Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Ciszyca

Początki Ciszycy

ksunder

Wakacje już za nami, zrobię chwilową przerwę w opowieści o spisku papierniczym, bowiem w ostatnim numerze „Biuletynu gminy Konstancin-Jeziorna” w artykule o Ciszycy padło kilka zdań na temat genezy jej nazwy oraz daty założenia. Jakoś tak się złożyło, że w dotychczasowych wpisach początki historii tej części nadwiślańskiego Urzecza potraktowałem nieco po macoszemu, więc pora to uzupełnić.

Nim zastanowimy się skąd nazwa Ciszyca, zacznijmy od najważniejszego. Obecnie w jej skład wchodzą trzy stare nadwiślańskie miejscowości, spośród których dwie stają się coraz bardziej zapomniane. Wprawne oko dostrzeże je jeszcze na niektórych mapach, lecz po ostatniej wojnie pozostały głównie w ludzkiej pamięci. Mowa o Kole oraz Kliczynie, położonych do niedawna bezpośrenio nieopodal wiślanych wałów. Dawne wsie przetrwały jako gromady, a po wojnie włączono je do tworzonego sołectwa Ciszyca. W ten sposób powoli zniknęły z nazewnictwa, podobnie jak Habdzinek, gdy stał się częścią sołectwa Obórki. Mało kto prócz mieszkańców tamtych okolic pamięta obecnie, że Ciszyca to nazwa sołectwa, składającego się z trzech wsi, jedynie najstarsi mieszkańcy mówią, że mieszkają na Kole, a uprawy położone są tamże lub pod Kliczynem. Zresztą i upraw z roku na rok coraz mniej…

Jak to więc z tą Ciszycą i okolicznymi miejscowościami było? Rzeczywiście toponomaści wywodzą jej nazwę od słów „cis” lub „cichy”. I trudno orzec, które z nich dało miejscowości swą nazwę. Wzmiankowana jest po raz pierwszy w roku 1476 jako własność Pawła z Błędowa, podczaszego ziemi rawskiej. Prawdopodobnie to jeden z potomków Wojciecha z Chabdzina herbu Ciołek, sędziego grodu warszawskiego, rodu który od co najmniej XIV wieku posiadał ziemie w tych stronach. Do nich należał Powsin z przyległościami, z czasem Bielawa, a także Kawęczyn i Brześcce i właśnie Chabdzin, o czym niegdyś pisałem (Początki Habdzina). Ówczesny Chabdzin to ziemie położone w kierunku Wisły, między Chabdzinkiem a Imielinem i Gassami, stanowiącymi własność rodu Pierzchałów, już wkrótce zwącymi się Oborskimi i Cieciszewskimi. Zauważmy, że ziemie te powstały gdy bieg swój zmieniła Wisła, koryto rzeki odsunęło się od skarpy wiślanej zapewne w XIII – XIV wieku. Przestało wówczas płynąć pod Czerskiem, a także pod Cieciszewem czy Habdzinem, przydając im niezwykle żyznej ziemi uprawnej, złożonej z wiślanych madów. W roku 1476 gdy Konrad II Mazowiecki wymienia posiadłości swych rycerzy, zwalniając ich z powinności, w skład dóbr chabdzińskich prócz Chabdzina wchodziły powstałe w ciągu minionego wieku osady: Opacz, Łęg oraz Ciszyca. Te dwie pozostawmy na razie na rzecz odrębnych wpisów, wspomnę jeszcze, iż Chabdzinek nie jest tu wymieniony, bowiem w międzyczasie zmienił właściciela, pojawia się natomiast zagadkowa łacińska nazwa osady Lubyen. Domniemywałbym, że chodzić tu może o Lubin lub Lublin, który nie pojawia się nigdy w dokumentach tych stron jako wieś, lecz raczej nazwa miejsca. W połowie XVIII wieku wspomniany jest jako nazwa pola, położonego „w urzeczu”, a zatem nad Wisłą. Może zatem rzeka tę osadę szybko zabrała i jedynym jej śladem było właśnie określenie uprawy w tamtych stronach.

maplaa

Mapa z początku wieku XIX, teren przed wybudowaniem wałów jest trudno rozpoznawalny, ale widoczny jest jeszcze zarys dawnego półwyspu. Pojawia się także tajemnicza nazwa Wicie, występująca jedynie na trzech mapach, a nie odnotowana w żadnym dokumencie. Kliczyn zamieniono miejscami z Ciszycą.

Wróćmy jednak do Ciszycy i jej sąsiadów, którzy pojawiają się w dokumentach już z początkiem wieku XVI. Skąd nazwy Koło i Kliczyn? Obie są „terenowe” i wywodzą się od ukształtowania terenu, a rzut okiem na dawne mapy podpowiada nam dlaczego. Jeszcze w XVIII wieku widoczne wyraźnie są pozostałości dawnego półwyspu, zapewne niegdyś będącego kępą, czyli wyspą pośród urzyckich starorzeczy. Kształt kłykcia, czyli kciuka przyczynia się do powstania nazwy Kłyczyn, z czasem zapisywanej jako Kliczyn. Nieopodal Chabdzinka Wisła zakręca ku Jeziorce, płynąc wokół, właśnie w Koło. Stąd i nazwy położonych nad rzeką osad. O ile Ciszyca należy do dóbr chabdzińskich, obszary nad Świdrem i Wisłą wzmiankowane są jako właśność Ciołków kapituły warszawskiej, „aż po wieś Świder”, jak zostaje to wymienione w roku 1510, wraz z Chabdzinkiem i Kołem. W latach 1519-24 dobra chabdzińskie zostają sprzedane, Chabdzin, Opacz, Łęg oraz Ciszyca przechodzą na własność Jana i Marcina Oborskich, z doskonale znanych nam Obór. W tym samym wieku przez członków rodu zostają zakupione także Chabdzinek, Koło oraz Kliczyn, a także działy w Falenicy i Świdrze, jakie pochodziły jeszcze z czasów Ciołków. Nie wskażemy tu jednak dokładnej daty. Nazwa Kliczyn pojawia się po raz pierwszy w roku 1564, należąc do jednego z Cieciszewskich. W roku 1625 stanowi już wówczas własność Oborskich.

mapla22

 

Lata trzydzieste XX wieku. Jedna z ostatnich map, na których pojawia się Kliczyn.

Odnotujmy jeszcze, że zachowały się imiona najstarszych mieszkańców Ciszycy, z roku 1616. W umowie podziału dóbr między Janem i Jakubem Oborskimi poczyniony został następujący zapis: Druga wioska Koło (...) należeć mają temuż Panu Jakubowi ze wszystkimi przyległościami właśnie tym wioskom należącym od dawna. W Ciszycy czwartej wsi poddani mają należeć imć Panu Jakubowi to jest Pyszałka i Jędrzejek.

Warto też zauważyć, że obecne nazwiska mieszkańców Ciszycy notowane są na Urzeczu już w XVII wieku. Latoszkowie, Odolińscy czy Utratowie to stare łurzyckie rody, których przedstawiciele mieszkali w tych stronach już w początkach Ciszycy i innych okolicznych miejscowości.


Źródła i literatura:

  • IH PAN, Kartoteka prof. Wolffa
  • AGAD, Archiwum Wielopolskich i Potulickich z Obór

Diabły Urzecza

ksunder

wpis o mieszkańcu wierzbowych dziupli

Speak of the devil and he appears, jak mawiają Anglosasi, a prastare to, sięgające zapewne jeszcze czasów indoeuropejskich przysłowie, na polski tłumaczymy jako “o wilku mowa, a wilk tuż tuż”. Nie dojdziemy już zapewne jak doszło do tego, że w znacznej części świata mówimy o wilku lub psie, a w pozostałej o diable. W średniowiecznej Europie panowało przekonanie, że jeśli wspomni się o tej postaci, może ona pojawić się przynosząc ze sobą wszystkie tego konsekwencje. Poprzez wieki znaczenie to z naszego życia zniknęło, podobnie jak sam diabeł. Jak pisał Carl Lewis największym osiągnięciem diabła w XX wieku było przekonanie wielkiej rzeszy osób, iż nie istnieje. Diabeł odszedł także tym samym z Urzecza i innych okolicznych wsi, gdzie jeszcze do niedawna był stałym mieszkańcem.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m02

Od dawna w tych stronach zadomowił się bowiem we wszechobecnych nad starorzeczami wierzbach. Opowiedzą wam o tym jeszcze najstarsi mieszkańcy nadwiślańskich miejscowości, pamiętający, że kapliczki na granicy wsi odganiały złe moce. Niestety historie te w dużej mierze pozostają niezapisane, lecz wiążą się z kojarzonym z ziemią kaliską diabłem Rokitą i będącą jego siedzibą wierzbą. Rokita zresztą jest dawną nazwą wierzby, być może dlatego wierzbowe dziuple stały się jego domem. Badacze wiążą go z lechickim bogiem podziemi zwanym Nyją, w wierzbach zamieszkał zapewne później, bo na nasze tereny być może przyszły one dopiero z olędrami, rozpowszechniając się po całym Mazowszu. Czy diabeł był tu już wcześniej nie jest jasne. Lecz jeszcze do niedawna był tu obecny, pod różnymi postaciami.

Do dziś zdarza się, że starsze pokolenie niechętnie spogląda na wierzby. Miały być one siedzibą złego ducha, bądź strzygi. Tak przynajmniej określano ją w rozmowach ze mną, mówiąc iż jeszcze w latach pięćdziesiątych mieszkać miała ona w wierzbach porastających starorzecze nieopodal Habdzina. Lecz przekonanie o istnieniu mieszkańca wierzbowych dziupli zdaje się najbardziej było rozpowszechnione w Opaczy. Być może dlatego, że znaczna część wsi ciągnie się wzdłuż drogi położonej nad starorzeczem, a być może mam takie przekonanie z powodu faktu, iż przyszło mi tam spędzić sporo czasu w mym dzieciństwie i słuchać rozmaitych historii. W latach siedemdziesiątych mieszkała tam zresztą ostatnia w Opaczy znająca dawne sekrety kobieta, a jak mi przekazano gdy leżałem w kołysce miała dawnym zwyczajem przybyć i poczynić nade mną jak nad każdym urodzonym dzieckiem z tej wsi urok strzegące od złego. Zwyczaj ten w kolejnych latach przepadł. Ale dorośli zawsze ostrzegali nas przed wierzbami, które były wspaniałym miejscem zabaw. Gdy zapadała zima po lodzie przeprawialiśmy się na drugi brzeg, który porastały spróchniałe drzewa, przywodzące na myśl twierdze i domostwa, z wielkimi dziuplami. Dorośli woleli jednak byśmy bawili się na lodzie, choć do domów było blisko wołali nas zawsze gdy zapadała ciemność. To wtedy po raz pierwszy usłyszałem o strzydze, mało kto miał ochotę nocą samotnie rowerem przemierzać drogę do Ciszycy. Oświetlenie było słabe, a na zakręcie panowała ciemność. Ktoś tam kiedyś zginął, a kobiety powtarzały, że w wierzbach czai się strzyga.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m03

Przed Rokitą ostrzegł mnie kiedyś dziadek. Nie mogłem mieć niż 10 lat i miałem wrócić PKSem do Konstancina. Czasy były inne, więc niczym dziwnym nie było, iż pójdę samotnie na przystanek i wsiądę do autobusu. Musiała być jesień, bo było kompletnie ciemno, choć w Opaczy już od dawna świeciły latarnie, były jednak rozstawione rzadko i dawały słabe żółte światło, oświetlając jedynie obszar położony bliżej słupa. Dziadek opowiedział mi wówczas, jak jeszcze kilkanaście lat temu trzymali we wsi stróżę dawnym zwyczajem (po latach odkryłem, że obyczaj ten trwał od czasów średniowiecza, spisany szczegółowo przez Wielopolskich w roku 1790, odszedł do lamusa wraz z rozwojem elektryczności i przejęciem tych kompetencji przez Milicję Obywatelską). Wówczas wzdłuż starorzecza, nad wierzbami zdarzało się, że strażnicy widywali Rokitę, który gasił latarnie, gubił tropy, sprawiał że stróżujący gubili się w doskonale znanej im wsi i omal nie wpadali do starorzecza, gdzie chciał ich doprowadzić. Idąc na przystanek z duszą na ramieniu zorientowałem się, że latarnie gasną. Świeciły jedynie okna położonych przy drodze domostw, a gdy stanąłem przy wiacie i obejrzałem się, dostrzegłem idącą w mym kierunku kulejącą i chrząkającą ciemną postać. Wówczas nadjechał autobus a ja doń szybko wsiadłem i tak zakończyło się moje jedyne spotkanie z Rokitą. Do dziś go nie zapomniałem.

On wciąż tu gdzieś jest. Nieco zapomniany, ale wciąż mieszka w tych dziuplach, jest elementem naszego dziedzictwa. Zapytajcie starszych mieszkańców, opowiedzą wam wiele ciekawych historii o tutejszych wierzbach, które nigdy nie zostały zapisane. Napisałem o nim dlatego, że na profilu blogowym facebooka licznik wybił 666. No i od razu zepsuł mi się samochód. Speak of the devil and he appears.

rok


Literatura:

O Rokicie i jego związkach z Nyją poczytać można w tym artykule.

Na półce z książkami

ksunder

wpis o książkach traktujących o historii tych stron

Dzisiaj na blogu początek wpisów na temat rozmaitych tytułów traktujących o historii tych okolic. To odpowiedź na tak zwane zapotrzebowanie społeczne, bowiem jednym z najczęściej zadawanych pytań podczas odwiedzin w naszym namiocie na Otwartych Ogrodach, było to o lektury związane z tymi stronami, chętnie przeglądano wyłożone książki zapisując ich tytuły. Pytania na temat książek często padają na facebooku, skąd posty znikają bezpowrotnie równie szybko jak się pojawiają, myślę więc że dobrze będzie raz na jakiś czas popełnić kilka słów na ten temat. Wpisy te znajdziecie w dziale „W książkach lub czasopismach”, będzie to opis kilku pozycji, a także informacje gdzie można je zakupić. Nie będą to recenzje, bo tych pisać nienawidzę a raz na jakiś czas muszę to robić, zresztą w dzisiejszych czasach recenzowanie książek historycznych polega na wysyłaniu gratisów do swoich kolegów, zebraniu pozytywnej opinii i upychaniu ich potem w stu zaprzyjaźnionych czytelniach, gdzie są trudno dostępne, lecz w ten sposób ma się za sobą publikację naukową (nieco złośliwie powtarzam tu opinię innego mojego kolegi). Więc skoro wstęp już za nami przystąpmy do opisu pierwszych książek, na dobry początek wybrałem dwa tytuły napisane – jakżeby inaczej – przez dwóch moich kolegów:-)

 

Dawid Miszkiewicz, Ślady działań wojennych z września 1939 roku w Piasecznie, Konstancinie i okolicy, Konstancin 2014

 lotnisko w oborach

Chyba jedna z najważniejszych książek jakie się ostatnio ukazały, jest to w zasadzie pierwsza naukowa pozycja na temat powiatu piaseczyńskiego jaka ukazuje się od roku 1973. Co jest jej zaletą i niech nikogo nie odstrasza, bowiem mimo bogatego aparatu naukowego w postaci przypisów, książkę czyta się świetnie. Za nieco barokowym tytułem skrywa się opis działań wojennych września 1939 roku prowadzonych w Piasecznie i wschodniej części powiatu piaseczyńskiego. Autor opisał w dużej mierze nieznane dotąd fascynujące sploty wydarzeń dziejowych, które doprowadziły do tego, że po zajęciu przez Niemców Piaseczna, niespodziewanie musieli się tu bronić, podczas gdy trzon ich armii nacierał na Warszawę. Co najistotniejsze autor zadał sobie trud by podążyć za każdym pomnikiem i grobem upamiętniającym wrześniowe walki, stąd opisał rozbicie się samolotu w Czarnowie, dzieje pochowanych na cmentarzach w Skolimowie i Słomczynie, tak naprawdę odkrywając ich historię na nowo, prócz walk w tych okolicach opisując także losy osób widniejących na pomniku, które poległy choćby pod Westerplatte. Nie pominął także informacji o Niemcach w Klarysewie czy Jeziornie. Znaczna część książki poświęcona jest walkom w rejonie nadwiślańskim, znanym dotąd wyłącznie z artykułu Pawła Sulicha (do poczytania w tym miejscu), bowiem wiązały się one przede wszystkim z walkami o most Ciszyca-Świdry Małe oraz walce o przeprawę promową w Gassach. Książka poszerza te informacje i dodaje wiele nowych na temat wrześniowej kampanii, a także historii samego mostu (nota bene dodam, iż wciąż w Obórkach mieszka pewna stara łurzycanka, która dobrze pamięta poświęcenie mostu wiosną 1939 roku). Jednym słowem w książkę warto się zaopatrzyć, a ja mam nadzieję, że autor nie spocznie na laurach, bowiem na swe opracowanie wciąż czeka Batalion „Krawiec”, pozostający w cieniu działającego w Papierni oddziału NSZ.

Część książki (w nieco poszerzonej wersji) dostępna jest w formie artykułu - Lotnisko w Oborach. Fragment to skromny, bowiem zaledwie kilka stron ze 100-stronicowej publikacji.

gdzie kupić – Ksiązka dostępna jest w księgarni Bzyk w Piasecznie przy ul. Warszawskiej 5 (informacja na dzień 8 X dzięki p. Marii Łukasik), a także w pewnym sklepie na granicy Chylic i Piaseczna, aktualne informacje odnośnie miejsca zakupu podaje także autor - ddmiszkiewicz@gmail.com

 
Łukasz Maurycy Stanaszek, Nadwiślańskie Urzecze, Warszawa-Czersk 2014

nu

Teoretycznie tej książki nie trzeba nikomu polecać, ja jednak napiszę kilka słów na jej temat kierując je do tych, którzy nie czują się z Urzeczem związani, jak mieszkańcy letniskowych miejscowości takich jak Otwock, Konstancin, Józefów czy choćby Miasteczko Wilanów. Choć miejsca ta obecnie zajmuje przestrzeń miejska, przez wieki znajdowały się one w mikroregionie etnograficznym zwanym właśnie Urzeczem (gwarowo Łurzycem), obejmującym nadwiślański pas po obu stronach rzeki między Czerniakowem a Pilicą. Stąd na Urzeczu leżą również zabudowane blokami okolice Gocławia, czy Miedzeszyn. Ten unikalny region stał się domem dla osadników olęderskich, flisaków i tutejszych włościan, których wielu potomków mieszka tu po dziś dzień. Odkryty został przez autora tej książki, który odnalazł wiele zapomnianych śladów przeszłości okolic nadwiślańskich. Jej istnienia mało kto zdawał sobie wcześniej sobie sprawę, nie wiedząc, iż wiele tutejszych zwyczajów stanowi spadek po dziedzictwie mikroregionu.  Książka w niesamowity sposób łączy pracę naukową z wydawnictwem popularnym, w wydaniu albumowym prezentując na każdej stronie zdjęcie życia codziennego na dawnym Urzeczu i panujące tu zwyczaje. Warto zaopatrzyć się w nią jeśli kogoś interesuje życie codzienne i zapoznać się z kulturą zapomnianego regionu, sądzę zresztą, że taki sposób wydania stanowi przyszłość tej dziedziny publikacji naukowych.

Czy warto kupić książkę, jeśli ktoś posiada pierwsze wydanie? Jak widać tym razem obchodzimy się bez podtytułu wyjaśniającego czym jest region, bowiem przez 2 lata, które minęły od poprzedniego wydania mocno okrzepł już w świadomości ludzkiej. Prócz wielu nowych zdjęć, wydanie drugie dostarcza wiele nowego materiału. Muszę przyznać, iż o ile po lekturze „Na Łużycu” region jawił mi się jako nie do końca określony, funkcjonujący wyłącznie w opisie etnograficznym, do drugiego wydania dołączono solidny materiał dający mu podstawy historyczne i językowe, po których nikt już nie może mieć wątpliwości na temat jego istnienia. Rzecz jasna autor rozbudował też dyskurs etnograficzny i udowodnił ostatecznie, że strój znany jako wilanowski, winien tak naprawdę być zwany strojem urzeckim, bowiem właśnie tak się tutaj odświętnie noszono. Po lekturze czuję jedynie niedosyt, iż została ona okrojona z wielu ciekawych informacji na temat życia codziennego, lecz wynika to z konstrukcji pracy, co zresztą podnosi sam autor. Wiele jeszcze na temat Urzecza do odkrycia, acz jak deklaruje autor nastąpi to w formie innych publikacji, warto więc zaopatrzyć się w tę pozycję.

gdzie kupić -  na spotkaniach z autorem, o których informuje na bieżąco na stronie www.facebook.com/urzecze. Do niedawna dostępna była także w Czersku w kasie zamkowej, także w księgarni w Górze Kalwarii przy Pijarskiej 38 oraz w PMA w Warszawie przy ul. Długiej 52 i Księgarni Historycznej przy al. Solidarności 105.

 

 

Vinea Christi (Winnica Chrystusowa). Dokumenty dotyczące założenia miasteczka Góra Kalwaria, red. s. Małgorzata Borkowska OSB, Kraków-Góra Kalwaria 2014

Nieco specyficzna księga, skierowana raczej do specjalistów, lecz z drugiej strony jest to rzecz, którą winien posiadać każdy interesujący się historią mieszkaniec Góry Kalwarii. Książka zawiera reprint zbioru dokumentów jaki ukazał się w roku 1680, który zawierał informacje na temat niespotykanego w historii europejskiej urbanistyki precedensu, jakim było przekształcenie niewielkiej nadwiślańskiej wioski o nazwie Góra w miasto noszące wówczas nazwę Nowej Jerozolimy i jej założeń kalwaryjskich, czego dokonał bp. Stefan Wierzbowski. I dzięki temu dokumenty te zachowały się w dużej mierze do dzisiejszych czasów, a wydanie zawiera tłumaczenie na język polski każdego z aktów tu zawartych, wykonane przez s. Małgorzatę Borkowską, autorkę wspaniałej historii Góry Kalwarii.

Jednakże uważna lektura księgi przyniesie informacje nie tylko na temat fundacji Nowej Jerozolimy, lecz również okolicznych ziem i wsi położonych po obu stronach Wisły z Ostrówkiem i Kossumcami włącznie, a także okolic Moczydłowa. I historię rodu Cieciszewskich, wywodzącego się z Cieciszewa na terenie obecnej gminy Konstancin-Jeziorna, dotąd nieopracowaną. Tracimy ich z oczu na przełomie wieków XVI i XVII i w zasadzie do niedawna wiadomo było jedynie, że od ich potomkini Anny Niemirzyny kupiono część ziem, na których utworzono miasto. Warto przejrzeć tę piękną publikację. Pisałem już na jej temat zresztą, przy okazji wpisu na temat Parafii Cieciszewskiej.

Gdzie kupić – niedawno ukazał się reprint. Warto odwiedzić Muzeum Regionalne w Górze Kalwarii ul. Marianki 41a, gdzie pozycję tę można jeszcze zapewne zakupić od p. Wojciecha Prus-Wiśniowskiego, któremu zawdzięczamy w dużej mierze wydanie tej opasłej księgi. Czasem także pojawia się na allegro.

W kolejnym wpisie o książkach, który pojawi się na blogu pewnie za kilka tygodni, lista pozycji traktujących o Konstancinie. A jeszcze w tym tygodniu kolejny wpis, bo w piątek pewna ważna rocznica.

Zapiski znad Wisły

ksunder

 …cieszę się, że prom pływa, ale ja pamiętam ten stary prom i to nie jest to samo. Wtedy było dwóch przewoźników w Gassach stałych, którzy zajmowali się przewozem, inni pomagali im w środy i czwartki, kiedy był większy ruch, na targi do Karczewa i Otwocka. A obok Kopytów stała wartówka, gdzie był wytyczny z Przewozu Karczewskiego. On zawsze wieczorem zapalał bakany na rzece, one były po to żeby było widać którędy płynie Wisła. Ja pamiętam jak pływały tędy statki do Sandomierza, zawsze na ich pokładach była zabawa, zapalone były światła i tańce były, tam grała muzyka… Kiedy te kołowce płynęły to robiła się fala i wtedy spychało prom z trasy, wtedy trudniej było go odepchnąć od brzegu. Teraz popłynąć by już nie mogły, to dlatego że tam dalej w kierunku Nadbrzeża jest za płytko, bo tam przecież były kiedyś Kopyty. Jak po raz ostatni budowano wały, to większa część wsi znalazła się pod wodą. Ci co pobudowali się potem, to na terenie  pasternika, który dostali od Gassów…

Na Urzeczu. Gassy.

… kiedyś nad Wisłą nie było tyle drzew, wały były wykoszone, nic nie było zarośnięte. Zresztą były tam siedliska. Te jabłonie o które pan pyta na Ciszycy, to rzeczywiście zostały po dawnym siedlisku. Ono było na wprost drogi, ale jeszcze przed wojną je przeniesiono. Bo wcześniej droga biegła zupełnie inaczej, tu przy jeziorze i była stara Ciszyca i nowa Ciszyca, nad samą Wisłą, nieopodal Koła i Kliczyna. Jak zrobili sołectwo Ciszyca to potem przestali używać nazw tych wsi, tylko jeszcze my co tu mieszkamy tak mówimy. A drogę z Opaczy przez Ciszycę to zrobili przecinając pola jak zbudowali most, tuż przed wojną. I wtedy właśnie to siedlisko zburzyli. Ale została jabłoń. Wiem, że są jeszcze pale po moście, ale kiedyś było ich więcej. Na budowę domów na Ciszycy je powyjmowali…

… a te jabłonie przy Dębinie to nie wiem, ja nie pamiętam, żeby tam ktoś mieszkał. Mówi pan, że wieś tam była jeszcze w 1901? No tak, wszyscy mówimy na to miejsce Zieleniec, ale ja pamiętam już w latach trzydziestych, że tam nikt nie mieszkał. Były chyba jakieś ruiny domów. Ale nie pamiętam. Na pewno tam była wtedy wyspa, bo Wisła rozdzielała się w tym miejscu na dwie odnogi i opływała dookoła…

... a to zdjęcie to ostatnie lato. To przed wojną. I Wisła jaka elegancka i most stoi...

…te nazwy Anusin, Dorocin to wcale nie są nazwy folwarków. Folwark to był ale w Łęgu. Tak nazywano kawałki pól, które odkupywano od hrabiny [Potulickiej], bo ona tak nazywała kolejne części oddzielane od majątku przy sprzedaży. Nazywała je imionami córek. Dlatego właśnie Anusin i Dorocin. I Marynin. Zawsze jak wydzielali z majątku dworskiego to tak robili. Przecież cały Habdzin ma pola na dworskim gruncie. I Konstancin to też ma nazwę z wydzielonego majątku…

… i zawsze chodziło się do Karczewa, do Nadbrzeża do Otwocka. Ja z Wisłą to się bardzo zżyłam, bo tak u nas się na Powiślu zawsze z Wisłą żyło. Ja pływałam na drugą stronę, do kościoła do Karczewa, do rodziny, byłam opływana jak i wszyscy co tu mieszkali. Tak jak ci z Nadbrzeża przychodzili do Słomczyna, oni choć byli pod kościół w Karczewie, to zawsze uważali, że parafię mają w Słomczynie. Ja pamiętam zresztą jak się tu od święta ludzie ubierali na Powiślu, kobiety w takie suknie z wzorami, a mężczyźni w takie niebieskie długie sukmany, z czerwonymi kołnierzami. To był świąteczny strój. Jeszcze w latach trzydziestych tak było, łatwiej było chodzić do kościoła w Karczewie, bo trytwy do Obór to jeszcze nie było…

"Niebieskie długie sukmany z czerwonymi kołnierzami". Kopyty, początek XX wieku. Okładka książki "Nadwiślańskie Urzecze". Premiera już 6 września.

A zimą to się chodziło na drugą stronę po lodzie. Raz jak poszłam do banku w Otwocku bo był najbliżej i miałam wracać, to nie wiedziałam, że Wisła już rusza. W Gassach to już wiedzieli a ja szłam na łurzyca i nie wiedziałam. W Przewozie czekali aż lód ruszy, a ja przeszłam, a zaraz za mną Wisła popłynęła śryżem. Ale wiedzieliśmy zawsze nad Wisłą kiedy tak będzie, bo to było zanim w Kozienicach zrobili elektrownię i puścili ciepłą wodę, a potem już nie zamarzała...

 

 

- Na Łurzycu świnie kwiczą.

- A co to łurzyc?

- A to pod Cieciszewem.

Bitwa o przeprawę

ksunder

Wrzesień 1939 roku to nie tylko historia bombardowania Konstancina, ale przede wszystkim okolicznych wsi nadwiślańskich. Początek wojny sprawił, iż drogi zapełnione zostały uchodzącymi z zawieruchy wojennej na wschód. Mieszkańcy Warszawy zaczęli uciekać przed bombardowaniami w kierunku Lublina. Przejście przez Wisłę zapewnial istniejący tu od niedawna most pontonowy, łączący od czerwca Ciszycę i Świdry Małe. Szybko droga ta stała się także celem intensywnych bombardowań i ataków na przemieszczających się nią ludzi, co po dziś dzień upamiętnia choćby kamień na jednym z podwórek we wsi Opacz, gdzie wyliczono imiona osób które wówczas zginęły.

Most był bombardowany od pierwszych dni września, wskutek czego cierpieli mieszkańcy gminy Jeziorna i przemieszczający się prowadzącą doń drogą. Wiele osób wspomina, iż czarny dym płonącego mostu widoczny był ze skarpy obok kościoła w Słomczynie. Mimo to saperzy i mieszkańcy Ciszycy i Świdrów Małych odbudowywali go i możliwe było korzystanie z niego, aż do dnia 6 września, kiedy zniszczono przęsła. Detonowały wówczas ładunki mające zniszczyć most po wycofaniu się Wojska Polskiego na wschód. Mimo, iż przystąpiono do ich naprawy, uchodźcy nie mogli z mostu korzystać i od tej pory kierowali się w stronę Gassów, gdzie przeprawą promową przewożono ludzi do Karczewa. Jak podczas każdej wojny na przestrzeni setek lat miejsce to było celem atakujących wojsk, jako niezmiernie ważna strategicznie przeprawa między Górą Kalwarią a Warszawą, umożliwiająca przeprawienie się przez Wisłę.

Droga w Gassach szybko zapełniła się ludźmi i powstał olbrzymi zator, jak wspominają pamiętający ten dzień, wyjątkowo dużo było pojawiło się cygańskich taborów. Cyganie w owym czasie jeździli często po okolicznych wsiach i pojawiali się na targu w Karczewie. Drogę blokowali ludzie uciekający wraz z dobytkiem usiłując przedostać się wozami na drugą stronę rzeki. Kolejna fala samolotów zbombardowała Gassy, gdzie jeden z mieszkańców zmarł po ranieniu odłamkami w nogę, a przewiezienie go kolejką do szpitala w Warszawie okazało się niemożliwe.

Zdjęcie niemieckich żołnierzy na promie, z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, iż wykonano je w Gassach lub Przewozie (ze strony Na Łurzycu

8 września oddział kpt. Przybyłowicza dotarł do leżącej na wprost Gassów wsi Przewóz przygotowując się do obrony przeprawy przed nacierającą niemiecką 1 Dywizją Pancerną, której pododdziały pochodziły już do Wisły. Siły polskie ulokowano na prawym brzegu, zaś niewielki oddział rozpoznania znalazł się na lewym, tuż przy przeprawie. Mimo bombardowań i możliwości ataku przewoźnicy w Gassach uradzili, że będą przewozić wszystkich ludzi oboma promami, a dopiero na końcu przeprawią się sami, uciekając przez bitwą. Jednakże Niemcy wysłali przed atakiem zwiad piechoty, a jeden z polskich żołnierzy zobaczył na wale niemieckiego żołnierza i do niego strzelił. Niemcy odpowiedzieli ogniem i tak zaczęła się strzelanina, która zapamiętana została po latach jako bitwa o przeprawę promową. Przewoźnicy wraz ze znajdującymi się na Wiśle uciekli wówczas do Karczewa, skąd wrócili po dwóch dniach. Mieszkańcy Gassów schowali się w domach. Gdy strzelanina ucichła i Niemcy odjechali okazało się, że nad Wisłą leży czterech polskich żołnierzy ułożonych w koło głowami do siebie „jak wiatrak”, których ułożyli tak Niemcy. Żołnierzy pochowano w dole, gdzie po latach wybudowano pomnik. Jednakże wiele zwłok Niemcy zepchnęli na drugą stronę wału, zapamiętano iż zabić mieli dużo Cyganów, którzy nie chcieli porzucić swego dobytku. Podobno zginąć miało dużo niemieckich żołnierzy, jednakże wszystkich swych poległych Niemcy zabrali ze sobą.

Niemcy powrócili w nocy i podjęli próbę sforsowania rzeki na gumowych łodziach pod osłoną artylerii. Powstrzymani zostali wówczas przed pozostający na drugim brzegu oddział kpt. Przybyłowicza.

Gdy walki ustały ciała wyjęto z wody i część z nich udało się zidentyfikować, bowiem przyjeżdżali różni ludzie i zabierali swoich zmarłych. Jeszcze w październiku woda wyrzucała ciała polskich żołnierzy. Z polecenia niemieckich władz władze gminy Jeziorna chowały wszystkich we wspólnym grobie. Część ludzi pochowano anonimowo w dole, a niektórych przeniesiono po latach na cmentarz w Cieciszewie. W Gassach zaczęło stacjonować niemieckie wojsko.


Źródła i literatura:

  • wspomnienia mieszkańców wsi Gassy
  • Akta gminy Jeziorna, APW Oddz. Grodzisk Mazowiecki
  • korzystałem ze świetnego artykułu Pawła Sulicha o obronie mostu w Ciszycy-Świdrach Małych, nie chciałem więc powtarzać zawartych tam informacji. Artykuł można przeczytać tutaj:  http://www.jozefow.pl/ARCH/JNS/FILES/jns1109.pdf (strony 8 -9)

Pomnik znajdujący się w miejscu walki.Napis na tablicy głosi: "Wieczna chwała bohaterskim obrońcom Ojczyzny, żołnierzom polskim poległym w miejscu przeprawy promowej we wrześniu 1939 r. Społeczeństwo Miasta i Gminy Konstancin-Jeziorna 1 IX 1999"

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci