Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : w-PRL-u

Most w Jeziornie

ksunder

Niedawno Adam Zyszczyk odnalazł niezwykle ciekawe zdjęcia Jeziorny Królewskiej pochodzące z roku 1947 i zamieścił je na profilu Konstancin-Jeziorna. Historia, Ludzie, Architektura. Fotografie pochodzą ze zbiorów p. Witolda Rawskiego, a ja pozwalam zamieścić je jako ilustrację niniejszego tekstu. Poniżej widoczna jest zamarznięta Jeziorka, przez którą wiedzie prowizoryczna kładka, zaś niedaleko dostrzec możemy betonowe podpory. Nie są to jednak bynajmniej elementy budowanego mostu, lecz pozostałości poprzedniego. Być może historia budowy kolejnego mostu jest mało wdzięczną rzeczą, lecz wartą opisania.

16508089_1404959816205607_2408523888798969744_nPierwotny most ginie w mrokach tajemnicy, zapewne wybudowano go na przełomie XIX i XX wieku, bowiem widnieje na mapach z ówczesnego okresu. Dlaczego tak późno? Stali czytelnicy tego bloga być może pamiętają, jaką trudność z punktu widzenia inżynieryjnego nastręczała konstrukcja stałych przepraw, które bardzo długo uważano za budowle przeczące prawom natury. W XVI wieku Klonowic pisał, że zwyczajną rzeczą jest prom, nie most. Gdy pod koniec XVIII wieku Adam Poniński pobierał myto z drewnianego mostu z Warszawy na Pragę, wszyscy wyczekiwali chwili, gdy zabiorą go lody. Drewniane konstrukcje kiepsko sprawiały się w starciach z krą i zatorem. Na mniejszych rzekach takich jak Jeziorka występowały problemy innego rodzaju. Od XVII wieku próby budowy mostu z Jeziorny Królewskiej do Oborskiej torpedowali właściciele tych dóbr, w szczególności Wielopolscy, pobierający opłatę za przewóz przez rzekę, szczególnie po utworzeniu w Jeziornie Oborskiej placówki królewskiej poczty. Akta pełne są pretensji do Urszuli Wielopolskiej, z której polecenia porąbano most budowany od strony Jeziorny Królewskiej, a z rzeki wyrwano pale, wbite przez poddanych imć Dzierzbickiego. Brak mostu sprawiał, że przeprawa przez Jeziorkę nie zawsze była możliwa, jeszcze w roku 1853 dzieci z Bielawy nie mogły uczęszczać do szkoły w Słomczynie, gdyż proboszcz z Powsina pisał w dramatycznym tonie „rzeka w Jeziornie często wylewa i dzieci mało korzystają z nauki w szkole”. Most zdołano wreszcie wznieść, choć nie sposób odnaleźć dokumentów, które podawały by nam datę zakończenia jego konstrukcję. Most zmienił wiele w sposobie podróżowania, z czasem przekonano się, że jest pewniejszym sposobem przedostania się przez rzekę niż przewóz. Dla zobrazowania problemów natury logistycznej z jakimi mierzono się w XIX wieku przywołajmy prosty przykład z roku 1809, gdy armia austriacka by zniszczyć armię Księstwa Warszawskiego po bitwie pod Raszynem musiała przedostać się przez Wisłę. Po zniszczeniu mostu w Warszawie do wyboru miała dwa najbliższe: w Toruniu i Puławach. To uzmysławia nam jak wiele zmieniło się w transporcie przez ostatnich 200 lat. Tamta historia zakończyła się bitwą pod niedalekim Ostrówkiem, my jednak wróćmy do roku 1947.

16649093_1404959782872277_1646570871624719956_nKraj podnosił się zniszczeń, mostu przez Jeziorkę nie było, bowiem zniszczyli go w roku 1945, Niemcy wycofujący się w styczniu przed ofensywą polsko-rosyjską. Przy okazji wysadzili również spiętrzenia i tamy na zakolu Świętego Jana oraz Jeziorce, co sprawiło, iż stała się rzeką dziką i wezbraną. Wkrótce spiętrzone wody powodziowe zabrały most w Mirkowie, co spowodowało, iż w tej okolicy jedynym mostem umożliwiającym transport inny niż pieszy, był mostek kolejowy nieopodal Hugonówki. Niezbędne było jednak szybkie udrożnienie transportu, zwłaszcza dla odbudowywanej Papierni, stąd też 20 czerwca 1947 roku powołany został Komitet Budowy Mostu na Jeziorce. Podjęto decyzję, iż odbudowany most ma być mostem stałym. Problemem okazały się finanse. Był to jeszcze czas, gdy powojenne państwo posiadało wciąż silne samorządy, tolerowało ruchy społeczne, a władze komunistyczne dopiero wprowadzały rządy stalinowskie. Początkowo zaplanowano budowę mostu z funduszy gminnych, wspomaganych opodatkowaniem w naturze mieszkańców gminy, z dotacji i dofinansowania dokonanego przez Papiernię, żywo zainteresowaną uczynnieniem mostu, a wykonanie prac przy pomocy świadczeń w naturze, z istniejących jeszcze wówczas szarwarków. Komitet gminny wkrótce rozpoczął zbiórkę, planując jednocześnie odbudowę mostu w Mirkowie, który wyceniono na 200000 złotych.

16508704_1404959756205613_313044041301136745_nKierownikiem komitetu był ówczesny wójt gminy Jeziorna, Piotr Szczur, znany tutejszy społecznik i nauczyciel, późniejszy twórca szkoły znanej jako „cyrk”. Skupiono się na budowie mostu na drodze Wilanów-Jeziorna-Konstancin. Na wniosek komitetu powstały trzy projekty planowanego msotu, które Urzad Gminy skeirował do zaopiniowania do Urzędu Wojewódzkiego Warszawskiego w Pruszkowie, wnosząc o wybranie projektu belki wzmocnionej łukiem. W październiku 1947 roku opracowano projekt zawierający 2 belki wypornikowe z zawieszoną belką środkową. Poprzedniemu projektowi z przyczyn technicznych sprzeciwiono się w Urzędzie Wojewódzkim, opiniując go negatywnie w Wydziale Komunikacji w Zarządzie Drogowym.

16640993_1404959832872272_2454015138742527795_nOpiniodawcą kolejnej wersji był inżynier Stanisław Kądziołko zamieszkujący w Skolimowie przy ul. Prekera. Jak napisał: „Przesyłając niniejszym czwarty wariant mostu przez rzekę Jeziornę w Jeziornie, zwracam uwagę że wariant ten nie nadaje się absolutnie do wykonania w miejscowych warunkach i żądanie wykonywania go nie może być uzasadnione żadnymi rzeczowymi argumentami. Mosty podobne projektuje się przy rozpiętościach 70-100 m, ze względow żeglugowych. W naszych warunkach grozi zalewaniem belek przez wysoką wodę i może być przyczyną podwyższenia fali powodziowej”.

10366137_762130340488561_6746688392891510797_nDecyzję o budowie stałego mostu żelazo-betonowego podjęto 22 stycznia 1948 roku, o czym poinformowano wówczas gminę Jeziorna. Decyzja zapadła z pominięciem komitetu, ponadto wbrew opinii inż. Kądziołki, który w kwietniu 1948 roku skierował do Urzędu Wojewódzkiego gniewne pismo, zaczynające się od słów: „Naskutek ciągłego odwlekania sprawy przez Pow Zarz Drog pomimo moich wielokrotnych osobistych interwencji (...) projekt powierzono do wykonania osobom trzecim, jednocześnie akceptując łuki i belki, które wcześniej jak tłumaczono mi, nie mogło być mowy”. Najwyraźniej jednak otrzymano zgodę na rozpoczęcie budowy mostu, bowiem 11 maja 1948 roku Komitet Odbudowy Mostu wezwał mieszkańców gminy Kąty Turowic i Kawęczyna do zwózki żwiru z Turowic.

10301050_762130343821894_1834032586234966447_n

Wybudowany most w roku 1952

Niestety odbudowa mostu własnymi siłami niewiele dała. Papiernia nie przekazala obiecanych pieniędzy, komitet zaś nie zdołał zebrać wystarczających funduszy. Wreszcie nie zdołano bez rozebrać pozostałości dawnych filarów i wsporników, lipiec i sierpień przyniosły zaś wysokie stany wód Jeziorki, uniemożliwiając budowę. W tym stanie rzeczy realizację budowy przejęło Państwo i nowy most wzniesiono począwszy od roku 1949 jako przedsięwzięcie rządowe. Most nie posiadał łuków i belek, większość zapewne doskonale go pamięta, poddany gruntownemu remontowi w roku 1987, został rozebrany kilka lat temu, a w jego miejscu wzniesiono zupełnie nową konstrukcję. Etapy prac można podziwiać w serwisie zdjęciowym Konstancina.

10308108_762130353821893_7255124658227250384_n

Na zakończenie jeszcze raz rok 1952


Zdjęcia oznaczone jako "Kolekcja rodziny Rawskich" pochodzą ze strony, zdjęcia z roku 1952 pochodzą ze zbiorów p. Małgorzaty Szturomskiej, odcisk pieczątki komitetu ze zbiorów własnych

Źródła:

  • AGAD, AGWil
  • AGAD, Obory
  • APW O/Grodzisk Mazowiecki, Akta gminy Jeziorna

Zagadka Stacji P nr 621

ksunder

Na polach nieopodal Obór stoi budynek, w którego pustych oknach hula wiatr. Wprawne oko dostrzeże na prowadzącej doń drodze ruiny wartowni, istniała także druga, przy polnej drodze, w miejscu obecnego przedszkola. Stanowiła zewnętrzny pierścień ochrony. Nikt nie wiedział co się w tym miejscu znajdowało, choć niektórzy za młodu nosili za poborowymi kałasznikowy. Warty zmieniały się co tydzień, w sobotę rano, stary przewożące na pace żołnierzy skręcały w ulicę Mickiewicza, by dalej podążyć ku Oborom. Jeden z nich zresztą tam zginął w lesie, o czym wówczas było głośno.

11226052_781910478586199_721470895203002367_nWiele lat później niektórzy w zrujnowanym obiekcie nie rozpoznają już obiektu wojskowego, inni zastanawiają się czy był tam radar. Tymczasem budynek wcale nie podlegał pod MON, lecz pod MSW, bowiem nie miał służyć walce z zewnętrznym wrogiem. Służbę pełnili w nim zaś żołnierze jednostki specjalnego przeznaczenia wykonującej polecenia Ministra Spraw Wewnętrznych – Jednostek Nadwiślańskich. Dawne to lata, Nadwiślańczyków rozwiązano w roku 2002, ich kompetencje przejął częściowo BOR a częściowo Policja. Budynek został porzucony już wcześniej, nieco dłużej przetrwały anteny łączności w dawnej wartowni w Oborach, nim rozkradli je złomiarze. Antenę znajdującą się na dachu głównego budynku zabrano dużo wcześniej, prawdopodobnie uczynili to nadwiślańczycy demontując wyposażenie opuszczanego głównego obiektu.

12188027_781910075252906_6975201999071410392_oLecz co się tam właściwie znajdowało? Kontrwywiad radiowy. Początki obecności wojsk nadwiślańskich (jeszcze jako Nadwiślańskiej Brygady KBW) to lata sześćdziesiąte. MSW wynajęło łąki oborskie, odebrane Potulickim podczas reformy rolnej i przekazane SGGW. Powyższe zapewne poprzedziły badania terenowe, wskutek których wybrano miejsce odpowiednie na lokalizację stacji. W latach sześćdziesiątych wzniesiono budynek znajdujący się w miejscu obecnego przedszkola, a na polach ulokowano instalację radionamierzania, doprowadzając linię elektryczną i telefoniczną. Obiekty zostały wybudowane na zlecenie Departamentu II MSW, zajmującego się wywiadem, w strukturach którego ulokowano przeniesioną z Biura T komórkę, z czasem przekształconą w Wydział, a od 1973 roku funkcjonującą jako Biuro Radiokontrwywiadu. W latach osiemdziesiątych w związku ze zwalczaniem opozycji jego zadania uległy intensyfikacji. Gdy po wprowadzaniu stanu wojennego pojawiły się stacje radiowe podziemnej „Solidarności”, szereg ośrodków stacjonarnych i mobilnych rozpoczął nasłuch audycji nadawanych na falach UKF. Właśnie tym zajmowano się w Oborach. W tym celu ośrodek poddano rozbudowie. Wybudowano nowy budynek na polu, nieopodal funkcjonującej wówczas instalacji, którą po oddaniu go do użytku zdemontowano. Jego zadania przejął nowy obiekt, a stary przekształcono wówczas w wartownię zewnętrznego pierścienia ochrony. Prowadzono tam całodobowe radionamierzanie w paśmie fal krótkich, z dokumentów wynika, iż znajdowały się tam dwa stanowiska radionamiernika. Obsługę stanowiło kilka osób będących pracownikami MSW, za ochronę odpowiadała wspomniana formacja wojskowa MSW, czyli Jednostki Nadwiślańskie.

12191129_781910395252874_1558796577640064172_oObory wschodziły w skład sieci radiokontrwywiadu, której centrum stanowił istniejący po dziś dzień obiekt w Miedzeszynie. RKW prowadziła ponadto nasłuch radioamatorów i krótkofalowców, zarówno będących przedmiotem rozpracowania SB, jak i poprzez okresową kontrolę, ponadto namierzało 12 baz radiowych wywiadu na terenie Europy, wreszcie starała się przechwycić szyfrotelegramy ambasad. Nowy budynek w Oborach oddany do użytku w grudniu 1983 nosił fachową nazwę Stacji P nr 621 (poprzednia instalacja z dużo mniejszym budynkiem jednopiętrowym określona była jako Stacja P nr 611). Obiekt podlegał pod Wydział II Biura RKW, a w Oborach zajmowano się całodobowym nasłuchem radiowym fal krótkich, wspomnianym nasłuchem baz wywiadowczych i przechwytywaniem szyfrogramów, okresową kontrolą radioamatorów oraz radionamierzaniem.

Bez_nazwy11Począwszy od października 1989 roku zaczął się proces demontażu dawnych struktur MSW, tworzących Służbę Bezpieczeństwa. Od roku 1990 zadania Biura RKW zostały przejęte w UOP, po podziale służby na Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencję Wywiadu dekadę później, nie odrodziło się już w ABW, co zapewne miało związek ze stopniowym odchodzeniem z transmisji analogowej na rzecz cyfrowej, a także ze zmianą kompetencji ABW i przesunięciem ciężaru kontrwywiadowczego na rzecz operacyjnego i śledczego. Trudno powiedzieć czy pozostają w zakresie działań AW, która nadal użytkuje obiekt w Miedzeszynie. Choć po roku 2009 ABW podobnie zajęła się kwestią radiokontrwywiadu, bowiem jeden z ujawnionych na terenie RP agentów GRU, nawiązywał łączność z Moskwą przy użyciu klasycznego radioodbiornika działającego na falach krótkich.

12187935_781910408586206_3039849720509981843_nObiekt w Oborach został porzucony na początku lat dziewięćdziesiątych. Od tamtej pory stoi i niszczeje stanowiąc wdzięczny temat dla fotografów i źródło inspiracji dla miłośników spustoszenia, niektórym kojarząc się opuszczoną strażnicą wojskową, z dala od cywilizacji, gdzieś w postapokaliptycznej rzeczywistości. Dla większości stanowi obecnie zagadkę. Tymczasem nie był obiektem wojskowym, lecz wywiadowczym, znajdując się w strukturach MSW i Służby Bezpieczeństwa.


Źródła i literatura:

  • Paweł Piotrowski, SIGINT w systemie władzy PRL i Układzie Warszawskim - dostęp elektroniczny na dzień 5 XI 2016 - LINK
  • wykorzystano zdjęcia wykonane przez Rewiry

W małym dworku

ksunder

1 marca obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Z rozmaitych powodów (nie tylko politycznych) podejście do obchodów wywołuje nierzadko skrajne reakcje. Wdawał się w rozważania na ten temat nie będę, na blogu pisałem kiedyś o "Barrym", pojawił się także gościnny tekst Tomasza Zymera o “Ince”. Rzecz nie tylko w żołnierzach wyklętych, nie wszyscy poszli po wojnie do lasu, niektórzy usiłowali żyć zwykłym życiem, lecz im na to nie pozwolono. Wśród nas po dziś dzień żyje cicha bohaterka, p. Barbara Żugajewicz-Kulińska, która wzięła udział w Powstaniu Warszawskim, biorąc udział w walkach o tutejszą Papiernię. A po wojnie miała za to zapłacić straszną cenę. Jutro odbędzie się z jej udziałem spotkanie - szczegóły na zamieszczonym na dole wpisu plakacie. Ponadto obejrzeć będzie można film o działalności UB w willi “Biały Dworek”. Właściwie to MBP, bo jako taka Służba Bezpieczeństwa jeszcze nie istniała, ale to nic nie znaczący szczegół. Ironia historii sprawiła, iż mało kto pamięta, iż w tej willi będącej później częścią STOCERu, katowano ludzi. Informacji tej nie znajdziemy nawet w tutejszych spacerownikach, zaś kultura masowa przetworzyła tę informację, tworząc legendę czerwonego kata z UB, który straszyć ma w opuszczonym komisariacie MO na ulicy Niecałej, gdzie UB swej siedziby nigdy nie miało. Lecz nim do tego doszło, po zniszczeniu warszawskiego szpitala Św. Ducha, willa stała się miejscem, gdzie operacje przeprowadzali ewakuowani stamtąd lekarze. Jak chcą niektóre wspomnienia, w tajemnicy operowano tu nocami rannych Powstańców. Po wojnie willa stała się siedzibą UB, a piękna mozaika nad wejściem, widoczna na zdjęciu poniżej, zamiast lekarzy i żołnierzy AK, witała funkcjonariuszy reżimu. Twórcy filmu zadali mi pytanie, jak długo “Biały Dworek” był siedzibą organów. Dokumenty w IPN na ten temat milczą, ja jednak obstawiłbym lata 1954 - 56, co wiązało się z wygaszaniem i likwidacją osiedla na Królewskiej Górze, a także rozwiązaniem MBP po ucieczce Józefa Światły. W tym czasie siedziba ta została przeniesiona do Włoch. Lecz nim do tego doszło, “Biały Dworek” zmienił się w miejsce terroru. I o tym dziś chciałbym przypomnieć, publikując mało znaną relację p. Barbary, o tym co spotkało ją po wojnie. Pełny tekst jej powstańczych wspomnień znajduje się w archiwum historii mówionej. Przeczytajcie.

Bialy_Dworek_3_mozaika_2015__Fot__Sygowska

Po wyzwoleniu trzeba było zapłacić za patriotyzm (...) i zaczęła się działalność UB. Istnieje do dzisiejszego dnia piękna willa, wtedy jeszcze piękna, pod tytułem „Biały Dworek”, rzeczywiście był piękny biały dworek, za którą to siedzibę wybrał sobie pan Zbigniew Trams – szef UB w 1946–1947 roku. Zaczęło się z jego strony postępowanie takie, jak wszystkich UB-owców, z tym że różnie to robili, w różny sposób, różnymi metodami. Ja wówczas miałam lat siedemnaście.

Zostałam porwana, brzmi to może dzisiaj troszeczkę śmiesznie, ale autentycznie zostałam porwana. Wracałam mianowicie od przyjaciół z korepetycji, bo już wtedy uczyłam się, w szkole u Rejtana na Królewskiej Górze w Konstancinie było już liceum uruchomione, wszyscy zaczęliśmy kontynuować przerwaną podczas Powstania naukę. (...) Była taka sytuacja: to był 6 grudnia 1945 roku, to pamiętam dokładnie, tak jak datę urodzenia, takich rzeczy się przecież nie zapomina. Wyszliśmy z domu kolegi, który mieszka powiedzmy kilometr ode mnie, było mroźnie, ale bez śniegu, dosyć ostro. Weszliśmy do otwartej zresztą furtki [mojego domu]. Kolega, grzeczny chłopak, chciał mnie odprowadzić do samych drzwi domu i w momencie, kiedy wzięłam za klamkę, a była to szarówka, nie zdążyłam wziąć za klamkę i zastukać, żeby mnie domownicy otworzyli drzwi, z tyłu podeszło do mnie jakiś dwóch mężczyzn, wykręcili mi ręce, mojemu koledze również, jeden z nich dał mi kopniaka w tyłek i wyprowadzili nas z ogrodu. Nie zdążyłam nawet pisnąć, krzyknąć, nie było czasu, to było tak wszystko szybko, że absolutnie nie było czasu. Zaprowadzili nas właśnie do tego „Białego Dworku”, do siedziby UB i po drodze domyślałam się, że coś się zaczyna dziać, że coś jest nie tak. Zresztą ojciec mój, który był człowiekiem bardzo czujnym i obserwował, co się dzieje w Polsce, uprzedzał mnie, żebym nigdzie nic nie mówiła, nie rozmawiała, nie nawiązywała żadnych kontaktów, przestrzegał mnie. Wszystko to wiedziałam, miałam tylko okazję włożyć rękę do kieszeni mojemu koledze, miałam bardzo piękny pierścionek na palcu, zresztą dostałam go od ojca z jakiejś okazji rocznicowej, ten pierścionek koledze wrzuciłam do kieszeni, bo wiedziałam że mi zabiorą, bo mój przypadek nie był pierwszym przypadkiem. Oczywiście Wojtek przybiegł, pierścionek zaraz oddał ojcu, wszyscy już w domu wiedzieli, że Baśka jest aresztowana, bo on rozstał się ze mną przy tej instytucji, o której mowa, to znaczy przy Urzędzie Bezpieczeństwa, przy siedzibie Urzędu Bezpieczeństwa. I tam się zaczęło dopiero to, co powiedziałam na wstępie, że zaczęło się drugie życie za patriotyzm. Najpierw kazali mi się rozebrać, później musiałam wysłuchać całej masy różnych uwag na temat swojego ciała, że tu trochę jest za dużo, tu trochę za mało, był tam właśnie pan Zdzisław Trams, mówię to po raz pierwszy: pan Trams, bo się nigdy nikt nie interesował, co się z nim stało, a bił tutaj, maltretował, dziesiątki młodzieży.

e2ab52c5af1145d5a3842294d4b8fc0680060000

Ale poza panem Tramsem moim głównym katem, to był mój kolega, z lasu, pan Roman Wernio, też mówię nazwisko, nie ma już tajemnic w tej chwili żadnych. Był to parobek z dawnego majątku państwa Branickich w Wilanowie, który przyszedł do nas do lasu, do nas mówię, do naszego lasu chojnowskiego, powiedział, że ma broń i że bardzo chętnie będzie walczył w partyzantce. Został przyjęty jako ochotnik, rozpracował całe środowisko i po wejściu Sowietów i NKWD i UB naszego polskiego, wszystko miał gotowe. Tak że mnie lejąc, bijąc, ja właściwie nic nie musiałam mówić, oni wszystko wiedzieli. Odwrotnie, ja się od nich dowiadywałam, czego mam nie mówić, bo wiedziałam, że oni już to wiedzą. Bicie wyglądało tak jak wszyscy opisują, wszyscy wiemy doskonale, jak się biło, ja to wszystko przeżyłam, z tym że miałam wtedy siedemnaście lat i było dwóch młodych chłopów, niewiele ode mnie starszych, jeden miał może dwadzieścia dwa, drugi może dwadzieścia cztery. Trams nie wiem, może mniej, dobrze zbudowani jeden i drugi, oni mi się kazali rozebrać i postawili mnie na stołku o trzech nogach, kazali mi przewiesić się przez stołek. Dostałam po kręgosłupie ze trzydzieści razy pałka metalową, obciągniętą gumą. Uwaga pana Tramsa wobec mojego kolegi z lasu, pseudo-kolegi z lasu: „Wiesz co, lej, nic jej nie będzie, nie zdechnie, dobrze zbudowana, lej, nic jej nie będzie”. No więc efekt tego był taki, że, wtedy jeszcze nie byłam taka rozsądna, jak w tej chwili, byłam strasznie pyskata, zwymyślałam ich od bandytów, od bandziorów, od najgorszych, im więcej się z nimi kłóciłam, tym więcej dostawałam.

W pewnym momencie usłyszałam: „Hmhm” – takie chrząknięcie, w którym rozpoznałam mojego ojca, on siedział za drzwiami i czekał na mnie, ponieważ powiedzieli mu, że owszem jestem na zeznaniu, ale zaraz będę, zaraz mnie wypuszczą. Nie prawda, wcale mnie nie wypuścili, tak mnie zbili, że następnego dnia, jak mnie ojciec odbierał od nich, to lekarz powiedział: „Wie pan co, niech pan Baśce wezwie raczej księdza, bo ja już tutaj nic nie pomogę”. Byłam zbita, dwa miesiące nie chodziłam do szkoły, ponieważ byłam koloru przysłowiowej wątroby. Do dzisiejszego dnia zresztą odczuwam bóle kręgosłupa, ponieważ miałam pęknięty w dwóch miejscach kręgosłup, to niestety nie daje się tego zreperować i już się nie zreperuje.

Od tamtej pory zaczęło się: wzywania, nękania, właściwie co dwa, trzy tygodnie musiałam się meldować. Pan Trams z powodu mojej osoby nie pozwolił mojej klasie zrobić studniówki, kiedy już przygotowaliśmy się w następnym roku do matury. Wszędzie za mną ktoś łaził, do tego stopnia, że wpadłam w tak straszną nerwicę, że jak mnie ojciec wysłał na rehabilitację do Zakopanego, w gronie moich kolegów, przyjaciół, to mnie się ciągle wydawało, za mną szedł mój brat, a mnie się ciągle wydawało, że idzie za mną ktoś, kto mnie zaraz złapie za ramię i mnie wepchnie gdzieś, albo zrobi mi jakąś krzywdę.

To trwało do 1956 roku.(...)

źródło: wspomnienia Barbary Kulińskiej w AHM

kurek_konst_16

P. Barbara nie była żołnierzem wyklętym, podczas wojny należała do oddziału NSZ, który w chwili wybuchu Powstania był już częścią AK. Lecz to przynależność do NSZ sprawiła, że była po wojnie prześladowana. Pod powyższym linkiem znajdziecie dalszy ciąg wspomnień pani Barbary, włącznie z opisem procesu o szpiegostwo jaki jej w połowie lat pięćdziesiątych planowano wytoczyć. A podczas spacerów spoglądając na “Biały Dworek” warto pamiętać, że skrywa on w sobie fragment tragicznych losów wielu mieszkańców tych okolic.

we wpisie wykorzystano zdjęcie ze zbiorów WMK, autorstwa Iwony Sygowskiej (mozaika)  oraz akwarelę autorstwa Stanisława Kurka

12742648_897367663718290_3157167523728384364_n

Nie tylko willa Gierka

ksunder

10474826_661655797288057_8676571323052717164_oDo Konstancina najprościej dojechać Wilanowską. Za pałacem [w Wilanowie] rozpościera się dwupasmowa szosa, zbudowana – jak głosi wieść gminna – wyłącznie dla przyjemności wczorajszej sympatii narodu – Edwarda Gierka. Do rezydencji w Klarysewie brakuje co prawda półtora kilometra, ale gdyby Wałęsa nie pośpieszył się tak z tym przeskoczeniem płotu, bylibyśmy właśnie świadkami uroczystego zakończenia robót.” Takie słowa napisze i opublikuje 7 lipca 1981 roku Czesław Apiecionek, w numerze 5 gazety Nasze Sprawy. Jak cała prasa w tamtym okresie, również ta drugiego obiegu, wydrukowana rozmywającą się w druku czcionką maszynową na kiepskim papierze. To oficjalne pismo regionu Mazowsze NSZZ Solidarność. W winiecie widnieje herb Piaseczna, lecz pismo obejmuje swym zasięgiem Lesznowolę i Konstancin. W nie istniejącym już powiecie piaseczyńskim znajdują się zagłębia przemysłowe w postaci Laminy, Polkoloru i Warszawskiej Fabryki Papieru, gdzie dowozi się ludzi do pracy autobusami z dalekiego Garwolina. Jest rok 1981, władza otrząsa się powoli z ustępstw sierpniowych i zaczyna przechodzić do kontrataku. Lecz nikt nie przewiduje, że za pół roku zostanie wprowadzony stan wojenny. Pamiętacie ten czas? Sporo czytelników tego bloga pamięta, ten krótki czas nadziei i powiewu wolności, w którym ludzie mieli poczucie, że mogą poprawić swoją sytuację. Wzięli sprawy w swoje ręce i zaczęli piętnować nadużycia, przez krótki czas władza łapała oddech, nie pewna co będzie dalej. Wbrew temu co młodzieży wydawać się może o PRLu, gazetka NSZZ wychodziła wówczas legalnie, choć w czasach powielarni, braku ksero i drukarek, a przede wszystkim papieru nie było to takie proste. Do miejscowego NSZZ przyszedł komendant MO z Piaseczna z pytaniem, czy Solidarność rzeczywiście planuje przejąć budynek. Komenda była wówczas w starej lokalizacji, a do Konstancina wiodła droga z płyt, które zalano asfaltem, wskutek czego obecnie obowiązuje tam ograniczenie prędkości. Ale coraz więcej osób o tym nie wie, publiczne zastanawiając się, czy z budową drogi wiązała się łapówka. Inne to czasy, jak bardzo spójrzmy w dalszym ciągu tego artykułu: „Rzeczywistość jest okrutna – droga urywa się w szczerym polu a Polonezy czy Mirafiori w dalszym ciągu przedzierają się przez zatłoczoną furmankami Jeziornę. Dopiero za mostem na Jeziorce rozciąga się owa strefa spokoju, gdzie niezbyt szerokie dróżki, a kilku przypadkach wyasfaltowane, prowadzą prosto do ukrytych w lesie pałacyków. Moda na Konstancin trwa nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat. Szczególnie nasilenie następuje w okresie powojennym, kiedy to na wzór radziecki posiadanie tzw. daczy staje się obowiązującym dodatkiem władzy. O ile jednak w latach pięćdziesiątych willa w Konstancinie jest przywilejem wyłącznie najwyższych urzędników partyjnych, to ostatnia dekada przynosi w tym względzie daleko idący egalitaryzm. Bliskość Warszawy, mikroklimat oraz leśne otoczenie to głośne zalety decydujące o popularności tej miejscowości. Dodatkowym plusem jest służalczość lokalnej administracji prześcigającej się w tworzeniu wszelkiego rodzaju ulg dla prominentów. W konsekwencji rywalizacja nie przebiega o to, kto ma a kto nie ma posiadłości w Konstancinie – ale o to, kto potrafił ją uzyskać mniejszym kosztem. W targowisku próżności (baseny, sauny, korty tenisowe) biorą udział ministrowie, generałowie, wojewodowie, dyrektorzy departamentów i ich pomniejsi następcy. Wszystko na terenach bezprawnie wydzielonych z obszaru uzdrowiska. Na placach budowy, w miejscu bezlitośnie powycinanych świerków roją się posprowadzane ze stolicy brygady budowlane. Dzieje się to na obrzeżu miasta, którego mieszkańcy od 6 lat nie otrzymali ani jednego nowego mieszkania”. Konstancina dotyczy cały numer, jak zauważa autor w związku ze stwierdzeniem, iż doskonale widać na jego przykładzie patologię władzy. W szczególności związaną ze wspomnianymi willami, a mówimy o czasach, gdy obowiązują wymiary metrażu, do nadmiaru dokwaterowuje się lokatorów, nikt nie ma prawa mieć dwóch mieszkań. Pamiętacie jeszcze? Komisja kontroli społecznej przy Radzie Gminy sporządza listę, jej przewodniczący to doskonale znany dyrektor tutejszej szkoły. Afera związana z willą Gierka i faktem, iż w Konstancinie powstawały dacze idzie w Polskę, jak pisze 4 czerwca Ekspress Wieczorny: „Zgodnie z przepisami na terenie uzdrowiskowym mogą się budować tylko stali mieszkańcy i to dopiero za zgodą Naczelnego Lekarza Uzdrowiska, a przybysze po uzyskaniu zgody Ministra Zdrowia. Tymczasem z tymi zezwoleniami różnie bywało. Drugi – ten prywatny – Konstancin rósł szybciej niż obiekty, które powinny służyć ogółowi”. W tych okolicznościach powstaje lista mieszkańców, którą pozwalam sobie reprodukować poniżej, w charakterze ciekawostki, już jednak historycznej.

skanHistoria tutejszych willi to jak widać nie tylko willa Gierka, która ostatnio pojawia się w mediach w charakterze sensacji. Ciekawe, że powstała na początku XX wieku legenda Konstancina jako wyjątkowego letniska stała się nośna na tak wiele lat. Podczas II Wojny Światowej upodobali go sobie Niemcy, na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych komuniści stworzyli na Królewskiej Górze zamkniętą enklawę, wreszcie w późnym PRL stał się wymarzonym miejscem odpoczynku dla władzy, korzystającej z pozornego rozwoju gospodarczego lat siedemdziesiątych. Na marginesie można zresztą zauważyć, że w latach dziewięćdziesiątych Konstancin i opisywane tu wille stały się magnesem dla nowych elit, dziennikarzy i przedstawiciele świata biznesu. Przez te lata nie zmieniało się jedno, gdzieś na marginesie tego wszystkiego egzystowali zwykli mieszkańcy.

Lecz w roku 1981 nie było jeszcze wiadomo, że wille należące do Uzdrowiska, o których z oburzeniem pisano, iż mogłbyby służyć mieszkańcom, wkrótce będzie trzeba zwracać prawowitym właścicielom. Zostało kilka miesięcy do ogłoszenia stanu wojennego, którego kolejna rocznica już za chwilę, a który tonie w jałowych sporach obecnej polityki. Na blogu stronię od ocen, zwłaszcza w kontekście najnowszej historii, która jest jeszcze zbyt świeża, by mogła zostać wyzwolona ze sfery emocji. Przygotowując ten wpis przejrzałem po raz kolejny archiwum tutejszych gazetek solidarnościowych z lat 1980-81 stwierdzając, że wiele ówczesnych problemów jest już całkowicie niezrozumiałe dla kolejnych pokoleń. Bo kto pojmie, że ludzie stali w kolejkach przed pustymi sklepami, a tymczasem na zapleczu odkładano towar? Powstałe na fali Solidarności KSS były w stanie to zmienić jedynie na chwilę. Mam jednak wrażenie, że słynny skecz Zenona Laskowika i Bogdana Smolenia na zapleczu sklepu osiąga poziom abstrakcji równy poniższemu wycinkowi z gazety.

skan2Zapewne część osób miała kontakt z Czesławem Apiecionkiem, kto zacz można sprawdzić na wikipedii, ja kojarzę go głównie z prowadzonym na ulicy Hożej antykwariatem, choć w roku 1981 związany był z Piasecznem i Konstancinem. Z perspektywy czasu ciekawie czyta się plany rozwoju miasta, gdy wiał nad nim wiatr. Planowano budowę osiedli na Argentynie, przy szosie Bielawskiej i w ogrodach Zachariasiewicza. Ludzi bowiem najbardziej oburzało, iż muszą gnieździć się w willach pozbawionych kanalizacji, mając ledwie kilka metrów kwadratowych, podczas gdy władza zamieszkuje w daczach. Redakcja wzywała do dalszej kontroli społecznej i przyśpieszenia budowy osiedli, pisząc iż nikt nie zadba tak dobrze o nasze sprawy jak my sami. I to jedno nie uległo nadal zmianie.


Źródła i literatura:

  • Nasze sprawy nr 5, Zbiory Ośrodka Karta
  • wykorzystano zdjęcie Chrisa Niedenthala wykonane w grudniu 1981 (wg innych źródeł 4 lutego 1982) w Wilanowie, droga w kierunku Jeziorny

Mówi Józef Światło

ksunder

wpis o komunistycznej enklawie na Królewskiej Górze

Powyższymi słowami rozpoczynał swe audycje w Radiu Wolna Europa były wicedyrektor Departamentu X Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, swego czasu druga najpotężniejsza osoba w PRL. Instrukcje odbierał bezpośrednio od Bolesława Bieruta, pozostawał w łączności telefonicznej z Ławrientijem Berią, aresztował Władysława Gomułkę, współpracował z generałem Sierowem w rozbiciu struktur Armii Krajowej. A w roku 1953 uciekł na Zachód, po dziś dzień toczą się spory, czy jak twierdził dokonał ucieczki, czy też był szpiegiem od początku prowadzonym przez OSS i jego następczynię CIA. Przez długie lata sądzono, że zmarł w USA, dopiero dwie dekady temu podano, iż zmarł dopiero w dniu 2 września 1994 roku pod fałszywym nazwiskiem, po dziś dzień pozostającym utajnionym. W latach pięćdziesiątych obnażył kulisy PRL we wspomnianej audycji. Rewelacje te walnie przyczyniły się do rozsypania stalinizmu w Polsce i likwidacji takich miejsc jak osiedle na Królewskiej Górze. Jak mówił ówczesny dowcip, do niedawna mawiano oszczędzaj światło, a od czasu rozpoczęcia audycji Światło, oszczędzaj nas.

1-4734

W swych wystąpieniach wiele miejsca poświęcił Królewskiej Górze, a jego opowieści potwierdzają inne znane nam relacje, jak choćby tę, że gdy Bierut wyruszał z Warszawy, trasa z Wilanowa była wyłączana z ruchu:

Cała trasa z Warszawy do Konstancina obstawiona jest posterunkami stałymi i lotnymi. Czuwają one zresztą w dzień i w nocy przez okrągły rok. Żeby uniknąć niespodzianek, ma się teraz zbudować nową szosą z Warszawy, która będzie omijać Konstancin. Chce się w ten sposób wyeliminować ruch drogowy z trasy, którą podróżują Bierut i członkowie Biura Politycznego do Konstancina. Kiedy wreszcie towarzysz Tomasz [Bierut] z nieodstępną Wandą Górską wchodzą do swej willi w Konstancinie, w parku dookoła roi się od ciemno ubranych panów z walizeczkami w ręku lub z rękami w kieszeniach, żeby „ ubóstwiające " towarzysza Tomasza masy ludowe nie chciały go za serdecznie przywitać. Tam zresztą, w Konstancinie, pełnią służbę specjalne oddziały KBW. Towarzysz Bierut mimo wszystko nie lubi ryzyka i dlatego ma dwa opancerzone samochody. Takimi samymi zresztą samochodami pancernymi skoda podróżują teraz wszyscy członkowie politbiura, z Cyrankiewiczem włącznie.

Warto zwrócić uwagę na nową szosę, o której mowa, to opisywany już na blogu dawny szlak służewski (TUTAJ), obecnie jako ulica Wąwozowa biegnący z Kabat, za obecnym Ogrodem Botanicznym. Wówczas jako Nowoursynowska biegł obok Natolina, innej siedziby Bieruta, stworzenie specjalnej drogi dla wierchuszki w tym miejscu byłoby naturalnym pomysłem. Wille na Królewskiej Górze traktowano prestiżowo.

Kiedy nie trzeba wyjeżdżać na urlop zdrowotny, wiceminister Mietkow-ski spędza czas w swej własnej willi w Konstancinie. A ponieważ ma trzy samochody i trzech szoferów, więc i sprawa transportu nie przedstawia dla niego żadnych komplikacji. (…)Mój były szef naczelny, minister bezpieczeństwa Radkiewicz, otrzymuje miesięcznie około 13 000 złotych na czysto. Ma oczywiście oprócz tego bezpłatny apartament z obsługą w Warszawie, willę własną w Konstancinie, cztery samochody i czterech szoferów. Pensja wiceministrów bezpieki waha się w granicach 7000-8000 złotych plus,oczywiście, mieszkanie bezpłatne, wille w Konstancinie i samochody.(…) Życie najbliższych towarzyszy partyjnych i członków Biura Politycznego nie odbiega daleko od stopy życiowej tow. Bieruta.

1-4741

A jak się wypoczywało w Konstancinie? W willi Julisin:

Kiedy mu się znudzi ulica Klonowa, tow. Bierut jedzie do swego pałacyku w Konstancinie, oczywiście razem z Górską. Osiemnaście pokoi ma w tej willi, wszystkie najnowocześniej urządzone. Tam spędza zwykle lato w salonach, obwieszonych starymi obrazami, zapełnionych arcydziełami sztuki snycerskiej. Znam tę willę bardzodobrze. Obejrzałem ją sobie całą kiedy zakładałem podsłuch dla rozmów tow. Bieruta z Aleksandrem Kowalskim i z innymi likwidowanymi członkami partii. Oczywiście, wszędzie Bierut ma swego krawca, szewca, fryzjera i oprócz tego około 230 osób obsługi w pałacykach i rezydencjach. W samej tylko willi myśliwskiej w Łańsku w woj. olsztyńskim jest garnizonik złożony z około 50 ludzi pod dowództwem por. Doskoczyńskiego. Ludzie ci pilnują willi, utrzymują ją w pogotowiu i hodują specjalną zwierzynę na tych dziesięć dni czy dwa tygodnie, które tow. Bierut spędza tam rocznie na polowaniu. Kosztuje to robotników w Polsce kilkaset tysięcy złotych rocznie. Oczywiście tow. Bierut ma i swoje kino prywatne w Belwederze i w Konstancinie, gdzie wyświetla się specjalnie sprowadzane filmy zagraniczne. (…)Tuż obok willi Bieruta są wille Bermana,Radkiewicza, Aleksandra Zawadzkiego i innych. W GISZ -u rezyduje Rokossowski. Cała ulica Klonowa zamknięta jest dla ruchu i nikt nie ma tam dostępu. Bo każdy członek politbiura ma też i tam swoją willę. A oprócz nich tacy wybrańcy jak Szyr, wiceminister bezpieczeństwa Romkowski, Mietkowski oraz wielu innych. Cała ta kolonia, którą myśmy nazwali gettem, rozłożyła się w pięknych lasach. Otoczona wysokim eleganckim parkanem, ma własne instalacje wodociągowe i elektryczne, własne kino i stołówkę, z której członkowie Biura Politycznego korzystają za darmo. Jest też i oddzielna wartownia, specjalnie wybudowana za pół miliona złotych, dla ochrony tych dygnitarzy.

Życie na osiedlu stało na wysokim poziomie.

(...) w Konstancinie, oprócz własnych samochodów i szoferów ma także w dużym stopniu zapewnione codzienne utrzymanie. W bardzo prosty sposób. Dba o to już ambasada sowiecka w Warszawie, która co jakiś czas w kurtuazyjnym podarunku dostarcza towarzyszowi Mincowi paczek żywnościowych. Każda z nich waży około 70 kg i zawiera najlepsze sowieckie likiery, wina i szampany, papierosy w artystycznie malowanych pudełkach, sowieckie konserwy rybne, kawior i łososie, owoce południowe i wyszukane czekolady. A dla towarzyszki Mincowej znajdzie się tam zawsze kolekcja najlepszych perfum zagranicznych.

1-4742

Wyżej mowa była o podsłuchach instalowanych w Julisinie, podsłuchiwani byli także inni goście. Warto odnotować, iż w owym czasie w Konstancinie gościła wierchuszka Kominternu z całej Europy.

Marynarka reżymowa systematycznie i nielegalnie przerzuca kierowników zachodnich partii komunistycznych na konferencje do Moskwy. I tak trzykrotnie nielegalnie wyjechał do Moskwy na pokładzie statków polskich Togliatti. W Warszawie się później zatrzymują i stamtąd samolotem lecą do Moskwy. Wiadomo, że faktyczny kierownik komunistycznej partii Francji, Jacąues Duclos, był trzy albo cztery razy nielegalnie transportowany statkami z Francji do Polski i samolotem do Moskwy. W drodze do Moskwy, jak też i w drodze powrotnej, odbywają się konferencje u Bieruta w Konstancinie, gdzie Jacąues Duclos, Togliatti czy inni kierownicy komunistycznych partii na Zachodzie dzielą się wiadomościami.

Światło opisał wydarzenia jakie miały miejsce w latach 1949-53, większość zapewne nastąpiła po roku 1952, kiedy osiedle ogrodzono, o czym opowie kolejna część cyklu o Królewskiej Górze. Choć samo osiedle istniało do roku 1956, niewątpliwie rewelacje Światły przyczyniły się do ograniczenia pewnych działań, jak choćby budowy wspomnianej drogi. Niezwykle ważne wydaje mi się nazwanie w ubiegłym roku ronda znajdującego się na terenie dawnego osiedla imieniem Inki. Choć nie miała ona nic wspólnego z tymi terenami, jednak być może pozwoli to nawet symbolicznie uspokoić duchy tego miejsca. Z którego ostały się sypiące i zniszczone wille, wśród których biegnie droga z czerwonej kostki.

 

W tekście wykorzystano jako ilustracje skany z zasobu IPN. Życiorys Jóżefa Światło znaleźć można na wikipedii.


Źródła i literatura:

  • Zbigniew Błażyński, Mówi Józef Światło. Za kulisami bezpieki i partii, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1986.
  • Andrzej Paczkowski, Trzy twarze Józefa Światły. Przyczynek do historii komunizmu w Polsce, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci