Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Konstancin

Korzenie Konstancina

ksunder

Obchody 120-lecia istnienia Konstancina i 100-lecia utworzenia w nim Uzdrowiska zdominowały miejski krajobraz tygodnie temu, wokół plakaty, bannery oraz bilbordy, wywołujące u części mieszkańców gminy słuszną irytację, bowiem letnisko ze swą willową tradycją sprawia, iż reszta gminy zdaje się nie istnieć. Jeziorna, Skolimów, Bielawa czy Cieciszew ze swa historią sięgającą średniowiecza nie są wspominane. Ale takie już prawa marketingu; sprzedawane jest coś ładnie opakowanego, czym można się pochwalić. Choć mam wrażenie, że niektóre z osób odpowiedzialne za promocję tych wydarzeń nie do końca rozumieją jakie święto obchodzone jest podczas dni Konstancina... Kilka miesięcy temu w gminnym biuletynie publikowano zdjęcia z Kępy Okrzewskiej, zachęcając do obchodów stulecia Uzdrowiska, co w przypadku wsi założonej pod koniec XVIII wieku, z tradycjami jednej z najstarszych olęderskich osad Urzecza, ma się jak przysłowiowy piernik do historycznego wiatraka w pobliskich Obórkach. Obchody święta najmłodszej z tutejszych miejscowości nie staną się nigdy lokalnym świętem całej gminy. Warto też wiedzieć, że zarówno założenie Konstancina jak i powołanie Uzdrowiska zawdzięczamy zaborcom, o czym traktuje dzisiejszy nieco przewrotny tekst.

Uzdrowisko powołano w roku 1917, stąd tegoroczne obchody. Zdaje się jednak, iż na pierwszy plan nie wysunie się informacja, że uczyniły to władze okupacyjne. Dla przypomnienia był to przedostatni rok I Wojny Światowej, podczas gdy walki na froncie zachodnim zbierały krwawe żniwo, na wschodzie od zakończenia ofensywy 1916 roku sytuacja pozostawała bez zmian. Z okresu tego pochodzi zresztą jedno z mych ulubionych tutejszych zdjęć, najlepiej oddających grozę wojny. Podczas gdy w błocie i okopach ginęli żołnierze, w konstancińskim latowisku wczasowicz wesoło macha do fotografa kapeluszem. Wojna zdaje się być odległa. Walory i zalety tutejszej solanki doceniają pruskie władze, nadając osadzie Konstancin status uzdrowiska. I nad tym na chwilę się zatrzymajmy, warto bowiem zastanowić co się za tym kryło. Decyzja ta wpisuje się reformę administracyjną prowadzoną przez Prusaków, którzy rok wcześniej zajęli Królestwo Polskie. Decyzja co do jego dalszych losów jeszcze nie zapadła, w owym czasie nie jest do końca czy stanowić będzie prowincję cesarstwa, czy też państwo kadłubowe, do czego zdaje się skłaniać niejasna deklaracja z 5 listopada 1916 roku. Jasne jest jednak, że zajęte tereny muszą zostać poddane reformom, przede wszystkim administracyjnym, dostosowującym biurokrację carską do potrzeb nowoczesnego państwa. Skoro Prusacy zajęli te tereny nie zamierzają ich oddawać, stąd też decyzja o statusie osady Konstancin, wpisująca się w ten sam ciąg reform, jak powiększenie granic Warszawy poza okopy Lubomirskiego. Umożliwi jej to rozwój i wykroczenie poza ciasne linie demarkacyjne wytyczone przez carskie władze, ograniczające jej powiększenie. Kolejne nastąpi w latach pięćdziesiątych, a miasto zacznie zabudowywać tereny wiejskie dopiero pół wieku później kolonizując Białołękę czy Wilanów. Chwilowo udało uniknąć się nam jeszcze większej Warszawy, ale pamiętajmy że proces ten zapoczątkowali Prusacy i paradoksalnie to im Warszawa zawdzięcza stanie się dużym miastem, zaś Konstancin status Uzdrowiska. Dodajmy jeszcze, że władze II Rzeczpospolitej decyzji tych nie zmieniały, nie prowadziły lustracji, zaś uznawszy swoistą odrębność letnisk Konstancina i Skolimowa, w roku 1924 dokonały ich wyłączenia z gminy Jeziorna tworząc oddzielną jednostkę administracyjną. W roku 1917 nie było jeszcze tego wiadomo, do dnia 3 maja niewielu brało na poważnie możliwość istnienia niezależnej Polski. Prusacy prowadzili reformę ziem, które uważali za własne. Postępujące wydarzenia ich nieco przerosły.

Clipboard0111Sierpień 1916. Rosjanie wycofują się z Warszawy, trwa atak podczas którego zostaje spalony Ursus, tymczasem w Konstancinie...

Cofnijmy się jednak do samego początku Konstancina, założonego w roku 1897 jako letnisko Obory-Konstancya. Zgodnie z rozpowszechnioną w licznych opracowaniach wersją, założycielem i pomysłodawcą letniska był Witold hrabia Skórzewski, w uznaniu za zasługi ustanowiony patronem tutejszego parku. Nic bardziej mylnego. Jeśli przyjrzymy się kontekstowi historycznemu stwierdzimy, iż nie do końca odpowiada to prawdzie. Historia Konstancina zaczyna się zaś wraz z upadkiem Powstania Styczniowego. Do roku 1864 dziedzice ziemscy rozparcelowując swe ziemie, po wycięciu lasu zakładali czynszowe osady-kolonie. Tak uczynili choćby Szymanowscy po wycięciu lasu i założeniu w nim Szymanowa i Borowiny, czy też Julian Czarnowski w przypadku Czarnowa. Będące skutkiem Powstania Styczniowego uwłaszczenie odebrało tę możliwość. Dokonano tak zwanej likwidacji wsi i nadania ich chłopom, co sprawiło, że mimo płaconych odszkodowań właściciele ziemscy wpadli w kłopoty finansowe. Załamała się bowiem gospodarka oparta o model pańszczyźniany. Przyznam, że z wielkim podziwem przeglądam księgi rachunkowe klucza oborskiego, gdzie do połowy XIX wieku Kasper hrabia Potulicki zarządza swymi włościami niczym znacznym przedsiębiorstwem, umiejętnie osiągając zyski. Ich utrata była dla Potulickich znacznym ciosem, mimo rozwiniętego modelu folwarcznego, zmuszając ich do stopniowego wyzbywania się dóbr, takich jak niedalekie Wągrodno. Z końcem XIX wieku nadszedł dzień, w którym by zaspokoić wierzycieli planowano wyciąć las porastający brzegi Jeziorki. Tu na scenę wkracza Mieczysław hrabia Potulicki.

W tym miejscu pozwolę sobie odesłać do dawnego tekstu, w którym opisywałem Wilegiaturę, czyli modę na posiadanie willi i wypoczynek na letnisku pod Warszawą sprawiającą, iż z końcem XIX wieku w każdym kierunku rozbudowywano kolejki, zakładano letniska, a wczasowicze docierali do Powsina czy Jeziorny. Tylko ktoś zamieszkujący w tych stronach, obserwujący zawrotną karierę Otwocka, mógł wpaść na pomysł by letnisko takie wytyczyć w tutejszych dobrach. Tym kimś był właśnie Mieczysław hrabia Potulicki, zamieszkujący w Oborach, o czym zawsze mówi Teresa Łatyńska, wspominająca iż Konstancin wymyślił jej dziadek, co spotyka najczęściej dyskretne milczenie. Lecz oczywistym jest, że jedynie osoba doświadczająca na co dzień wilegiatury mogła podjąć decyzję o założeniu Konstancina. Witoldowi hrabiemu Skórzewskiemu należy jednakże przyznać status organizatora, bowiem to on sprawił, iż Konstancin stał się wyjątkowy. Jako człowiek światowy, a przede wszystkim pruski obywatel, bywał w europejskich kurortach, a także w Berlinie. Na bazie doświadczeń postanowił by tworzone letnisko uczynić elitarnym, na kształt podberlińskiego Grünewald (obecnie dzielnicy Berlina), gdzie nie miała wstępu biedota. Jeśli przyjrzymy się zasadom obowiązującym w Konstancinie i Grünewald, odnajdziemy analogiczne zapisy. Zakaz dzielenia działek, wznoszenia wysokich płotów, domów znacznej wielkości… Wille miały prezentować się wspaniale pośród alejek między sosnami. Zasad takich nie znajdziemy w innych ówczesnych polskich latowiskach. Tak oto narodził się Konstancin, na bazie pruskich doświadczeń…

wpis4Wieża ciśnień w budowie

Tak więc chichot historii sprawia, że gdzieś ponad genezą Konstancina oraz powstaniem uzdrowiska unoszą się duchy cara Mikołaja II i kajzera Wilhelma, którzy pośrednio spowodowali, iż tutejsze strony wkroczyły na ścieżkę, pozwalającą im świętować 120-lecie letniska o 100-lecie Uzdrowiska. Choć oczywiście nikt o tym nie wspomni podczas dni Konstancina…

O wycinaniu lasów

ksunder

Zaznaczmy na wstępie, że dzisiejszy wpis w żaden sposób nie będzie wiązał się z wycinką drzew prowadzoną od początku tego roku jak Polska długa i szeroka, co miałem okazję sam wielokrotnie stwierdzić, przemierzając kraj z południa na północ i wschodu na zachód. Dziś przyjrzymy się zmianom w zalesieniu na tych terenach na przełomie dziejów, bo kto dziś świadom jest, że okolice Bielawy i Jeziorny porastały lasy?

28925960422_6e5552474b_bLas Oborski. Zdjęcie ze zbiorów serwisu zdjęciowego Konstancina

Drzewa zarastały większą część Mazowsza i od czasów średniowiecza z wolna wycinano je na potrzeby osadnictwa. Jednakże był to proces długotrwały, ślady istnienia areałów leśnych znajdujemy w tych stronach aż po czasy nowożytne. Ciekawe okazuje się przede wszystkim prześledzenie nazewnictwa okolicznych miejscowości, które daje nam wskazówki co istnienia w tych stronach dawnej puszczy. Sytuowane wzdłuż szlaku handlowego wiodącego wzdłuż Wisły wsie stopniowo rozrastały się. Zauważyć przede wszystkim należy, iż to właśnie wycinka lasów przyczyniła się w dużej mierze do narodzin Urzecza i trapiących je powodzi. Częste wylewy Wisły były skutkiem rozregulowania sieci hydrograficznej i zmianą tutejszego średniowiecznego mikroklimatu.  Rozwój osadnictwa wpływał na niszczenie szatę leśną, co rozregulowało poziom wód gruntowych. Wyrąb lasów wokół dopływów Wisły, zagospodarowywanie tych ziem, przekształciły ją z rzeki spokojnej i łagodnej w krnąbrną i niebezpieczną. Im więcej drzew znikało, tym bardziej rzeka przybierała, następnie rozlewała się pośród pustych przestrzeni.

Wędrując od północy tuż za Powsinem odnajdziemy nieistniejącą już wieś Łazy, której kilka lat temu poświęciłem osobny wpis. Jej nazwę jej zapisywano początkowo jako Lassy bądź Lasy, co wskazuje nam na założenie na terenie zalesionym, w miejscu w którym teraz znajdują się pola i mokradła. Nazwa ta oznaczała niegdyś teren uprawny powstały w lesie po wykarczowaniu drzew, gdzie gospodarowano na wypalenisku. Również inne wzmianki potwierdzają nam, iż jeszcze w XVI wieku w okolicy Bielawy znajdował się duży las. Po jego wycięciu w Łazach znajdował się młyn, który podupadł, gdy Oborscy z Obór zmienili bieg Jeziorki, co oznaczało również koniec tutejszego lasu. Jego część istniała jeszcze w roku 1565, gdy podczas lustracji królewszczyzn notowano, iż w Okrzeszynie „jest też tam łęgu trochę dębowego, którego Wisła co rok urwie”. Stopniowo rzeka zabrała las całkowicie, bowiem w kolejnych latach nie ma już o nim mowy.

Z kolei las znany obecnie jako kabacki aż do XVIII wieku porastał obszar sięgający co aż do Jeziorny Królewskiej. Jego spora część należała do dóbr Bielawy, a na skarpie znajdował się „bór zwany Gawrońcem”. Drzewa porastały również obszar na granicy z Jeziorną Królewską, w XVIII wieku wyrąbano je, a tamtejszy obszar zwać zaczęto Porąbką. Nazwa ta przetrwała aż do dnia dzisiejszego. Jak donoszą mieszkańcy tamtejszych stron po dziś dzień zdarza im się wykopywać potężne karpy, świadczące o porastaniu tych obszarów przez dawną puszczę. O ile określenie Porąbka funkcjonuje po dziś dzień, przede wszystkim jako określenie Szkoły Podstawowej nr 3, zaginęła inna nazwa, odnosząca się do lasu graniczącego z Jeziorną Królewską. Jego granice ukazuje nam pochodząca z roku 1789 mapa Karola de Perthees, choć zapewne w owym czasie był już w dużej mierze wyrąbany. Jego miejsce zajęły pola uprawne, choć jeszcze w latach pięćdziesiątych XX wieku używano nazwy Borowina, na określenie obszarów ciągnących się w kierunku Lasu Kabackiego. Słowo to oznacza obszar pozostały po wyrąbanym lesie. Z czasem nazwa ta w okolicach Jeziorny zniknęła, zastąpiona przez Wygon, choć jak wspominają dorastający w Jeziornie Królewskiej tuż po wojnie, nie mieli pojęcia, iż na w niedalekiej okolicy znajduje się inna miejscowość o nazwie Borowina.

pth2

Mapa Karola de Perthees. Widoczne pozostałości lasu jeziorańskiego

Jej historia nie jest długa. W połowie XIX wieku Las Chojnowski ciągnął się nieprzerwanie między Łubną a Baniochą, należąc do Szymanowskich, zamieszkujących w Łubnie i Turowicach. Walerian Szymanowski w latach pięćdziesiątych szukając źródeł dochodu wyciął las i sprzedał drewno. Ubytek drzewostanu musiał być znaczny, bowiem do władz złożył skargę ówczesny proboszcz słomczyński w 1855 roku. Z trzydziestu włók pozostały cztery porośnięte młodnikiem, a proboszcz nie mógł tym samym skorzystać przysługującego mu od dawna prawa wyrębu. Drewno kupował począwszy od 1848 roku kupiec Icek Blass z Góry Kalwarii, a w lasacg Łubnej wycięto drzewa olszowe, sosnowe, brzozowe i dębowe. W ich miejscu zakładano kolonie: Szulec, Nowy Szymanów, Wypęk i Goździak. Obecnie znajdziemy w tych miejscach Szymamów, Szymanówek i właśnie Borowinę. W tym samym czasie, w roku 1858, założono osadę w środku lasu należącego do Chylic, zwaną Czarnowem. W ten sposób powoli znikał las istniejący tu od czasów średniowiecza, w którym polował jeszcze książę mazowiecki, Janusz Starszy, przybywając do Jastrzębia.

Choć w niniejszym opisie pominąłem osady znajdujące się na Urzeczu, zaznaczyć należy iż mimo powodzi i zmian koryta Wisły istnienie areałów leśnych notowane jest jeszcze w czasach nowożytnych, choćby w Gassach, zaznaczono je ponadto na mapach pochodzących z XVIII wieku. Nazwy takie jak Borek, Dębówka czy wreszcie Imielin, pochodzący od Jemioły, ukazują nam dawną lokalizację takich miejsc.
Clipboard023

Las Oborski nakreślony ręką XVII-wiecznego kartografa, Jana z Jawora

My jednak wróćmy na powrót na skarpę, bowiem sosnowy las to środek Konstancina, jego esencja i serce. Letnisko lokowano w lesie i nieopodal jego, a on sam stal się w XX wieku fragmentem chojnowskiego parku krajobrazowego. Las porasta centrum miasta, a z pomiędzy jego wyrastają domy między którymi ciągną się ulice. Wystarczy nimi trochę powędrować, by wejść między drzewa, gdzie ulic już nie ma. I rozejrzeć się dookoła, by ujrzeć Konstancin 110 lat temu. Taki las dzielił Witold hrabia Skórzewski. Las, który do roku 1897 spoglądał z góry na okoliczne miejscowości. Las, przez który brzegiem skarpy wiodła droga do Góry. W lesie nikt nie mieszkał, kilkukrotnie go wycinano, odrastał przez cały XIX wiek. Spójrzmy raz jeszcze na mapę, jeszcze raz wróćmy do linii skarpy. Jej linia ciągnie się od zachodu wzdłuż Jeziorki i z południa na północ, starym korytem holoceńskiej Wisły. Zarówno w wieku XVIII jak i XIX, a co za tym idzie i wcześniejszym, nie uświadczymy tu żadnych osad. Las rośnie na skarpie, spoglądając z niej w dół, na rzeki i pola. Ludzie od wieków osiedlali się w dawnym korycie rzeki, gdzie nie trzeba było karczować drzew, piaszczysta gleba nadawała się do uprawy roślin. Zaś las był tam od początku, wiosną barwiąc niebo swą zielenią, zaś jesienią jak do tej pory przybierając barwę płomienia, porośnięty przez trawę pożółkłą niczym sen. Ludzie mieszkali poniżej, za rzeką, las zaś dawał im oparcie. W przeciwieństwie do Waleriana Szymanowskiego Potuliccy zamiast wyciąć las, a drewno sprzedać kupcom z Góry Kalwarii zdecydowali się założyć tu letnisko. Ale to już inna opowieść…


Źródła i literatura:

  • AGAD, ASK
  • AGAD, Obory
  • Lustracja województwa mazowieckiego 1565 r. wyd. PWN, W-wa 1965, red. I Gieysztorowa A. Żaboklicka
  • DUNIN-WĄSOWICZOWA Anna, Geografia historyczna Mazowsza XVI-XVIII w., Rocznik Mazowiecki t. 7, 1979, s. 57-67
  • OSTROWSKI Janusz, Warunki przyrodnicze i zmiany zalesienia powiatu Piaseczno na przestrzeni dziejów w: Studia i materiały do dziejów powiatu piaseczyńskiego, red. J. Antoniewicz, Warszawa 1973

Fischer w Julisinie

ksunder

Dzisiaj mała cegiełka dotycząca pobytu w Julisinie gubernatora GG Ludwiga Fischera. Mało znana relacja, wpisująca się w szerszy kontekst opowieści o strzelaninie do piłkarzy na placu Sportowym, znanej już wcześniej. A także kolejny przyczynek do opowieści o planowanym na niego zamachu, spośród których wychodził zazwyczaj cało.

Relacja Władysława Kaczmarskiego, spisana podczas przesłuchania w charakterze świadka w Warszawie 23 maja 1945 r. przez sędziego śledczego Halina Wereńko, delegowaną do Komisji Badania Zbrodni Niemieckich,

W środku lipca 1943 roku, daty dokładnie nie pamiętam, w Konstancinie na boisku futbolowym przy willi Pomianowskiego o godz. 17.00 policja niemiecka z batalionu ochronnego Fischera pod dowództwem Oberleitnanta Vossa, imienia nie znam, urządziła łapankę na grających w piłkę i widzów. Policja obstawiła boisko, po czym zagarnęła przeważnie młodzież do samochodów, których było kilka. Wywiązała się strzelanina do uciekających, słyszałem, iż były dwa wypadki zastrzelenia. Nazwisk zastrzelonych nie znam.

Ja w tym czasie byłem nad rzeką. Słysząc strzały, poszedłem do domu, po drodze dowiedziałem się o przebiegu łapanki. W końcu lipca lub na początku sierpnia 1943 roku, daty dokładnie nie pamiętam, dowiedziałem się także od uciekających z miejsca obławy, iż nad jeziorem, koło toru kolejowego przed Konstancinem w kierunku Warszawy, policja niemiecka z batalionu ochronnego Fiszera, o godz. 17.00, przy największym nasileniu kąpiących się, urządziła obławę. Mówiono mi, iż złapanych wywieziono 10 czy 15 samochodami. W czasie obławy była strzelanina za uciekającymi, kilka osób odniosło rany. Nazwisk nie znam. Nie wiem również, ile osób w obu obławach zatrzymano. Obławą kierował Oberleitnant Voss.

Zaznaczam, iż policja batalionu ochronnego Fischera stacjonowała w Konstancinie, gdzie w okresie letnim przyjeżdżał też czasem Fischer do willi Wertheima. W 1940 roku willa w Konstancinie przy ul. Piasta 19, własność rodziny Kiełbasińskich, moich krewnych, została zarekwirowana przez Niemców. W 1943 była zamieszkana przez Niemca Szeffera urzędnika z kontroli cen, który przysłał Kiełbasińskim zawiadomienie, iż mają opłacać podatki za dom, oraz że jeden pokój na piętrze jest dla nich zarezerwowany. Latem 1943 roku od czerwca przyjeżdżałem do tego pokoju na soboty i niedziele. W końcu czerwca, daty nie pamiętam, Szeffer zaprosił mnie do siebie, bym posłuchał radia z Londynu. Sam Szeffer wyszedł z domu, a ja w jego mieszkaniu słuchałem radia. W związku z tym zaprosiłem w następną niedzielę kilku kolegów i w pokoju Szeffera słuchaliśmy radia angielskiego. W trakcie tego posłyszeliśmy kroki na schodach, złapaliśmy stację niemiecką, a do pokoju wszedł Szeffer i dwóch policjantów. Zaznaczam, iż należałem do PAL, jak również moi koledzy tam obecni: Bogdan Kurniak (zam. Kutno, ul. Krakowskie Przedmieście 26), Młyn[arz?] Franciszek Kust, prezes Samopomocy Chłopskiej na województwo krakowskie. Wszyscy trzej, przyjeżdżając do Konstancina, chcieliśmy zbadać teren, po czym urządzić zamach na Fischera. W chwili słuchania radia, gdy weszli Scheffer i dwaj policjanci, jeden z tych, co weszli, chwycił za broń, drugi – jak się okazało Oberleitnant Voss – uspokoił go. Staliśmy chwilę, po czym nie zatrzymywani wyszliśmy do swego pokoju. Po godzinie przybył do nas Voss, mówiąc, iż nie wyciągnie żadnych konsekwencji z faktu, iż słuchaliśmy radia. W lipcu 1943, po łapance na boisku, wieczorem spotkałem w ogrodzie Vossa i powiedziałem mu: „–Co pan dziś narobił”, odpowiedział mi: „ Dlaczego Polacy w biały dzień prowokują Fischera? Wracał właśnie samochodem z Warszawy i widział ten mecz, po czym polecił mi osobiście przez telefon, żebym rozpędził tych bandytów” machnął ręką i powiedział: „ Alles guatz”. Na tym się rozmowa nasza zakończyła.

Pewnej niedzieli w lipcu czy na początku sierpnia 1943 Szeffer mi powiedział, iż Fischer znów osobiście kazał Vossowi zrobić łapankę na Polaków kąpiących się w jeziorku za Konstancinem. Mówiąc to Szeffer był podchmielony. Odczytano. julisin01_700


źródło: Repozytorium Ośrodka Badania nad Totalitaryzmami

W małym dworku

ksunder

1 marca obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Z rozmaitych powodów (nie tylko politycznych) podejście do obchodów wywołuje nierzadko skrajne reakcje. Wdawał się w rozważania na ten temat nie będę, na blogu pisałem kiedyś o "Barrym", pojawił się także gościnny tekst Tomasza Zymera o “Ince”. Rzecz nie tylko w żołnierzach wyklętych, nie wszyscy poszli po wojnie do lasu, niektórzy usiłowali żyć zwykłym życiem, lecz im na to nie pozwolono. Wśród nas po dziś dzień żyje cicha bohaterka, p. Barbara Żugajewicz-Kulińska, która wzięła udział w Powstaniu Warszawskim, biorąc udział w walkach o tutejszą Papiernię. A po wojnie miała za to zapłacić straszną cenę. Jutro odbędzie się z jej udziałem spotkanie - szczegóły na zamieszczonym na dole wpisu plakacie. Ponadto obejrzeć będzie można film o działalności UB w willi “Biały Dworek”. Właściwie to MBP, bo jako taka Służba Bezpieczeństwa jeszcze nie istniała, ale to nic nie znaczący szczegół. Ironia historii sprawiła, iż mało kto pamięta, iż w tej willi będącej później częścią STOCERu, katowano ludzi. Informacji tej nie znajdziemy nawet w tutejszych spacerownikach, zaś kultura masowa przetworzyła tę informację, tworząc legendę czerwonego kata z UB, który straszyć ma w opuszczonym komisariacie MO na ulicy Niecałej, gdzie UB swej siedziby nigdy nie miało. Lecz nim do tego doszło, po zniszczeniu warszawskiego szpitala Św. Ducha, willa stała się miejscem, gdzie operacje przeprowadzali ewakuowani stamtąd lekarze. Jak chcą niektóre wspomnienia, w tajemnicy operowano tu nocami rannych Powstańców. Po wojnie willa stała się siedzibą UB, a piękna mozaika nad wejściem, widoczna na zdjęciu poniżej, zamiast lekarzy i żołnierzy AK, witała funkcjonariuszy reżimu. Twórcy filmu zadali mi pytanie, jak długo “Biały Dworek” był siedzibą organów. Dokumenty w IPN na ten temat milczą, ja jednak obstawiłbym lata 1954 - 56, co wiązało się z wygaszaniem i likwidacją osiedla na Królewskiej Górze, a także rozwiązaniem MBP po ucieczce Józefa Światły. W tym czasie siedziba ta została przeniesiona do Włoch. Lecz nim do tego doszło, “Biały Dworek” zmienił się w miejsce terroru. I o tym dziś chciałbym przypomnieć, publikując mało znaną relację p. Barbary, o tym co spotkało ją po wojnie. Pełny tekst jej powstańczych wspomnień znajduje się w archiwum historii mówionej. Przeczytajcie.

Bialy_Dworek_3_mozaika_2015__Fot__Sygowska

Po wyzwoleniu trzeba było zapłacić za patriotyzm (...) i zaczęła się działalność UB. Istnieje do dzisiejszego dnia piękna willa, wtedy jeszcze piękna, pod tytułem „Biały Dworek”, rzeczywiście był piękny biały dworek, za którą to siedzibę wybrał sobie pan Zbigniew Trams – szef UB w 1946–1947 roku. Zaczęło się z jego strony postępowanie takie, jak wszystkich UB-owców, z tym że różnie to robili, w różny sposób, różnymi metodami. Ja wówczas miałam lat siedemnaście.

Zostałam porwana, brzmi to może dzisiaj troszeczkę śmiesznie, ale autentycznie zostałam porwana. Wracałam mianowicie od przyjaciół z korepetycji, bo już wtedy uczyłam się, w szkole u Rejtana na Królewskiej Górze w Konstancinie było już liceum uruchomione, wszyscy zaczęliśmy kontynuować przerwaną podczas Powstania naukę. (...) Była taka sytuacja: to był 6 grudnia 1945 roku, to pamiętam dokładnie, tak jak datę urodzenia, takich rzeczy się przecież nie zapomina. Wyszliśmy z domu kolegi, który mieszka powiedzmy kilometr ode mnie, było mroźnie, ale bez śniegu, dosyć ostro. Weszliśmy do otwartej zresztą furtki [mojego domu]. Kolega, grzeczny chłopak, chciał mnie odprowadzić do samych drzwi domu i w momencie, kiedy wzięłam za klamkę, a była to szarówka, nie zdążyłam wziąć za klamkę i zastukać, żeby mnie domownicy otworzyli drzwi, z tyłu podeszło do mnie jakiś dwóch mężczyzn, wykręcili mi ręce, mojemu koledze również, jeden z nich dał mi kopniaka w tyłek i wyprowadzili nas z ogrodu. Nie zdążyłam nawet pisnąć, krzyknąć, nie było czasu, to było tak wszystko szybko, że absolutnie nie było czasu. Zaprowadzili nas właśnie do tego „Białego Dworku”, do siedziby UB i po drodze domyślałam się, że coś się zaczyna dziać, że coś jest nie tak. Zresztą ojciec mój, który był człowiekiem bardzo czujnym i obserwował, co się dzieje w Polsce, uprzedzał mnie, żebym nigdzie nic nie mówiła, nie rozmawiała, nie nawiązywała żadnych kontaktów, przestrzegał mnie. Wszystko to wiedziałam, miałam tylko okazję włożyć rękę do kieszeni mojemu koledze, miałam bardzo piękny pierścionek na palcu, zresztą dostałam go od ojca z jakiejś okazji rocznicowej, ten pierścionek koledze wrzuciłam do kieszeni, bo wiedziałam że mi zabiorą, bo mój przypadek nie był pierwszym przypadkiem. Oczywiście Wojtek przybiegł, pierścionek zaraz oddał ojcu, wszyscy już w domu wiedzieli, że Baśka jest aresztowana, bo on rozstał się ze mną przy tej instytucji, o której mowa, to znaczy przy Urzędzie Bezpieczeństwa, przy siedzibie Urzędu Bezpieczeństwa. I tam się zaczęło dopiero to, co powiedziałam na wstępie, że zaczęło się drugie życie za patriotyzm. Najpierw kazali mi się rozebrać, później musiałam wysłuchać całej masy różnych uwag na temat swojego ciała, że tu trochę jest za dużo, tu trochę za mało, był tam właśnie pan Zdzisław Trams, mówię to po raz pierwszy: pan Trams, bo się nigdy nikt nie interesował, co się z nim stało, a bił tutaj, maltretował, dziesiątki młodzieży.

e2ab52c5af1145d5a3842294d4b8fc0680060000

Ale poza panem Tramsem moim głównym katem, to był mój kolega, z lasu, pan Roman Wernio, też mówię nazwisko, nie ma już tajemnic w tej chwili żadnych. Był to parobek z dawnego majątku państwa Branickich w Wilanowie, który przyszedł do nas do lasu, do nas mówię, do naszego lasu chojnowskiego, powiedział, że ma broń i że bardzo chętnie będzie walczył w partyzantce. Został przyjęty jako ochotnik, rozpracował całe środowisko i po wejściu Sowietów i NKWD i UB naszego polskiego, wszystko miał gotowe. Tak że mnie lejąc, bijąc, ja właściwie nic nie musiałam mówić, oni wszystko wiedzieli. Odwrotnie, ja się od nich dowiadywałam, czego mam nie mówić, bo wiedziałam, że oni już to wiedzą. Bicie wyglądało tak jak wszyscy opisują, wszyscy wiemy doskonale, jak się biło, ja to wszystko przeżyłam, z tym że miałam wtedy siedemnaście lat i było dwóch młodych chłopów, niewiele ode mnie starszych, jeden miał może dwadzieścia dwa, drugi może dwadzieścia cztery. Trams nie wiem, może mniej, dobrze zbudowani jeden i drugi, oni mi się kazali rozebrać i postawili mnie na stołku o trzech nogach, kazali mi przewiesić się przez stołek. Dostałam po kręgosłupie ze trzydzieści razy pałka metalową, obciągniętą gumą. Uwaga pana Tramsa wobec mojego kolegi z lasu, pseudo-kolegi z lasu: „Wiesz co, lej, nic jej nie będzie, nie zdechnie, dobrze zbudowana, lej, nic jej nie będzie”. No więc efekt tego był taki, że, wtedy jeszcze nie byłam taka rozsądna, jak w tej chwili, byłam strasznie pyskata, zwymyślałam ich od bandytów, od bandziorów, od najgorszych, im więcej się z nimi kłóciłam, tym więcej dostawałam.

W pewnym momencie usłyszałam: „Hmhm” – takie chrząknięcie, w którym rozpoznałam mojego ojca, on siedział za drzwiami i czekał na mnie, ponieważ powiedzieli mu, że owszem jestem na zeznaniu, ale zaraz będę, zaraz mnie wypuszczą. Nie prawda, wcale mnie nie wypuścili, tak mnie zbili, że następnego dnia, jak mnie ojciec odbierał od nich, to lekarz powiedział: „Wie pan co, niech pan Baśce wezwie raczej księdza, bo ja już tutaj nic nie pomogę”. Byłam zbita, dwa miesiące nie chodziłam do szkoły, ponieważ byłam koloru przysłowiowej wątroby. Do dzisiejszego dnia zresztą odczuwam bóle kręgosłupa, ponieważ miałam pęknięty w dwóch miejscach kręgosłup, to niestety nie daje się tego zreperować i już się nie zreperuje.

Od tamtej pory zaczęło się: wzywania, nękania, właściwie co dwa, trzy tygodnie musiałam się meldować. Pan Trams z powodu mojej osoby nie pozwolił mojej klasie zrobić studniówki, kiedy już przygotowaliśmy się w następnym roku do matury. Wszędzie za mną ktoś łaził, do tego stopnia, że wpadłam w tak straszną nerwicę, że jak mnie ojciec wysłał na rehabilitację do Zakopanego, w gronie moich kolegów, przyjaciół, to mnie się ciągle wydawało, za mną szedł mój brat, a mnie się ciągle wydawało, że idzie za mną ktoś, kto mnie zaraz złapie za ramię i mnie wepchnie gdzieś, albo zrobi mi jakąś krzywdę.

To trwało do 1956 roku.(...)

źródło: wspomnienia Barbary Kulińskiej w AHM

kurek_konst_16

P. Barbara nie była żołnierzem wyklętym, podczas wojny należała do oddziału NSZ, który w chwili wybuchu Powstania był już częścią AK. Lecz to przynależność do NSZ sprawiła, że była po wojnie prześladowana. Pod powyższym linkiem znajdziecie dalszy ciąg wspomnień pani Barbary, włącznie z opisem procesu o szpiegostwo jaki jej w połowie lat pięćdziesiątych planowano wytoczyć. A podczas spacerów spoglądając na “Biały Dworek” warto pamiętać, że skrywa on w sobie fragment tragicznych losów wielu mieszkańców tych okolic.

we wpisie wykorzystano zdjęcie ze zbiorów WMK, autorstwa Iwony Sygowskiej (mozaika)  oraz akwarelę autorstwa Stanisława Kurka

12742648_897367663718290_3157167523728384364_n

Na półce z książkami 3

ksunder

W zamyśle miałem pisać o książkach częściej, przede wszystkich o wydanych dawno temu. Jednak jakoś tak wyszło, że robię to raz do roku, a co ważniejsze, piszę o książkach aktualnie wydawanych. Po latach posuchy dotyczących publikacji na temat tych stron otrzymujemy rzeczy nowe i do tego świetnie wydane. Więc kolejna porcja nowinek wydawniczych.

Elżbieta Piskorz-Brenekova, Łukasz Maurycy Stanaszek - Strój wilanowski z Nadwiślańskiego Urzecza, PTL, Wrocław 2015

strjwilanowski

Moja wielka miłość do Urzecza, gdzie wyrosłem i z którym jestem nierozerwalnie związany, powoduje, iż mogę być w ocenie książki nieobiektywny, lecz podsumować tę publikację należy stwierdzeniem, że jest ona świetna. Nie tylko z powodu swej bogatej warstwy ilustracyjnej, lecz przede wszystkim z racji aparatu naukowego. Napisana jest przystępnym językiem, ma jednak walor jakiego nie miały dwie książki dr Stanaszka o Urzeczu. W nich autor przyjął konstrukcję łączącą pracę naukową z popularną, co było zamysłem w tamtym wypadku doskonałym, pokazującą jak powinny wyglądać publikacje z dziedziny etnografii wydawane w wieku XXI. Dzięki temu książki trafiły pod strzechy, przyczyniając się do powrotu urzeckiej tradycji. Ta książka choć skierowana do wszystkich zainteresowanych strojami ludowymi (również kostiumologów) jest publikacją naukową. Choć nadal napisana przystępnym językiem, a zwyczajny czytelnik rozliczne przypisy pominie, jest to jej podstawowa zaleta. Wydana w prestiżowej serii “Atlas polskich strojów ludowych” opracowana została zgodnie z założeniami przyjętymi w roku 1949, gdy zaczęto wydawać publikacje z tej serii. Wymusiło to na autorach naukowe podejście i opisanie stanu badań, historii stroju wraz z jego obecnym stanem, oraz zasięgu obszarowego. Powyższe sprawiło, iż dostajemy do ręki pełnoprawne dzieło naukowe, którego dotąd brakowało specjalistom. Jednocześnie choć nadal bogato ilustrowane, nie znajdziemy tu opisu społeczności Urzecza, nacisk został położony na jego zróżnicowanie i historię. Rzecz jasna większą część publikacji zajmuje historia i rozważania nad rozwojem stroju wilanowskiego, jest to publikacja innego typu niż dotychczasowe książki na temat Urzecza. Jeśli ktoś szuka nowych informacji na ten temat nie znajdzie ich tutaj, w warstwie dotyczącej mikroregionu to ugruntowanie obecnych badań. Lecz w przypadku opisania stroju, wszyscy którzy pragną strój taki posiadać, dostają do ręki szczegółowy jego opis wraz z historią, instrukcję wraz z wykrojami. Dowiedzieć się można wreszcie jak prawidłowo wiązać pasy i chusty... Przede wszystkim jednak z publikacji tej książki płyną dwie najważniejsze informacje. Po pierwsze istnienie mikroregionu zostało ostatecznie ugruntowane w świecie naukowym, bowiem opisania stroju regionalnego doczekało się Urzecze, a po dziś dzień publikacji takiej nie doczekał się choćby strój krakowski. Po drugie jednak po lekturze książki stwierdzić należy, iż choć nadal będziemy posługiwać się zwyczajową nazwą stroju wilanowskiego, de facto pochodzi on z obszaru położonego między Wilanowem a Czerskiem, gdzie zachowały się najstarsze tego typu ubiory. Jest on więc tak naprawdę strojem urzeckim, charakterystycznym dla całego regionu. Książkę nabyć można kontaktując się z PTL - http://stroje.ptl.info.pl/atlas-polskich-strojow-ludowych.html

Antoni Śledziewski, Anna Demska, Zaczęło się w Jeziornie. O wycinance i jej obecności we współczesnym projektowaniu, Konstancin-Jeziorna 2015, red. H. Kaniasta

Bez_nazwy2

W roku 2011 znany i ceniony kolekcjoner ludowych wycinanek Antoni Śledziewski, przekazał swe zbiory Konstancińskiemu Domowi Kultury. Album zawiera ich odwzorowanie, świadcząc o ponad półwiecznej fascynacji autora wycinankami ludowymi, które pozwoliło na zachowanie dla przyszłych pokoleń tej niezwykłej twórczości. Wprowadzenie autora przedstawia nam zresztą historię i genezę obecnie bardzo rzadko spotykanej tradycji, wycinania niesamowitych wzorów z papieru. Opublikowane wycinanki wykraczają poza obszar tutejszych okolic, bowiem znajdują się tu wycinanki kurpiowskie, garwolińskie, czy łowickie. Choć mam obawy, że w tamtych rejonach mało kto zauważy istnienie tej ważnej publikacji, warto zapoznać się ze zbiorami Antoniego Śledziewskiego. Zauważyć także należy, iż choć gromadząc swe zbiory nie miał on jeszcze pojęcia o istnieniu mikroregionu Urzecza, posługując się niefortunnym terminem powiśla otwocko-garwolińskiego (czasem kołbielskiego, jakie proponowano wówczas w literaturze), zauważył iż na rozwój tutejszej wycinanki olbrzymi wpływ miała obecność Papierni w Jeziornie i dostępność produkowanego w niej papieru. Jasna staje się także nierozerwalność wzorów wycinanek z wilanowskim motywem kwiatowym pojawiającym się na tutejszych strojach. Książkę warto więc mieć, kolejna ważna publikacja, choć oczywiście mocno hermetyczna tematycznie i nie zainteresuje większości osób.

Hanna Kaniasta, Artyści dawnego Konstancina, Konstancin-Jeziorna 2015

12705200_1068737539856965_4608943027436558241_n

Najładniej wydana dotąd publikacja Konstancińskiego Domu Kultury, w twardych okładkach, na pięknym papierze. Stanowi pokłosie wystawy jaka miała miejsce w KDK, podczas której zgromadzono prace artystów związanych w jakikolwiek sposób z Konstancinem. Oczywiście nie wszystkich, ale nie sposób czynić z tego zarzutu, bowiem wykonana praca i ówczesna wystawa pozostawiały odwiedzających pod niezapomnianym wrażeniem. Przyjęty układ albumowy sprawia, iż po zapoznaniu się ze wstępem, otrzymujemy informację na temat danego artysty wraz reprodukcją jego dzieła, bądź jego fotografią, w przypadku rzeźbiarzy. A skala nazwisk jest naprawdę imponująca, nie mogło zabraknąć tworzących w Konstancinie Leopolda Buczkowskiego czy Krzysztofa Henisza, lecz przede wszystkim artystów przedwojennego letniska, w części zapomnianych, lub takich, których mało kto kojarzył z Konstancinem, jak choćby Józefa Pankiewicza. Toteż warto mieć tę piękną publikację albumową. A otrzymać można ją całkowicie za darmo już jutro, na spotkaniu poświęconym tej publikacji, prowadzonym przez autorkę wspomnianej książki, która przygotowała wspomnianą wystawę. Spotkanie odbędzie się w dniu 21 lutego 2016 roku o godz. 16.30. W KDK także można zdobyć publikację o wycinance ludowej.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci