Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : dobra-wilanowskie

Wakacje z duchami (2): Duchy lasu chojnowskiego

ksunder

Kontynuujmy wakacyjną opowieść o duchach nawiedzających te strony. Choć zapewne kryją się w niejednej opuszczonej willi, porzucimy na razie Konstancin zamieniając go na pełen tajemnic Las Chojnowski. Niegdyś miejsce wielu starć i potyczek, znaczonych przez liczne groby. Obecnie pozostał tylko jeden, węgierskiego żołnierza, pozostałe przepadły w otchłani czasu. Jak wspomina wielu grzybiarzy niegdyś w lesie znaleźć można było jeszcze co najmniej dwa groby. Mogiła rosyjskiego żołnierza przetrwała do lat osiemdziesiątych,  obecnie nie pozostał po niej żaden ślad. Podjęta próba jej odnalezienia dwa lata temu zakończyła się smutnym stwierdzeniem, iż cały teren został gruntowanie zryty przed dziki. Las zresztą szybko odbiera to co należało niegdyś do niego, mało kto wie, iż kiedy powstawał Konstancin w środku lasu oborskiego znajdowała się sporej wielkości osada zwana Teresinem. Zamieszkiwało ją prawie czterdzieści osób, obecnie jedynie mapy wskazują na jej lokalizację i znajdującej się w tym miejscu jeszcze do roku 1945 leśniczówki. Porzućmy więc serce tej części lasu leżącego w nadleśnictwie Chojnów, i drogą przez Czarnów skierujmy się ku Zalesiu Górnemu. Tu również niegdyś pełno było grobów żołnierzy, którzy podczas walk jesienią 1914 roku zginęli w tych lasach, zdaje się jednak że nie na nawiedzają mieszkańców tej urokliwej miejscowości. W tej okolicy w uroczysku Zimne Doły znajdziemy również kamień upamiętniający starcie stoczone 25 sierpnia 1944 roku przez oddział NSZ walczący w ramach struktur AK 1 sierpnia w Papierni. Tu poległ dowódca kompanii i kilku żołnierzy. Dziś jednak naszym celem jest szosa łącząca Zalesie Górne z Pilawą, na rozstaju dróg na głazie wyryto napis "Tu czuwa duch mój Wiktor Stephan 1865-1923". Nieopodal znajdziemy uroczysko Stephana, miejsce nawiedzane przez ducha lasu chojnowskiego. Oddam w tym miejscu głos Małgorzacie Szturomskiej, bowiem nie oddam tej opowieści równie pięknie jak ona:

1243_1

"Unoszące się opary mgły nad bagnami i polanami paproci wróżą zmierzch. Idący przez las miłośnik grzybów traci orientację. Panika powoduje, że im w las, tym więcej drzew i mniej wiedzy w którym miejscu jesteś. Oczy lasu stają się wielkie jak strach, szelesty nieprzyjazne a ogniki bagienne prowadzące na manowce coraz jaśniejsze. W takiej sytuacji możesz zobaczyć mężczyznę w mundurze leśnika, który miedzy jeziorem paproci a skrajem polany bacznie ci się przygląda. Pytasz go o drogę a on pokazuje gestem kierunek. Leśnik wie, że w lesie się nie hałasuje. Można spłoszyć tańczące we mgle elfy, zdenerwować krasnoludka, co mozolnie w muchomorze świdruje igłą sosnową. Buduje domek i chce zdążyć przed nocą. Leśnik odchodzi, zbłąkany wędrowiec odnajduje ścieżkę. I wtedy uświadamia sobie, że Leśnik nie szedł zwyczajnie, raczej płynął nad paprociami, unosił się nad bagnem. W ciszy wieczornego lasu nie było słychać nawet szelestu liści i gałęzi krzewu wilczego łyka, które poruszył. Leśnika widzieli robotnicy leśni i nocni wędrowcy, którzy wracali z pracy z Piaseczna. W upalny lipcowy dzień, gdy aromat lasu sosnowego roznosi się po lesie, przy rozstajnych leśnych drogach na kamieniu siadał Stephan i wsłuchiwał się w las. Pozdrawiał tych, co jechali furką do domu z piaseczyńskiego targu. Takich kamieni było kilka, rozrzuconych po lesie. Ulubionych miejsc legendarnego leśnika. Mówiono, że to miejsca o dużej energii, wzmacniające w chorobie, dajace ukojenie."

step

Wiktor Stephan był inspektorem tej części lasu w dobrach wilanowskich, obejmujących w XIX wieku Chojnów i Żabieniec, a także dalekie Kabaty. Od roku 1892 aż do swej śmierci w roku 1923 był leśnikiem tej części lasu i go ukochał. Na jego cześć nazwano pobliski rezerwat, a także jeden z olbrzymich dębów, wreszcie pobliską miejscowość nazwano Stefanowem. Choć grób leśnika znajdziecie na Cmentarzu Parafialnym w Piasecznie, wciąż krąży nieprzerwanie w tych lasach. A co mają do tego dobra wilanowskie? Chojnów i Żabieniec znajdowały się właśnie pod zarządem Wilanowa, potężnego majątku należącego w XIX wieku do Potockich. I jak pisałem już kiedyś mieszkańcy tych wsi musieli odrabiać szarwarki na Urzeczu, biorąc udział w umacnianiu wałów wiślanych, co z racji odległości od tej rzeki było dla nich kompletnie niezrozumiałe.

Ale Wilanów to temat na odrębną opowieść. W kolejnej części spotkamy duchy mieszkające w tutejszych pałacach i zamkach.


W tekście wykorzystano fragmenty autorstwa Małgorzaty Szturomskiej.

O stroju wilanowskim

ksunder

Moja córka poznaje właśnie regiony Polski oraz strojach ludowych, oczywiście nie dowiaduje się z podręczników o Urzeczu. Zupełnie mnie to nie dziwi, nauka w szkole podstawowej nie obejmuje mikroregionów, a w program nauczania nie zdążyły się jeszcze wpisać i zapewne nie wpiszą przez lata informacje o zapomnianym do niedawna obszarze Powiśla. Warto jednak wiedzieć, że również w tych stronach noszono strój regionalny, który wraca powoli do łask, choć przez lata kojarzony był wyłącznie z dobrami wilanowskimi, 

Obecnie noszą go członkowie takich zespołów jak Łurzycanki czy Powsinianie, choć coraz częściej sięgają po niego i inne osoby, choćby niestrudzony promotor regionalnego miodu z "Tęczowej Pasieki". Ubiór sięga istniejących tu z dawna tradycji. O tym, że noszono go w dobrach wilanowskich wiadomo nie od dziś, stąd też wzięto jego nazwę. A pokolenia etnografów powtarzają za Oskarem Kolbergiem, iż właśnie tam był popularny, od Czerniakowa po Powsin. Posługując się ikonografiami z epoki niektórzy wskazują, że noszono się tak w Piasecznie oraz Nadarzynie, co raczej do końca nie odpowiada prawdzie. Jakiś czas temu okazało się, że przypisano go pod koniec XIX wieku nawet do okolic Grójca. W tym wypadku wynika to raczej z faktu, że na terenie ówczesnego powiatu grójeckiego leżały nadwiślańskie okolice od Kawęczyna aż po Pilicę, a strój ten zestawiono z wizerunkiem zamku w Czersku.

1-Beyer

Nie będę na ten temat teoretyzował, warto zajrzeć do książki „Nadwiślańskie Urzecze” Łukasza Maurycego Stanaszka, gdzie tematowi temu poświęcono cały rozdział. Ja jedynie skupię się na czym innym – wbrew temu co powtarzają znawcy stroju ludowego, a co powoli zaczyna się zmieniać, strój wilanowski noszony był także w położonej bardziej na południe części okolic nadwiślańskich. Właśnie na terenie obecnej gminy Konstancin-Jeziorna. Na okładce wspomnianej książki zobaczyć możemy bogatą rodzinę ze wsi Kopyty nieopodal Gassów stojących przed swym domem właśnie w owych strojach. W stroju tym także został uwieczniony bogaty gospodarz ze Słomczyna w roku 1902. Wygląda identycznie jak mieszkańcy podwarszawskich wsi przedstawieni na znanym zdjęciu Karola Beyera (1818 - 1877), który w latach sześćdziesiątych XIX stulecia fotografował Warszawę, a pod kościołem wizytek uwiecznił wieśniaków w odświętnych strojach. Bo strój nie był oczywiście noszony na co dzień, lecz wkładany z okazji ważniejszych wydarzeń. Po pierwszym wydaniu książki gdzie autor wzmiankował, iż strój wilanowski mógł być charakterystyczny dla Urzecza, wielu rozmówców starszego pokolenia na widok zdjęć, przypominało sobie taki strój z dzieciństwa. Jeszcze w latach trzydziestych widywali gospodarzy na mszach w kościele w Słomczynie ubranych w niebieskie sukmany z czerwonymi kołnierzami. W strojach takich udawano się także na uroczystości kościelne w Karczewie. Strój zanikł w połowie XX wieku.

Jak się zresztą okazało najciemniej pod latarnią. Poniżej zamieszczam zdjęcie z serii, z której jedno udało się rzutem na taśmę zamieścić w książce, znane już z profilu bloga na facebooku. Dziewczyna ze wsi Gassy, wówczas osiemnastoletnia, ubrana w strój wilanowski. Założyła go z okazji Zielonych Świątek w czerwcu roku 1944, tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego, nim wieś spłonęła w sierpniu pod ogniem radzieckich bomb. Wraz z nim poszła z dymem piękna suknia, którą ma na sobie. Suknia ślubna jej babci, w której w kościele w Słomczynie brała ślub na początku XX wieku. Strój odświętny i uroczysty, jaki wówczas noszono na terenie dawnych dóbr oborskich, od Kępy Oborskiej aż po Cieciszew… Dziewczyna na zdjęciu żyje po dziś dzień i wciąż mieszka na Urzeczu, jest moją babcią. To kolejne zdjęcie świadczące o powszechności występowania stroju w nadwiślańskich wsiach obecnej gminy Konstancin-Jeziorna.

10940441_685716828215287_2058003310367191713_n

Etnografowie zgodni są co do jednego, ludność nosząca takie stroje była znacznie zamożniejsza w stosunku do swoich sąsiadów, na co wpływ miała bliskość Warszawy, gdzie sprzedawano płody rolne. Co z kolei miało wpływ na wykształcenie się mikroregionu zwanego Urzeczem. Być może podpatrzono go w dobrach wilanowskich i przyjęto jako odświętny strój we wsiach nadwiślańskich.

Nazwy wilanowski wpisanej na trwałe w polską etnografię już nie zmienimy, choć śmiało możemy nazwać strój pochodzącym z nadwiślańskiego Urzecza. Może z czasem zastąpi pojawiające się wciąż w regionie stroje łowickie, kojarzone z ludowością. Unikalny haft wilanowski jest coraz bardziej znany, został wpisany umiejętnie w logo Zielonych Świątek, jakie obchodzić będziemy w tym roku na Urzeczu. Warto więc wiedzieć, że strój ten nie jest żadnym wymysłem, lecz ma sięgające daleko w przeszłość tradycje.

więcej o stroju wilanowskim w tym miejscu

Kępa Wołowa

ksunder

wpis o zaginionej wsi olęderskiej na lewobrzeżnym Urzeczu

Dziś o jednej z najbardziej zapomnianych olęderskich wsi, położonych między Okrzeszynem a Zawadami, w wilanowskiej część Urzecza. Jak już niegdyś wspominałem, mimo iż nie musimy pisać historii tutejszych olędrów na nowo, należy przesunąć ją wstecz o co najmniej pół wieku. Choć olędrzy obecni byli w tym rejonie co najmniej od XVII wieku, gdy na początku tego stulecia przez te rejony przeszła ich pierwsza fala, nie zakładali wówczas osad. Stało się to dopiero w ostatniej ćwierci wieku XVIII, gdy w roku 1773 Hieronim Wielopolski jako właściciel dóbr oborskich podpisał z trzema osadnikami kontrakt na zagospodarowanie wyspy pośrodku Wisły. Tak powstała Kępa Oborska, a wkrótce w sąsiadujących dobrach ziemskich idąc za tym przykładem założono Kępę Falenicką oraz Kępę Okrzewską. W przypadku tej ostatniej do niedawna rozpowszechniona była data jej założenia w roku 1807, podczas gdy w rzeczywistości miało to miejsce w latach siedemdziesiątych XVIII stulecia.

Nie inaczej jest i w przypadku sąsiedniej wyspy, położonej na wprost wsi Zawady. W ślad za znanym artykułem Jana Kaźmierczaka podawano, iż olędrzy założyli Kępę Zawadowską w roku 1819. Tymczasem wytyczono wówczas jedynie kolonię o tej nazwie, bowiem osadnicy byli tu obecni już od końca XVIII wieku. Kępa Zawadowska przetrwała po dziś dzień, choć jej granice już dawno się zatarły, a po olędrach pozostał niewielki cmentarzyk. Nie ma natomiast śladu po pierwszej osadzie olędrów zwanej Kępą Zawadzką, istniejącej już w latach osiemdziesiątych XVIII stulecia. Zaginęła także Kępa Wołowa i nazwę tę znają w zasadzie jedynie specjaliści.

Na posiadanej przeze mnie fotokopii mocno nieczytelnej mapy z końca istnienia Rzeczpospolitej Kępa Wołowa już istnieje. Na wprost Miedzeszyna oznaczono domostwa położone nad brzegiem Wisły, za północ od Suchej Trawy, gdzie znajdowała się karczma przeznaczona dla oryli i flisaków. Ciekawostką na wspomnianej mapie jest również nazwa osady olęderskiej na Kępie Okrzewskiej, którą określono tu jako Kępę Jeziorny, nazwę wywodząc podobnie jak w przypadku Kepy Oborskiej czy Falenickiej od dóbr na terenie których powstała osada. Mianem Kępy Okrzewskiej czy tez Okresińskiej określano wówczas wyspę położoną na wprost Okrzeszyna, na której istniała już osada zamieszkana przez Polaków. Wróćmy jednak do Kępy Wołowej, którą w całej okazałości widać na pięknej mapie nakreślonej w roku 1815 przez Jana Chryzostoma Malleta. Widzimy domostwa rozproszone na niewielkim półwyspie, nieopodal wspomnianej „oberży” na Suchej Trawie, w której zresztą tutejsi osadnicy olęderscy mieli przez lata często bywać.
kw

Kępa Wołowa, widoczna nad Miedzeszynem, tuż obok "oberży" Sucha Trawa, na granicy z "wyspą  Falenicy" czyli Kępą Falenicką. Mapa Malleta, 1815.

Kiedy powstała Kępa Wołowa? Dokładnie nie wiemy, najstarszy zapis w księgach metrykalnych pochodzi z roku 1798 i dotyczy chrztu Samuela Karola Krygiera, syna mieszkających tu Pawła i Anny, z kolejnych zapisów wiemy, iż we wsi w owym czasie osiedli także Michał Haltmann i Marcin Neimann  wraz z żoną Elżbietą, którym urodził się tu syn Gotfryd. Czy zamieszkali tu na stałe nie mamy pojęcia, osadnictwo olęderskie tamtego okresu to ciągłe przemieszczanie się do kolejnych osad w poszukiwaniu warunków lepszego życia.

Kępa Wołowa nigdy nie była dużą osadą, zapewne nie mieszkało tu więcej niż 2 – 3 rodzin, podobnie jak w przypadku niewielkiej Kepy Falenickiej, gdzie liczba ta nie przekroczyła nigdy 4. Liczba domostw stała się z czasem jeszcze mniejsza, jednakże ziemię dalej uprawiano, bowiem w latach trzydziestych dzierżawił ją olęder z Kępy Zawadowskiej, Michał Jezierski. W roku 1850 rządca dóbr wilanowskich prowadził śledztwo wobec tutejszego czynszownika nazwiskiem Sokołowski, który przemycał piwo i wódkę z sąsiednich dóbr i „szynkował” innym kolonistom, zapewne w pobliskiej Suchej Trawie. Brak informacji czy wskutek dokonanej rewizji ujawniono trunki nielegalnego pochodzenia.

O ile jednak Kępa Falenicka przetrwała po dziś dzień w postaci niewielkiego przysiółka, Kępę Wołową zabrała Wisła. Znamy dokładną datę tego wydarzenia, bowiem miało to miejsce wkrótce po opisanych wydarzeniach z czynszownikiem Sokołowskim, a przyczyniło się do tego usypanie wałów, które pozostawiły znaczną część uprawnych gruntów nad wiślanym brzegiem. W roku 1852 ostatni kolonista Kępy Wołowej Jan Kletke wniósł do Zarządu Głównego Dóbr o zmniejszenie czynszu wskutek wpadnięcia gruntu w Wisłę. Kolejne przybory wiosenne dały się jeszcze bardziej we znaki, jak wkrótce zapisał oficjalista wilanowski „Poświadczam jako z wiosną 1853 r w skutek uformowanego na Rzece Wiśle zatoru z nagromadzonego w jeden punkt lodów Kempa Wołowa w posiadaniu Jana Kletke czynszownika będąca tak dalece przez wodę wiślaną zniszczona została, iż nie ma dziś najmnieyszego śladu gruntu tego a w tym miejscu w obecnym czasie jest koryto Wisły”. Jan Kletke wnosił jeszcze o nadanie mu gruntu w innym miejscu, jednak dowiedział się wówczas, iż „prócz Kępy pod Siekierkami, nie ma żadnej przestrzeni na urzeczu gdzie można utworzyć nową kollonię, na wymienionej zaś Kępie gdzie użytkuje wsi z faszyny jednego osadnika wpuszczać niepodobna”. Tak oto historia wsi dobiegła końca


Źródła i literatura:

  • AGAD, AGWil
  • KAZIMIERCZAK Jan, Kępa Zawadowska - wieś olendrów w granicach Warszawy (1819-1944), Rocznik Warszawski, t. V, 1964, s. 235-256.

Tajemnice pewnego wiatraka

ksunder

Poprzedni wpis traktował o młynie nad Świdrem, dzisiejszy rozpoczniemy w Powsinku, a zakończymy w Słomczynie. Mowa będzie o wiatraku, którego zdjęcie znalezione w przepastnych zasobach internetu, zamieściłem jakiś czas temu na facebooku. Domniemywałem, że chodzić może o Powsinek, bowiem z opisu wynikało, iż budowla miała znajdować się nieopodal Wilanowa, gdzie w owym czasie wiatraka nie było, a analiza ówczesnych map uprawdopodobniała tę lokalizację. Jednakże pamiętający tamtejszy wiatrak kategorycznie stwierdzili, iż widniejący na zdjęciu nie jest tym samym, który znajdował się niegdyś w Powsinku. Po doświadczeniach związanych z poszukiwaniami grobu Ignacego Robaka, gdy świadkowie także wskazywali dawną lokalizację grobu, a ostatecznie odnalazł się on w zupełnie innym miejscu, postanowiłem przyjrzeć się historii wiatraka w Powsinku nieco bliżej.


Wiatrak "pod Wilanowem" jak chce opis w internecie. W XX wieku wiatrak w Wilanowie już nie istniał, stąd przypuszczenie, iż może chodzić o Powsinek, jednak lokalizację tę wykluczają osoby pamiętające widok tego wiatraka.

Jego historia rozpoczyna się w roku 1835. 19 listopada mistrz młynarski Antoni Pilecki zawarł z Potockimi, dziedzicami dóbr wilanowskich,  kontrakt na wybudowanie w ciągu dwóch kolejnych lat wiatraka i użytkowanie go przez okres kolejnych 40 lat, z możliwością przedłużenia dalszej dzierżawy. Był to typowy kontrakt emfiteuzy, analogiczny w swych zapisach do kontraktów zawieranych z olędrami. Pileckiemu wskazano miejsce na budowę, zezwalając wystawić „przy wsi Powsinku na klinie gruntu pogorzeliskiem zwanym młyn-wiatrak z domem mieszkalnym, stodołą i oborą”. Na potrzeby młynarza wyznaczono grunt pod ogród, zezwolono ogrodzić teren drewnem z tutejszych lasów, określono opłaty jakie miał wnosić do dworu. Zaznaczono, iż pierwszeństwo mielenia w wiatraku winni mają mieć poddani dóbr wilanowskich, a dopiero później młynarz może zarabiać na mieleniu mąki pochodzącej z innych miejsc (gwoli przypomnienia ówczesne dobra wilanowskie rozpoczynały się we wsi Siekierki i sięgały do Powsina, a w ich skład wchodził również Służew, Kabaty, Chojnów, Żabieniec i wiele wsi na prawym brzegu Wisły jak Las czy Zastów). Wiatrak został wzniesiony jako jeden z ostatnich wybudowanych w tych okolicach i w tej lokalizacji pozostał do końca swej historii, która nastąpiła tuż przed wybuchem II Wojny Światowej, kiedy został rozebrany. Obecnie na miejscu jego dawnej lokalizacji znajdują się sklep domy jednorodzinne.

Wróćmy jednak do XIX wieku. Wiatrak prosperował bardzo dobrze, do czasu aż wdowa po Antonim Pileckim, po śmierci kolejnego męża, sprzedała określone kontraktem prawo do użytkowania wiatraka małżeństwu Paszotów. Począwszy od lat sześćdziesiątych zadłużyli oni wiatrak, nie odprowadzając należności wyszczególnionych w kontrakcie z roku 1835. Potoccy wykazali się dużą cierpliwością, jednakże po kilku latach zaczęli dochodzić długu sądownie. Powodowane to było chęcią przejęcia wiatraka na własność, co możliwe było dopiero po uchyleniu obowiązującego kontraktu. Jako właściciele Potoccy mogliby sami określić warunki dzierżawy dla kolejnego młynarza, zmieniając stawki określone w kontrakcie. Wykazywali, iż Paszotowie nie dopełnili punktu szóstego, gdzie mowa była o tym, iż przedłużenie dzierżawy o kolejne 40 lat będzie mogło nastąpić wyłącznie w przypadku bieżącego regulowania należności i wniesienia nowej opłaty dzierżawnej. Czas nowej dzierżawy już się zbliżał, bowiem był to rok 1867. Nie dziwmy się tu Potockim, bowiem od czasów zaboru pruskiego posiadacze dóbr ziemskich boleśnie przekonali się, że nie mogą wiele zrobić, jeśli zawarli kontrakt emfiteutyczny, którego zapisy sprawiały, że przez 40 lat odprowadzano taką samą sumę opłat czynszowych. W zasadzie nie zdarzało się, aby jakiś olęder przegrał sprawę przed sądem, o czym w tym czasie przekonali się Potuliccy usiłując w połowie XIX wieku zmienić zapisy kontraktu z roku 1773, przedłużonego w roku 1813, zawartego pierwotnie z olęderskimi kolonistami Kępy Oborskiej.

Na Mapie Kwatermistrzostwa z roku 1843 (prawy górny róg) wiatrak oznaczono już jako wybudowany. Duża mapa pochodzi ze zbiorów wilanowskich, krzyżykiem oznaczono miejsce przeznaczone na budowę wiatraka w roku 1835.

W tym wypadku w trakcie procesu Paszotowie odstąpili wiatrak wraz z przyległościami Józefowi Karczewskiemu, posiadaczowi dorożek w warszawie, który opłacił zaległości i stał się kandydatem do przedłużenia dzierżawy wiatraka. Przed sądem przesłuchano prócz Paszotów wiele osób, w tym dzieci nieżyjącej już Marianny Rombalskiej. Nazwisko takie nosiła Marianna Pilecka po drugim mężu, z którym ślub wzięła w latach pięćdziesiątych. Na proces stawiła się  Eleonora Rombalska zamieszkała w Słomczynie. Drugim mężem Marianny był bowiem Walenty Rombalski, dawny młynarz ze Słomczyna.

Jego historię opisałem już swego czasu we wpisie o „Młynie w Słomczynie”; niespodziewanie udało się odkryć jego dalsze losy. Choć w roku 1849 wygrał proces z Kacprem Potulickim, dziedzicem dóbr oborskich, o użytkowanie łąki nieopodal której jego ojciec wybudował w roku 1825 wiatrak, najwyraźniej konflikt sprawił, że musiał opuścić dzierżawę. Być może dobiegł końca kontrakt dzierżawny, którego Potulicki nie chciał przedłużyć, a być może korzystniejsze okazało się po sporze przeniesienie w inne strony. Dość, że po roku 1852 poślubił wdowę Mariannę Pilecką i jako doświadczony młynarz osiadł w Powsinku. Żył jeszcze w roku 1860, gdy korespondował z rządcą dóbr wilanowskich, gdy podpisywał się niewprawną ręką prosząc , aby budowany we wsi Wolica młyn tartaczny nie odbierał mu chleba i nie mielił mąki. Po jego śmierci Marianna odsprzedała prawo do wiatraka Paszotom.

Czy Powsinek czy Słomczyn, jak to na Urzeczu, dzisiejsza historia kolejny przyczynek do tego jak bardzo powiązane są w tym regionie losy ludzi i rodzin.


Źródła:

  • AGAD, AGWil 

Sztyletnicy Łurzyca

ksunder

Mimo pokonania oddziału Kononowicza Powstanie Styczniowe trwało nad Wisłą jeszcze wiele miesięcy. W okolicach Konstancina piękne karty powstańcze zapisano w Górze Kalwarii, gdzie szpitalny lekarz sekretnie pomagał powstańcom, a także w Piasecznie, gdzie naczelnikiem wojennym był ówczesny ksiądz, a jak okazało się dopiero niedawno, tamtejszy burmistrz dotąd posądzany o współpracę z Rosjanami, z narażeniem życia ratował życie powstańców. Rozbity oddział Kononowicza zebrał na nowo Ludwik Żychliński, walcząc pod Górą Kalwarią krążył między prawym a lewym brzegiem Łurzyca. W sierpniu został ranny podczas przekraczania rzeki, a dowództwo nad partią przejął Jan Fabiani, który ukrył partię na lewym brzegu Wisły w lasach chojnowskich. Są to rzeczy znane, tu jedynie zarysowane, bowiem zainteresowani mogą pogłębić swe wiadomości dzięki załączonej bibliografii. Natomiast cieszy, iż w 150 rocznicę tych wydarzeń udało się przybliżyć nieco informacji o powstańcach, związanych z naszymi terenami, którzy z rozmaitych powodów nie funkcjonowali w świadomości mieszkańców gminy Konstancin-Jeziorna. Takich jak Ignacy Robak, czy Walenty Pindelski, który jak się okazuje zgodnie ze spisem oficerów rocznika 1923 posiadał jako weteran walk powstańczych stopień podporucznika Wojska Polskiego. Zaś p. Jacek Latoszek, który zwrócił moją uwagę na Walentego Pindelskiego, wskazał także ciekawe informacje o sztyletnikach działających na lewobrzeżnym Urzeczu, także w naszej gminie.

Zapewne określenie sztyletnik pozostaje nieznane dla większości czytelników tego wpisu. To jeden z mniej romantycznych epizodów Powstania, bowiem sztyletnicy prowadzili także wojnę polsko-polską. Mianem wojny określano powstanie w ówczesnych zagranicznych gazetach (na terenie Prus i Austrii), co Rosjanie usiłowali strywializować używając określenia bunt czy zamieszki. Sztyletnicy zostali powołani przez rząd narodowy do dywersji i ochrony podziemnych struktur państwowych, a także do wykonywania wyroków na szpiegach i zdrajcach. Po wybuchu powstania zyskali nazwę V Oddziału Żandarmerii, zwanego również żandarmami wieszającymi. Ich celem stało się zasianie adekwatnego terroru wśród władz carskich, jaki szerzyli Rosjanie. Stąd i zamachy na namiestnika Fiodora Berga, generała Fiodora Trepowa i wielu innych. Także Polaków – jak Aleksandra Wielopolskiego. Zdarzało się, że pacyfikowali całe wsie sprzyjające Rosjanom, jak miejscowość Lipie. Pamiętajmy jednak, że w większości wykonywali prawomocnie orzeczone wyroki, a czasy wojny rządzą się innymi prawami… Analogiczne struktury powstały podczas ostatniej wojny, a na terenie gminy zdarzały się także wówczas wyroki wykonane na jej mieszkańcach przez w imieniu Rzeczpospolitej.

Ignacy Chmieleński, twórca sztyletników

Sztyletnicy wzbudzili wśród Rosjan strach, bowiem niczym średniowieczni asasyni stali się mistrzami kamuflażu, zmieniając stroje i mundury, nie powtarzali tych samych planów. Obliczono, iż liczba ich ofiar to 1007 osób, z czego 951 osób zmarło. Część zamachów była nieudana; prócz Rosjan celami stawali się Polacy nie płacący podatku na rzecz podziemnego państwa.  Czarna legenda zniechęcała do współpracy z Rosjanami i uchylania się od wspierania Powstania. Nie dziwi więc, że sztyletnicy są rzadko wspominani w historii Polski, dość ze twórcy ideologii terroru rewolucyjnego końca XIX jak Kropotkin i Bakunin czerpali wzorce z polskiego pomysłu, choć jak napisał wybitny historyk Stefan Kieniewicz z czasem „terror powstańczy nie był już w stanie sprostać terrorowi zaborczemu”

A sztyletnicy działali także na terenie naszej obecnej gminy, a jednym z nich był mieszkaniec Słomczyna, Kazimierz Olesiński. Działał wspólnie z braćmi Biernackimi, Wincentym z Warszawy i Józefem z Nura, do grupy dołączył po rozbiciu oddziału powstańczego, w którym walczył. W Łubnej Olesiński i Biernaccy powiesili włościanina Bednarczyka. W Jeziornie zabili Żyda Flankcmanna, którego Józef Biernacki przebił sztyletem. Dokonali napadu na wieś Skolimów, jak określili to Rosjanie „w celu grabieży wraz z innemi złoczyńcami”, przy czym „Wincenty Biernacki usiłował zabić obywatelkę, która wszelako potrafiła się schronić”. Olesińskiemu nie przypisano natomiast udziału w zabójstwie żandarma dokonanym przez Biernackich w marcu 1864 w majątku wilanowskim. Gdy przybyli po odbiór mąki dla powstańców do młyna, gdzie oczekiwał ich wójt gminy Wilanów, zostali zaskoczeni przez żandarma Pokosa. Zabiwszy go uciekli dorożką. Pod sąd polowy oddano wówczas wspomnianego wójta, dyrektora młyna i pozostałe osoby obecne na miejscu, pomagające powstańcom, a właściciela dóbr wilanowskich (zresztą byłego powstańca listopadowego), hrabiego Augusta Potockiego, ukarano wysoką wówczas karą 15000 rubli.

Jak widać czasy były niełatwe, a grupie zarzucano także utopienie powstańca, który chciał odstąpić od walki. Zresztą z Wisłą związanych było wiele działań sztyletników na Urzeczu. Olesiński miał przywieźć nad brzeg rzeki schwytanego na drodze nieznanego człowieka, którego podejrzewał o szpiegostwo i wrzucić do wody. Ponieważ ów wydostał się na mieliznę, Olesiński utopił go w Wiśle wpychając w jej toń. Nie udał mu się zamach na tajemniczą kobietę, której imienia nie znamy, bowiem udało się jej przepłynąć na prawy brzeg rzeki. Nie był także skutecznym zamach na olęderskiego kolonistę z gminy Wilanów o nazwisku Altmann.

Informacja o skazaniu Olesińskiego z "Czasu" nr 216

Schwytani Biernaccy wraz z Olesińskim zostali powieszeni w Powsinku, na skrzyżowaniu ulic Vogla i Koralowej, w dniu 15 grudnia 1864 r. Choć zapomniany w Słomczynie, Olesiński zapisał się w pamięci mieszkańców Powsinka i Wilanowa. W dziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości na cmentarzu w Wilanowie odsłonięto tablicę upamiętniającą jego oraz Biernackich. A w miejscu stracenia odprawiono mszę i złożono kwiaty. Choć czyny przedstawione powyżej brzmią nieco przerażająco pamiętajmy, że znamy je z rosyjskiej relacji, a historię piszą zwycięzcy, jak czynił to opisujący niektóre z przytoczonych wydarzeń Mikołaj Pawliszczew, Polaków nienawidzący i chlubiący się tym, że „stu tysięcy szlachectwa pozbawił”. Stąd nie dowiemy się, co stało choćby za atakiem na Skolimów i zabójstwem w Jeziornie, pamiętajmy jedynie, iż grupa wykonywała w dużej mierze wydane przez Sąd wyroki, na co wskazuje powieszenie mieszkańca Łubnej. A w pamięci mieszkańców Wilanowa zapisali się jako bohaterowie powstania, stąd uczczenie ich ponad pół wieku później…

Mam nadzieję, iż to nie koniec odnajdywania informacji o mieszkańcach tych okolic, bo odkrywają one nieznaną historię tych terenów. Do kwestii Powstania Styczniowego pozwolę sobie jeszcze za jakiś czas wrócić, bowiem wydarzenie to trwale zmieniło okoliczną historię i pośrednio doprowadziło także do utworzenia Konstancina.


Źródła i literatura:

  • BORKOWSKA Małgorzata OSB, Dzieje Góry Kalwarii,Kraków 2009
  • „CZAS”, nr 216, 18 grudnia 1864
  • KANABUS Krzysztof, O powstaniu styczniowym – publikacja elektroniczna Gazety Wilanowskiej pod adresem http://www.gazetawilanowska.pl/o-powstaniu-styczniowym/[dostęp: 23.05.2013]
  • KOPCZYŃSKI Michał, Karząca ręka tajemnego państwa, w: „Newsweek Polska” 41/02 z dn. 06.10.2002.
  • PAWLISZCZEW Nikołaj, Tygodnie polskiego buntu t. I-II, Warszawa 2003
  • SWAT Tadeusz, Gloria victis. Mogiły poległych z okresu Powstania Styczniowego 1863 – 1864 na ziemiach polskich¸ Pruszków 2004

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci