żyzne, bowiem w sąsiednim Cieciszewie lokując w roku 1363 Wolę Cieciszewską, wolniznę przyznano na lat 10. Lecz w końcu większość stanowiły tu zapewne żyzne mady wiślane, będące pozostałością po ustąpieniu rzeki. Tak rozpoczął się rozwój tej części ziem.

Warto zwrócić uwagę na walutę, w której dokonano transakcji. Grosze krakowskie były bite dość krótko, w latach 1367 - 1370, z inicjatywy Kazimierza Wielkiego. Była to głównie prestiżowa próba podniesienia znaczenia odrodzonego Królestwa, bowiem na obecnych ziemiach polskich brak było wspólnej waluty, zazwyczaj rozliczano się przy użyciu grosza praskiego. Grosz krakowski nie miał szans konkurować ze srebrną monetą opartą na kopalniach kruszcu w Kutnej Horze, powstał wskutek przeprowadzonej przez króla reformy monetarnej. Jak widać była ona udana, skoro na Mazowszu, jedynie częściowo wówczas podległym Koronie, posłużono się miast praskiego gorsza walutą Polski. Zwłaszcza, że była ona rzadka, jako iż bicie jej było całkowicie nieopłacalne, z uwagi na konieczność wytapiania srebra na monetę z innych stopów. To najcenniejszy polski numizmat, ocenia się, iż zachowało się mniej niż 50 sztuk. I przeprowadzono nim właśnie transakcję zakupu Habdzina i Kawęczyna...

220px-Grosi_cracoviensess_reverse

Mosiężna kopia grosza krakowskiego

Źródła i literatura:

  • Nowy Kodeks Dyplomatyczny Mazowsza, wyd. S. Kuraś i I. Sułkowska Kuraś, część III dokumenty z lat 1356-1381, Warszawa 2000 (dokument opublikowany również w Kodeksie Dyplomatycznym Księstwa Mazowieckiego ale tej wersji nie polecam, z uwagi na błędne podanie do druku)
  • o krakowskim groszu warto poczytać w tym miejscu LINK

Jak wiadomo na blogu niczego nie reklamuję, ale lokalny patriotyzm sprawia, że przy okazji Habdzina wspomnieć muszę o Polu Ruchu. Tym czym dla Cieciszewa jest Tęczowa Pasieka, tym dla Habdzina Pole Ruchu, czyli jedyny w swoim rodzaju sklep ze zdrową żywnością i nie tylko. Sprawdźcie sami.

Zapomniana bitwa (2)

ksunder

10 października 1914 roku front rozciągał się przez las chojnowski wzdłuż linii Jeziorki. Natarcie powstrzymywano początkowo na rozstaju dróg nieopodal Skolimowa, jednakże rosyjscy żołnierze cofnęli się przez rzekę do Kierszka, gdzie stawili opór. W trakcie walk zniszczony został młyn w Skolimowie oraz folwark w Kierszku stanowiący własność rodziny Hamanów, których potomkowie po dziś dzień mieszkają w tych okolicach. Natarcie powstrzymano właśnie w tej wsi uniemożliwiając otoczenie Piaseczna.

Las pod Skolimowem.

Dużą zasługę położyła tu rosyjska artyleria skoncentrowana na południu Mokotowa, która w dniach 10-13 października prowadziła ciągły ostrzał przedpól Warszawy, bombardowanej przez niemieckie sterowce. Było to kompletnie nowe doświadczenie, którego nikt nie przewidział. Choć bombardowania lotnicze były początkowo mało skuteczne, gdyż pociski rzucano ręcznie, od samego początku uważano je za barbarzyńskie. Dopiero po tej bitwie rozpoczęto tworzenie oddziałów przeciwlotniczych, które początkowo operowały bronią ręczną.  Niemieckie samoloty rozrzucały ulotki. Świadkowie wspominali niemal nieprzerwany huk ciągłych wystrzałów. Ostrzał powstrzymał natarcie Niemców, umocnionych w Konstancinie i Jeziornie. Szczególnie ważne było zatrzymanie Niemców w tej ostatniej miejscowości, bowiem po przejściu Jeziorki byli w stanie posłużyć się kolejką wilanowską, aby przerzucić wojska. Wielkim wysiłkiem armia rosyjska przeszła do ofensywy wypierając przeciwnika. Świadkowie tamtych wydarzeń wspominali, że choć artyleria na Mokotowie umilkła 16 października, to łuny pożarów rozświetlały niebo na południu przez całą noc. Niemcy nie wycofywali się bez walki, a odwrót nie był bezładny.

Willa Pieszczotka zajęta przez niemieckich żołnierzy

Bój o twierdzę Warszawa dobiegł końca. Jak wynika z zestawień gminy Jeziorna sporządzonych w roku 1917 w trakcie walk nie został zniszczony ani jeden budynek gminny. Straty odnotowano natomiast w Karczewie, bowiem Niemcy ostrzelali miasto ogniem artyleryjskim w odpowiedzi na rosyjski ostrzał. Pociski zniszczyły kilka domostw. Stacjonujące tu wojsko rosyjskie zrabowało zwierzęta i płody rolne. Karczew zaludniono mieszkańcami Mazowsza osiedlając po tych wydarzeniach w mieście 939 rodzin.

Niemieckie okopy, do których budowy wykorzystano parkany i ogrodzenia willi Konstancina i Skolimowa

Jak donosiły ówczesne gazety doniosłość i znaczenie tej bitwy ocenić miała historia. Nie ulegało jednak wątpliwości, iż Warszawa została ocalona dzięki ofiarności żołnierzy na polu bitwy od Pruszkowa przez Brwinów aż po okolice Piaseczna, gdzie pozostały stosy trupów. 19 października w Warszawie zanotowano, iż po raz pierwszy od ponad tygodnia, nie słychać odgłosu artylerii. Bitwę rozpoczętą w sobotę 10 października uznano za zakończoną dopiero w kolejny poniedziałek. Na polach pozostały stosy trupów, które stopniowo identyfikowano i chowano w miejscach, w których polegli żołnierze.

Zniszczony młyn i most w Skolimowie

Prymas Aleksander Kakowski osobiście podziękował carowi Mikołajowi za ocalenie stolicy, przesyłając depeszę w imieniu jej mieszkańców, gdzie prócz „uczuć najgłębszej wdzięczności” złożył wyrazy „wiernopoddańczego oddania”. Car w odpowiedzi dziękował Bogu za ocalenie Warszawy a jej mieszkańcom za modlitwy.

Wnioski z bitwy wyciągnęli Niemcy. Gdy w rok później zajęli Warszawę bez walki, rozbudowali dodatkowy system fortyfikacji, mający ochronić miasto od rosyjskiego ataku. Linia ta biegła po obu stronach Wisły na wysokości rzeki Świder. Bunkry po wojnie rozebrano, a materiały użyte do ich budowy wykorzystano wraz z pozostałościami domów olęderskich w Zieleńcu do budowy szkoły w Opaczy.

Obecnie bitwa ta pozostaje zapomniana, bowiem znajduje się w cieniu II wojny Światowej i jej wydarzeń. Jednakże przez te dwa tygodnie tutejsze okolice doświadczyły wojny i stał się polem bitwy między dwiema armiami, jaka w historii nie miała miejsca. Przy czym pamiętać należy, że armie te były rosyjską i niemiecką wyłącznie z nazwy, bowiem służyło w nich wielu Polaków, wcielonych do zaborczych armii, o czym świadczą nazwiska upamiętnione na okolicznych cmentarzach wojennych. Zasługują one na oddzielny wpis, który pojawi się na blogu w niedalekim czasie.


Źródła i opracowania (wybrane):

  • Tygodnik Illustrowany i inne gazety codzienne z roku 1914
  • APW Oddz. Grodzisk Mazowiecki, Akta Gminy Jeziorna
  • KRÓLIKOWSKI Lech, OKTABIŃSKI Krzysztof, Warszawa 1914-1920. Warszawa i okolice w latach walki o niepodległość i granice Rzeczypospolitej, Warszawa 2007

Chwalcie łąki umajone

ksunder

Dzisiejszy wpis ma charakter bardziej antropologiczny i refleksyjny niż historyczny, o czym uprzedzam już na wstępie; przyznam, iż nie był on uprzednio przeze mnie planowany. Znów wypada wspomnieć o kapliczkach przydrożnych, opisanych przez Adama Zyszczyka, których wygląd dokumentuje w serwisie zdjęciowym Bartek Biedrzycki. Nadszedł maj i kapliczki zaczęły być przyozdabiane kwieciem, zgodnie ze starym ludowym obyczajem. Przy niektórych zaś odprawiane są majowe modły, nie tylko na Urzeczu, lecz i w całej Polsce.

Kilka dni temu widziałem majowe nabożeństwo przy kapliczce w Borowinie. Na terenie naszej gminy wieczorne modły odbywają się jeszcze w kilku wsiach, zastanowiłem się kto z mieszkańców miasta Konstancin, czy osiedla Grapa ma jeszcze o tym pojęcie, bowiem zwyczaju tego nie uświadczymy przy krzyżach i kapliczkach stojących wśród zabudowań.

Zwyczaj zanika tak samo na Urzeczu jak i w reszcie kraju, w naszych okolicach coraz szybciej gdyż podlegają akulturacji związanej z bliskością Warszawy. Warto wiedzieć, iż nie jest on aż tak stary, bowiem w diecezji warszawskiej wprowadzony został dopiero w roku 1863. Jednakże już pod koniec XIX wieku w większości tutejszych wsi, oddalonych od siedzib parafii w Słomczynie i Powsinie gromadziło się wiele osób. Najstarsi mieszkańcy wspominają z przekazów swoich babć i dziadków, iż było to najczęściej późnym wieczorem, po zakończonej pracy na polu, a w nabożeństwach brały udział głównie kobiety i dzieci. Ośpiewywano litanię loretańską. We wsiach nadwiślańskich jeszcze w latach pięćdziesiątych przy kapliczkach gromadzili się przede wszystkim młodzi, bowiem jak zapamiętano, starsi nie mieli na to czasu, zajęci pracą. Kapliczki były wówczas miejscem spotkań, w tym nieistniejącym już świecie, w którym nie było telefonów i facebooka, gdzie młodzi mogli spędzać razem czas i odprowadzać się nawzajem do domów.

Majowe zdarzyło mi się widzieć nie tylko w Borowinie, zwyczaj trwa jeszcze w Opaczy, Gassach, Obórkach, także innych miejscowościach w powiecie piaseczyńskim jak Głosków; zapewne także jeszcze w innych miejscach naszej gminy, o których nie mam pojęcia. Lecz z roku na rok odbywają się coraz rzadziej, nie zawsze codziennie i biorą w nich udział osoby starsze, które jak wynika z przeprowadzanych przeze mnie rozmów, jeszcze do lat pięćdziesiątych nie przeważały wśród uczestniczących w tych nabożeństwach na Urzeczu. I z roku na rok jest ich coraz mniej. A w niektórych miejscach zanikł już nawet zwyczaj przystrojenia kapliczki. Pozbawiona jakichkolwiek kwiatów jest w tym roku najstarsza kapliczka w naszej gminie, znajdująca się na granicy Cieciszewa i Słomczyna, wybudowana w roku 1894.

Kapliczka na granicy Cieciszewa i Słomczyna, w tym roku nie została przystrojona (fot. A. Zyszczyk)

Kapliczki znikają wśród powstałej infrastruktury i dziś trudno sobie wyobrazić, że dawniej stały pośród lasów, czy łąk. Często w Warszawie mam okazję przechodzić obok kapliczki przy ulicy Olszewskiej na Mokotowie, powstałej w roku 1832. Dziś, w sąsiedztwie głośnej linii tramwajowej na ulicy Puławskiej, trudno sobie wyobrazić, że powstała przy polnej drodze, nieopodal wsi Mokotów, oddalonej od Warszawy. Zabudowa nieubłaganie przybliża się do Konstancina, a gmina stała się częścią aglomeracji, choć zarzucono na szczęście plany z końca PRL-u, mające na celu administracyjne połączenie ze stolicą. Jednak pola powoli się zabudowują, niedawna rozbudowa drogi sprawiła, że zacierają się widoczne odległości między dawnymi wsiami. Zniknęły już rosnące przy tej trasie drzewa, wkrótce jedynym widocznym śladem granicy między Bielawą a Powsinem będzie stojąca wśród zabudowań tabliczka, podobna do tych informujących o wjeździe do Marek czy Raszyna, gdzie trudno dostrzec, iż wjeżdża do innej miejscowości. Gmina w ciągu ostatnich dwóch dekad straciła rolniczy charakter, przestawia się powoli na profil turystyczno-usługowy i sprowadza się do niej coraz więcej osób, traktując Konstancin jak przedmieścia. Stąd i dawne zwyczaje, zanikają na naszych oczach.

Dlatego warto zwrócić uwagę na to, że ktoś ozdabia kwiatami krzyże w maju, a tam gdzie przetrwały jeszcze stare, wiejskie wspólnoty, odprawiane są majowe modły. Przystanąć na chwilę, posłuchać, zwrócić uwagę, iż przy każdej z kapliczek śpiewa się nieco inaczej, innymi słowami i inną melodią, utrwalić tę chwilę w pamięci, bowiem niestety w ciągu najbliższych lat zwyczaj prawdopodobnie wygaśnie.

Kolejny wpis pojawi się na już za kilka dni i będzie natury stricte historycznej, ten zakończę cytatem z Reymonta, który w znanej dwutomowej powieści tak opisał majowe nabożeństwo:

„Zebrali się przeto odprawiać nabożeństwo (…), kaj obok bramy stojała mała kapliczka z figurą Matki Boskiej. Każdego maja przystrajały ją dziewczyny w papierowe wstęgi a korony wyzłacane i polnym kwieciem obrzucały, broniąc od zupełnej ruiny (…) Kowal przyklęknął na przedzie, przed progiem, zarzuconym tulipanami a głogiem różowym, i pierwszy zaczął śpiewać. (…) Zaś naród śpiewał wpatrzony w jasną twarz Matki, co wyciągała błogosławiące ręce nad wszystkim światem: Dobranoc, wonna Lilija, dobranoc!” 

536229_547748535245533_119346057_n

Umajony krzyż znajdujący się w zawiślańskiej miejscowości Ostrówiec w gminie Karczew, zwany przez miejscowych "krzyżem na Łurzycu", ustawiony ponoć na pamiątkę potyczki powstańczej w roku 1863 (zdjęcie: Ł. M. Stanaszek)

 (tytuł zaczerpnięto pośrednio z artykułu, w którym także posłużono się tytułem tej pieśni – Jacek Jackowski „Chwalcie łąki umajone. Nabożeństwa majowe przy krzyżach i kapliczkach przydrożnych na Mazowszu w Łowickiem i Rawskiem” w: Gadki z chatki nr 79, marzec 2009)

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci