Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : tajemnice-Konstancina

Zagadka Stacji P nr 621

ksunder

Na polach nieopodal Obór stoi budynek, w którego pustych oknach hula wiatr. Wprawne oko dostrzeże na prowadzącej doń drodze ruiny wartowni, istniała także druga, przy polnej drodze, w miejscu obecnego przedszkola. Stanowiła zewnętrzny pierścień ochrony. Nikt nie wiedział co się w tym miejscu znajdowało, choć niektórzy za młodu nosili za poborowymi kałasznikowy. Warty zmieniały się co tydzień, w sobotę rano, stary przewożące na pace żołnierzy skręcały w ulicę Mickiewicza, by dalej podążyć ku Oborom. Jeden z nich zresztą tam zginął w lesie, o czym wówczas było głośno.

11226052_781910478586199_721470895203002367_nWiele lat później niektórzy w zrujnowanym obiekcie nie rozpoznają już obiektu wojskowego, inni zastanawiają się czy był tam radar. Tymczasem budynek wcale nie podlegał pod MON, lecz pod MSW, bowiem nie miał służyć walce z zewnętrznym wrogiem. Służbę pełnili w nim zaś żołnierze jednostki specjalnego przeznaczenia wykonującej polecenia Ministra Spraw Wewnętrznych – Jednostek Nadwiślańskich. Dawne to lata, Nadwiślańczyków rozwiązano w roku 2002, ich kompetencje przejął częściowo BOR a częściowo Policja. Budynek został porzucony już wcześniej, nieco dłużej przetrwały anteny łączności w dawnej wartowni w Oborach, nim rozkradli je złomiarze. Antenę znajdującą się na dachu głównego budynku zabrano dużo wcześniej, prawdopodobnie uczynili to nadwiślańczycy demontując wyposażenie opuszczanego głównego obiektu.

12188027_781910075252906_6975201999071410392_oLecz co się tam właściwie znajdowało? Kontrwywiad radiowy. Początki obecności wojsk nadwiślańskich (jeszcze jako Nadwiślańskiej Brygady KBW) to lata sześćdziesiąte. MSW wynajęło łąki oborskie, odebrane Potulickim podczas reformy rolnej i przekazane SGGW. Powyższe zapewne poprzedziły badania terenowe, wskutek których wybrano miejsce odpowiednie na lokalizację stacji. W latach sześćdziesiątych wzniesiono budynek znajdujący się w miejscu obecnego przedszkola, a na polach ulokowano instalację radionamierzania, doprowadzając linię elektryczną i telefoniczną. Obiekty zostały wybudowane na zlecenie Departamentu II MSW, zajmującego się wywiadem, w strukturach którego ulokowano przeniesioną z Biura T komórkę, z czasem przekształconą w Wydział, a od 1973 roku funkcjonującą jako Biuro Radiokontrwywiadu. W latach osiemdziesiątych w związku ze zwalczaniem opozycji jego zadania uległy intensyfikacji. Gdy po wprowadzaniu stanu wojennego pojawiły się stacje radiowe podziemnej „Solidarności”, szereg ośrodków stacjonarnych i mobilnych rozpoczął nasłuch audycji nadawanych na falach UKF. Właśnie tym zajmowano się w Oborach. W tym celu ośrodek poddano rozbudowie. Wybudowano nowy budynek na polu, nieopodal funkcjonującej wówczas instalacji, którą po oddaniu go do użytku zdemontowano. Jego zadania przejął nowy obiekt, a stary przekształcono wówczas w wartownię zewnętrznego pierścienia ochrony. Prowadzono tam całodobowe radionamierzanie w paśmie fal krótkich, z dokumentów wynika, iż znajdowały się tam dwa stanowiska radionamiernika. Obsługę stanowiło kilka osób będących pracownikami MSW, za ochronę odpowiadała wspomniana formacja wojskowa MSW, czyli Jednostki Nadwiślańskie.

12191129_781910395252874_1558796577640064172_oObory wschodziły w skład sieci radiokontrwywiadu, której centrum stanowił istniejący po dziś dzień obiekt w Miedzeszynie. RKW prowadziła ponadto nasłuch radioamatorów i krótkofalowców, zarówno będących przedmiotem rozpracowania SB, jak i poprzez okresową kontrolę, ponadto namierzało 12 baz radiowych wywiadu na terenie Europy, wreszcie starała się przechwycić szyfrotelegramy ambasad. Nowy budynek w Oborach oddany do użytku w grudniu 1983 nosił fachową nazwę Stacji P nr 621 (poprzednia instalacja z dużo mniejszym budynkiem jednopiętrowym określona była jako Stacja P nr 611). Obiekt podlegał pod Wydział II Biura RKW, a w Oborach zajmowano się całodobowym nasłuchem radiowym fal krótkich, wspomnianym nasłuchem baz wywiadowczych i przechwytywaniem szyfrogramów, okresową kontrolą radioamatorów oraz radionamierzaniem.

Bez_nazwy11Począwszy od października 1989 roku zaczął się proces demontażu dawnych struktur MSW, tworzących Służbę Bezpieczeństwa. Od roku 1990 zadania Biura RKW zostały przejęte w UOP, po podziale służby na Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencję Wywiadu dekadę później, nie odrodziło się już w ABW, co zapewne miało związek ze stopniowym odchodzeniem z transmisji analogowej na rzecz cyfrowej, a także ze zmianą kompetencji ABW i przesunięciem ciężaru kontrwywiadowczego na rzecz operacyjnego i śledczego. Trudno powiedzieć czy pozostają w zakresie działań AW, która nadal użytkuje obiekt w Miedzeszynie. Choć po roku 2009 ABW podobnie zajęła się kwestią radiokontrwywiadu, bowiem jeden z ujawnionych na terenie RP agentów GRU, nawiązywał łączność z Moskwą przy użyciu klasycznego radioodbiornika działającego na falach krótkich.

12187935_781910408586206_3039849720509981843_nObiekt w Oborach został porzucony na początku lat dziewięćdziesiątych. Od tamtej pory stoi i niszczeje stanowiąc wdzięczny temat dla fotografów i źródło inspiracji dla miłośników spustoszenia, niektórym kojarząc się opuszczoną strażnicą wojskową, z dala od cywilizacji, gdzieś w postapokaliptycznej rzeczywistości. Dla większości stanowi obecnie zagadkę. Tymczasem nie był obiektem wojskowym, lecz wywiadowczym, znajdując się w strukturach MSW i Służby Bezpieczeństwa.


Źródła i literatura:

  • Paweł Piotrowski, SIGINT w systemie władzy PRL i Układzie Warszawskim - dostęp elektroniczny na dzień 5 XI 2016 - LINK
  • wykorzystano zdjęcia wykonane przez Rewiry

Tajemnice Papierni

ksunder

Ambrose Bierce, amerykański nowelista, aforysta, a także awanturnik, stał się autorem cytatu, którego początek w polskim tłumaczeniu brzmi mniej więcej tak: Historia jest przekazem, w większości fałszywym, wydarzeń, w większości nieistotnych… Uchwycił w ten sposób istotę historii, będącej w dużej mierze zapisem suchych historycznych faktów, stanowiącymi  jedynie nic nie znaczące wydarzenia, ukazanymi w odpowiednim świetle. Im dalej się w nią zagłębimy, tym częściej dojdziemy do takich wniosków. Nierzadko w przeszłości poszukuje się tajemnic, zagrzebanych w jej piaskach półprawd, tajemniczych stowarzyszeń i sekretów. Stąd moda na powieści odkrywające istnienie sekretnych grup i tajemnych spisków. A co byście powiedzieli, gdyby okazało się, że nie trzeba szukać takich sprzysiężeń w powieściach w rodzaju „Kodu Da Vinci” i podobnych? Co jeśli nie trzeba szukać pociągu ze złotem, bursztynowej komnaty, gdy okaże się że od lat tajemnicę mieliśmy ukrytą przed samymi oczami?

papiernia_konstancin_fotografia_przemyslowa1zdjęcie Papierni autorstwa P. Suder ze strony http://www.pawelsuder.pl

Wakacje to dobry czas, by pisać o rzeczach, które nie przystoją historykowi, pozostając czymś jedynie nieco więcej niż spekulacją. Zatem pora na opowieść o największej tutejszej tajemnicy, związanej z założeniem Papierni. Pozornie wszystko jest wyjaśnione, lecz tak naprawdę geneza ginie w pomrokach dziejów. Koniec historii Papierni to dobry czas by pisać o jej narodzinach, gdy zacząłem prowadzić tego bloga wciąż jeszcze cały kompleks istniał, obecnie pozostało po niej jedynie kilka budynków, często odwiedzanych przez miłośnikow urbexu, a los zabudowań nie jest pewny. W internecie i literaturze znajdziemy różne daty powstania Papierni, skąd ta rozbieżność starałem się kilka lat temu wyjaśnić we wpisie o założeniu Papierni. Pewne jest, że istniał tu wcześniej młyn we wsi Grąd, na wyniesionym terenie pośród rozlewisk Jeziorki, który miał dać początek produkcji Papieru. Zazwyczaj tę część opowieści sprowadza się do jednej wzmianki, „W 1775 roku baron Jan Kurtz zwrócił się do króla Poniatowskiego z propozycją założenia w Jeziornie papierni”, co jak łatwo sprawdzić podaję za wikipedią. W literaturze znajdziemy jeszcze informacje, iż był on wiedeńskim aktorem, który obracał się królewskim dworze, jednym z aktorów komedii wiedeńskiej. Sam nie jestem bez winy, opisałem go podobnym zdaniem na potrzeby przewodnika po Konstancinie i okolicach. Trudno zresztą rozpisywać się na temat postaci, którą los uczynił twórcą Papierni, a która w ciągu kilku miesięcy z dziejów manufaktury papierniczej zniknęła. Blog to dobre miejsce, by przybliżyć ostatniego aktora niemieckiej komedii improwizowanej.

Jan Józef Feliks von Kurtz, zwany Bernadonem, na świat przyszedł w Wiedniu 22 lutego 1717 roku i w tymże samym mieście dokonal żywota 3 lutego 1784 roku. Obecnie zapomniany, należał do najwazniejszych i najsławniejszych komików i aktorów wiedeńskich XVIII wieku. Urodził się jako syn Feliksa i Edmundy Kurtz, w wędrownej teatralnej trupie. Jego ojciec już wówczas mial przydomek „comicus Felix”, stąd też od swych urodzin Jan grywał role dzieci podczas nieustającego tournée po Cesarstwie – w Brnie, Monachium, Pradze, Ołomuńcu czy Wrocławiu. W roku 1737 dołączył do teatru Kärntnertortheater, gdzie narodziła się postać, grywająca obok Arlekina - improwizujący Bernadon, który stał się przydomkiem Kurtza. W kolejnych latach udał się do Frakfurtu i Drezna, gdzie poślubił Franciszkę Toscani, która urodziła mu ósemkę dzieci. Gdy powrócił w latach pięćdziesiątych do Wiednia, trafił na gorący okres reform teresjańskich. Cesarzowa Maria Teresa wydanym dekretem starała się przywrócić powagę przedstawień teatralnych, wulgarne improwizowane komedie odejść miały w przeszłość, wskazano również z nazwy postacie „bernadońskie”. Choć wkrótce po wydaniu dekretu w roku 1752 Kurtz opuścił Wiedeń, wrócił do niego już dwa lata później, bowiem jak się okazało zarzązenie egzekwowano niezbyt mocno. Także w tym okresie Kurtz owdowiał, jednak już w roku 1758 poślubił aktorkę Theresinę Morelli, grającą kobiecą partnerkę Bernadona. W tym czasie współpracował także z Haydnem, choć niestety nie zachowała się żadna z partytur. W latach sześćdziesiątych jego gwiazda zaczęła blednąć, miało to związek ze zmierzchem komedii improwizowanej po śmierci największych reprezentantów tego gatunku – Gottfrieda Prehausera i Friedricha Weiskerna. Rok 1770 przyniósł kolejną zmianę- po wprowadzeniu cenzury, teatry znalazły się pod kontrolą Państwa, nie było w nich miejsca na improwizację. Kurtz rozpoczął tułaczkę, w roku 1771 występował we Wrocławiu i Gdańsku, w roku 1772 dotarł do Warszawy.

Kurz_StichMiedzioryt przedstawiający Kurtza autorstwa Johanna Landerera, wikicommons

I tak docieramy do najciekawszej części naszej opowieści, gdy Kurtz zagrać miał rolę swojego życia. Zwróćmy uwagę, iż nie posiadał tytułu arystokratycznego, tym bardziej nie był baronem. Gdzieś po drodze do Polski do jego nazwiska przyplątało się „von”.

Wrocę jeszcze raz do wspomnianego wpisu o założeniu Papierni, gdzie prześledziwszy historię odtwarzania dziejów młyna papierniczego wskazałem, iż udział Kurtza odkrył Włodzimierz Budka w roku 1980, rozwiązując zagadkę działania manufaktury przed rokiem 1778. Cóż, okazuje się, że jak to zwykle bywa w historii informację tę podano już wcześniej, w roku 1899 w książce wydanej we Frankfurcie nad Menem. Uczynił to Ferdinand Raab, a książka wymieniona poniżej pozostowała nieznana, przyznać też należy, że nie w Polsce raczej niewiele osób interesowało się Kurtzem. Tymczasem na stronie 182 wspomnianego dzieła jak byk stoi, iż niespodziewanie po zakończeniu kariery scenicznej objawił się w nim człowiek przemysłu, bowiem założył Papiernię (oto potęga bibliotek cyfrowych). Lecz nagłego zainteresowania produkcją papieru nie potrafi autor już wyjaśnić, podobnie nie był w stanie tego uczynić Włodzimierz Budka.

Tymczasem odpowiadali za to kamerdyner, koniuszy i król. Ale jak w każdej dobrej opowieści, napięcie należy dozować odpowiednio, więc o spisku papierniczym przeczytacie w następnym wpisie.


Źródła i literatura:

  • Ferdinand Raab: Johann Joseph Felix von Kurz genannt Bernardon. Ein Beitrag zur Geschichte des deutschen Theaters im XVIII. Jahrhundert. Aus dem Nachlaß herausgegeben von Fritz Raab. Rütten & Loening, Frankfurt am Main 1899

Zaginione miejsca: Teresin

ksunder

Las skrywa tajemnice. Nie tylko duchy, jak pisałem o tym latem, wspominając o zjawie leśnika, która strzeże dawnego drzewostanu należącego niegdyś do dóbr wilanowskich nieopodal Żabieńca. W innej części lasu znanego obecnie jako chojnowski, gdy opuści się już główne szlaki natknąć można się na zapomniane wojenne okopy, stanowiące pamiątkę po pobycie Wermachtu. Jest grób węgierskiego żołnierza, który zginął w obronie Polaków, niegdyś grzybiarze potrafili wskazać jeszcze miejsca pochówku Rosjan. To tu w bunkrach ukrywano Żydów, wtajemniczeni wiedzą, gdzie rozbił się radziecki samolot, lecz miejsca tego nie zdradzę. Wystarczająco wielu pisze do mnie poszukiwaczy skarbów, proponując udział w zyskach w zamian za pomoc we wskazaniu miejsc potencjalnych znalezisk. Ostatnio napisał do mnie jednak pewien pan pytając o swych przodków, o których wiedział jedynie, że mieszkali na folwarkach Imielin i Teresin. Myślę, że to dobra okazja, by napisać o tym ostatnim, pierwszy z nich obecnie stał się prywatnym lotniskiem, a nazwę wciąż jeszcze odnajdziemy na mapach. Druga przepadła z upływem czasu. Oddalając poniższą mapę z googla z łatwością odnajdziecie lokalizację Teresina, gdzie obecnie napotkamy jedynie leśną wiatę i wystające z drzew zardzewiałe gwoździe.  

Teresin był folwarkiem położonym w środku obecnego lasu oborskiego. O ile nierzadko po takich miejscach pozostaje wieloletni ślad w roślinności, jak choćby po należącym do dóbr Wilanowskim Olechowie, położonym nieopodal Kierszka, w przypadku Teresina nie sposób dostrzec jakiegokolwiek dowodu na to, iż na rozstaju leśnych dróg znajdowały się niegdyś zabudowania, a miejsce zamieszkiwało prawie 60 osób, jak wykazał spis z roku 1865. Folwark został założony nie wcześniej niż w połowie XIX wieku, wcześniejsze mapy nie ukazują nam w tym miejscu żadnych zabudowań, milczą na jego temat także dokumenty. Przetrwał co najmniej do czasów I Wojny Światowej, później najwyraźniej przestał istnieć, a w jego okolicy powstała należąca do Potulickich leśniczówka. Dzisiejszą opowieść zilustrujemy więc mapami, które opowiadają o jego losach, prowadząc do jednej z tajemnic Konstancina.

teresin0

1831 

Na mapie z roku 1831 jeszcze nie istnieje, napis folwark Potulickich tyczy się Łyczyna. Łatwo jednak zauważymy, że droga ze Słomczyna, w którą przechodzi ulica Wiślana istnieje po dziś dzień, zagłębiając się w las oborski, który zyskał swą nazwę bowiem należał do wspomnianego dworu. Nieopodal miejsca gdzie powstanie Teresin znajdziemy cegielnię, podążając wzdłuż tej drogi odnaleźć możemy wyrobisko, z drogą dla wózków prowadzącą w głąb wykopanego jaru, gdzie świetnie dostrzec można przodki. Pod koniec wieku po wyczerpaniu źródła gliny cegielnia przeniosła się nieco ku północy, miejsce to na początku wieku będzie owym słynnym miejscem produkcji cegieł, z których zbudowany zostanie Konstancin. Działać będzie wówczas w formie spółki, a autorzy książek uznają, że zostanie założona wówczas po raz pierwszy. Co jak widać dalekie jest od prawdy. Cegły z napisem Obory znajdziemy w wielu miejscach, my jednak wróćmy do Teresina.teresin3

1898 

Na powyższej mapie dostrzeżemy jeszcze jedną ciekawą rzecz, las, który porósł teren poźniejszego Konstancina, aż po Jeziorkę, wówczas jeszcze nie istnieje. Zaczyna wzrastać na łące wraz z założeniem folwarku. Jest to pierwszy z folwarków założonych przez Potulickich w XIX wieku, który rozpocznie tradycję nadawania im imion kobiet z rodu. Tu matką chrzestną stanie się Teresa z Melżyńskich (1797 - 1867), żona hrabiego Kaspra Potulickiego (1792-1853). Przyjdzie później czas istniejących po dziś dzień Anusinów, Maryninów i wreszcie folwarku o nazwie Obory-Konstancya, którego nazwa zostaje szybko zmieniona na dużo lepiej brzmiący dla zakładanego letniska Konstancin.

teresin4

1915

Ale to jeszcze przyszłość (wbrew powtarzanej w literaturze informacji jakoby już Kasper Potulicki miał założyć folwark o takiej nazwie, jest to nieprawda). Teresin staje się dużym folwarkiem, nastawionym na prowadzenie gospodarki rolno-leśnej. Mieszkają tu dzierżawca i pracownicy sezonowi, których w roku 1865 spisano wraz z dziećmi jak widzieliśmy całkiem sporo. Działa prężnie ze znajdującą się nieopodal cegielnią, podupadać zaczyna dopiero, gdy zostaje ona przeniesiona w lokalizację obecnego osiedla Elsam. W okolicy miejsca jego poprzedniego wydobycia powstanie gajówka, która nie istnieć będzie podczas II Wojny Światowej, oznaczona zostanie jeszcze na alianckich mapach.

teresin11931

Później zniknie, gdy las oborski stanie się częścią lasów chojnowskich wskutek uwłaszczenia. A co z Teresinem? Ten zniknie już wcześniej, po I Wojnie Światowej. Teren na południe od Konstancina porośnie las, zapewne Potuliccy z czasem planują przeznaczyć go na letnisko, jak uczynią to z Królewską Górą. Lecz być może zamiar ten mieli już wcześniej. W AGAD znajdziemy ciekawą mapę, pochodzącą z roku 1896. Las i pola wokół Teresina zostały wstępnie podzielone na duże działki, jak wynika z dopiski, noszono się z zamiarem parcelacji. Być może tu planowano pierwotnie lokować letnisko, bądź jego część, lecz zwyciężyła lokalizacja bliższa budowanej trasie kolejki. Data jest praktycznie analogiczna z datą parcelacji Konstancina, wyprzedzając ją jedynie o rok, tym samym nieistniejący Teresin to kolejna z zapomnianych tajemnic Konstancina. 

teresin21896


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, Zbiór Kartograficzny
  • mapywig.org

Zakopane skarby

ksunder

Trochę pobloguję dla odprężenia, bo ostatnio czas zajmuje mi pisanie innych, nieco męczących rzeczy, co wpływa też na mój brak aktywności na blogu. Dzisiaj lekki temat wakacyjny, czyli o znalezionych w tych stronach skarbach. Uprzedzę od razu zaglądających na bloga różnego rodzaju eksploratorów, że nie znajdziecie tu lokalizacji miejsc, w których można pobiegać z wykrywaczem metalu. W myśl jedynej słusznej decyzji podjętej jakiś czas temu z tutejszymi pasjonatami historii oraz moimi zobowiązaniami wobec polskiej archeologii, na ten temat milczę jak grób. Z dzisiejszego wpisu dowiecie się o skarbach odkrytych w tych okolicach w przeszłości.

W zasadzie większość osób zamieszkujących na skarpie wiślanej odkryła coś ciekawego z ziemi podczas budowy domów. O wielu tych znaleziskach nie wiemy, mała ich liczba została zgłoszona, acz niektórzy pokazują czasem swoim rozmówcom odkryte ciekawostki. W Słomczynie była to na przykład moneta z czasów „imperatorowej Katarzyny Wtórej” (koniec XVIII wieku). A idąc tropem historii okazało się, iż wówczas w tym miejscu stała karczma.

Miało jednak być o skarbach, czyli idąc w ślad za nieco skróconą definicją archeologiczną, znaleziskach ukrytych w ziemi w celu przechowania majątku, w czasach zagrożenia wojnami i najazdami. Stąd też pominę niezwykle ciekawe monety kalifatu arabskiego z X wieku (Parcela) oraz denar cesarza Trajana z II wieku (Powsin) i opiszę je innym razem.

W roku 1873 w Skolimowie J. Bujańczyk (niestety imienia historia nie przekazała) odkrył skarb w postaci srebrnych monet. Monety pochodziły z XVII wieku, wszystkie wybito po roku 1633. Było ich 650. Kto je ukrył i kiedy to nastąpiło? Jako odpowiedź na drugie pytanie przychodzi nam od razu na myśl czas najazdu szwedzkiego znanego jako „Potop”, bowiem w tych stronach dokonano wówczas licznych zniszczeń. Kościół w Cieciszewie wymagał ponownej konsekracji z powodu tego co uczynili Szwedzi, zaś „okolica pozbawiona była zasiewku i załóg chłopskich”, nie wspominając już o zniszczeniach dokonanych w Jeziornie Królewskiej, gdzie prócz złupienia przez Szwedów wsi, wojska koronne zniszczyły młyn na Jeziorce do tego stopnia, iż nie został już nigdy odbudowany (o czym poczytać można w pierwszym wpisie na tym blogu). Następnie aż do czasów wojny północnej nie prowadzono tu działań wojennych, stąd też pozostałbym przy założeniu, iż skarb ukryto w latach 1655 – 1660. Zwłaszcza, iż nie opodal rejonu znaleziska w drugiej połowie XX wieku znaleziony został szóstak z czasów Jana Kazimierza. Kim była jednak osoba, która ukryła monety? Tego nie dowiemy się zapewne nigdy, jednak 650 srebrnych monet było sumą niemałą, być może był to ówczesny dzierżawca skolimowskiego dworu? Skolimów od początku XVII wieku należał do Oborskich, został potem przez nich sprzedany Koniecpolskim, by w roku 1650 trafić w ręce Wielopolskich, którzy początkowo nie byli zainteresowani tutejszymi włościami, traktując je zapewne jako inwestycję, co zmienić się miało dopiero wraz z budową dworu w Oborach. Niestety brak informacji o dzierżawcy skolimowskiego dworu, bądź też innej osoby, która skarb zakopała. Jego losy pozostaną na zawsze tajemnicą. A co się stało z monetami w roku 1873? Jak zanotowano zostały wówczas przetopione, bowiem srebro było przecież w cenie.

Historia drugiego ze skarbów jest ciekawsza, początkowo traktowałem ją jako lokalną ciekawostkę, którą opowiadają sobie starsi mieszkańcy Słomczyna i Cieciszewa, acz jak się okazało została opisana przez osobę, która dotarła do bezpośrednich świadków tego wydarzenia. Latem 1944 roku niemiecka armia przygotowywała się do odparcia rosyjskiego ataku, który miał nadejść zza Wisły. W ostatnich dniach lipca mieszkańcy okolicznych wsi zostali zmuszeni przez Niemców do kopania umocnień i stanowisk artyleryjskich.  Jedno z takich miejsc znajdowało się nieopodal lokalizacji dawnego kościoła w Cieciszewie. Kopiący wydobyli na światło dzienne skarb. Część relacji mówi o glinianym naczyniu, część o woreczku, wszyscy są zgodni, iż zawierał on złote i srebrne monety oraz ozdoby, pochodzić miały z XVIII wieku. Powstało zamieszanie, a skarb został – jak to się fachowo określa – rozproszony. Nim Niemcy odpędzili Polaków większość monet zniknęła w ich kieszeniach, sporo zaś ukrytych zostało przez niemieckich wartowników. Nim nadbiegł oficer, przedsiębiorczy żołnierze zaczęli dokonywać wymiany z Polakami, których puszczali z okopów, zamieniając monety na papierosy. Chwilę później sytuację opanowano, a pozostałych na miejscu Polaków zaczęto przeszukiwać. Nie wszystkie monety zostały odnalezione, a kilku łurzycoków wykorzystało zamieszanie by zniknąć. Niemcy chwilę później mieli już na głowie inne problemy niż zaginione monety, bowiem wydarzyło się to w ostatnich dwóch dniach lipca lub już pierwszego sierpnia… Czyj to był skarb? Możemy jedynie spekulować, bowiem nie znamy nawet dokładnej datacji monet, nie wiemy czy ukryto go podczas wojny północnej, czy też insurekcji kościuszkowskiej. Choć skoro wybrano okolice kościoła, bardziej prawdopodobna byłaby ta pierwsza, bowiem świątynia uległa zniszczeniu około 1715 roku.

Losów monet i ozdób nie poznaliśmy do dzisiaj, choć ponoć miały pojawiać się jeszcze po wojnie w Słomczynie i Cieciszewie.  A my w ten sposób zahaczyliśmy o Powstanie Warszawskie, więc następny wpis na blogu będzie utrzymany już w bardziej poważnym tonie, w końcu wkrótce rocznica. A chcących poszukać skarbów na terenie dawnego kościoła w Cieciszewie informuję, iż opisywany wyżej znaleziony został w nieco innym miejscu. Na terenie dawnego kościoła odkryć można najwyżej jego fundamenty oraz szkielety, bowiem znajdował się tam parafialny cmentarz, co potwierdziły ich liczne odkrycia. Podczas prób nieuprawnionego szukania i kopania można także zarobić łopatą od któregoś z mieszkańców Cieciszewa. Łurzycka krew nie zginęła.


Literatura:

  • KUROWSKI J, Skarb z Cieciszewa Wiadomości Numizmatyczne, R IV, 1960, z. 4 s. 256
  • PETIN V.M. , Znaleziska monet na obszarze Polski według danych z arch. Leningradzkich, Wiadomości Numizmatyczne, R XI, 1967, zeszyt dodatkowy, s. 63.

 Ilustracje są czysto poglądowe i nie mają związku z rzeczywistością. 

W strefie mroku: Diabelski kamień

ksunder

Szanowny czytelniku znalazłeś się na blogu traktującym przede wszystkim o historii. Ponieważ jednak mamy wakacje, chętnych do eksplorowania zwyczajowej zawartości strony odsyłam do spisu treści, dziś pisać będę bowiem o tematach nieco mniej historycznych. W ubiegłym roku były groźne bestie czy poradniki jak odpoczywać w letnisku doby belle epoque, a ja narzekałem , że sezon ogórkowy aż się prosi, aby opisać historię aligatora wynurzającego się z jednego z tutejszych starorzeczy w celu pożerania kurcząt. No i doczekałem się, opisywana w dniu dzisiejszym historia jest dużo ciekawsza, choć dotyczy czasów bardzo bliskich. A przy okazji nadaje się aby odpowiadając na zapotrzebowanie społeczne reaktywować prowadzony przeze mnie lata temu na jednym z tutejszych portali i w jednej z lokalnych gazet dział „strefa mroku”. To dla wszystkich tych, którzy dopominali się o niego do momentu powstania bloga.

Na zdjęciu tytułowy kamień, klątwa okolic Konstancina

UFO w Emilcinie wylądowało w dniu 10 maja 1978 roku. Jest to jeden z najbardziej znanych w PRL-u faktów odwiedzin przybyszy z kosmosu, którzy zabrali na pokład swego statku rolnika Jana Wolskiego i poddali badaniom. Całość tej historii rzetelnie opisuje artykuł w wikipedii (TUTAJ), a na miejscu lądowania ustawiono obecnie pomnik. Ufolodzy po dziś dzień zawzięcie na ten temat dyskutują. Nas jednak interesować będzie poboczny wątek tej historii, tajemniczego kamienia, który miał znajdować się na polanie, a później zniknął. Fora internetowe pełne są związanych z nim opowieści, o tym iż Jan Wolski miał go zabrać z polany, odwieźć z powrotem, gdy prześladował go sen związany z tym głazem, miał tam zostać znaleziony jego martwy syn, miały się na nim łamać kosy. Ufolodzy dowodzą, iż zabierając kamień Jan Wolski ocalił ziemię przed inwazją z kosmosu, bowiem jak wszystkie pozostałe diabelskie kamienie w Polsce służy jako znacznik nawigacyjny dla UFO.  W każdym razie Wolski postanowił sprzedać kamień za przysłowiową złotówkę. Na początku lat osiemdziesiątych zakupili go naukowcy z zakładu doświadczalnego w SGGW-u. Oczywiście kamień bronił się przed zabraniem, stalowe liny pękały. W końcu jednak trafił do tajnej placówki doświadczalnej SGGW i wówczas rozpoczął się – nie omieszkam zacytować pewnego śródtytułu – „Horror w Oborach”.

Diabelski kamień z Emilcina.

Jak wspominają świadkowie, głaz do zakładu SGGW-u został przywieziony Fiatem 125P Kombi, gdzie poddano kamień badaniom. Choć nie wykryto dziwnego promieniowania, rozpoczął się ciąg niepokojących wydarzeń. Padło kilka krów i zdechło stado królików, a co gorsza jak rozpisują się liczne fora internetowe „Obory i pobliskie miejscowości” stały się sceną wielu morderstw i niewytłumaczalnych wydarzeń. Wreszcie wystraszeni miejscowi utopili go w roku 1986 w pobliskim jeziorze Goździe. Tam też w 2011 roku odnaleziony został przez członków projektu NPN – na zakończenie wpisu link do ich szczegółowej relacji. Niestety przeklęty głaz wciąż pozostaje na dnie jeziora i wywiera swój mroczny wpływ na mieszkańców tej gminy, co wiele tłumaczy…

Tu czai się zło. Kto wie czym jest to, co wystaje z wody.

O kamieniu dowiedziałem się po raz pierwszy w roku 1990, kiedy przeczytałem ze zdumieniem, iż Konstancin po przewiezieniu doń głazu stał się miastem często odwiedzanym przez UFO (niestety nie mogę sobie przypomnieć tytułu gazetki o takiej tematyce, jakich wówczas sporo wydawano). Dziś wiem, że zapewne chodziło o odwiedziny w Oborach w roku 1982, o których opowiada naoczny świadek na zamieszczonym poniżej na youtube filmiku - TUTAJ. Przybysze krążyli nad cmentarzem niemieckich żołnierzy nad Maryninem. Kto wie jakich głazów użyto do jego budowy…

  

Marynin. To zapewne nie przypadek, że cmentarz znajduje się planie okręgu.

Na zakończenie dodam jedynie, iż na temat kamienia wypowiedział się nawet dr Jan Pająk, znany na całym świecie twórca teorii dipolarnej grawitacji i totalizmu. Niestety choć znajduję masochistyczną przyjemność w internetowych dyskusjach z rozmaitymi propagatorami dziwnych teorii, bowiem zazwyczaj smutno mi, że nikt z nimi nie dyskutuje, co utwierdza ich w przekonaniach że Gibraltar nie istnieje, z dr Janem Pająkiem dyskutować nie sposób, z uwagi na zawiły język naukowy użyty w jego koncepcie totalizmu. Przytoczę jedynie, iż zdaniem tego badacza na kamieniu znajdowały się liczne odbicia dłoni Ufonautów, ponadto wydzielał on regularne impulsy promieniowania, dające się zarejestrować na kliszy. Kamień został wykradziony przez grupę fanatyków z Warszawy i gdzieś zatopiony, najpewniej dlatego, iż Ufonauci hipnotyzują ludzi, zlecając im wykonanie określonych zadań. Wpisuje się to w ciąg dowodowy dra Jana Pająka, iż zatopienie kamienia, śmierć twórców programu Sonda, atak na WTC i katastrofa budowlana na Śląsku są częścią wielkiego planu skierowanego przeciwko ludzkości.

Przyjeżdżający do Konstancina i okolic zastanówcie się dwa razy, jak widać okolica znajduje się pod wpływem mrocznych sił. Kamień wciąż tu jest zatopiony w jeziorze, pozostaje tylko wypatrywać kręgów w zbożu. Choć one już tu są, jeden z nich na zdjęciu wykonanym poniżej.

 

Charakterystyczne znaki na trawie w okolicach Jeziorny, czyli konstancińskie kręgi w trawie.

Literatura:

- nic z powyższego nie jest wynikiem twórczości autora, do poczytania strona projektu NPN. Polecam poglądową lekturę komentarzy. Także tam film z wyprawy do Obór w poszukiwaniu kamienia. Nie mam siły linkować Jana Pająka, znajdziecie go bez problemu dzięki linkom z wikipedii.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci