Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Na-Urzeczu

Manowce historii

ksunder

Dawno temu w tutejszych bibliotekach pojawiła się niewielka broszurka, którą można było kupić za grosze, opowiadająca o parafii cieciszewskiej. Zofia Krasuska jako pierwsza zdecydowała się spisać dzieje parafii, wedle coraz bardziej zapomnianej legendy mieszczącej się niegdyś w Cieciszewie. Książeczka jest przeurocza i pełna licznych błędów oraz anachronizmów. Lecz pamiętać należy, iż chyba to jedyna wydana w XX wieku publikacja, w której pojawia się zapomniana wówczas nazwa Urzecze, występująca w słowach lokalnej piosenki.

Z tejże broszurki także dowiedziałem się o istnieniu księgi nieznanej w zasadzie naukom historycznym, ani specjalistom od genealogii. To oprawiona w skórę Liber matrimoniorum ad ecclesiam et parochiam cieciszeviensem, czyli księga ślubów parafii cieciszewskiej, której spisywanie wkrótce po wojnach szwedzkich rozpoczął w dniu 15 sierpnia 1660 roku ówczesny cieciszewski proboszcz, Leon Stanisław Czarnysz. Księgę prowadzono przez pół wieku, po śmierci plebana z coraz mniejszą starannością, aż wreszcie w czasie wojen na początku XVIII wieku wpisy stały się coraz rzadsze. Przez 57 lat w parafii zawarto 941 związków małżeńskich. Wreszcie dowiadujemy się o zniszczeniu kościoła, bowiem ostatnie śluby zawierane są już w okolicznych wsiach. Ostatni wpis nakreślił jeden z kolejnych proboszczów 27 listopada 1717 roku w Gassach, jest on całkowicie nieczytelny. Trwała już wówczas budowa kościoła w Słomczynie, wznoszonego na skarpie, z dala od niszczycielskiej wody, która zniszczyła Cieciszew i inne okoliczne wsie. Nieznana ręka zachowała tę jedną księgę z dawnej świątyni i pozostała jedną z nielicznych pamiątek po pierwotnym miejscu siedziby jednej z najstarszych parafii tej części Mazowsza, erygowanej w roku 1236.

Clipboard0110Wróćmy jednak do książeczki Zofii Krasuskiej, o którą co jakiś czas jestem pytany przez tutejszych mieszkańców. Odpowiadam wówczas, iż ma ona dla mnie wyjątkową wartość sentymentalną, jednak prócz rozmaitych błędów próby weryfikacji oczywistych informacji przytaczanych przez Zofię Krasuską, niestety zderzały się z rzeczywistością. Nikt nie był w stanie wskazać lokalizacji dworu Cieciszewskich, którego położenie miał znać każdy z mieszkańców Cieciszewa, nie odnalazł się sztandar powstańców styczniowych celebrowany we wsi… Ale największym z błędów było wyciągnięcie wniosku, iż dwórka Kliczewska, podejrzewana o zabójstwo ostatnich mazowieckich książąt, wywodziła się z tutejszego Kliczyna

Mowa o wydarzeniu pośrednio wskutek którego Mazowsze utraciło swą odrębność i niezależność, stając się częścią Korony, a co za tym idzie Polski. Lud tutejszy zawsze związany był z tym krajem, cenił jednak swą odrębność od Małych i Wielkich Polaków, którzy traktowali ludzi z błota z wyższością. Lecz stopniowej inkorporacji obawiali się tylko panowie księstwa, a przeciw niej niewielu protestowało. Dość jednak, że jeszcze wiek później Mazurzy z dumą pielęgnowali swą niezależność. Jedną z przyczyn zniknięcia Księstwa Mazowieckiego była śmierć jego dziedziców, piastowskich książąt. W krótkim ze świata odeszli Stanisław i Janusz, pierwszy w 1524 roku, zaś drugi w 1526 roku, nie pozostawiając potomków.

Ostatni_Ksita_mazowieccyOstatni książęta Mazowieccy

To zapomniane obecnie wydarzenie miało wówczas siłę wstrząsu, jakim dla nas stała się choćby niedawna katastrowa samolotu w nieodległym kraju. Jeszcze kilkadziesiąt lat później Jędrzej Święcicki rozpamiętywał śmierć książąt i powtarzał żywą na Mazowszu historię, jakoby rozkochała ich w sobie Katarzyna Radziejowska, a następnie otruła. Marcin Bielski, ówcześnie żyjący kronikarz, nie dawał temu wiary, lecz lud uwierzył. Gniew nie mógł sięgnąć Katarzyny, bowiem jej ojciec Andrzej herbu Junosza był zbyt potężny, nadto jako wojewodzianka płocka nie polegała jurysdykcji mazowieckiej. Katarzyna schroniła się poza granicami księstwa, zaś gniew sięgnął więc jej dwórki, która miała wraz z Katarzyną namawiać do otrucia książąt, za co skonała na mękach. Nosiła ona nazwisko Kliczewska, stąd też Zofia Krasuska wyprowadziła karkołomną tezę, iż wywodziła się z rodu pochodzącego z Kliczyna. Historyk zbije to założenie bez trudu, biorąc pod uwagę iż nazwiska w XVI wieku kształtowały się od nazw majątku, a Kliczyn takowym nie był. Prawdopodobne Kliczewska pochodziła z rodu zamieszkującego w powiecie szreńskim (herbu Brodzic) lub płońskim (herbu Dołęga). Gdy inkorporacja stawała się coraz bardziej faktem, wskutek nacisków Bony Sforzy, lud wrzał, dochodząc do wniosku, iż Radziejowska rękami Kliczewskiej najpierw otruła matkę ostatnich książąt – Annę Radziwiłł, a potem po kolei braci. Sprawczyni zbrodni nigdy nie postawiono przed sądem, co wywołało kolejne fale domysłów i podejrzeń, że za zabójstwem stała Bona, która chciała, aby księstwo mazowieckie stało się dziedzicznym księstwem jej syna Zygmunta Augusta, późniejszego króla Polski. Podejrzenia były na tyle poważne, że Zygmunt Stary polecił przeprowadzić śledztwo.W jego wyniku ogłoszono edyktem w dniu 9 lutego 1528 roku, iż książęta:

„nie sztuką ani sprawą ludzką, lecz z woli Pana Wszechmogącego tego świata zeszli”

W roku 1529 Mazowsze zostało włączone do Polski. Choć szlachta mazowiecka została zrównana z prawami szlachty w Koronie, lokalne prawo obowiązywało do roku 1577. Jędrzej Święcicki jeszcze w roku 1634 w swym dziele bolał nad utratą niezależności, a przede wszystkim, iż Polacy traktują mieszkańców Mazowsza z wyższością, wspominając czasy przed nadejściem Korony i Polski, która dokonała zaboru. Nie przypadkiem wzmiankowałem tu katastrofę samolotu, obecnie rozpalającą wciąż nasze zmysły i wpływającą na codzienne życie. Po latach nikt o niej nie będzie pamiętał, podobnie jak o mazowieckich książętach, o Mazowszu, któremu Polska odebrała wolność. Wszystko przeminie, pozostanie tylko legenda, z którą historyk zawsze przegra.

Bo w układance mazowieckiej jest jeszcze jeden element, Katarzyna Radziejowska poślubić miała później Konrada Oborskiego. Kliczyn i Obory to zbyt wielka koincydencja jak na tak dziwną historię nieprawdaż?. Tak również sądziła Zofia Krasuska. A co na to historyk? Imię „Conrado” pojawia się dopiero w drugiej wersji „Opisania Mazowsza” Jędrzeja Święcickiego, zaś w pierwszym druku stoi tam „trado Oborski”. Kolejna więc literówka, zmieniająca przekaz w opowieść. A zatem czy Katarzyna poślubiła mężczyznę zwanego Oborski i czy jej służka, Katarzyna z Kliczewskich wywodzących się z Kliczyna należącego do Oborskich, którzy pierwszej ćwierci wieku XVI pełnili funkcje urzędnicze w Księstwie, miała coś wspólnego ze śmiercią książąt i klątwą Piastów? To kolejna z tajemnic historii, czy która przecież jak napisał Ambrose Bierce, jest li tylko przekazem, wydarzeń w większości nieistotnych, które są dziełem władców, w większości niegodziwców i żołnierzy, w większości głupców.


Źródła i literatura:

  • KRASUSKA Zofia, Słomczyn zarys najdawniejszych dziejów parafii cieciszewskiej , Słomczyn 1993
  • Dzieje Mazowsza, t. I, red. H. Samsonowicz, Pułtusk 2006

O pochodzeniu Urzeczan

ksunder

Łurzycoki modre nie dają o sobie zapomnieć. To, co jeszcze pięć lat temu wydawało się niemożliwe, stało się faktem. Urzecze odrodziło się i na trwałe wpisało w tutejszy krajobraz, gdy potomkowie mieszkańców podwarszawskiego Powiśla przypomnieli sobie o swoich korzeniach. W Wilanowie mamy ulicę Olęderską, przeprawa w Górze Kalwarii zyskała oficjalne miano Mostu Nadwiślańskiego Urzecza. Nie wiem czy Łukasz Maurycy Stanaszek spodziewał się takiego responsu, gdy poszukując swych korzeni odkrywał Urzecze, a pasja zmieniała się powoli w rozprawę naukową. Przed nami jeszcze jedna praca, bowiem po latach badań materiału genetycznego rodowitych Urzeczan autor zebrał już materiał wystarczający na dysertację. Badania prowadzi cały czas i często o nich przypomina, kto ciekaw może na bieżąco zapoznać się z ich wynikami. Niejako najciekawszym odkryciem jest rozwianie urzyckiej legendy o tureckim pochodzeniu mieszkańców, co jednocześnie stanowi wstęp do innej tajemnicy.

Clipboard017Praktycznie każdy pochodzący z Nadwiślańskiego Urzecza zetknął się z informacjami, iż korzenie jego sąsiadów lub nawet jego samego wywodzą się od Turków. Sam słyszałem, iż mych przodków miał nad Wisłę sprowadzić Jan III Sobieski spod Wiednia, przekonanie takie żywi wielu mieszkańców okolicznych wsi, upierając się, iż ich pradziadowie przybyli tu jako tureccy jeńcy. Lecz jeśli przyjrzymy się sprawie bliżej, okaże się, iż historia ta powtarzana jest na obszarze całego Urzecza, daleko od posiadłości Jana III Sobieskiego. Gdyby chodziło tylko o Wilanów, gdzie jadąc do Powsina mówiono „jadę do Turków”... W dawnych dobrach Sobieskich byłoby to zrozumiałe historycznie, legenda o jeńcach wojennych, którzy otrzymali ziemię za pracę na rzecz króla miałaby pewne uzasadnienie. Jednak historia ta powtarza się w dawnym Lasie, Otwocku Wielkim, Czernidłach, Gassach… Nie jest jednorodna. W Powsinie mawiano niegdyś, iż od Turków wywodzą się mieszkańcy Wilanowa. W Otwocku Wielkim żywa jest opowieść o jeńcach, którzy wykopali Rokolę, podczas budowy tutejszego pałacu w dobrach Bielińskich. Na lewym brzegu usłyszymy, iż prace przy wznoszeniu dworu w Oborach wykonali Turcy. Mieli oni kopać również groblę w Osinach, przekopać kanał wilanowski…

Jednakże szczegółowa kwerenda historyczna nie pozwala na potwierdzenie obecności Turków w tych stronach. W toku badań historycznych nad powyższym zagadnieniem nie udało mi się odnaleźć ani jednej wzmianki w źródłach z przełomu XVII i XVIII wieku mogących świadczyć o ich bytności na Urzeczu. Rzecz jasna w przypadku dokumentów historycznych można zawsze śmiało założyć, iż wielu z nich brakuje, jednak z milczenia źródeł wnioskować nie należy, o czym wie każdy historyk. Jedynym odnalezionym dotąd zapiskiem jest informacja ze Służewia z roku 1688, dotycząca ślubu zawartego przez niejakiego „Michaela Arnauta z Ziemi Tureckiey”. Z sąsiednich, urzeckich parafii informacji takich brak, podobnie jak w dokumentach historycznych informacji o jeńcach wziętych pod Wiedniem. Trudno zaś przypuszczać, by rzeczony Arnaut był przodkiem większości łurzycoków. Co ciekawe choć źródła milczą, przekonanie o wykorzystaniu przez Sobieskiego do budowy Wilanowa Turków istniało już w XIX wieku. W roku 1846 heraldyk Adam Kosiński zanotował, iż król wzniósł pałac „tureckimi jeńcami”. Najistotniejszym dowodem naukowym są jednak właśnie badania Łukasza Maurycego Stanaszka. Spośród przebadanych 116 przedstawicieli rodzin zamieszkałych od wieków na Urzeczu ani jeden test nie wykazał przynależności do grup charakterystycznych dla mieszkańców Turcji. Ku zaskoczeniu rodzin upierających się, iż wywodzą się właśnie od tureckich jeńców, okazało się, iż znaczna część z nich ma korzenie germańskie lub celtyckie. Do dzisiejszego dnia badania genetyczne w żaden sposób nie potwierdziły legendy o tureckim pochodzeniu Urzycoków.

Skąd więc tak duże przekonanie urzycoków o przodkach z Turcji? Rozmowy z mieszkańcami Nadwiśla przynoszą ciekawą wskazówkę, większość z nich wspomina artykuł Olgiera Budrewicza, opublikowany w roku 1970 w „Stolicy”. Pisał tam o gorącej krwi mieszkańców Czernideł, Gassów czy Kopytów, których przodkowie budowali Obory, a potem spolszczyli się i pozostali na tych ziemiach. W tym miejscu dodam, iż w świetle metryk parafialnych Cieciszewa i inwentarzy dóbr oborskich historię tę należy całkowicie wykluczyć. Nie ulega jednak wątpliwości, iż artykuł odbił się ówcześnie szerokim echem, wielu mieszkańców urzyckich wsi stało się świadomych swych korzeni i zaczęło powtarzać tę opowieść. Zaznaczmy jednak, że krążyła ona tu już wcześniej.

urzecze0007Co ciekawe nie jest ona endemicznie związana z Urzeczem. O ile nie możemy wykluczyć, iż jacyś jeńcy tureccy rzeczywiście wykonywali roboty dla Jana III Sobieskiego, choć źródła tego nie potwierdzają, na historię o tureckich przodkach natrafimy w dalszym sąsiedztwie Urzecza. W Żelechowie, nieopodal Warki, w Magnuszewie i Mniszewie potwarzana jest opowieść o Turkach. Lecz także w ziemi garwolińskiej, w Siennicy, Mielniku czy Wiązownej. Na najdalszy jej ślad natrafiłem w Kozłowie pod Parysowem, gdzie mieszkańcy wskazując na usypany tam kopiec mówili, iż wznieśli go tureccy jeńcy lub tatarscy – co ciekawe z polecenia Królowej Bony. Szczegółowe badania prowadzone w tej miejscowości przez Stanisława Frelka wskazały, iż legenda ta celowo kolportowana była już w XVI wieku przez ród Parysów, właścicieli tutejszych dóbr. Być może podobnie też było na Urzeczu, gdzie podkreślając glorię i chwałę wiedeńską Sobiescy i ich poplecznicy powielali historię brańców zmuszanych do prac, niewątpliwie jednak opowieści o tureckich i tatarskich jeńcach krążyły po całym kraju. Pamiętajmy, iż na Mazowszu w XVII wieku byli oni postaciami nieco mitycznymi, zagrożenie było mniej realne niż na Podolu, jednak wraz z kolejnymi wojnami toczonymi przez Rzeczpospolitą narastała czarna legenda. Stąd też tureccy jeńcy stali się istotnym propagandowym elementem wiedeńskiej wiktorii.

Ponad trzy stulecia później nie odkryjemy już zagadki legendy tureckich przodków w tej części Mazowsza. W chwili obecnej musi pozostać jedynie legendą, bowiem brak źródeł historycznych świadczących o osadzeniu tu Turków, zaś badania materiału genetycznego ich obecności przeczą.


Purystów informuję, iż świadomie pominąłem istnienie pod Czerskiem wsi Tatary, bowiem temat ten wyczerpująco wyjaśnił Ł. M. Stanaszek w swej publikacji. Tam więc odsyłam zainteresowanych. Zdjęcia stanowiące ilustracje pochodzą ze zbiorów własnych i Ł. M. Stanaszka.


Źródła i literatura:

  • ASC Słomczyn, Obory, Wilanów, Służew, Karczew
  • AGAD, Obory
  • AGAD, AGWil
  • BUDREWICZ Olgied, Sagi warszawskie: Gołębiewscy z Mirkowa(w:) Stolica XV/45 (1196), ss. 4 - 5
  • FRELEK Stanisław, Kopiec w Kozłowie: Rzeczywistość i legenda (w:) Rocznik Mazowiecki t. 7, 1979, ss. 211-230
  • STANASZEK Łukasz Maurycy, Nadwiślańskie Urzecze, Warszawa-Czersk 2014

Nadrzeczne wały

ksunder

Dobiega powoli końca przebudowa wału wzdłuż lewobrzeżnej Jeziorki. Po latach obietnic i zapowiedzi odcinek z Jeziorny do parku zmienił się w szlak spacerowy, pozostała część jest wzmacniania, a szczyt zmienia się w szeroki trakt. Jeszcze do niedawna wiodła tamtędy jedynie wąska ścieżka, z czasem wydeptywana coraz bardziej, pośród wysokich traw. To zjawisko stosunkowo nowe, bowiem przecież aż do połowy XX wieku wałowi pilnowali, aby wałów nie porastała trawa, w ich pobliżu nie mogło zaś wyrosnąć ani jedno drzewo. Wały nie służyły do chodzenia, czy jazdy na rowerze, poza wskazanymi miejscami nie był dozwolony przepęd bydła. Przepęd w Jeziornie Królewskiej także przy okazji tego remontu odejdzie w niepamięć, od lat nie był zresztą używany. Remont i przebudowa wału przebiega w ciekawy sposób, do wykopanego rowu pompowano specjalną mieszankę betonową, która go wzmocni. Choć wały wzdłuż Jeziorki mają najkrótszą historię, w dużej mierze pochodząc z czasów przedwojennych – a na wielu odcinkach z lat pięćdziesiątych XX wieku, kiedy rzeka została uregulowana (o czym poczytać można w tym wpisie), remont był już im potrzebny. Przyglądając się nowoczesnym metodom prac ziemnych, warto cofnąć się w przeszłość i dowiedzieć się, jak wały zostały usypane.

Podobnie jak obecnie w przeszłości budową i konserwacją wałów zajmowali się fachowcy. Zwano ich hydraulikami, dysponowali fachową wiedzą w zakresie prac hydrotechnicznych. Zajmowali się projektowaniem i wykonywaniem rowów oraz wałów, z kolei za budowę tam i główek odpowiedzialni byli mistrzowie tamiarscy, zwani również tamiarzami. Do XIX wieku wynajmowano ich doraźnie, na koszt właścicieli dóbr ziemskich, czym w razie potrzeby zajmowali się zarządcy majątków. Choć z racji częstych powodzi Departament Policji w roku 1788 proponował aby zacząć „utrzymywać hidraulików doskonałych do bicia tamm i rowów, przez co miliony szkody, które wylewy sprawują oszczędzą się całemu krajowi”, a do sypania wałów wykorzystać więźniów i włóczęgów, powyższych idei nie wprowadzono w życie. W XIX wieku powołano Związki Wałowe, które zajęły się kwestią obwałowania brzegów rzek (o Związku, dzieki któremu wzniesiono wały od Góry Kalwarii aż po Siekierki poczytać można w tym wpisie).

Z hydraulikiem zawierano kontrakt. Dzięki umowom z nieznanym z imienia Koeppenem, sypiącym wały między Kopytami a Łęgiem w roku 1817 oraz Nikiforem Lebiedewem z Suwałk w roku 1852 wznoszącym wały między Powsinem a Augustówką możemy dowiedzieć jakie były obowiązki hydraulików. Usypanie wału było kwestią kompleksową, przed rozpocząciem robót obowiązkiem hydraulika było oczyszczenie gruntu, na którym miał być usypany wał „to jest wszelkie zarośla jakie by się na tej linii znajdowały mają być wykarczowane, wycięte i uprzątnięte – darnina zaś wyrżnięta (…) słowem grunt pod wał sypać się mający tak ma być oczyszczony, aby tylko ziemia dobra i czysta łączyła się z ziemią na usypanie wału użytej się mającej. Jeżeli zaś na linii sypać się mającego wału znajdzie się mudnica piaskowa, takową także podejmującu się obowiązany będzie w całej dolnej szerokości wału wykopać aż do tej głębokości gdzie grunt stały okaże się – i ma ją uprzątnąć”. Kwestia ziemi, która miała być użyta do budowy wału, także nie była sprawą prostą. Kolejne punkty precyzowały jej spoistość, nie wolno było do budowy wału używać piasku.

walUkładanie kiszek faszynowych (zb. Ł. M. Stanaszka)

Budowę wałów rozpoczynano wbijając w linii pale drewniane, na które sypano ziemię następnie ubijaną kolejnymi warstwami. Do sypania i uzupełniania ubytków stosowano także darninę, której wypłukiwaniu zapobiegano układając kolejne warstwy faszyny. W ten sposób chroniono także wzmocnienia brzegu zwane główkami. W celu umocnienia konstrukcji wysiewano trawę i zasadzano wierzbowe płoty, sposobem zaczerpniętym od Olędrów – jak zanotowano „Wierzby zaś tak wedle przerwy y tamach przy niey iako y wedle dużej tamy są ponasadzane które się poprzyjmowały na które poprawy niemało pieniędzy y pańszczyzny wyszło”

Roboty rozpoczynano od wytyczenia linii, gdzie wał miał się znajdować. Często przebiegały one przez pola uprawne lub gospodarstwa, co powodowało pretensje olęderskich kolonistów. Niektórym nakazano opuszczenie domostw, które pozostawiono za wałem. Następnie ustawiano profile „podług których nasyp ma się uskuteczniać”. Ustalano, iżsypanie zaś wału winno następować warstwami jedną stopę grubemi potem ubite mają zostać a to dla uniknienia osiadania wału. Ruszty po obu stronach wału powinny być regularne uformowane, mocno ubite i jak należycie oberżnięte i oczyszczone”. Obowiązkiem hydraulika było dostarczenie własnych narzędzi, sam dbał o ich uzupełnianie, w przypadku zniszczenia podczas robót.

Podczas budowy i naprawiania tam ziemię ubijano w stopniu uniemożliwiającym jej dalsze osiadanie. Do robót używano ziemi o odpowiedniej spoistości, zakazane było korzystanie ze znajdującej się w miejscach wpływających na bezpieczeństwo brzegu. Trzon konstrukcji stanowiły paliki „od czterech do czterech i pół stopy długie dwa i pół do trzech cali grube”. Podobnie jak w wieku XVIII wierzchnie pokłady tam, opasek i fundamentów wykonywano „z chrustu łozowego świeżo ciętego”, który należało dobrze okiszkować „aby przy nadejściu wiosny porost” zapewnić. Z kolei „do części będących w wodzie” używano faszyny „z innego gatunku chrustu, byle giętkiego i nie grubego dobrze dwoma witkami na knebel związanego”. Powyższe obowiązywało także w trakcie robót faszynowych.

most

Ciszyca, II Wojna Światowa. Sypanie nowego przebiegu i naprawa wałów zbudowanych wiek wcześniej (zb. Ł. M. Stanaszka)

Wały sypano po oczyszczeniu gruntu i wykarczowaniu roślinności, zwracając uwagę aby na planowanej linii znajdowała się wyłącznie ziemia, mogąca trwale połączyć się z nasypem. W przypadku napotkania mudnicy piaskowej, konieczne było jej wybranie i zasypanie ziemią. Tę brano wyłącznie od strony Wisły, czyniąc to „tak zwanymi skrzyniami z pozostawieniem między nimi progów aby takowe zamulone być mogły” co powodowało naturalną rekonstrukcję zalewową gruntu. Od strony wału można było pobierać ją jedynie w ostateczności. Nie używano piasku. Przed rozpoczęciem robót ustawiano profile wskazujące nasyp, następnie sypano wał warstwami grubości jednej stopy, które potem ubijano przed nasypaniem kolejnej warstwy. Powstające ruszty miały być należycie uformowane i mocno ubite, co podlegało kontroli. Hydraulikom zalecano: „Wał ma być usypany przed zimą zledz się należycie i aby tym sposobem stał się ścisłym i wody nieprzepuszczalnym”

Z tym ostatnim bywało już różnie. Koeppen w okolicach Kopytów usypał krótki odcinek wałów w roku 1817, z kolei Lebiedew natrafił na problemy, które sprawiły że wały sypano kilka lat. Przede wszystkim z powodu pieniędzy. To ostatnie chyba do dzisiaj nie uległo zmianie...


Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWil
  • AGAD, Archiwum Warszawskie Radziwiłłów dział II, akta niesygnowane
  • AGAD, Obory

Życie na granicy (3)

ksunder

Do jednych z najważniejszych obowiązków landrata należały także sprawy wojskowe. Na poziomie ówczesnego powiatu odpowiadał za problematykę, którą nazwalibyśmy dzisiaj ewidencją wojskową. O ile do roku 1795 prowadzono rekrutację, nakładając stopniowo obowiązek dostarczania rekruta na posiadaczy majątków ziemskich, w prowincji Prus Południowych zaczęto wprowadzać pobór powszechny, obowiązujący już od dawna na ziemiach podleglych pod Królewiec.

urzeczeUrzecze na zdj. ze strony piaseczno.pl

Z powszechnym poborem było rozmaicie, nierzadko zdarzały się dezercje. Rekruci potrafili porzucać swe dotychczasowe życie. Bronikowski tłumaczył choćby w roku 1801 w pismach kierowanych do Warszawy, iż „urlopowany grenadier Jan Kempka z Kopytów istotnie uciekł, pozostawiając żonę i dzieci”. Zarządcy Obór polecił „majątek po nim pozostały zabrać, mundur odesłać do Warszawy do Generała Plotz”. Ucieczka stała się paradoksalnie dużo łatwiejsza niż w dawnych czasach, gdy chłopi uciekali od obowiązku sprawowania pańszczyzny i chwytani byli w innych częściach Polski. Tuż za rzeką leżało przecież inne państwo, które nawet w czasach pokoju niezbyt przesadnie chętnie oddawało dezerterów. Prusy postępowali zresztą adekwatnie, gdy Bronikowski w roku 1800 poprosił o instrukcję co do postępowania z dezerterami z „Gallicji” (czyli austriackiego Karczewa) pozostającymi w dobrach oborskich, polecono „udzielić im paszportów”, zezwalając na pobyt w Prusach, nie realizując konieczności odesłania ich na powrót do Austrii.

Obowiązek służby wojskowej objął również olędrów, których migracja w drugiej połowie XVIII wieku w górę Wisły spowodowana została w dużej mierze przez postanowienia pierwszego rozbioru. Gdy ziemie dawnej Rzeczpospolitej włączone zostały do Prus, przed mennonitami na Żuławach stanęła konieczność pełnienia służby, sprzecznej z ich przekonaniami religijnymi. O ile pośród olędrów tych okolic mennonitów nie było, ewangeliccy i katoliccy koloniści nie rwali się do pełnienia służby wojskowej. W dokumentach dworskich zachowało się pismo Bronikowskiego, odnoszące się do zaświadczenia kolonisty Michała Gahr złożone przed landratem w roku 1801, iż jego syn nie nadaje się pełnienia służby wojskowej, zatem „Regiment nie będzie pretensji nie czynił, więc nie ma przeszkód by ożenił się z wdową Jobsową”. Jak widać zamążpójście uzależniono od kwestii pełnienia służby wojskowej, a zachowanie kobiety mającej perspektywę poślubienia mężczyzny, przez wiele lat nieobecnego w domu, nie wydaje się raczej dziwne. Jednocześnie trudno powiedzieć, czy kwestia odmiennego traktowania olędrów wynikała z ich odmiennego statusu prawnego, czy też z celowej polityki władz pruskich.

O ile za spory rodzinne i majątkowe na terenie dóbr odpowiadał ich właściciel, sprawy naruszające porządek prawny oraz kryminalne pozostawały w gestii landrata. Choć kierowane do Obór pisma nie zawierają informacji odnośnie popełnianych przez mieszkańców Urzecza, dopuszczali się oni czynów niezgodnych z prawem. Pojawiają się żądania, by miejscowi stawili się pod oskarżenie, wreszcie by odsyłać ich do Góry Kalwarii celem odbycia zasądzonych kar aresztu (najczęściej 14-dniowych).

Ponad landratem stały pruskie władze w Warszawie, gdzie urzędy zajmowali już Prusacy, choćby tacy jak osławiony literat i prawnik Ernst Theodor Amadeus Hoffmann, autor „Dziadka do orzechów”. Pamiętany przede wszystkim z urzędowego nadawania nazwisk żydowskim mieszkańcom Warszawy i okolic. Masowo wpisywał do ksiąg mieszkańców całych ulic i dzielnic jako Rosenbaumów (Różane drzewo), Goldbergów (Złota góra), Eisenbaumów (żelazne drzewo) czy Applebaumów (jabłoni). Ich potomkowie stanowią obecnie dość liczną społeczność w rozmaitych krajach, pomimo iż nie są ze sobą spokrewnieni. W stosunku do tutejszych ziem władze nie były aż tak ekscentryczne, przesyłając pisemne polecenia, zwane w ówczesnym języku „groźbami prawnymi”. Widać w nich przede wszystkim wyrażany odgórnie nacisk na podniesienie potencjału gospodarczego włączonych do Prus ziem.

gassyGassy na zdj. Ł. M. Stanaszka

W związku z utworzeniem komory celnej w Gassach, począwszy od roku 1797 władze pruskie żądały, aby przejazd przez dobra oborskie drogą do Karczewa był w żaden sposób nieograniczony. Jednocześnie rokrocznie upominano rządcę w Oborach, aby naprawiał i utrzymywał w odpowiednim stanie drogę wiodącą do promu, wiodącą przez ówczesną wieś Borek do Gassów (obecnie podobnie jak wieś Borek, w której miejscu obecnie jest Parcela, droga ta nie istnieje, choć jeszcze podczas I Wojny Światowej toczono o nią walki w Maryninie). Droga zyskała miano „celnej”, bowiem w Gassach ulokowano komorę celną, a codziennie pokonywali ją z Obór do Gassów pruscy „oficjeliści”, których obecnie nazwalibyśmy celnikami. W roku 1800 na Obory nałożono obowiązek wybudowania dla nich oddzielnego domu w Gassach, widać codzienna droga z Obór dała im się we znaki, a zapewne również powodowała odprawy w narastającej wymianie handlowej. Z początkiem XIX wieku Gassy stały się trzecią po Bielawie i Jeziornie Królewskiej wsią w tych okolicach. Wpływ na to niewątpliwie miał tutejszy przewóz i handel z Karczewem. Przy okazji prusacy zadbali nie tylko o drogi przewozowe, znieciepliwieni kiepskim stanem połączenia Jeziorny Oborskiej z Jeziorną Królewską zażądali by Obory w dawnym korycie rzeki wybudowali drogę umożliwiającą swobodną przeprawę. Był rok 1804, być może gdyby pruskie panowanie potrwało dłużej na Jeziorce wzniesiony zostałby most.

Jednakże już pod koniec roku 1806 na rynek w Piasecznie wgalopowała kawaleria marszałka Masseny, a nocą do Warszawy przybył cesarz, po tym jak pokonał Prusaków w dwóch bitwach. Wkrótce narodziło się Księstwo Warszawskie, przez półtorej roku mające granicę z Austrią. Niestety o jej funkcjonowaniu z powodu braku dokumentów niewiele jesteśmy w stanie powiedzieć. A potem… cóż, reszta jak to mawiają, jest historią. O której można poczytać we wpisie o wojnie na Urzeczu.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • WĄSICKI JAN, Ziemie polskie pod zaborem pruskim. Prusy południowe 1793-1806. Studium historycznoprawne, Wrocław 1957

Życie na granicy (2)

ksunder

Pruski urzędnik, zwany landratem, zarządzał dawnym powiatem czerskim, którego granica jak nadal kończyła się na rzece Jeziorce. Wieś Jeziorna Królewska jako dawna królewszczyzna stała się własnością rządową, wchodząc w skład ekonomii pruskiej z siedzibą w Lesznowoli, odpowiadając jednak przed landratem warszawskim. Ci urzędnicy szczebla stanowiącego odpowiednik powiatu byli w większości Polakami, rekrutując się  z osób, które uprzednio pełniły już analogiczne funkcje czy to przy dworach, czy w komisjach rządowych, lub granicznych, lecz zapewne głównie z mieszkańców terenów podporządkowanych Prusom podczas pierwszego i drugiego rozbioru, jako że mieli oni już czas oswoić się z panującymi porządkami. Landrat czerski nosił swojskie nazwisko Bronikowski, odpowiadając za sprawy lokalne oraz porządek na podległym mu terenie. Dziś z uwagi na charakter jego obowiązków określić moglibyśmy go urzędnikiem samorządowym.

austriaW poprzednim wpisie była mapa pruska, dziś dla równowagi mapa austriacka z początku XIX wieku. Jak widać w analogiczny sposób potraktowano ziemie pod panowaniem Prus stanowiące białą plamę, przedstawiając bardzo dokładnie zabudowania w Karczewie. Po środku Wisły oczywiście prom, czyli przewóz

Analizując nieliczne zachowane dokumenty przyjrzeć się możemy życiu codziennemu na Urzeczu od nieco innej strony. Powołany w dobrach Oborskich Sąd Patrymonialny w osobach wyznaczonych przez hrabiego Michała Potulickiego rozpatrywał sprawy o charakterze niekryminalnym, niektórzy wnosili jednak skargi bezpośrednio do landrata. Przykładowo żołnierz o nazwisku Osuch ze wsi Borek żalił się że teściowa zabrała mu nowo narodzone ciele i „policzyć się nie chce”. Bronikowski przekazywał podobne pisma do Obór z poleceniem zajęcia się sprawą. Nierzadko wzywał do siebie murgrabiego oborskiego (zarządcę), przekazując mu swe dyspozycje. Przy okazji warto zauważyć, iż Bronikowski był sybarytą, w swych pismach zazwyczaj prosząc o przywiezienie przez murgrabiego „karpia młynarskiego lub karpia lub szczupaka wiślanego”.

Większość jednak spraw była nieco poważniejsza, sąsiedztwo Austrii zobowiązywało do ciągłego nadzoru. W swych wystąpieniach Bronikowski uczulał sołtysów nadwiślańkich wiosek do zachowania czujności przypominając, iż Wisła stanowi obecnie granicę. Na Urzeczu jak zwykle była ona płynna i trudna do wyznaczenia. Wskutek powodzi i zmiany jej biegu znaczna część oborskich wsi leżała po drugiej stronie rzeki, takich jak Kępa Zieleniecka zwana Zieleńcem, czy też zaginiona osada Grzanki. Te w pismach urzędowych zmieniały swą przynależność, zapewne wskutek uzgodnień z odpowiednikiem landrata w austriackim Karczewie. W roku 1797 wskazywano jeszcze, że należą do Obór, w roku 1802 Bronikowski ściągał z niej należności, z kolei w roku 1804 stwierdzał, iż mieszkaniec Grzanek o nazwisku Zawadzki nie może odpowiadać przed tutejszym Sądem, bowiem Grzanki należą do Otwocka. Leżąca pośroku Wisły Kępa Rybacka na której osiedli olędrzy od początku traktowana była jako podlegająca prawemu brzegowi.

Bronikowski miał wystarczająco sporo problemów z olędrami z Kępy Habdzińskiej (Oborskiej) i Zielenieckiej, którzy niezbyt chętnie respektowali nałożone na nich obowiązki przez pruskie władze. Wyraźnie niepokoiły ich olęderska mobilność i przemieszczanie się wzdłuż Wisły, powodujące problem z określeniem ich liczby. 26 lutego 1798 roku landrat polecił ekonomowi oborskiemu „aby nakazał Holędrom iż co który umrze czy stare czy młode podawali proboszczowi Słomczyńskiemu do zapisu w xięgi kościelne”. Powyższe wynikło zapewne z faktu, iż olędrzy sakramenty przyjmowali w najbliższym sobie kościele, stąd chrzty, śluby i zgony sprawowali w głównie w Powsinie lub Wilanowie, lecz także w Zerzeniu, a wreszcie w austriackim Karczewie, co uniemożliwiało pruskiej biurokracji kontrolę liczby ludności. Olędrzy jak wiadomo przemieszczali się nadzwyczaj aktywnie, stąd też wyznaczenie na dłuższy okres sołtysa było niemożliwe. W Kępie Oborskiej zmieniali się oni często, po nastaniu pruskiego panowania nie odpowiadali już oni wyłącznie przed zarządcą dworu, lecz składać musieli przysięgę przed landratem. Co wyglądało zapewne podobnie jak w roku 1801, gdy 16 lutego olęder o nazwisku Schultz otrzymał polecenie stawienia się rankiem w Czersku, a dopiero po przysiędze zarządca oborski mógł ogłosić go sołtysem wobec mieszkańców Kępy Oborskiej. Jednocześnie Bronikowski polecił by dopilnować, by dotychczasowy sołtys o nazwisku Feldt oddał pieczątkę sołecką i gromadzką księgę podatków. Zmiana sołtysa miała także związek z faktem, iż Kępa Oborska stała się nieco problematyczna dla Obór, choćby z powodu faktu, iż olędrzy powoływali się na przysługujące im prawa, bez wahania jednak wykorzystując niewiedzę. Obsadzali grunta ponad te, które im przypisano, licząc iż dwór nie dokona dokładnych pomiarów, zaś gorzałka i alkohol podawany z przemytu w tutejszej karczmie przyciągał flisaków oraz chłopów z okolicznych wsi, powodując upadek karczmy choćby w Opaczy. Zaznaczyć jednak należy, iż pruskie władze respektowały kontrakty emfiteuzy podpisane przez kolonistów w dziedzicami Wilanowa i Obor, choć zapobiegliwy Bronikowski na wieść o pomiarach dokonanych przez ekonoma oborskiego na Kępie, które skutkowały naliczeniem przez dwór dodatkowych należności, zażyczył sobie kopii kontraktu z roku 1773, wreszcie polecił stawić się olędrom osobiście.

Jednakże najczęściej Bronikowski musiał borykać się z problemami dotyczącymi żołnierzy na terenach przygranicznych, a także zmierzyć z sytuacją, która zmusiła go do odcięcia wsi od świata. O czym opowie ostatnia część wpisu dotyczącego życia na granicy.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • WĄSICKI JAN, Ziemie polskie pod zaborem pruskim. Prusy południowe 1793-1806. Studium historycznoprawne, Wrocław 1957

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci