Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : tajemnice-Konstancina

O pochodzeniu Urzeczan

ksunder

Łurzycoki modre nie dają o sobie zapomnieć. To, co jeszcze pięć lat temu wydawało się niemożliwe, stało się faktem. Urzecze odrodziło się i na trwałe wpisało w tutejszy krajobraz, gdy potomkowie mieszkańców podwarszawskiego Powiśla przypomnieli sobie o swoich korzeniach. W Wilanowie mamy ulicę Olęderską, przeprawa w Górze Kalwarii zyskała oficjalne miano Mostu Nadwiślańskiego Urzecza. Nie wiem czy Łukasz Maurycy Stanaszek spodziewał się takiego responsu, gdy poszukując swych korzeni odkrywał Urzecze, a pasja zmieniała się powoli w rozprawę naukową. Przed nami jeszcze jedna praca, bowiem po latach badań materiału genetycznego rodowitych Urzeczan autor zebrał już materiał wystarczający na dysertację. Badania prowadzi cały czas i często o nich przypomina, kto ciekaw może na bieżąco zapoznać się z ich wynikami. Niejako najciekawszym odkryciem jest rozwianie urzyckiej legendy o tureckim pochodzeniu mieszkańców, co jednocześnie stanowi wstęp do innej tajemnicy.

Clipboard017Praktycznie każdy pochodzący z Nadwiślańskiego Urzecza zetknął się z informacjami, iż korzenie jego sąsiadów lub nawet jego samego wywodzą się od Turków. Sam słyszałem, iż mych przodków miał nad Wisłę sprowadzić Jan III Sobieski spod Wiednia, przekonanie takie żywi wielu mieszkańców okolicznych wsi, upierając się, iż ich pradziadowie przybyli tu jako tureccy jeńcy. Lecz jeśli przyjrzymy się sprawie bliżej, okaże się, iż historia ta powtarzana jest na obszarze całego Urzecza, daleko od posiadłości Jana III Sobieskiego. Gdyby chodziło tylko o Wilanów, gdzie jadąc do Powsina mówiono „jadę do Turków”... W dawnych dobrach Sobieskich byłoby to zrozumiałe historycznie, legenda o jeńcach wojennych, którzy otrzymali ziemię za pracę na rzecz króla miałaby pewne uzasadnienie. Jednak historia ta powtarza się w dawnym Lasie, Otwocku Wielkim, Czernidłach, Gassach… Nie jest jednorodna. W Powsinie mawiano niegdyś, iż od Turków wywodzą się mieszkańcy Wilanowa. W Otwocku Wielkim żywa jest opowieść o jeńcach, którzy wykopali Rokolę, podczas budowy tutejszego pałacu w dobrach Bielińskich. Na lewym brzegu usłyszymy, iż prace przy wznoszeniu dworu w Oborach wykonali Turcy. Mieli oni kopać również groblę w Osinach, przekopać kanał wilanowski…

Jednakże szczegółowa kwerenda historyczna nie pozwala na potwierdzenie obecności Turków w tych stronach. W toku badań historycznych nad powyższym zagadnieniem nie udało mi się odnaleźć ani jednej wzmianki w źródłach z przełomu XVII i XVIII wieku mogących świadczyć o ich bytności na Urzeczu. Rzecz jasna w przypadku dokumentów historycznych można zawsze śmiało założyć, iż wielu z nich brakuje, jednak z milczenia źródeł wnioskować nie należy, o czym wie każdy historyk. Jedynym odnalezionym dotąd zapiskiem jest informacja ze Służewia z roku 1688, dotycząca ślubu zawartego przez niejakiego „Michaela Arnauta z Ziemi Tureckiey”. Z sąsiednich, urzeckich parafii informacji takich brak, podobnie jak w dokumentach historycznych informacji o jeńcach wziętych pod Wiedniem. Trudno zaś przypuszczać, by rzeczony Arnaut był przodkiem większości łurzycoków. Co ciekawe choć źródła milczą, przekonanie o wykorzystaniu przez Sobieskiego do budowy Wilanowa Turków istniało już w XIX wieku. W roku 1846 heraldyk Adam Kosiński zanotował, iż król wzniósł pałac „tureckimi jeńcami”. Najistotniejszym dowodem naukowym są jednak właśnie badania Łukasza Maurycego Stanaszka. Spośród przebadanych 116 przedstawicieli rodzin zamieszkałych od wieków na Urzeczu ani jeden test nie wykazał przynależności do grup charakterystycznych dla mieszkańców Turcji. Ku zaskoczeniu rodzin upierających się, iż wywodzą się właśnie od tureckich jeńców, okazało się, iż znaczna część z nich ma korzenie germańskie lub celtyckie. Do dzisiejszego dnia badania genetyczne w żaden sposób nie potwierdziły legendy o tureckim pochodzeniu Urzycoków.

Skąd więc tak duże przekonanie urzycoków o przodkach z Turcji? Rozmowy z mieszkańcami Nadwiśla przynoszą ciekawą wskazówkę, większość z nich wspomina artykuł Olgiera Budrewicza, opublikowany w roku 1970 w „Stolicy”. Pisał tam o gorącej krwi mieszkańców Czernideł, Gassów czy Kopytów, których przodkowie budowali Obory, a potem spolszczyli się i pozostali na tych ziemiach. W tym miejscu dodam, iż w świetle metryk parafialnych Cieciszewa i inwentarzy dóbr oborskich historię tę należy całkowicie wykluczyć. Nie ulega jednak wątpliwości, iż artykuł odbił się ówcześnie szerokim echem, wielu mieszkańców urzyckich wsi stało się świadomych swych korzeni i zaczęło powtarzać tę opowieść. Zaznaczmy jednak, że krążyła ona tu już wcześniej.

urzecze0007Co ciekawe nie jest ona endemicznie związana z Urzeczem. O ile nie możemy wykluczyć, iż jacyś jeńcy tureccy rzeczywiście wykonywali roboty dla Jana III Sobieskiego, choć źródła tego nie potwierdzają, na historię o tureckich przodkach natrafimy w dalszym sąsiedztwie Urzecza. W Żelechowie, nieopodal Warki, w Magnuszewie i Mniszewie potwarzana jest opowieść o Turkach. Lecz także w ziemi garwolińskiej, w Siennicy, Mielniku czy Wiązownej. Na najdalszy jej ślad natrafiłem w Kozłowie pod Parysowem, gdzie mieszkańcy wskazując na usypany tam kopiec mówili, iż wznieśli go tureccy jeńcy lub tatarscy – co ciekawe z polecenia Królowej Bony. Szczegółowe badania prowadzone w tej miejscowości przez Stanisława Frelka wskazały, iż legenda ta celowo kolportowana była już w XVI wieku przez ród Parysów, właścicieli tutejszych dóbr. Być może podobnie też było na Urzeczu, gdzie podkreślając glorię i chwałę wiedeńską Sobiescy i ich poplecznicy powielali historię brańców zmuszanych do prac, niewątpliwie jednak opowieści o tureckich i tatarskich jeńcach krążyły po całym kraju. Pamiętajmy, iż na Mazowszu w XVII wieku byli oni postaciami nieco mitycznymi, zagrożenie było mniej realne niż na Podolu, jednak wraz z kolejnymi wojnami toczonymi przez Rzeczpospolitą narastała czarna legenda. Stąd też tureccy jeńcy stali się istotnym propagandowym elementem wiedeńskiej wiktorii.

Ponad trzy stulecia później nie odkryjemy już zagadki legendy tureckich przodków w tej części Mazowsza. W chwili obecnej musi pozostać jedynie legendą, bowiem brak źródeł historycznych świadczących o osadzeniu tu Turków, zaś badania materiału genetycznego ich obecności przeczą.


Purystów informuję, iż świadomie pominąłem istnienie pod Czerskiem wsi Tatary, bowiem temat ten wyczerpująco wyjaśnił Ł. M. Stanaszek w swej publikacji. Tam więc odsyłam zainteresowanych. Zdjęcia stanowiące ilustracje pochodzą ze zbiorów własnych i Ł. M. Stanaszka.


Źródła i literatura:

  • ASC Słomczyn, Obory, Wilanów, Służew, Karczew
  • AGAD, Obory
  • AGAD, AGWil
  • BUDREWICZ Olgied, Sagi warszawskie: Gołębiewscy z Mirkowa(w:) Stolica XV/45 (1196), ss. 4 - 5
  • FRELEK Stanisław, Kopiec w Kozłowie: Rzeczywistość i legenda (w:) Rocznik Mazowiecki t. 7, 1979, ss. 211-230
  • STANASZEK Łukasz Maurycy, Nadwiślańskie Urzecze, Warszawa-Czersk 2014

Korzenie Konstancina

ksunder

Obchody 120-lecia istnienia Konstancina i 100-lecia utworzenia w nim Uzdrowiska zdominowały miejski krajobraz tygodnie temu, wokół plakaty, bannery oraz bilbordy, wywołujące u części mieszkańców gminy słuszną irytację, bowiem letnisko ze swą willową tradycją sprawia, iż reszta gminy zdaje się nie istnieć. Jeziorna, Skolimów, Bielawa czy Cieciszew ze swa historią sięgającą średniowiecza nie są wspominane. Ale takie już prawa marketingu; sprzedawane jest coś ładnie opakowanego, czym można się pochwalić. Choć mam wrażenie, że niektóre z osób odpowiedzialne za promocję tych wydarzeń nie do końca rozumieją jakie święto obchodzone jest podczas dni Konstancina... Kilka miesięcy temu w gminnym biuletynie publikowano zdjęcia z Kępy Okrzewskiej, zachęcając do obchodów stulecia Uzdrowiska, co w przypadku wsi założonej pod koniec XVIII wieku, z tradycjami jednej z najstarszych olęderskich osad Urzecza, ma się jak przysłowiowy piernik do historycznego wiatraka w pobliskich Obórkach. Obchody święta najmłodszej z tutejszych miejscowości nie staną się nigdy lokalnym świętem całej gminy. Warto też wiedzieć, że zarówno założenie Konstancina jak i powołanie Uzdrowiska zawdzięczamy zaborcom, o czym traktuje dzisiejszy nieco przewrotny tekst.

Uzdrowisko powołano w roku 1917, stąd tegoroczne obchody. Zdaje się jednak, iż na pierwszy plan nie wysunie się informacja, że uczyniły to władze okupacyjne. Dla przypomnienia był to przedostatni rok I Wojny Światowej, podczas gdy walki na froncie zachodnim zbierały krwawe żniwo, na wschodzie od zakończenia ofensywy 1916 roku sytuacja pozostawała bez zmian. Z okresu tego pochodzi zresztą jedno z mych ulubionych tutejszych zdjęć, najlepiej oddających grozę wojny. Podczas gdy w błocie i okopach ginęli żołnierze, w konstancińskim latowisku wczasowicz wesoło macha do fotografa kapeluszem. Wojna zdaje się być odległa. Walory i zalety tutejszej solanki doceniają pruskie władze, nadając osadzie Konstancin status uzdrowiska. I nad tym na chwilę się zatrzymajmy, warto bowiem zastanowić co się za tym kryło. Decyzja ta wpisuje się reformę administracyjną prowadzoną przez Prusaków, którzy rok wcześniej zajęli Królestwo Polskie. Decyzja co do jego dalszych losów jeszcze nie zapadła, w owym czasie nie jest do końca czy stanowić będzie prowincję cesarstwa, czy też państwo kadłubowe, do czego zdaje się skłaniać niejasna deklaracja z 5 listopada 1916 roku. Jasne jest jednak, że zajęte tereny muszą zostać poddane reformom, przede wszystkim administracyjnym, dostosowującym biurokrację carską do potrzeb nowoczesnego państwa. Skoro Prusacy zajęli te tereny nie zamierzają ich oddawać, stąd też decyzja o statusie osady Konstancin, wpisująca się w ten sam ciąg reform, jak powiększenie granic Warszawy poza okopy Lubomirskiego. Umożliwi jej to rozwój i wykroczenie poza ciasne linie demarkacyjne wytyczone przez carskie władze, ograniczające jej powiększenie. Kolejne nastąpi w latach pięćdziesiątych, a miasto zacznie zabudowywać tereny wiejskie dopiero pół wieku później kolonizując Białołękę czy Wilanów. Chwilowo udało uniknąć się nam jeszcze większej Warszawy, ale pamiętajmy że proces ten zapoczątkowali Prusacy i paradoksalnie to im Warszawa zawdzięcza stanie się dużym miastem, zaś Konstancin status Uzdrowiska. Dodajmy jeszcze, że władze II Rzeczpospolitej decyzji tych nie zmieniały, nie prowadziły lustracji, zaś uznawszy swoistą odrębność letnisk Konstancina i Skolimowa, w roku 1924 dokonały ich wyłączenia z gminy Jeziorna tworząc oddzielną jednostkę administracyjną. W roku 1917 nie było jeszcze tego wiadomo, do dnia 3 maja niewielu brało na poważnie możliwość istnienia niezależnej Polski. Prusacy prowadzili reformę ziem, które uważali za własne. Postępujące wydarzenia ich nieco przerosły.

Clipboard0111Sierpień 1916. Rosjanie wycofują się z Warszawy, trwa atak podczas którego zostaje spalony Ursus, tymczasem w Konstancinie...

Cofnijmy się jednak do samego początku Konstancina, założonego w roku 1897 jako letnisko Obory-Konstancya. Zgodnie z rozpowszechnioną w licznych opracowaniach wersją, założycielem i pomysłodawcą letniska był Witold hrabia Skórzewski, w uznaniu za zasługi ustanowiony patronem tutejszego parku. Nic bardziej mylnego. Jeśli przyjrzymy się kontekstowi historycznemu stwierdzimy, iż nie do końca odpowiada to prawdzie. Historia Konstancina zaczyna się zaś wraz z upadkiem Powstania Styczniowego. Do roku 1864 dziedzice ziemscy rozparcelowując swe ziemie, po wycięciu lasu zakładali czynszowe osady-kolonie. Tak uczynili choćby Szymanowscy po wycięciu lasu i założeniu w nim Szymanowa i Borowiny, czy też Julian Czarnowski w przypadku Czarnowa. Będące skutkiem Powstania Styczniowego uwłaszczenie odebrało tę możliwość. Dokonano tak zwanej likwidacji wsi i nadania ich chłopom, co sprawiło, że mimo płaconych odszkodowań właściciele ziemscy wpadli w kłopoty finansowe. Załamała się bowiem gospodarka oparta o model pańszczyźniany. Przyznam, że z wielkim podziwem przeglądam księgi rachunkowe klucza oborskiego, gdzie do połowy XIX wieku Kasper hrabia Potulicki zarządza swymi włościami niczym znacznym przedsiębiorstwem, umiejętnie osiągając zyski. Ich utrata była dla Potulickich znacznym ciosem, mimo rozwiniętego modelu folwarcznego, zmuszając ich do stopniowego wyzbywania się dóbr, takich jak niedalekie Wągrodno. Z końcem XIX wieku nadszedł dzień, w którym by zaspokoić wierzycieli planowano wyciąć las porastający brzegi Jeziorki. Tu na scenę wkracza Mieczysław hrabia Potulicki.

W tym miejscu pozwolę sobie odesłać do dawnego tekstu, w którym opisywałem Wilegiaturę, czyli modę na posiadanie willi i wypoczynek na letnisku pod Warszawą sprawiającą, iż z końcem XIX wieku w każdym kierunku rozbudowywano kolejki, zakładano letniska, a wczasowicze docierali do Powsina czy Jeziorny. Tylko ktoś zamieszkujący w tych stronach, obserwujący zawrotną karierę Otwocka, mógł wpaść na pomysł by letnisko takie wytyczyć w tutejszych dobrach. Tym kimś był właśnie Mieczysław hrabia Potulicki, zamieszkujący w Oborach, o czym zawsze mówi Teresa Łatyńska, wspominająca iż Konstancin wymyślił jej dziadek, co spotyka najczęściej dyskretne milczenie. Lecz oczywistym jest, że jedynie osoba doświadczająca na co dzień wilegiatury mogła podjąć decyzję o założeniu Konstancina. Witoldowi hrabiemu Skórzewskiemu należy jednakże przyznać status organizatora, bowiem to on sprawił, iż Konstancin stał się wyjątkowy. Jako człowiek światowy, a przede wszystkim pruski obywatel, bywał w europejskich kurortach, a także w Berlinie. Na bazie doświadczeń postanowił by tworzone letnisko uczynić elitarnym, na kształt podberlińskiego Grünewald (obecnie dzielnicy Berlina), gdzie nie miała wstępu biedota. Jeśli przyjrzymy się zasadom obowiązującym w Konstancinie i Grünewald, odnajdziemy analogiczne zapisy. Zakaz dzielenia działek, wznoszenia wysokich płotów, domów znacznej wielkości… Wille miały prezentować się wspaniale pośród alejek między sosnami. Zasad takich nie znajdziemy w innych ówczesnych polskich latowiskach. Tak oto narodził się Konstancin, na bazie pruskich doświadczeń…

wpis4Wieża ciśnień w budowie

Tak więc chichot historii sprawia, że gdzieś ponad genezą Konstancina oraz powstaniem uzdrowiska unoszą się duchy cara Mikołaja II i kajzera Wilhelma, którzy pośrednio spowodowali, iż tutejsze strony wkroczyły na ścieżkę, pozwalającą im świętować 120-lecie letniska o 100-lecie Uzdrowiska. Choć oczywiście nikt o tym nie wspomni podczas dni Konstancina…

Zagadka Stacji P nr 621

ksunder

Na polach nieopodal Obór stoi budynek, w którego pustych oknach hula wiatr. Wprawne oko dostrzeże na prowadzącej doń drodze ruiny wartowni, istniała także druga, przy polnej drodze, w miejscu obecnego przedszkola. Stanowiła zewnętrzny pierścień ochrony. Nikt nie wiedział co się w tym miejscu znajdowało, choć niektórzy za młodu nosili za poborowymi kałasznikowy. Warty zmieniały się co tydzień, w sobotę rano, stary przewożące na pace żołnierzy skręcały w ulicę Mickiewicza, by dalej podążyć ku Oborom. Jeden z nich zresztą tam zginął w lesie, o czym wówczas było głośno.

11226052_781910478586199_721470895203002367_nWiele lat później niektórzy w zrujnowanym obiekcie nie rozpoznają już obiektu wojskowego, inni zastanawiają się czy był tam radar. Tymczasem budynek wcale nie podlegał pod MON, lecz pod MSW, bowiem nie miał służyć walce z zewnętrznym wrogiem. Służbę pełnili w nim zaś żołnierze jednostki specjalnego przeznaczenia wykonującej polecenia Ministra Spraw Wewnętrznych – Jednostek Nadwiślańskich. Dawne to lata, Nadwiślańczyków rozwiązano w roku 2002, ich kompetencje przejął częściowo BOR a częściowo Policja. Budynek został porzucony już wcześniej, nieco dłużej przetrwały anteny łączności w dawnej wartowni w Oborach, nim rozkradli je złomiarze. Antenę znajdującą się na dachu głównego budynku zabrano dużo wcześniej, prawdopodobnie uczynili to nadwiślańczycy demontując wyposażenie opuszczanego głównego obiektu.

12188027_781910075252906_6975201999071410392_oLecz co się tam właściwie znajdowało? Kontrwywiad radiowy. Początki obecności wojsk nadwiślańskich (jeszcze jako Nadwiślańskiej Brygady KBW) to lata sześćdziesiąte. MSW wynajęło łąki oborskie, odebrane Potulickim podczas reformy rolnej i przekazane SGGW. Powyższe zapewne poprzedziły badania terenowe, wskutek których wybrano miejsce odpowiednie na lokalizację stacji. W latach sześćdziesiątych wzniesiono budynek znajdujący się w miejscu obecnego przedszkola, a na polach ulokowano instalację radionamierzania, doprowadzając linię elektryczną i telefoniczną. Obiekty zostały wybudowane na zlecenie Departamentu II MSW, zajmującego się wywiadem, w strukturach którego ulokowano przeniesioną z Biura T komórkę, z czasem przekształconą w Wydział, a od 1973 roku funkcjonującą jako Biuro Radiokontrwywiadu. W latach osiemdziesiątych w związku ze zwalczaniem opozycji jego zadania uległy intensyfikacji. Gdy po wprowadzaniu stanu wojennego pojawiły się stacje radiowe podziemnej „Solidarności”, szereg ośrodków stacjonarnych i mobilnych rozpoczął nasłuch audycji nadawanych na falach UKF. Właśnie tym zajmowano się w Oborach. W tym celu ośrodek poddano rozbudowie. Wybudowano nowy budynek na polu, nieopodal funkcjonującej wówczas instalacji, którą po oddaniu go do użytku zdemontowano. Jego zadania przejął nowy obiekt, a stary przekształcono wówczas w wartownię zewnętrznego pierścienia ochrony. Prowadzono tam całodobowe radionamierzanie w paśmie fal krótkich, z dokumentów wynika, iż znajdowały się tam dwa stanowiska radionamiernika. Obsługę stanowiło kilka osób będących pracownikami MSW, za ochronę odpowiadała wspomniana formacja wojskowa MSW, czyli Jednostki Nadwiślańskie.

12191129_781910395252874_1558796577640064172_oObory wschodziły w skład sieci radiokontrwywiadu, której centrum stanowił istniejący po dziś dzień obiekt w Miedzeszynie. RKW prowadziła ponadto nasłuch radioamatorów i krótkofalowców, zarówno będących przedmiotem rozpracowania SB, jak i poprzez okresową kontrolę, ponadto namierzało 12 baz radiowych wywiadu na terenie Europy, wreszcie starała się przechwycić szyfrotelegramy ambasad. Nowy budynek w Oborach oddany do użytku w grudniu 1983 nosił fachową nazwę Stacji P nr 621 (poprzednia instalacja z dużo mniejszym budynkiem jednopiętrowym określona była jako Stacja P nr 611). Obiekt podlegał pod Wydział II Biura RKW, a w Oborach zajmowano się całodobowym nasłuchem radiowym fal krótkich, wspomnianym nasłuchem baz wywiadowczych i przechwytywaniem szyfrogramów, okresową kontrolą radioamatorów oraz radionamierzaniem.

Bez_nazwy11Począwszy od października 1989 roku zaczął się proces demontażu dawnych struktur MSW, tworzących Służbę Bezpieczeństwa. Od roku 1990 zadania Biura RKW zostały przejęte w UOP, po podziale służby na Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencję Wywiadu dekadę później, nie odrodziło się już w ABW, co zapewne miało związek ze stopniowym odchodzeniem z transmisji analogowej na rzecz cyfrowej, a także ze zmianą kompetencji ABW i przesunięciem ciężaru kontrwywiadowczego na rzecz operacyjnego i śledczego. Trudno powiedzieć czy pozostają w zakresie działań AW, która nadal użytkuje obiekt w Miedzeszynie. Choć po roku 2009 ABW podobnie zajęła się kwestią radiokontrwywiadu, bowiem jeden z ujawnionych na terenie RP agentów GRU, nawiązywał łączność z Moskwą przy użyciu klasycznego radioodbiornika działającego na falach krótkich.

12187935_781910408586206_3039849720509981843_nObiekt w Oborach został porzucony na początku lat dziewięćdziesiątych. Od tamtej pory stoi i niszczeje stanowiąc wdzięczny temat dla fotografów i źródło inspiracji dla miłośników spustoszenia, niektórym kojarząc się opuszczoną strażnicą wojskową, z dala od cywilizacji, gdzieś w postapokaliptycznej rzeczywistości. Dla większości stanowi obecnie zagadkę. Tymczasem nie był obiektem wojskowym, lecz wywiadowczym, znajdując się w strukturach MSW i Służby Bezpieczeństwa.


Źródła i literatura:

  • Paweł Piotrowski, SIGINT w systemie władzy PRL i Układzie Warszawskim - dostęp elektroniczny na dzień 5 XI 2016 - LINK
  • wykorzystano zdjęcia wykonane przez Rewiry

Tajemnice Papierni

ksunder

Ambrose Bierce, amerykański nowelista, aforysta, a także awanturnik, stał się autorem cytatu, którego początek w polskim tłumaczeniu brzmi mniej więcej tak: Historia jest przekazem, w większości fałszywym, wydarzeń, w większości nieistotnych… Uchwycił w ten sposób istotę historii, będącej w dużej mierze zapisem suchych historycznych faktów, stanowiącymi  jedynie nic nie znaczące wydarzenia, ukazanymi w odpowiednim świetle. Im dalej się w nią zagłębimy, tym częściej dojdziemy do takich wniosków. Nierzadko w przeszłości poszukuje się tajemnic, zagrzebanych w jej piaskach półprawd, tajemniczych stowarzyszeń i sekretów. Stąd moda na powieści odkrywające istnienie sekretnych grup i tajemnych spisków. A co byście powiedzieli, gdyby okazało się, że nie trzeba szukać takich sprzysiężeń w powieściach w rodzaju „Kodu Da Vinci” i podobnych? Co jeśli nie trzeba szukać pociągu ze złotem, bursztynowej komnaty, gdy okaże się że od lat tajemnicę mieliśmy ukrytą przed samymi oczami?

papiernia_konstancin_fotografia_przemyslowa1zdjęcie Papierni autorstwa P. Suder ze strony http://www.pawelsuder.pl

Wakacje to dobry czas, by pisać o rzeczach, które nie przystoją historykowi, pozostając czymś jedynie nieco więcej niż spekulacją. Zatem pora na opowieść o największej tutejszej tajemnicy, związanej z założeniem Papierni. Pozornie wszystko jest wyjaśnione, lecz tak naprawdę geneza ginie w pomrokach dziejów. Koniec historii Papierni to dobry czas by pisać o jej narodzinach, gdy zacząłem prowadzić tego bloga wciąż jeszcze cały kompleks istniał, obecnie pozostało po niej jedynie kilka budynków, często odwiedzanych przez miłośnikow urbexu, a los zabudowań nie jest pewny. W internecie i literaturze znajdziemy różne daty powstania Papierni, skąd ta rozbieżność starałem się kilka lat temu wyjaśnić we wpisie o założeniu Papierni. Pewne jest, że istniał tu wcześniej młyn we wsi Grąd, na wyniesionym terenie pośród rozlewisk Jeziorki, który miał dać początek produkcji Papieru. Zazwyczaj tę część opowieści sprowadza się do jednej wzmianki, „W 1775 roku baron Jan Kurtz zwrócił się do króla Poniatowskiego z propozycją założenia w Jeziornie papierni”, co jak łatwo sprawdzić podaję za wikipedią. W literaturze znajdziemy jeszcze informacje, iż był on wiedeńskim aktorem, który obracał się królewskim dworze, jednym z aktorów komedii wiedeńskiej. Sam nie jestem bez winy, opisałem go podobnym zdaniem na potrzeby przewodnika po Konstancinie i okolicach. Trudno zresztą rozpisywać się na temat postaci, którą los uczynił twórcą Papierni, a która w ciągu kilku miesięcy z dziejów manufaktury papierniczej zniknęła. Blog to dobre miejsce, by przybliżyć ostatniego aktora niemieckiej komedii improwizowanej.

Jan Józef Feliks von Kurtz, zwany Bernadonem, na świat przyszedł w Wiedniu 22 lutego 1717 roku i w tymże samym mieście dokonal żywota 3 lutego 1784 roku. Obecnie zapomniany, należał do najwazniejszych i najsławniejszych komików i aktorów wiedeńskich XVIII wieku. Urodził się jako syn Feliksa i Edmundy Kurtz, w wędrownej teatralnej trupie. Jego ojciec już wówczas mial przydomek „comicus Felix”, stąd też od swych urodzin Jan grywał role dzieci podczas nieustającego tournée po Cesarstwie – w Brnie, Monachium, Pradze, Ołomuńcu czy Wrocławiu. W roku 1737 dołączył do teatru Kärntnertortheater, gdzie narodziła się postać, grywająca obok Arlekina - improwizujący Bernadon, który stał się przydomkiem Kurtza. W kolejnych latach udał się do Frakfurtu i Drezna, gdzie poślubił Franciszkę Toscani, która urodziła mu ósemkę dzieci. Gdy powrócił w latach pięćdziesiątych do Wiednia, trafił na gorący okres reform teresjańskich. Cesarzowa Maria Teresa wydanym dekretem starała się przywrócić powagę przedstawień teatralnych, wulgarne improwizowane komedie odejść miały w przeszłość, wskazano również z nazwy postacie „bernadońskie”. Choć wkrótce po wydaniu dekretu w roku 1752 Kurtz opuścił Wiedeń, wrócił do niego już dwa lata później, bowiem jak się okazało zarzązenie egzekwowano niezbyt mocno. Także w tym okresie Kurtz owdowiał, jednak już w roku 1758 poślubił aktorkę Theresinę Morelli, grającą kobiecą partnerkę Bernadona. W tym czasie współpracował także z Haydnem, choć niestety nie zachowała się żadna z partytur. W latach sześćdziesiątych jego gwiazda zaczęła blednąć, miało to związek ze zmierzchem komedii improwizowanej po śmierci największych reprezentantów tego gatunku – Gottfrieda Prehausera i Friedricha Weiskerna. Rok 1770 przyniósł kolejną zmianę- po wprowadzeniu cenzury, teatry znalazły się pod kontrolą Państwa, nie było w nich miejsca na improwizację. Kurtz rozpoczął tułaczkę, w roku 1771 występował we Wrocławiu i Gdańsku, w roku 1772 dotarł do Warszawy.

Kurz_StichMiedzioryt przedstawiający Kurtza autorstwa Johanna Landerera, wikicommons

I tak docieramy do najciekawszej części naszej opowieści, gdy Kurtz zagrać miał rolę swojego życia. Zwróćmy uwagę, iż nie posiadał tytułu arystokratycznego, tym bardziej nie był baronem. Gdzieś po drodze do Polski do jego nazwiska przyplątało się „von”.

Wrocę jeszcze raz do wspomnianego wpisu o założeniu Papierni, gdzie prześledziwszy historię odtwarzania dziejów młyna papierniczego wskazałem, iż udział Kurtza odkrył Włodzimierz Budka w roku 1980, rozwiązując zagadkę działania manufaktury przed rokiem 1778. Cóż, okazuje się, że jak to zwykle bywa w historii informację tę podano już wcześniej, w roku 1899 w książce wydanej we Frankfurcie nad Menem. Uczynił to Ferdinand Raab, a książka wymieniona poniżej pozostowała nieznana, przyznać też należy, że nie w Polsce raczej niewiele osób interesowało się Kurtzem. Tymczasem na stronie 182 wspomnianego dzieła jak byk stoi, iż niespodziewanie po zakończeniu kariery scenicznej objawił się w nim człowiek przemysłu, bowiem założył Papiernię (oto potęga bibliotek cyfrowych). Lecz nagłego zainteresowania produkcją papieru nie potrafi autor już wyjaśnić, podobnie nie był w stanie tego uczynić Włodzimierz Budka.

Tymczasem odpowiadali za to kamerdyner, koniuszy i król. Ale jak w każdej dobrej opowieści, napięcie należy dozować odpowiednio, więc o spisku papierniczym przeczytacie w następnym wpisie.


Źródła i literatura:

  • Ferdinand Raab: Johann Joseph Felix von Kurz genannt Bernardon. Ein Beitrag zur Geschichte des deutschen Theaters im XVIII. Jahrhundert. Aus dem Nachlaß herausgegeben von Fritz Raab. Rütten & Loening, Frankfurt am Main 1899

Zaginione miejsca: Teresin

ksunder

Las skrywa tajemnice. Nie tylko duchy, jak pisałem o tym latem, wspominając o zjawie leśnika, która strzeże dawnego drzewostanu należącego niegdyś do dóbr wilanowskich nieopodal Żabieńca. W innej części lasu znanego obecnie jako chojnowski, gdy opuści się już główne szlaki natknąć można się na zapomniane wojenne okopy, stanowiące pamiątkę po pobycie Wermachtu. Jest grób węgierskiego żołnierza, który zginął w obronie Polaków, niegdyś grzybiarze potrafili wskazać jeszcze miejsca pochówku Rosjan. To tu w bunkrach ukrywano Żydów, wtajemniczeni wiedzą, gdzie rozbił się radziecki samolot, lecz miejsca tego nie zdradzę. Wystarczająco wielu pisze do mnie poszukiwaczy skarbów, proponując udział w zyskach w zamian za pomoc we wskazaniu miejsc potencjalnych znalezisk. Ostatnio napisał do mnie jednak pewien pan pytając o swych przodków, o których wiedział jedynie, że mieszkali na folwarkach Imielin i Teresin. Myślę, że to dobra okazja, by napisać o tym ostatnim, pierwszy z nich obecnie stał się prywatnym lotniskiem, a nazwę wciąż jeszcze odnajdziemy na mapach. Druga przepadła z upływem czasu. Oddalając poniższą mapę z googla z łatwością odnajdziecie lokalizację Teresina, gdzie obecnie napotkamy jedynie leśną wiatę i wystające z drzew zardzewiałe gwoździe.  

Teresin był folwarkiem położonym w środku obecnego lasu oborskiego. O ile nierzadko po takich miejscach pozostaje wieloletni ślad w roślinności, jak choćby po należącym do dóbr Wilanowskim Olechowie, położonym nieopodal Kierszka, w przypadku Teresina nie sposób dostrzec jakiegokolwiek dowodu na to, iż na rozstaju leśnych dróg znajdowały się niegdyś zabudowania, a miejsce zamieszkiwało prawie 60 osób, jak wykazał spis z roku 1865. Folwark został założony nie wcześniej niż w połowie XIX wieku, wcześniejsze mapy nie ukazują nam w tym miejscu żadnych zabudowań, milczą na jego temat także dokumenty. Przetrwał co najmniej do czasów I Wojny Światowej, później najwyraźniej przestał istnieć, a w jego okolicy powstała należąca do Potulickich leśniczówka. Dzisiejszą opowieść zilustrujemy więc mapami, które opowiadają o jego losach, prowadząc do jednej z tajemnic Konstancina.

teresin0

1831 

Na mapie z roku 1831 jeszcze nie istnieje, napis folwark Potulickich tyczy się Łyczyna. Łatwo jednak zauważymy, że droga ze Słomczyna, w którą przechodzi ulica Wiślana istnieje po dziś dzień, zagłębiając się w las oborski, który zyskał swą nazwę bowiem należał do wspomnianego dworu. Nieopodal miejsca gdzie powstanie Teresin znajdziemy cegielnię, podążając wzdłuż tej drogi odnaleźć możemy wyrobisko, z drogą dla wózków prowadzącą w głąb wykopanego jaru, gdzie świetnie dostrzec można przodki. Pod koniec wieku po wyczerpaniu źródła gliny cegielnia przeniosła się nieco ku północy, miejsce to na początku wieku będzie owym słynnym miejscem produkcji cegieł, z których zbudowany zostanie Konstancin. Działać będzie wówczas w formie spółki, a autorzy książek uznają, że zostanie założona wówczas po raz pierwszy. Co jak widać dalekie jest od prawdy. Cegły z napisem Obory znajdziemy w wielu miejscach, my jednak wróćmy do Teresina.teresin3

1898 

Na powyższej mapie dostrzeżemy jeszcze jedną ciekawą rzecz, las, który porósł teren poźniejszego Konstancina, aż po Jeziorkę, wówczas jeszcze nie istnieje. Zaczyna wzrastać na łące wraz z założeniem folwarku. Jest to pierwszy z folwarków założonych przez Potulickich w XIX wieku, który rozpocznie tradycję nadawania im imion kobiet z rodu. Tu matką chrzestną stanie się Teresa z Melżyńskich (1797 - 1867), żona hrabiego Kaspra Potulickiego (1792-1853). Przyjdzie później czas istniejących po dziś dzień Anusinów, Maryninów i wreszcie folwarku o nazwie Obory-Konstancya, którego nazwa zostaje szybko zmieniona na dużo lepiej brzmiący dla zakładanego letniska Konstancin.

teresin4

1915

Ale to jeszcze przyszłość (wbrew powtarzanej w literaturze informacji jakoby już Kasper Potulicki miał założyć folwark o takiej nazwie, jest to nieprawda). Teresin staje się dużym folwarkiem, nastawionym na prowadzenie gospodarki rolno-leśnej. Mieszkają tu dzierżawca i pracownicy sezonowi, których w roku 1865 spisano wraz z dziećmi jak widzieliśmy całkiem sporo. Działa prężnie ze znajdującą się nieopodal cegielnią, podupadać zaczyna dopiero, gdy zostaje ona przeniesiona w lokalizację obecnego osiedla Elsam. W okolicy miejsca jego poprzedniego wydobycia powstanie gajówka, która nie istnieć będzie podczas II Wojny Światowej, oznaczona zostanie jeszcze na alianckich mapach.

teresin11931

Później zniknie, gdy las oborski stanie się częścią lasów chojnowskich wskutek uwłaszczenia. A co z Teresinem? Ten zniknie już wcześniej, po I Wojnie Światowej. Teren na południe od Konstancina porośnie las, zapewne Potuliccy z czasem planują przeznaczyć go na letnisko, jak uczynią to z Królewską Górą. Lecz być może zamiar ten mieli już wcześniej. W AGAD znajdziemy ciekawą mapę, pochodzącą z roku 1896. Las i pola wokół Teresina zostały wstępnie podzielone na duże działki, jak wynika z dopiski, noszono się z zamiarem parcelacji. Być może tu planowano pierwotnie lokować letnisko, bądź jego część, lecz zwyciężyła lokalizacja bliższa budowanej trasie kolejki. Data jest praktycznie analogiczna z datą parcelacji Konstancina, wyprzedzając ją jedynie o rok, tym samym nieistniejący Teresin to kolejna z zapomnianych tajemnic Konstancina. 

teresin21896


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, Zbiór Kartograficzny
  • mapywig.org

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci