Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Na-Urzeczu

Piwo z Cieciszewa

ksunder

Równo tydzień temu miałem okazję być w Cieciszewie i powiedzieć kilka słów o historii tej miejscowości. Co bardziej zorientowani wiedzą, że w zasadzie blog ten powstał kilka lat temu niejako na marginesie pisanej wówczas książki na ten temat. A historię Cieciszew ma fascynującą, sięgającą czasów odległej historii początków Polski. W zasadzie tam leżą korzenie „konstancińskiej” części tutejszej gminy, bowiem ziemie należące to tamtejszego grodu sięgały w XIII wieku rzeki Jeziorki, na wschodzie oparte o Wisłę, na zachodzie w ich skład wchodziły Łubna i Baniocha, na południu graniczyły z Moczydłowem. Z czasem włości podzielono na część cieciszewską i oborską, później na kolejne. A na dziale oborskim powstać miał pod koniec XIX wieku Konstancin. Z obszarem dawnych włości Cieciszewa pokrywała się parafia, w XVIII wieku przeniesiona do Słomczyna, choć jeszcze długo zwała się cieciszewską. Podzielono ją w XX wieku, tworząc filie, a później odrębne parafie w Mirkowie, Konstancinie, Skolimowie, Baniosze (stąd po dziś dzień Baniocha jest w tutejszym dekanacie, choć do gminy nie należy). Wszystko to można znaleźć na blogu, dziś historia nieco mniej znana, z końcowego okresu świetności Cieciszewa.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m10Wiele osób kojarzy, iż pod koniec XVIII wieku na terenie Obór wytwarzano piwo, które cieszyło się w pewnym okresie znaczną sławą w Warszawie. Jak przywoływał Zygmunt Gloger warzono tu szczególnie dobre piwo angielskie. Browar na terenie majątku zwanego wówczas kluczem oborskim, w skład którego wchodziły wszystkie okoliczne wsie położone na Urzeczu wraz ze Skolimowem, fundował Hieronim Wielopolski. Ten sam, który wydzierżawił teren pod zakładaną Papiernię. Lecz skąd w ogóle produkcja piwa? Cofnijmy się o lat mniej więcej 150, po „Potopie” szwedzkim zniszczona Polska zaczyna tracić, to co dawało szlachcie pieniądze przez ostatnie wieki, a co jak naucza się w szkołach wynikało z „dualizmu gospodarczego Europy”. Zaczyna się spadek eksportu zboża, szukać należy nowych źródeł dochodu. Okazuje się nim propinacja, czyli sprzedaż alkoholu, przede wszystkim własnym chłopom w licznie budowanych karczmach. Lecz nie do końca było tak, jak to pokazano w pewnym filmie, iż „dziedzic rozpijał pańszczyźnianych chłopów”. Choć obowiązywał przymus propinacyjny, zmuszający do zakupu piw i gorzałki, szybko zorientowano się, że na produkcji przeznaczonej na „eksport”, czyli sprzedaż poza granicami majątku, można nieźle zarobić. Stąd pod koniec XVIII wieku świetnie prosperowały browary w Oborach, Bielawie czy Wilanowie (a ciekawą historię awantury o piwowara w tych dwóch ostatnich swego czasu opisywałem). Jednakże nim powstał browar w Oborach, pierwszą próbę jego budowy podjęto w Cieciszewie.

Wybór był jak najbardziej naturalny. Tu znajdowała się siedziba parafii, którą co niedzielę odwiedzali poddani dóbr. Tędy wiódł szlak prowadzący do Czerska i dalej, aż na Ruś. Stąd i wzniesiona tu karczma była znacznych rozmiarów, co pod koniec XVII wieku odnotował francuski podróżnik kawaler De Tende. Zatem i produkcja piwa była niemała, wyraźnie piwo wytwarzane przez karczmarza było w ilości niewystarczającej, bowiem już w roku 1700 w Cieciszewie istniał browar. W roku 1701 w browarze w Cieciszewie był kocioł piwny w tym roku kupiony, kadź wielka, od spodu reparatiey potrzebne i pobiciu tak dębowej do spuszczania piwa. Beczek piwnych 20. Jak wynika z dalszego opisu znajdowała się tam także gorzelnia, wyremontowana w tym samym roku, wyposażona w szklane okna. Inwestycja w kadź oznaczała, iż browar powstał z myślą o zwiększonej produkcji. Warto zauważyć, że budynek browaru był w lepszym stanie niż znajdujący się tuż obok dwór w Cieciszewie, który w owym czasie się rozpadał. Budynek starano się naprawiać, co wyraźnie mówi nam coś o związanych z nim planach.

Browar nie przetrwał powodzi, która około roku 1713 zniszczyła Cieciszew i okoliczne wioski sprawiając, iż kościół parafialny odbudowano w Słomczynie. Kolejny browar powstał już w oddaleniu od wiślanego starorzecza, w Oborach. W drugiej połowie XVIII wieku dochody ze sprzedaży trunków staną się podstawą ekonomii dworskiej, stąd rozwój browaru w Oborach. Korzenie browarnictwa w kluczu oborskim znajdują się jednak w Cieciszewie.

Może to i dobry moment, by ktoś znowu zaczął produkować tu lokalne piwo? Od roku 2013 nie ma już browaru w Oborach, a piwo marki „Konstancin” produkowane jest w innej części polski. Lecz skoro mamy już cydr z Czerska (podobno nawet można kupić go w Górze Kalwarii, polecam bo jest naprawdę dobry), warto o tym pomyśleć. Nazwy nie trzeba długo szukać, choćby Ciecisz, czyli założyciel tutejszego grodu...


Źródła i literatura:

  • AGAD, Archiwum Wielopolskich i Potulickich z Obór

Tama na Jeziorce

ksunder

Kilka dni temu pojechałem obejrzeć ostatni most na rzece Jeziorce. Miejsce straciło nieco ze swej magii już kilka lat temu, gdy oczyszczono dzikie koryto. Most nie jest zabytkowy, ani szczególnie urodziwy, lecz przeznaczono go do rozbiórki. W jego miejscu zostanie wzniesiony nowy, obecny przetrwał ponad pół wieku. Kostka brukowa, która go pokrywa, została położona w latach pięćdziesiątych, podczas jego budowy. Wcześniej mostu nigdy tu nie było, jego istnienie stało się koniecznością, gdy pojawiła się w tym miejscu rzeka. Do połowy lat pięćdziesiątych Jeziorka do Wisły nie wpadała, znajdowały się tu nadwiślańskie pola, skryte za wałami. Za Bielawą rzeka skręcała ku północy, by wpaść do Wilanówki, która rozlewała się szeroko, obecnie stanowiąc niewielki strumyk. Śladem tej dawnej rzeczki jest mostek Obórkach, które przenosząc spod Obór w roku 1865 lokowano na lewym brzegu tej rzeki, na wprost wiekowego Habdzinka. Obórki wchłonęły swojego sąsiada i obecnie tej drugiej nazwy mało kto używa. My jednak wróćmy do Jeziorki, fakt iż wpada obecnie do Wisły, zawdzięczamy regulacji rzeki, którą pośrednio spowodowała wielka powódź roku 1947. Cofająca się wiślana woda podniosła poziom wody w Wilanówce, przepusty nie wytrzymały, aod Kępy Zawadowskiej aż po Okrzeszyn woda rozlała się za wałami. Wówczas zdecydowano, iż aby w przyszłości do tego nie dopuścić, należy Jeziorkę do Wilanówki rozdzielić, wykopano nowe koryto rzeki i otoczono je wałami, by regulować w ten sposób wodę. Od tamtej pory Wilanówka nie wylewa, sączy swe wody leniwie, jako niewielki strumyk.

P1220574Co jednak sprawiło, że Jeziorka wpadała do Wilanówki? Most jest dobrym pretekstem by o tym opowiedzieć. Pokrótce przypomnę jedynie, że nie uregulowana wałami Wisła zmieniała swe koryto często, wycinając nowe i sprawiając, że ziemie należące do Obór znajdowały się pod Świdrem, zaś Kępa Falenicka na przeciwległym brzegu. Swego czasu zmieniła bieg, a jej dawne starorzecze stało się korytem Wilanówki, oddzielającym Kępę Okrzewską, Oborską i Falenicką od lądu. Wcześniej Wisła bezkarnie niszczyła znajdujące się w tych stronach wsie takie jak Narty, Próchna czy Grabie, po których zostały tylko wzmianki w dokumentach, na które natrafiają historycy. Nazwy dawnych wsi w okolicach Ciszycy jasno wskazują nam na dawne ukształtowanie terenu: Kliczyn czyli Kłyczyn położony był na półwyspie w kształcie kłykcia, kciuka, który woda opływała wkoło, stąd i Koło. Teren między wyspami świderskimi i zawadowskimi podlegał naturalnym przemianom, problemem stały się dopiero gdy na stałe osiedlili się tam ludzie. Olęderskie osady zostały zagrożone, a czynsze przynosiły niemały dochód dziedzicom tutejszych dóbr. Znajomość wiślanego nurtu pozwalała przewidzieć, kiedy postanowi on popłynąć nowym korytem, a taka obawa zaistniała w połowie XIX wieku. W XVIII wieku wskutek poprzedniej zmiany Jeziorka straciła trwałe połączenie z Wisłą, czasem z rzadka przelewając swe wody do tej rzeki, jednak połączywszy się na trwałe z Wilanówką. Tym razem jednak powódź zniszczyła spory kawałek lądu, wraz z gospodarstwami olęderskich kolonistów, sprawiając iż Jeziorka znalazła się niebezpiecznie blisko Wisły. Jak zanotowano 10 października 1843 roku: „Rzeka Wisła z powodu zwrócenia się iey nurta przez gronta do Dóbr Obór należące tak iuż dalece zniosła na tymże grocie oborskim kilku kollonistów nadrzeżnych, że zachodzi obawa aby w tym jeszcze roku nie obróciła swego biegu odnogą wilanowską, co jest bardzo łatwe do przewidzenia, albowiem między Wisłą a Wilanówką pozostaje tylko przestrzeń gruntu mniey więcej 15 prętów wynosząca”. W tym stanie rzeczy jasnym było, iż przerwanie niewielkiej łachy okaże się niszczycielskie. Wisła wytnie nowe koryto, niszcząc olęderskie osady na kępach, popłynie bezpośrednio pod Wilanowem, zaś rejon od Augustówki aż po Obórki zostanie przyłączony zostanie do prawego brzegu Wisły.

Mapa z roku 1712. Jeziorka wówczas wlewała się jeszcze do Wisły przez "przerwę". Warto zwrócić uwagę, że Wilanówka jeszcze nie istniała, było tylko wiślane koryto przy Okrzeszynie. Dawne starorzecze wciąż widoczne jest na mapach google.

Łatwo ustalić, kto wpadł na pomysł usypania trwałej tamy i odcięcia Jeziorki od Wisły, acz nie wiemy kim była ta osoba, zapewne „mistrzem hydraulikiem”, jak wówczas zwano specjalistów od budowy tam i odwodnień. Nosił nazwisko Borzewski i „przekonawszy się na groncie o takim grożącym dla dóbr willanowskich niebezpieczeństwie na dniu 21 lipca rb uczynił podanie do Zarządu Komunikacji Lądowych i Wodnych, zaprojektował w miejscu tym ubić 3 tamy przeznaczając ze swej strony fundusz pieniężny na maystra, dozorców, taczki, tarcice i na zrobienie faszynowych kiszek rubli srebrnych 724 kopiejek 91 czyli zp 4166 gr 2. Na właścicieli zaś dór zainteresowanych nałożył obowiązek bezpłatnego dostarczenia do róbót takich w rublach:

Faszyny kop 1579

Palików 2281

Witek do związania kiszke pęków 2079

Robocizny dni sprzężajnych 6236 i pieszych 11434”

W ten sposób w roku 1843 narodził się projekt zatamowania Jeziorki w Kępie Oborskiej. Pismem powołującym się na reskrypty Rządu Guberialnego z 9/21 września 1843 roku, wezwano Wójta Gminy Wilanów by 27 września/9 października dostarczył faszyny i budulca celem zabezpieczenia lewego brzegu.

Faszynę wyrąbywano w lasach chojnowskich i kabackich, zaś szarwarkami i robocizną obciążono dobra ziemskie, którym wskutek powyższych działań nie groziło zalanie - Wilanów, Obory, Miedzeszyn, Bielawę oraz Papiernię w Jeziornie. Choć sprawa była pilna, przeciągnęła się do roku 1844, kiedy to przed Naczelnikiem powiatu warszawskiego zadeklarowali bezpłatnie udzielić robocizny i faszyny do zatamowania łachy Henryk Rossman - dziedzic dóbr Bielawy i Jeziorny Królewskiej, Rupert Woyciech Borowski - dziedzic Dóbr Miedzeszyna (w tym Kępy Falenickiej), Tomasz Fagoński, rządca dóbr Obór w imieniu dziedzica oraz Jacenty Pancer plenipotent dóbr wilanowskich. Oświadczyli, iż „widząc konieczną i najpilniejszą potrzebę zaprowadzenia tamy projektowanej, wykonaniem jej zaymą się niezwłocznie w długości takiej, jaka okaże się potrzebna”. Gdy zwolniono ich z tego roku z obowiązku szarwarkowego naprawiania dróg doszło do porozumienia. Wilanów dostarczył faszynę i paliki, które z lasów chojnowskich przetransportowali poddani dóbr oborskich, którzy jednocześnie zapewnili witki i kiszki faszynowe. Mieszkańcy Bielawy i Jeziorny Królewskiej zajęli się pracami związanymi z sypaniem tamy, Miedzeszyn dostarczał ze swych lasów sosnowe gałęzie. Papiernia zaś dołożyła się finansowo. W ten sposób zatamowano Jeziorkę, uniemożliwiając jej połączenie z Wisłą. Wisła oczywiście nadal pozostała groźna, swymi przyborami wciąż grożąc tamie. Poprawiano ją jeszcze kilka razy, bowiem groźba przerwania w tym miejscu tamy była realna. A jak pisał w roku 1852 Henryk Segno, dyrektor Papierni, przerwanie spowodowałoby wlanie się wiślanej wody do Jeziorki i zagroziłoby Fabryce Papieru oraz dobrom oborskim. Dość obrazowo ujął to w korespondencji z Augustem Potockim z Wilanowa: „Gdyby więc w zagrożonym miejscu wał został przerwany co przy cokolwiek wyższym stanie wodu w dwóch dniach mogło nastąpić bo prądu wody żadna tama od brzegu nie odwraca, natenczas ¼ część wody wiślanej buchnęłaby w wyłom, zapełniła dawne teraz miejscami osuszone, jednak zawsze nisko położone koryto Wilanówki, podniosłaby wodę w Jeziorce i tem samemy tamtejszym zakładom wielką wyrządziła szkodę, dalej pędząc zalałaby posiadłości JW. Hrabiego Pana zalałaby również osady do Willanowa należące zatopiłaby łaki pod Willanowem i wiślaną żółtą wodę sprowadziłaby do czystego Jeziorna Wilanowskiego”. Słowa te spisał na gorąco stojąc na opisanej tamie.

maskaMapa z lat trzydziestych XX wieku przedstawiająca zmiany dokonane przez budowę tamy. Jeziorka wpada do Wilanówki, nieopodal Borka.

Sto lat poźniej rozwiązaniem okazało się obwałowanie Jeziorki i wpuszczenie jej do Wilanówki. I jak widać skutecznym, skoro powodzie dobiegły końca. Na mapie google można nadal zobaczyć dawne drogi, które przerwało nowe koryto Jeziorki, bowiem jeszcze tuż po wojnie z Opaczy do Kępy Oborskiej wiódł polny szlak, który nie przecinał rzeki.


Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWil

Na półce z książkami 3

ksunder

W zamyśle miałem pisać o książkach częściej, przede wszystkich o wydanych dawno temu. Jednak jakoś tak wyszło, że robię to raz do roku, a co ważniejsze, piszę o książkach aktualnie wydawanych. Po latach posuchy dotyczących publikacji na temat tych stron otrzymujemy rzeczy nowe i do tego świetnie wydane. Więc kolejna porcja nowinek wydawniczych.

Elżbieta Piskorz-Brenekova, Łukasz Maurycy Stanaszek - Strój wilanowski z Nadwiślańskiego Urzecza, PTL, Wrocław 2015

strjwilanowski

Moja wielka miłość do Urzecza, gdzie wyrosłem i z którym jestem nierozerwalnie związany, powoduje, iż mogę być w ocenie książki nieobiektywny, lecz podsumować tę publikację należy stwierdzeniem, że jest ona świetna. Nie tylko z powodu swej bogatej warstwy ilustracyjnej, lecz przede wszystkim z racji aparatu naukowego. Napisana jest przystępnym językiem, ma jednak walor jakiego nie miały dwie książki dr Stanaszka o Urzeczu. W nich autor przyjął konstrukcję łączącą pracę naukową z popularną, co było zamysłem w tamtym wypadku doskonałym, pokazującą jak powinny wyglądać publikacje z dziedziny etnografii wydawane w wieku XXI. Dzięki temu książki trafiły pod strzechy, przyczyniając się do powrotu urzeckiej tradycji. Ta książka choć skierowana do wszystkich zainteresowanych strojami ludowymi (również kostiumologów) jest publikacją naukową. Choć nadal napisana przystępnym językiem, a zwyczajny czytelnik rozliczne przypisy pominie, jest to jej podstawowa zaleta. Wydana w prestiżowej serii “Atlas polskich strojów ludowych” opracowana została zgodnie z założeniami przyjętymi w roku 1949, gdy zaczęto wydawać publikacje z tej serii. Wymusiło to na autorach naukowe podejście i opisanie stanu badań, historii stroju wraz z jego obecnym stanem, oraz zasięgu obszarowego. Powyższe sprawiło, iż dostajemy do ręki pełnoprawne dzieło naukowe, którego dotąd brakowało specjalistom. Jednocześnie choć nadal bogato ilustrowane, nie znajdziemy tu opisu społeczności Urzecza, nacisk został położony na jego zróżnicowanie i historię. Rzecz jasna większą część publikacji zajmuje historia i rozważania nad rozwojem stroju wilanowskiego, jest to publikacja innego typu niż dotychczasowe książki na temat Urzecza. Jeśli ktoś szuka nowych informacji na ten temat nie znajdzie ich tutaj, w warstwie dotyczącej mikroregionu to ugruntowanie obecnych badań. Lecz w przypadku opisania stroju, wszyscy którzy pragną strój taki posiadać, dostają do ręki szczegółowy jego opis wraz z historią, instrukcję wraz z wykrojami. Dowiedzieć się można wreszcie jak prawidłowo wiązać pasy i chusty... Przede wszystkim jednak z publikacji tej książki płyną dwie najważniejsze informacje. Po pierwsze istnienie mikroregionu zostało ostatecznie ugruntowane w świecie naukowym, bowiem opisania stroju regionalnego doczekało się Urzecze, a po dziś dzień publikacji takiej nie doczekał się choćby strój krakowski. Po drugie jednak po lekturze książki stwierdzić należy, iż choć nadal będziemy posługiwać się zwyczajową nazwą stroju wilanowskiego, de facto pochodzi on z obszaru położonego między Wilanowem a Czerskiem, gdzie zachowały się najstarsze tego typu ubiory. Jest on więc tak naprawdę strojem urzeckim, charakterystycznym dla całego regionu. Książkę nabyć można kontaktując się z PTL - http://stroje.ptl.info.pl/atlas-polskich-strojow-ludowych.html

Antoni Śledziewski, Anna Demska, Zaczęło się w Jeziornie. O wycinance i jej obecności we współczesnym projektowaniu, Konstancin-Jeziorna 2015, red. H. Kaniasta

Bez_nazwy2

W roku 2011 znany i ceniony kolekcjoner ludowych wycinanek Antoni Śledziewski, przekazał swe zbiory Konstancińskiemu Domowi Kultury. Album zawiera ich odwzorowanie, świadcząc o ponad półwiecznej fascynacji autora wycinankami ludowymi, które pozwoliło na zachowanie dla przyszłych pokoleń tej niezwykłej twórczości. Wprowadzenie autora przedstawia nam zresztą historię i genezę obecnie bardzo rzadko spotykanej tradycji, wycinania niesamowitych wzorów z papieru. Opublikowane wycinanki wykraczają poza obszar tutejszych okolic, bowiem znajdują się tu wycinanki kurpiowskie, garwolińskie, czy łowickie. Choć mam obawy, że w tamtych rejonach mało kto zauważy istnienie tej ważnej publikacji, warto zapoznać się ze zbiorami Antoniego Śledziewskiego. Zauważyć także należy, iż choć gromadząc swe zbiory nie miał on jeszcze pojęcia o istnieniu mikroregionu Urzecza, posługując się niefortunnym terminem powiśla otwocko-garwolińskiego (czasem kołbielskiego, jakie proponowano wówczas w literaturze), zauważył iż na rozwój tutejszej wycinanki olbrzymi wpływ miała obecność Papierni w Jeziornie i dostępność produkowanego w niej papieru. Jasna staje się także nierozerwalność wzorów wycinanek z wilanowskim motywem kwiatowym pojawiającym się na tutejszych strojach. Książkę warto więc mieć, kolejna ważna publikacja, choć oczywiście mocno hermetyczna tematycznie i nie zainteresuje większości osób.

Hanna Kaniasta, Artyści dawnego Konstancina, Konstancin-Jeziorna 2015

12705200_1068737539856965_4608943027436558241_n

Najładniej wydana dotąd publikacja Konstancińskiego Domu Kultury, w twardych okładkach, na pięknym papierze. Stanowi pokłosie wystawy jaka miała miejsce w KDK, podczas której zgromadzono prace artystów związanych w jakikolwiek sposób z Konstancinem. Oczywiście nie wszystkich, ale nie sposób czynić z tego zarzutu, bowiem wykonana praca i ówczesna wystawa pozostawiały odwiedzających pod niezapomnianym wrażeniem. Przyjęty układ albumowy sprawia, iż po zapoznaniu się ze wstępem, otrzymujemy informację na temat danego artysty wraz reprodukcją jego dzieła, bądź jego fotografią, w przypadku rzeźbiarzy. A skala nazwisk jest naprawdę imponująca, nie mogło zabraknąć tworzących w Konstancinie Leopolda Buczkowskiego czy Krzysztofa Henisza, lecz przede wszystkim artystów przedwojennego letniska, w części zapomnianych, lub takich, których mało kto kojarzył z Konstancinem, jak choćby Józefa Pankiewicza. Toteż warto mieć tę piękną publikację albumową. A otrzymać można ją całkowicie za darmo już jutro, na spotkaniu poświęconym tej publikacji, prowadzonym przez autorkę wspomnianej książki, która przygotowała wspomnianą wystawę. Spotkanie odbędzie się w dniu 21 lutego 2016 roku o godz. 16.30. W KDK także można zdobyć publikację o wycinance ludowej.

Churching na Urzeczu

ksunder

Kilka lat temu dostrzegłem po raz pierwszy zaimplementowane na grunt polski zjawisko churchingu. Za tym terminem przeniesionym z języka angielskiego kryje się swoista turystyka kościelna, polegająca na uczęszczaniu co niedzielę do innej parafii, czasem by wysłuchać kazania księdza, zbliżonego świadopoglądem do wiernego. Niedawna lektura książki Katarzyny Surmiak-Dowmańskiej “Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” przyniosła informację, iż w 25 tysięcznym Edmonton na południu USA świątyń protestanckich jest 70, a jak wyjaśnili dziennikarce miejscowi, liczba w tak niewielkim mieście aż tak znaczna, bo każdy kto nie zgadza się ze słowami któregoś z pastorów, może uczęszczać do innego kościoła. Książka to fascynująca, bez emocji i ocen autorka opisuje tam społeczność tej miejscowości, my jednak przenieśmy się na Urzecze, gdzie pozwolę sobie użyć anachronicznego terminu “churching”, do opisania podobnego zjawiska, w wypadku jednak Urzecza, częściej niż wierni parafie, parafie zmieniały wiernych.

W historii naszego kraju przynależność parafialna związana była z życiem codziennym, wraz z porami roku i zasiewami, obrzędowość wyznaczała jego rytm i nie podlegała ona raczej przemianom, wyjąwszy zmiany kościołów parafialnych wskutek zawarcia związku małżeńskiego, w innej miejscowości, też wbrew pozorom nie tak częste. Rzecz jasna zasadom tym nie podlegali ludzie wędrowni, choćby flisacy, czy olędrzy. Ci raczej jednak z rzadka święcili nawet niedzielę, nurt Wisły nie pozwalał na odpoczynek. Jak zanotowano w wilanowskich księgach pod koniec XVIII wieku jeden z katolickich olędrów na Wiśle przebywał już od roku, nie przyjmując komunii i nie uczestnicząc w mszach. Wisła na Urzeczu jak zawsze zresztą łączyła i dzieliła, odpowiadając za to, że ludzie uczęszczali do parafii innych, niż przynależeli. Decydowała tu wygoda, dla znacznej części mieszkańców nadrzecznych wsi wygodniej było udać się do świątyni położonej nad wodą, użyć pychówki, a zimą przejść po lodzie. Stąd nadwiślańskie miejscowości od Koła i Ciszycy, wraz z Łęgiem aż po Gassy wybierały się najczęściej do Karczewa, gdzie od XVIII wieku istnieje po dziś dzień kościół Świętego Wita. Aż do XX wieku jedynym kościołem parafialnym obejmującym teren na południe od Jeziorki po Kawęczyn był Słomczyn, dopiero wraz z rozwojem Papierni i powstaniem letnisk Konstancin i Skolimów utworzono kościoły filialne. Lecz nim stały się parafiami minąć musiało jeszcze pół wieku. Po deszczach polne drogi stawały się grząskie, koleiny znikały, tonęło się w błocie. Nic więc dziwnego, iż jeśli w grę nie wchodził któryś z sakramentów, łatwiej było udać się przeprawą promową do Karczewa, zwłaszcza iż przybijało się praktycznie w samej miejscowości, we wsi o nazwie Przewóz. Popularność kościoła i jego bliskość była tak duża, że nierzadko zawierano obrządki małżeńskie w tym kościele, jeśli pochodziła z niego panna młoda, nawet jeśli młodzi zamieszkać mieli za Wisłą. Zimą szło się po lodzie wśród tyczek, co było łatwiejsze, niż brnięcie przez śniegi. O ile dzięki przeprawie dostęp na drugi brzeg był ułatwiony, paradoksalnie mieszkańcy Nabrzeża zamieszkiwali przez większość roku na wyspie odciętej przez liczne starorzecza i bagna. Stąd też mimo bliskości Karczewa, łatwiej niż do Otwocka Wielkiego przedostać im się było przez Wisłę w okolice Piasków i Cieciszewa, skąd udawali się do kościoła w Słomczynie przybijając pychówkami przy karczmie w tamtejszym starorzeczu, nim odcięła je budowa wałów. Jeszcze na początku XX wieku wśród mieszkańców Nabrzeża zachowało się przekonanie, iż przynależą oni do parafii w Słomczynie, mimo iż historia tego nie potwierdza. Do ciekawej zagadki związanej z tym faktem powrócę za chwilę, odnotujmy jeszcze, iż istniało także zjawisko odwrotne. Olędrzy z Kępy Falenickiej jako poddani dóbr Falenicy należeli do parafii w Zerzeniu i tam winni sprawować sakramenty. Ponieważ kościół położony był w znacznej odległości od lądu obowiązek ten sobie lekceważyli, wybierając kościół w Powsinie, a tamtejszy proboszcz nie czynił im najmniejszych przeszkód. Podobnie zresztą olędrom z Kępy Oborskiej, których macierzystą świątynią był wspomniany Słomczyn. Już za krótkiego pruskiego panowania urzędnicy napominali, aby olędrzy trzymali się swych świątyń, jednakże często bezskutecznie. Choć w dużej mierze katolikami nie byli, sakramentów udzielali im katoliccy księża, dopełniając dodatkowo cywilnego obowiązku i wpisując je do ksiąg.

Urzecze miało jednak inny problem, wylewy Wisły, zmieniającej koryto i tworzącej liczne Kępy, powodowały trwałe przemiany w jego geografii. Cóż, że wyłączając z olbrzymiej parafii w Milanowie (Wilanowie) na lewym brzegu Powsin, a na prawym Zerzeń na początku XV wieku jasno określono granice. Rzeka zmieniła je już wkrótce, jak wynika z zapisów tyczących się nieistniejących już wsi takich jak Narty i Grabie, zlokalizowanych w rejonie obecnych Kęp Oborskiej i Okrzewskiej, do dziesięciny przyznawały się trzy parafie. Podobnie na południu, w roku 1252 zapisano po raz pierwszy istnienie od dawna parafii w Górze Kalwarii, która zapewne podobnie jak milanowska sięgała daleko po obu stronach rzeki, bowiem notowano w niej obecność Mniszewa i Niecieczy. Być może to z niej wyłączono w roku 1236 Cieciszew. Kapryśna Wisła sprawiła, że kolejne kępy zmieniały przynależność terytorialną. W roku 1598 zanotowano, iż płacenia proboszczowi dziesięcin odmawia pan Jakub Pilichowski ze wsi Ostrowo i Jelity. Pozwano go przed Sąd Królewski, nakazując w 1604 roku płacić dziesięcinę snopową. Pilichowski odwołał się do najbliższej sesji królewskiej trybunału piotrkowskiego. Nie wiemy jak skończyła się ta sprawa, ale w roku 1678 biskup Wierzbowski fundował w Ostrówku kościół filialny, uznając iż Ostrówek podlega Górze Kalwarii. Już w roku 1576 wskazano, iż Ostrówek i nieistniejące Jelita i Żelawin należą do Góry, lecz zapewne Pilichowski, iż jego właściwą parafią jest Radwanków, któremu podlegały sąsiednie Glinki, zaś poprzez starorzecza nie sposób było przedostać się do Góry. Rzut oka na mapę podpowie nam, że zapewne kępa na której były wspomniane wsie stała się wyspą, po czym przewędrowała na prawy brzeg. Nie lepiej było w okolicach wspomnianego Nabrzeża. Po dziś dzień nie wiadomo, do jakiej parafii wieś ta należała, nie jest odnotowana ani w Karczewie, ani w Słomczynie. Niejasny zapisek z roku 1661 wskazuje, iż wraz ze zlokalizowanym na terenie części obecnego Cieciszewa fragmentem wsi Kozłów, dziesięcinę pobierał odległy Osieck. Co jest możliwe, bowiem do Wisły sięgała i ta parafia, lecz ludzie wybierali bliższe kościoły. Co ciekawe w Karczewie i Cieciszewie aż do XVIII wieku sakramenty dla Nabrzeża są niezwykle rzadkie, zupełnie jakby były sprawowane gdzie indziej, co potwierdzałoby iż spod Cieciszewa należało udać się do Osiecka, z trudem przebywając tutejsze starorzecza.

Choć trudno sobie to wyobrazić, niektóre Kępy były praktycznie odcięte od świata. Działalność Wisły wycinającej nowe koryta, tworzącej kolejne kępy i przenoszącej nieustannie spore areały z lewego brzegu na prawy i na odwrót prowadziła do sytuacji, gdy nikt już nie wiedział, jaka jest przynależność parafialna czy administracyjna poszczególnych wsi. Nie tylko wierni, lecz również proboszczowie i właściciele dóbr, na co wskazuje piękny zapis z XVIII wieku sporządzony przez ekonomów marszałka Bieliińskiego: Glinki, Żelawin, Jelita, Kempa, Kozłów czy Powiatu Garwolińskiego czy do Czerskiego należy nie można wiedzieć, parafia do Kalwaryi to bardziej do Powiatu Czerskiego należeć będą.

I taki to oto wiślany churching na Urzeczu, który dobiegł końca w połowie XIX wieku, wraz z budową wałów. Rzeka ustaliła swój bieg, którym płynie do tej pory. Wisła wszak doprowadziła do jeszcze innej sytuacji, w rejonie Urzecza zniszczyła trzy parafie. Ale o tym kiedy indziej.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, Archiwum Komierowskich
  • ASC Wilanów
  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa

Groble oborskie

ksunder

Mróz ustąpił, okoliczne chodniki, ulice i łąki opanowały roztopy. Poziom wody w Jeziorce wzrośnie, wyschnięte Łęgi Oborskie znowu znajdą się pod wodą, a bagnisty teren stanie się trudno dostępny dla myśliwych i ornitologów. Lecz nie tylko oni znajdą w tym niegościnnym lesie położonym nieopodal oborskiego dworu ciekawostki warte zobaczenia. Pośród grzęzawisk znajdują się bowiem nadal zachowane, choć w coraz gorszym stanie, jedne z najstarszych pamiątek kultury materialnej tej okolicy, będące tytułowymi groblami.

wrz3
Kilkakrotnie sygnalizowałem już na blogu jak dawne jest ich pochodzenie, choć najstarsza zachowana o nich wzmianka pochodzi ledwie z XVII wieku, istnieć musiały już wcześniej. Być może ich powstanie wiązać można z przybyciem w te strony pierwszych olędrów pod koniec XVI wieku, bowiem układ i sposób usypania przypomina nieco systemy znane z rejonu Fryzji. Ale to rzecz jasna jedynie spekulacje. Na pewno kiedy powstawały nie istniały jeszcze łęgowe lasy, w owym czasie rejon między Jeziorką a Oborami zajmowało przez większość roku rzeczne rozlewisko, gdzie z rzadka znajdowały się wysepki stanowiące solidny grunt, od tego ostatniego wywodzi się nazwa istniejącej tu niegdyś miejscowości Grąd, gdzie zbudowano młyn, z czasem przekształcony w Papiernię, gdy rozlewisko zmieniono w zalew, istniejący po dziś dzień w Mirkowie. Woda przepływała jednak swobodnie, przekształcając się w “Wielki staw” pod Oborami, w miejscu którego istnieje obecny łęgowy las, następnie starorzeczem aż do Cieciszewa, skąd uchodziła ku Wiśle. Aż do końca XVIII wieku obszar był w dużej mierze niedostępny podczas roztopów i wylewów, zaczęto więc sypać groble. Najstarsza z nich zachowała się po dziś dzień, wiodła ze wspomnianego Grądu do Obór, gdzie w drewnianym dworze siedzieli Oborscy. Spisana w roku 1625 umowa między braćmi Janem i Jakubem dość jasno mówi o tym, iż “Zostawia też sobie Pan Jakub wolne wygony drogi jako po groblach do boru w do lassa wolne przejście do boru”. Wzmianka pokazuje nam, jak przebiegała komunikacja, a także ukazuje sens istnienia zapomnianej dziś drogi, która wciąż istnieje, wybrukowana kocimi łbami, ukryta za dawnym browarem w Oborach. Prócz grobli istniał tu iście przemyślny system zastawek przepuszczających wodę, umożliwiające na prowadzenie gospodarki wodnej rodem z terenów obecnej Holandii.
Znów nie obejdziemy się bez mapy, na której zaznaczyłem te najstarsze z grobli (posłużyłem się wyjątkowo mapą z lat osiemdziesiątych, choć wszystkie groble w tej samej postaci pojawiają się na mapach znacznie starszych). Znają je doskonale starsi mieszkańcy Obor, Habdzina i Łęgu, bowiem jeszcze przed wojną droga nieopodal oczyszczalni nie istniała, komunikacja odbywała się właśnie tędy. Zwróćmy uwagę na groblę wiodącą od mirkowskiego krzyża ku Oborom (oznaczona na czerwono), to właśnie najstarsza z nich, prowadząca niegdyś do Grądu, a następnie do bramy Papierni. Z kolei na niebiesko oznaczyłem groblę skrytą pośród zarośli, którą najlepiej penetrować w zimie, gdy nie porasta jej roślinność. Otóż oryginalnie wiodła ona do dworu w Czernidłach, w którym w XVII wieku mieszkał Jakub Oborski. Kolor żółty to szlak ku Habdzinowi. Poza głównym obecnie z rzadka używane, zapomniane, niegdyś usypane na rozlewiskach, które z czasem się zabagniły.

111Lecz znajdziemy tu jeszcze ciekawsze groble, ledwie widoczne, w części już nie istniejące, oznaczone na mapie kolorem bordowym. W XIX wieku znajdowała się w tym miejscu droga do dworu, którą kierowano się z Obór ku Warszawie. Otóż nie przemieszczano się przez Jeziornę Królewską, gdzie mostu nie było, a rzeka płatała figle. Wiodła właśnie od karczmy nazwanej imieniem Klarysy Braeunig, żony dziedzica Bielawy, czyli Klarysowa, wprost przez obecny Mirków, ku Oborom. Z głównej grobli odchodziła boczna, umożliwiając przejazd, a jej ślad wciąż możemy odnaleźć wśród bagna. Teraz już prawie niewidoczna, zapadnięta, nie pozwala domyślać się, iż w czasach świetności była bitą drogą, którą poruszano się powozami. Najlepiej odnaleźć ją zimą, gdy ziemia jest zamarznięta, latem teren przypomina bagna Luizjany, pośród komarów, wielkich paproci i pni drzew wyrastających z wody, ma się czasem wrażenie, iż z zielonej rzęsy wychynąć może wielki krokodyl. W przeciwieństwie do pozostałych grobli, które wzmacniano wielokrotnie, po raz ostatni już w PRLu, ta powoli znika. Niegdyś w połowie grząskiego rozlewiska skręcala do dworu, wiodąc wprost do głównej alei, którą można było dojechać do Obór. Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku podróżowano w ten sposób, skracając sobie drogę, bez konieczności docierania do głównej trasy.

wrz1Groble to miejsca niezwykle urokliwe, warto zobaczyć je zimą, nim skryją się za fasadą bujnej roślinności. Większość z nich zapomniana została w ciągu ostatniego półwiecza, nadal uczęszczaną jest jedynie główna, prowadząca do Obór. Która jest starsza od samego dworu. Są to jedne z najstarszych konstrukcji w tych stronach, warto o tym pamietać, gdy wybierzemy się na spacer poprzez Łęgi...


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, Zbiór Kartograficzny

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci