Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Karczew

Churching na Urzeczu

ksunder

Kilka lat temu dostrzegłem po raz pierwszy zaimplementowane na grunt polski zjawisko churchingu. Za tym terminem przeniesionym z języka angielskiego kryje się swoista turystyka kościelna, polegająca na uczęszczaniu co niedzielę do innej parafii, czasem by wysłuchać kazania księdza, zbliżonego świadopoglądem do wiernego. Niedawna lektura książki Katarzyny Surmiak-Dowmańskiej “Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” przyniosła informację, iż w 25 tysięcznym Edmonton na południu USA świątyń protestanckich jest 70, a jak wyjaśnili dziennikarce miejscowi, liczba w tak niewielkim mieście aż tak znaczna, bo każdy kto nie zgadza się ze słowami któregoś z pastorów, może uczęszczać do innego kościoła. Książka to fascynująca, bez emocji i ocen autorka opisuje tam społeczność tej miejscowości, my jednak przenieśmy się na Urzecze, gdzie pozwolę sobie użyć anachronicznego terminu “churching”, do opisania podobnego zjawiska, w wypadku jednak Urzecza, częściej niż wierni parafie, parafie zmieniały wiernych.

W historii naszego kraju przynależność parafialna związana była z życiem codziennym, wraz z porami roku i zasiewami, obrzędowość wyznaczała jego rytm i nie podlegała ona raczej przemianom, wyjąwszy zmiany kościołów parafialnych wskutek zawarcia związku małżeńskiego, w innej miejscowości, też wbrew pozorom nie tak częste. Rzecz jasna zasadom tym nie podlegali ludzie wędrowni, choćby flisacy, czy olędrzy. Ci raczej jednak z rzadka święcili nawet niedzielę, nurt Wisły nie pozwalał na odpoczynek. Jak zanotowano w wilanowskich księgach pod koniec XVIII wieku jeden z katolickich olędrów na Wiśle przebywał już od roku, nie przyjmując komunii i nie uczestnicząc w mszach. Wisła na Urzeczu jak zawsze zresztą łączyła i dzieliła, odpowiadając za to, że ludzie uczęszczali do parafii innych, niż przynależeli. Decydowała tu wygoda, dla znacznej części mieszkańców nadrzecznych wsi wygodniej było udać się do świątyni położonej nad wodą, użyć pychówki, a zimą przejść po lodzie. Stąd nadwiślańskie miejscowości od Koła i Ciszycy, wraz z Łęgiem aż po Gassy wybierały się najczęściej do Karczewa, gdzie od XVIII wieku istnieje po dziś dzień kościół Świętego Wita. Aż do XX wieku jedynym kościołem parafialnym obejmującym teren na południe od Jeziorki po Kawęczyn był Słomczyn, dopiero wraz z rozwojem Papierni i powstaniem letnisk Konstancin i Skolimów utworzono kościoły filialne. Lecz nim stały się parafiami minąć musiało jeszcze pół wieku. Po deszczach polne drogi stawały się grząskie, koleiny znikały, tonęło się w błocie. Nic więc dziwnego, iż jeśli w grę nie wchodził któryś z sakramentów, łatwiej było udać się przeprawą promową do Karczewa, zwłaszcza iż przybijało się praktycznie w samej miejscowości, we wsi o nazwie Przewóz. Popularność kościoła i jego bliskość była tak duża, że nierzadko zawierano obrządki małżeńskie w tym kościele, jeśli pochodziła z niego panna młoda, nawet jeśli młodzi zamieszkać mieli za Wisłą. Zimą szło się po lodzie wśród tyczek, co było łatwiejsze, niż brnięcie przez śniegi. O ile dzięki przeprawie dostęp na drugi brzeg był ułatwiony, paradoksalnie mieszkańcy Nabrzeża zamieszkiwali przez większość roku na wyspie odciętej przez liczne starorzecza i bagna. Stąd też mimo bliskości Karczewa, łatwiej niż do Otwocka Wielkiego przedostać im się było przez Wisłę w okolice Piasków i Cieciszewa, skąd udawali się do kościoła w Słomczynie przybijając pychówkami przy karczmie w tamtejszym starorzeczu, nim odcięła je budowa wałów. Jeszcze na początku XX wieku wśród mieszkańców Nabrzeża zachowało się przekonanie, iż przynależą oni do parafii w Słomczynie, mimo iż historia tego nie potwierdza. Do ciekawej zagadki związanej z tym faktem powrócę za chwilę, odnotujmy jeszcze, iż istniało także zjawisko odwrotne. Olędrzy z Kępy Falenickiej jako poddani dóbr Falenicy należeli do parafii w Zerzeniu i tam winni sprawować sakramenty. Ponieważ kościół położony był w znacznej odległości od lądu obowiązek ten sobie lekceważyli, wybierając kościół w Powsinie, a tamtejszy proboszcz nie czynił im najmniejszych przeszkód. Podobnie zresztą olędrom z Kępy Oborskiej, których macierzystą świątynią był wspomniany Słomczyn. Już za krótkiego pruskiego panowania urzędnicy napominali, aby olędrzy trzymali się swych świątyń, jednakże często bezskutecznie. Choć w dużej mierze katolikami nie byli, sakramentów udzielali im katoliccy księża, dopełniając dodatkowo cywilnego obowiązku i wpisując je do ksiąg.

Urzecze miało jednak inny problem, wylewy Wisły, zmieniającej koryto i tworzącej liczne Kępy, powodowały trwałe przemiany w jego geografii. Cóż, że wyłączając z olbrzymiej parafii w Milanowie (Wilanowie) na lewym brzegu Powsin, a na prawym Zerzeń na początku XV wieku jasno określono granice. Rzeka zmieniła je już wkrótce, jak wynika z zapisów tyczących się nieistniejących już wsi takich jak Narty i Grabie, zlokalizowanych w rejonie obecnych Kęp Oborskiej i Okrzewskiej, do dziesięciny przyznawały się trzy parafie. Podobnie na południu, w roku 1252 zapisano po raz pierwszy istnienie od dawna parafii w Górze Kalwarii, która zapewne podobnie jak milanowska sięgała daleko po obu stronach rzeki, bowiem notowano w niej obecność Mniszewa i Niecieczy. Być może to z niej wyłączono w roku 1236 Cieciszew. Kapryśna Wisła sprawiła, że kolejne kępy zmieniały przynależność terytorialną. W roku 1598 zanotowano, iż płacenia proboszczowi dziesięcin odmawia pan Jakub Pilichowski ze wsi Ostrowo i Jelity. Pozwano go przed Sąd Królewski, nakazując w 1604 roku płacić dziesięcinę snopową. Pilichowski odwołał się do najbliższej sesji królewskiej trybunału piotrkowskiego. Nie wiemy jak skończyła się ta sprawa, ale w roku 1678 biskup Wierzbowski fundował w Ostrówku kościół filialny, uznając iż Ostrówek podlega Górze Kalwarii. Już w roku 1576 wskazano, iż Ostrówek i nieistniejące Jelita i Żelawin należą do Góry, lecz zapewne Pilichowski, iż jego właściwą parafią jest Radwanków, któremu podlegały sąsiednie Glinki, zaś poprzez starorzecza nie sposób było przedostać się do Góry. Rzut oka na mapę podpowie nam, że zapewne kępa na której były wspomniane wsie stała się wyspą, po czym przewędrowała na prawy brzeg. Nie lepiej było w okolicach wspomnianego Nabrzeża. Po dziś dzień nie wiadomo, do jakiej parafii wieś ta należała, nie jest odnotowana ani w Karczewie, ani w Słomczynie. Niejasny zapisek z roku 1661 wskazuje, iż wraz ze zlokalizowanym na terenie części obecnego Cieciszewa fragmentem wsi Kozłów, dziesięcinę pobierał odległy Osieck. Co jest możliwe, bowiem do Wisły sięgała i ta parafia, lecz ludzie wybierali bliższe kościoły. Co ciekawe w Karczewie i Cieciszewie aż do XVIII wieku sakramenty dla Nabrzeża są niezwykle rzadkie, zupełnie jakby były sprawowane gdzie indziej, co potwierdzałoby iż spod Cieciszewa należało udać się do Osiecka, z trudem przebywając tutejsze starorzecza.

Choć trudno sobie to wyobrazić, niektóre Kępy były praktycznie odcięte od świata. Działalność Wisły wycinającej nowe koryta, tworzącej kolejne kępy i przenoszącej nieustannie spore areały z lewego brzegu na prawy i na odwrót prowadziła do sytuacji, gdy nikt już nie wiedział, jaka jest przynależność parafialna czy administracyjna poszczególnych wsi. Nie tylko wierni, lecz również proboszczowie i właściciele dóbr, na co wskazuje piękny zapis z XVIII wieku sporządzony przez ekonomów marszałka Bieliińskiego: Glinki, Żelawin, Jelita, Kempa, Kozłów czy Powiatu Garwolińskiego czy do Czerskiego należy nie można wiedzieć, parafia do Kalwaryi to bardziej do Powiatu Czerskiego należeć będą.

I taki to oto wiślany churching na Urzeczu, który dobiegł końca w połowie XIX wieku, wraz z budową wałów. Rzeka ustaliła swój bieg, którym płynie do tej pory. Wisła wszak doprowadziła do jeszcze innej sytuacji, w rejonie Urzecza zniszczyła trzy parafie. Ale o tym kiedy indziej.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, Archiwum Komierowskich
  • ASC Wilanów
  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa

Na półce z książkami 2

ksunder

Dawno nie było o ciekawych lekturach dotyczących tych stron, więc dziś temat ten uzupełnimy. Okazja dobra, bo niedawno ukazał się wreszcie pierwszy numer długo wyczekiwanego „Rocznika Karczewskiego”. Jak wiedzą ci, którzy zaglądają na tę stronę, aż do późnych lat pięćdziesiątych obie strony Wisły były ze sobą niezwykle mocno związane, stąd znaleźć można tam wiele ciekawych informacji na temat obu wiślanych brzegów. Jak zwykle nie piszę recenzji a tylko omówienie pozycji, co zachęcić może kogoś do znalezienia jej i sięgnięcia po nią. We wspomnianym Roczniku popełniłem jeden z artykułów, więc oceniał go nie będę, bo nie ma nic gorszego niż kryptoreklama. Jednakże jest to bardzo ciekawa pozycja, nadal dostępna, warto się więc w nią zaopatrzyć.

Rocznik Karczewski, tom I, Karczew 2014

Podtytuł tego wydania to „Miasto i Gmina Karczew na Urzeczu”, może być nieco mylący bo traktuje on przede wszystkim o historii Karczewa i okolic. W środku znajdziemy artykuły zarówno popularne jak i nieco bardziej naukowe, ale wciąż przystępne dla zwykłego czytelnika. Prócz artykułów które dla specjalistów będą kopalnią wiedzy, jak genealogia założycieli Karczewa, Duckich i Karczewskich herbu Jasieńczyk (swoją drogą świetne i wyczerpujące opracowanie), czy opisującego perspektywy badań archeologicznych Karczewa, znalazło się tu miejsce dla tekstów p. Zygmunta Zakrzewskiego, opisującego dzieje ulic czy dawnych wsi nadwiślańskich. Niezwykle to ciekawe i przyjemne do czytania mikrohistorie zapomnianych przyjemności, które czyta się dobrze nie będąc nawet związanych z tamtymi okolicami. Odnotuję również, że chyba po raz pierwszy w druku ktoś poruszył kwestię Kozłowa, jednej z największych i najbardziej zapomnianych zagadek tych okolic. Kozłów był największą nadwiślańską miejscowością tych stron, jego częścią był Cieciszew czy obecne Piaski. Przepadł bez śladu zabrany przez powódź, która zniszczyła parafię i kościół w Cieciszewie, obecnie znany jest jedynie specjalistom, którzy usiłują określić jego położenie. Jeszcze w roku 1660 był największą miejscowością dóbr oborskich, wiek później nie było już po nim śladu… Pozostawiając Kozłów z boku w numerze także dwa dobre teksty o Karczewie – o XIX wiecznym drewnianym budownictwie tej miejscowości autorstwa znanego karczewskiego rysownika Bogdana Trzepałki (a jego rysunkami i drewnianą architekturą już kiedyś się zachwycałem, o czym można poczytać w tym miejscu) oraz opracowanie Lidii Sitek o barokowym kościele w Karczewie. To ostatnie jest chyba pierwszą znaną mi opublikowaną wyczerpującą monografią tej świątyni, gdzie autorka zawarła ciekawe spostrzeżenia o jej związkach z kościołami warszawskimi.

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze, że wewnątrz znalazły się jeszcze inne artykuły, m. in. niżej podpisanego o historii promu w Gassach i Przewozie oraz o Karczewie na Urzeczu Łukasza Maurycego Stanaszka. Jeśli ktoś nie zaopatrzył się jeszcze w książkę o mikroregionie, warto zajrzeć do tego ostatniego tekstu, zwłaszcza że jest on bogato ilustrowany zdjęciami.

gdzie kupić – MGOK w Karczewie

karcz1

Paweł Ajdacki i Zbigniew Wiliński, Karczew i okolice, Karczew 2014

Przy okazji wpadła mi w ręce ciekawa pozycja – dostępna w UM w Karczewie i tamtejszym MGOK za darmo. Świetny przewodnik po gminie Karczew, ilustrowany zdjęciami, przybliżający nam tamtą część nadwiślańskich brzegów. W skrócony i przystępny sposób przedstawiony został Karczew i jego najważniejsze zabytki, oraz historia miasta, a także większości okolicznych wsi – choćby Glinek, Otwocka Wielkiego i Małego Ostrówka. Znajdziemy tu także informacje o Mazowieckim Parku Krajobrazowym czy niezwykłym Bagnie Całowanie. Wiosną kiedy prom połączy na powrót oba wiślane brzegi, książeczka ta może się przydać, bowiem warto wybrać się na rowerową wycieczkę i zobaczyć opisywane miejsca. Nie jest to pozycja zbyt gruba, ale autorom udało się zawrzeć tu najważniejsze i najciekawsze informacje, przybliżające nam uroki i bogactwo tej nadwiślańskiej ziemi.

Miało być o książkach konstancińskich, jednak tydzień temu zostałem zaproszony do Karczewa na promocję wymienionych wyżej tytułów, stąd wrażenia z ich lektury przekazuję w zasadzie na bieżąco. Bardzo cenną rzeczą jest to, że miasto i gmina Karczew w naturalny sposób łączą ze sobą tradycje miejskie i wiejskie, co wynika przede wszystkim z faktu, iż wraz z przyległymi terenami stanowiły niegdyś jedną własność potężnego rodu Bielińskich. Tym samym budować mogą na tym dziedzictwie swą tożsamość kulturową, co udaje się świetnie. Zachęcam wszystkich do sięgnięcia po wspomniane pozycje i koniecznie zajrzenia na prawy brzeg Wisły, wiosna już niedaleko, prom ponownie ruszy.

Na przewozie w Gassach

ksunder

wpis, w którym autor przedstawia swą podróż przesławnym promem w Gassach, a następnie opisuje tenże prom w Gassach w latach 1790 i 1800. Informacje praktyczne na temat obecnego kursowania promu i obowiązujących cen zawarł zaś na końcu tekstu.

- Ruch jest duży – mówi jeden z przewoźników – Rano głównie miejscowi, ale tyle tych rowerów… - to odpowiedź na moje pytanie o opłacalność przedsięwzięcia. To dobrze. To znaczy, że przewoźnicy tu zostaną. Płynę promem z Gassów do Karczewa, mam do załatwienia sprawy w Otwocku. I wreszcie mogę udać się na drugi brzeg tą samą trasą, jaką podążali przez lata moi przodkowie. Spoglądam na szare chmury, wezbraną wodę w Wiślę i wykorzystuję tę chwilę by powiedzieć mej córce, że pochodzi ze starego nadwiślańskiego rodu, w którym byli zarówno przewoźnicy z Gassów i Nabrzeża, jak i pełni fantazji mieszkańcy innych łurzyckich wsi, kradnący śpiącym przewoźnikom pychówki i płynącymi nimi z zabaw w Karczewie do domu. Rozmawiam z przewoźnikiem o tym, że gdy zapadną zimowe ciemności prom raczej nie będzie pływał, bo nurtu nie rozświetlają obecnie lampiony zapalane przez wałowych, zwane bakanami, które wyznaczały niegdyś linię brzegową. Ale to nic nowego, niegdyś zimą prom także nie pływał, gdy rzekę skuwał lód. Przewoźnik opowiada mi, że wciąż są miejsca w Polsce, gdzie miejscowi płacą za roczny przewóz workiem zboża lub żyta, bowiem promowy nie utrzymuje się jak niegdyś ze skrawka ziemi, tylko wyłącznie z przewozu. Gdy mężczyzna mówi, że wezwaniem przewoźnika nad Pilicą czy Sanem wciąż potrafi być uderzenie metalowego drągu w przywiązany do pala dekiel, przypomina mi się stare łurzyckie zawołanie: Przewozu! Przewozu! Podróż dobiega już końca, ja udaję się dalej załatwić to po co przyjechałem, wyjeżdżając na betonowe molo po drugiej stronie. Nagle Karczew i Otwock znalazły się na wyciągnięcie ręki, choć wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić… Po kilkunastu minutach docieram do celu, przejechawszy kilkanaście kilometrów zamiast kilkudziesięciu.

Pod banderą Konstancina-Jeziorny i Karczewa

Moja córka z fascynacją obserwowała jak wartki nurt zabierał prom ze sobą, a silnik pchał go w przeciwnym kierunku, dzięki czemu lina ściągała go w żądanym kierunku. Rozwiązanie takie do niedawna niemożliwe do zastosowania, gdy rzeką płynęły statki, o głębokiej linii zanurzenia. Przez wieki handel wiślany sprawiał, że wyładowanych statków handlowych podążali tędy także flisacy i oryle spławiając drewno, zaś prom radzić sobie musiał siłą ludzkich rąk. Swoją drogą musieli mieć oni krzepę… obecnie jak i niegdyś prócz czynnika ludzkiego jego istnienie zależeć będzie także od kapryśnej Wisły.

Podróż mam już za sobą, znacząco różni się ona od tej odbywanej przed wiekami. Ceny także się różnią (jeśli ktoś ciekaw dawnych cen i historii promu zapraszam do dwóch wpisów na ten temat – część 1 i część 2). Przyjrzyjmy się jak wyglądał prom na przełomie XVIII i XIX wieku, bo z tego okresu mamy o nim sporo informacji. Do promu prowadziła wówczas grobla ze wsi Gassy, rokrocznie umacniana i podsypywana, bowiem zabierały ją wiosenne przybory wody, jako że wałów wówczas jeszcze nie było, czasem zamiast grobli stawiano niewielki mostek. Dotarłszy w roku 1790 do przewozu ujrzeć można było dwa promy, jeden "stary", a drugi świeżo wybudowany, mogące zabrać ludzi wraz z ładunkiem wprost do Karczewa. Linia brzegowa biegła wówczas nieco inaczej, Wisła płynęła zaś nieopodal wsi Przewóz Karczewski, stanowiącej obecnie część miasta. Był tu także szpiczak, o którym już kiedyś pisałem, że jest to najprawdopodobniej lokalna nazwa łodzi pychówki*. Inne łodzie mające najlepsze lata służby na przewozie za sobą przenoszono w inne miejsca, gdzie wciąż mogły sprawić się z pożytkiem. Stąd stary galar służył jako prom-most na jeziorze cieciszowskim, gdzie drogi wówczas nie było, a do Piasków i znajdujących się tam pól można było przedostać się przy jego pomocy. Niewielkie galarki przeniesiono do Jeziorny Oborskiej, tam podczas przyborów wody sprawowano przewóz na rzece Jeziorce. Inny z kolei szpiczak pływał na jeziorze w Opaczy.

Przewóz w XIX wieku. Zapewne w Gassach/Przewozie było podobnie, choć nurt był bardziej wartki.

Przewozem zajmowali się wówczas mieszkańcy wsi Gassy – Kazimierz Woźniak, Andrzej Gas, Dominik Ołyna, Józef Baran, Jakub Szewc i Tomasz Odoliński. Za pobór pieniędzy z przewozu i nadzór nad przewoźnikami odpowiadał żydowski karczmarz, Icek Szmulewicz, którego rolę jasno określono w ówczesnym kontrakcie arendy (dzierżawy karczmy). Gdy spisano go w roku 1800 przewoźnicy byli już nieco inni, być może miało to związek z opisywanymi już niegdyś na blogu wydarzeniami roku 1794, gdy Gassy uległy zniszczeniu.

„Za przewóz od osób powozów bydła koni zgoła od wszystkiego w każdej porze czasu cz to za małey czy za wielkiej wody opłatę podług ustawy Rządu Krajowego jaka teraz jest lub w przyszłości nastąpi a nie więcej brać będzie a w przypadku przestąpienia ustaw krajowych sam za to odpowiedzieć, szkody wynikłe ztąd powrócić obowiązuje się, Prom y Szpiczak Skarbowe od Przewozu sobie oddane w porządku utrzymywać tych na ustronną potrzebę nie dozwalać szkody aby w nich nie było dostrzegać pod jej wynagrodzenie ludzi ze wsi Gasów 6 jako to Jana Sawickiego Antoniego Barana Walentego Kolarczyka Józefa Cychrowskiego Kazimierza Woźniaka y Jana Kolarczyka do Przewozu mieć będzie których do innych żadnych robot prócz tyczących się przewozu y statków przewozowych pociągać nie można”

Niestety nie uda nam się wskazać opłat za przewóz w tym okresie, bowiem w kontrakcie nie rozdzielono ich od opłat wnoszonych za sprzedaż gorzałki i arendę karczmy. Miejsce było jednak dochodowe, była to jedna z największych karczm dóbr oborskich, gdzie w oczekiwaniu na przewóz raczono się piwem i gorzałką. A droga była często uczęszczana przez osoby posiadające znaczną ilość gotówki, bowiem w Karczewie organizowano jarmarki, przyciągające mieszkańców tutejszych ziem. Dzięki promowi z osad nadwiślańskich łatwiej było tam dotrzeć niż do miasta Piaseczna.

A tu jeszcze XIX-wieczny obrazek pt. "U przewozu". Zwraca uwagę chruściany płotek w tle, charakterystyczny dla tych okolic.

Prom może stać się nie tylko atrakcją turystyczną, lecz także znacznie ułatwić wielu ludziom codzienne życie, umożliwiając szybszy dojazd do Karczewa i Otwocka. Mimo że leżące po dwóch stronach Wisły gminy i powiaty w prostej linii dzieli zaledwie kilkaset metrów, na odcinku ok. 40 kilometrów nie ma mostów. Najbliższe znajdują się w Górze Kalwarii i w Warszawie.

 


*Na razie odnotuję jedynie, iż  bardzo ciekawy wywód o szpiczaku przedstawił Łukasz Maurycy Stanaszek w "Nadwiślańskim Urzeczu" wykazując związki z terenami północnej Polski, objętymi kolonizacją olęderską. Kto ciekaw niech zajrzy do książki, ja o żaglach i pychówkach na Wiśle napisze kiedy indziej.

Źródła:

  • AGAD, Obory

Miałem tego nie robić, ale ponieważ informacji nigdy za mało – oto ceny jakie obowiązują w tym roku na promie w Gassach. Za przewóz osoby zapłacicie 3 złote, za pojazd 9 zł, zaś za rower 2 zł, motocykl to 5 zł. Opłaty sumują się. Prom pływa cały czas między ostrogą w Gassach i Karczewie, obecnie do godziny 19. Od 14 września od 6:15 do 18:45, bo zaczyna się robić ciemno, w sezonie pływał od 6 do 20. Nawoływać nie trzeba, przepłynie. Na lewym brzegu brak informacji na jego temat, na prawym dość dobrze oznaczony strzałkami kierunkowymi w Karczewie. Poniżej mapka. Zmotoryzowanych informuję, że po głębokim zastanowieniu palmę pierwszeństwa dla najgorszej drogi oddaję gminie Konstancin-Jeziorna. Co prawda na prawym brzegu dość długo wybijamy amortyzatory na betonowych płytach, ale na podjeździe w Gassach kamienie zostały wybite wzmożonym ruchem i wzbudzają obawy o losy zawieszenia. No i gmina Konstancin-Jeziorna zamiast informować o promie ostrzega o końcu drogi takim znakiem.

 Mistrzostwo.

[EDIT: 11 września - muszę odszczekać bo słusznie zwrócono mi uwagę, że droga 712 przecięta w tym miejscu przez Wisłę na obu brzegach należy do województwa mazowieckiego. No to chłopaki z MWZD wygraliście pierwsze miejsce w konkurencji na palmę pierwszeństwa. A obie gminy przepraszam]

Zapiski znad Wisły

ksunder

 …cieszę się, że prom pływa, ale ja pamiętam ten stary prom i to nie jest to samo. Wtedy było dwóch przewoźników w Gassach stałych, którzy zajmowali się przewozem, inni pomagali im w środy i czwartki, kiedy był większy ruch, na targi do Karczewa i Otwocka. A obok Kopytów stała wartówka, gdzie był wytyczny z Przewozu Karczewskiego. On zawsze wieczorem zapalał bakany na rzece, one były po to żeby było widać którędy płynie Wisła. Ja pamiętam jak pływały tędy statki do Sandomierza, zawsze na ich pokładach była zabawa, zapalone były światła i tańce były, tam grała muzyka… Kiedy te kołowce płynęły to robiła się fala i wtedy spychało prom z trasy, wtedy trudniej było go odepchnąć od brzegu. Teraz popłynąć by już nie mogły, to dlatego że tam dalej w kierunku Nadbrzeża jest za płytko, bo tam przecież były kiedyś Kopyty. Jak po raz ostatni budowano wały, to większa część wsi znalazła się pod wodą. Ci co pobudowali się potem, to na terenie  pasternika, który dostali od Gassów…

Na Urzeczu. Gassy.

… kiedyś nad Wisłą nie było tyle drzew, wały były wykoszone, nic nie było zarośnięte. Zresztą były tam siedliska. Te jabłonie o które pan pyta na Ciszycy, to rzeczywiście zostały po dawnym siedlisku. Ono było na wprost drogi, ale jeszcze przed wojną je przeniesiono. Bo wcześniej droga biegła zupełnie inaczej, tu przy jeziorze i była stara Ciszyca i nowa Ciszyca, nad samą Wisłą, nieopodal Koła i Kliczyna. Jak zrobili sołectwo Ciszyca to potem przestali używać nazw tych wsi, tylko jeszcze my co tu mieszkamy tak mówimy. A drogę z Opaczy przez Ciszycę to zrobili przecinając pola jak zbudowali most, tuż przed wojną. I wtedy właśnie to siedlisko zburzyli. Ale została jabłoń. Wiem, że są jeszcze pale po moście, ale kiedyś było ich więcej. Na budowę domów na Ciszycy je powyjmowali…

… a te jabłonie przy Dębinie to nie wiem, ja nie pamiętam, żeby tam ktoś mieszkał. Mówi pan, że wieś tam była jeszcze w 1901? No tak, wszyscy mówimy na to miejsce Zieleniec, ale ja pamiętam już w latach trzydziestych, że tam nikt nie mieszkał. Były chyba jakieś ruiny domów. Ale nie pamiętam. Na pewno tam była wtedy wyspa, bo Wisła rozdzielała się w tym miejscu na dwie odnogi i opływała dookoła…

... a to zdjęcie to ostatnie lato. To przed wojną. I Wisła jaka elegancka i most stoi...

…te nazwy Anusin, Dorocin to wcale nie są nazwy folwarków. Folwark to był ale w Łęgu. Tak nazywano kawałki pól, które odkupywano od hrabiny [Potulickiej], bo ona tak nazywała kolejne części oddzielane od majątku przy sprzedaży. Nazywała je imionami córek. Dlatego właśnie Anusin i Dorocin. I Marynin. Zawsze jak wydzielali z majątku dworskiego to tak robili. Przecież cały Habdzin ma pola na dworskim gruncie. I Konstancin to też ma nazwę z wydzielonego majątku…

… i zawsze chodziło się do Karczewa, do Nadbrzeża do Otwocka. Ja z Wisłą to się bardzo zżyłam, bo tak u nas się na Powiślu zawsze z Wisłą żyło. Ja pływałam na drugą stronę, do kościoła do Karczewa, do rodziny, byłam opływana jak i wszyscy co tu mieszkali. Tak jak ci z Nadbrzeża przychodzili do Słomczyna, oni choć byli pod kościół w Karczewie, to zawsze uważali, że parafię mają w Słomczynie. Ja pamiętam zresztą jak się tu od święta ludzie ubierali na Powiślu, kobiety w takie suknie z wzorami, a mężczyźni w takie niebieskie długie sukmany, z czerwonymi kołnierzami. To był świąteczny strój. Jeszcze w latach trzydziestych tak było, łatwiej było chodzić do kościoła w Karczewie, bo trytwy do Obór to jeszcze nie było…

"Niebieskie długie sukmany z czerwonymi kołnierzami". Kopyty, początek XX wieku. Okładka książki "Nadwiślańskie Urzecze". Premiera już 6 września.

A zimą to się chodziło na drugą stronę po lodzie. Raz jak poszłam do banku w Otwocku bo był najbliżej i miałam wracać, to nie wiedziałam, że Wisła już rusza. W Gassach to już wiedzieli a ja szłam na łurzyca i nie wiedziałam. W Przewozie czekali aż lód ruszy, a ja przeszłam, a zaraz za mną Wisła popłynęła śryżem. Ale wiedzieliśmy zawsze nad Wisłą kiedy tak będzie, bo to było zanim w Kozienicach zrobili elektrownię i puścili ciepłą wodę, a potem już nie zamarzała...

 

 

- Na Łurzycu świnie kwiczą.

- A co to łurzyc?

- A to pod Cieciszewem.

Rewolucji początek

ksunder

Jak pisałem niedawno w tym roku mijają kolejne okrągłe rocznice ważkich wydarzeń, które wywarły kształt na życie ówczesnych mieszkańców tych okolic. Nim jednak nastał czas bitew I Wojny Światowej i zanim doszło do bitwy pod Ostrówkiem, miała miejsce Insurekcja Kościuszkowska. Był rok 1794, a w ówczesnych dokumentach to co wówczas zaszło określano mianem rewolucji, choć nazwą tą obejmowano nie tylko przyłączenie się przez włościan do oddziałów Kościuszki, lecz również działania wojsk rosyjskich. Zaś żadna pożoga wojenna, nawet późniejsza, nie spowodowała takich zniszczeń na tych ziemiach, jak wspomniana rewolucja. Zniszczeń większych niż największe wiślane powodzie… 

Nim jednak do nich doszło 24 marca 1794 roku w Krakowie przysięgę złożył Tadeusz Kościuszko, a niebawem insurekcja objęła Mazowsze. Rosjanie 4 kwietnia ściągnęli oddziały do Góry Kalwarii, gdzie umocnili się i wypuszczali podjazdy w kierunku stolicy, a Kozacy grasowali wzdłuż szlaków prowadzących do Warszawy na lewym i prawym nadwiślańskim brzegu, aż po Jeziorkę i Świder. Gdy 17 kwietnia Rosjanie opuścili Warszawę, w Raszynie skręcili w kierunku Wisły i skierowali się ku przewozowi w Gassach prowadzącego do Karczewa, gdzie zbudowano „wagenburg”, czyli barykadę z wozów i furgonów, mającą powstrzymać natarcie polskich powstańców. Mieszkańcy Jeziorny, Obór i innych wsi leżących na drodze wiodącej do przewozu zaczęli uciekać. Drogi zapełniły się uchodźcami, jak napisać miał ówczesny dzierżawca klucza oborskiego „Wielu włościan domy swe opuściwszy z dobytkiem od zaboru pozostałym przez Wisłę przechodziło (…) niektórzy tylko w części ten dobytek dochowali i przyprowadzili a inni to przez przypadek to przez zabranie utracili (…) lub też dla uniknienia przepadku podobneyże utraty sprzedawali.”. Rosjanie nie dokonywali wówczas jeszcze zniszczeń, bowiem usiłowali stanąć jak najszybciej w Karczewie. Jednakże już w połowie kwietnia oddziały ścigały powstańcze wygnały ich z prawego brzegu Wisły, zaś 28 kwietnia mieszczanie Góry Kalwarii i Czerska samodzielnie powstali i wypędzili rosyjskie wojsko. Maj przyniósł Ziemi Czerskiej wolność.

 

Zamiast Chełmońskiego czy Matejki obraz nieco mniej znanego Michała Stachowicza przedstawiający miilicję ludową z czasów insurekcji. Jednakże w przeciwieństwie powyższych Stachowicz był świadkiem Insurekcji, a w jej czasach już pełnoprawnym malarzem dokumentującym walczących w okolicach Krakowa.

Zgodnie z poleceniem Rady Tymczasowej Insurekcji żeglugę na Wiśle zabezpieczyć miała Komisja Ziemi Czerskiej. Od Kazimierza po Warszawę wzdłuż Wisły stanęło 1750 ludzi, rzeki strzegło 500 chłopów uzbrojonych w kosy i piki, wywodzących się z nadwiślańskich wsi. W każdej z nich wydzielono strażników z mieszkańców do obserwowania ruchów nieprzyjaciela, po dwóch w dzień i czterech w nocy. Zaobserwowano transporty płynące Wisłą z Austrii do Gdańska na pomoc armii austriackiej walczącej z rewolucjonistami we Francji. „Sztafety” powiadomiły po powyższym Warszawę, gdzie transporty zarekwirowano.

Sytuacja na niekorzystną zmieniać zaczęła się na początku lata, gdy Rosjanie przeszli do ofensywy, a w Ziemi Czerskiej pojawiać się zaczęły liczne podjazdy kozackie. 10 lipca doszło na obu brzegach rzeki do starć z nacierającymi Rosjanami. Nieopodal przewozu w Gassach i Karczewa generał Skilski wziął do niewoli otoczony konwój prowadzący woły i pontony. Na lewym brzegu odwrót spod Warki doprowadził dywizję generała Zajączka pod Piaseczno. Odwody stanęły w Jeziornie Królewskiej, nie było jeszcze jasne którym traktem na Warszawę ruszą Rosjanie, czy piaseczyńskim czy jeziorańskim. Kościuszko postanowił stoczyć bitwę na przedpolu Warszawy zatrzymując Rosjan na linii rzeki Jeziorki. Oddziały przesunięto z Piaseczna ustawiając je nieopodal Gołkowa, wykorzystując ukształtowanie terenu w postaci znajdujących się tu wzgórz i bagnistej doliny. Trakt na Piaseczno i droga do Jeziorny Królewskiej dawały możliwość wycofania się do Warszawy.

Bitwa rozpoczęła się 9 lipca, gdy Kozacy dotarli na polskie pozycje. Początkowo Polacy mieli przewagę, lecz koło godziny 17 siły wyrównały się, gdy na miejsce dotarły kolejne oddziały rosyjskie. Około 7600 Polaków, w części włościan, stawić musiało czoła 13 000 rosyjskim żołnierzom. Starcia trwały do zmroku, Rosjanie obsadzili armatami dwór w Gołkowie oraz wieś. Natarcie wznowili 10 lipca, usiłując zająć groblę w Jazgarzewie. Pierwsze natarcie załamało się w ogniu polskich dział, jednak rzucone do walki świeże oddziały zajęły ostatecznie Jazgarzew. Stąd Kozacy przeprawiwszy się przez Jeziorkę znaleźli się na tyłach i podjazdami zaczepnymi zaatakowali w Piasecznie i w Jeziornie Królewskiej. W tej sytuacji Kościuszko polecił wycofać się w kierunku Warszawy. Rosjanie wkroczyli do Piaseczna.

Głaz i krzyż u zbiegu ul. Zagłoby i 11 listopada w Piasecznie upamiętniające bitwę. Napis na kamieniu głosi: "Żołnierzom Insurekcji Kościuszkowskiej poległym w bitwie pod Gołkowem 9-10 lipca 1794". Zdjęcie Ł. Wylezińskiego ze strony gazety "Nad Wisłą".

W tym miejscu przerwijmy opowieść o wydarzeniach sprzed 220 lat, jak wiedzą zapewne niektórzy następnie dojść miało do zniszczenia Piaseczna i okolicznych miejscowości, lecz do tej historii powrócę za kilka miesięcy, opisując dalszy przebieg insurekcji w tych rejonach. W Piasecznie bitwę pod Gołkowem upamiętniono nadając w okresie międzywojennym nazwy ulicom na terenie letniska rozparcelowanego z dóbr ziemskich Gołkowa: Zajączka, Redutowa i Pod Bateriami. Wreszcie w roku 2012 odnowiono w Piasecznie kamień upamiętniający bitwę, warto o niej pamiętać, bowiem to jedno z największych starć stoczonych w powiecie piaseczyńskim.

ciąg dalszy niniejszego wpisu w tekście Tempora belli


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • Bagieńscy E. I W., Szkice z dziejów miasta Piaseczna, Piaseczno 2001
  • Rombel M, Insurekcja kościuszkowska 1794 r. w okolicy Sobień Jezior, Karczewa i Góry Kalwarii -  tekst dostępny na stronie http://www.ludowegarwolin.cba.pl/referaty-z-sympozjum-ko-ciuszkowskiego.html, chyba pierwsze opracowanie na temat przebiegu Insurekcji w części Ziemi Czerskiej, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji na prawym brzegu rzeki. Polecam lekturę, niestety wydarzenia na prawym brzegu wciąż czekają na swojego historyka, niniejszy szkic w żadnej mierze go nie zastąpi.
  • Twardowski Bolesław, Wojsko Polskie Kościuszki w roku 1794. Poznań, 1894.
  • Zahorski Andrzej, Wypisy źródłowe do historii polskiej sztuki wojennej. Polska sztuka wojenna w okresie powstania kościuszkowskiego, X, , Warszawa 1960.

 W miarę dokładny opis bitwy znaleźć można na wikipedii

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci