Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Marynin

Żołnierze zapomnianych bitew (2)

ksunder

dalszy ciąg wpisu o żołnierzach poległych podczas Wielkiej Wojny

Pochowani w Maryninie żołnierze armii rosyjskiej spoczęli w zbiorowych mogiłach. Z powodu braku wspomnianych nieśmiertelników nie poznamy ich nazwisk. Jedynie w przypadku oficera zrobiono wyjątek i jego funkcję uwieczniono na polnym kamieniu. Informację, o liczbie pochowanych tu 37 żołnierzy carskiego wojska czerpiemy z głazy w centralnej części mauzoleum, dziś napis niemal już całkiem uległ zatarciu. Ponadto w zewnętrznym kręgu zachowały się inskrypcje 15 poległych szeregowcach.

3 RUSSEN

6 RUSSEN

6 RUSSEN – ZEWNĘTRZNY KRĄG

EIN RUSS STABSKAPITAN OKT.14

Jesienią 1914 roku frontem zachodnim dowodził generał Nikołaj Iwanow, który w dniu 10 października zarządził przejście do ofensywy, wskutek czego Rosjanie przeszli z pozycji obronnych do forsowania linii Wisły i Jeziorki. Dokonywała tego 4 armia pod dowództwem generała Aleksieja Ewerta.  Nie będę rozpisywał się tu szczegółowo na temat jej zmiennej w toku działań wojennych organizacji, w jej skład wchodziły m. in. dywizje piechoty, saperów, artylerii oraz oczywiście kozaków z kazańskiego, moskiewskiego i dońskiego okręgu wojskowego. Korpusy w skład armii weszły w większości w dniu 10 października, kiedy rozpoczęło się natarcie. W walce brały udział również korpusy z Mińska i Brześcia Litewskiego należące do Warszawskiego Okręgu Wojskowego,  wchodzące w skład 5 Armii dowodzonej przez generała Pawła von Plehwe. Kontratak przeprowadzono od strony Czerska, więc wyraźnie Niemcy nad Jeziorką zostali wzięci w dwa ognie. Niestety w tym miejscu musimy poprzestać, bowiem o ile udałoby się zapewne ustalić, który korpus i dywizja piechoty prowadziła natarcie przez rzekę Jeziorkę, a nawet być może dotrzeć do listy poległych jesienią w 1914 roku, nie poznamy imion żołnierzy, z racji braku wspomnianych nieśmiertelników

BzrrybZCMAAD2MG1914. Rosyjska armia przygotowuje się do obrony Warszawy.

Wśród 37 Rosjan pochowanych w Maryninie, nie wszyscy musieli polec podczas jesiennej bitwy. Mogą również przynależeć do 15 korpusu armijnego, opuszczającego Warszawę w sierpniu 1915 roku. Wówczas także doszło do krwawych walk, gdy pod koniec lipca Niemcy dotarli pod Warszawę. Doszło do krwawych starć m. in. w Czarnym Lesie czy niedalekiej Jesówce, gdzie kilkudziesięciu żołnierzy zginęło 27 lipca. Niemcy zamknęli pierścień warszawski dopiero 2 sierpnia, gdy pojawili się w Konstancinie, następnie skierowali ku stolicy. W okolicy wciąż pozostawały rosyjskie wojska, wycofujące się przez Wisłę, wysadzające przy tym wszystkie mosty. W żadnej mierze nie określimy tu szczegółowo rosyjskich oddziałów. W poprzednim wpisie pominąłem dwóch pochowanych w Maryninie żołnierzy niemieckich, poległych podczas ataku na wycofujących się Rosjan w dniu 5 sierpnia, należących do 336 Pułku Piechoty wchodzącego w skład 84 Dywizji Piechoty z garnizonem w Poznaniu. To dywizja prowadząca atak od zachodu, walcząca w Jazgarzewie, zresztą nie tylko tam znajdziemy groby jej żołnierzy. Na cmentarzu w Wólce Pęcherskiej znajdują się inne mogiły z sierpnia 1915 żołnierzy z tych jednostek (Pułk 333 i 336, oba z 84 Dywizji), podobnie w wypadku pojedynczych mogił, gdzie szczątki zostały już przeniesione w Piasecznie i najbliższych okolicach.

Skacząc nieco po chronologii wydarzeń, udajmy się jeszcze do miejsca, gdzie złożono poległych chronologicznie najwcześniej. Za cmentarzem w Słomczynie pochowano żołnierzy Imperium Rosyjskiego, wcielonych do wojska spośród Polaków na Wileńszczyźnie i ziemi grodzieńskiej. Zagadką pozostanie z jakiego powodu mogiła znalazła się za murem cmentarnym, polegli bowiem już pod koniec września 1914 roku, podczas ochodu armii niemieckiej w kierunku Warszawy. Frontem zachodnim dowodził tu wspominany już generał Nikołaj Iwanow, wspomagany dość mocno przez mieszkańców, witających żołnierzy rosyjskich bardzo życzliwie, co zadziwiło Rosjan, obawiających się wraz z wybuchem wojny odrodzenia polskiego patriotyzmu. W ostatnich dniach września na linię rzeki Jeziorki wycofywał się 23 korpus armijny dowodzony przez generała-lejtnanta Leonida-Otto Ottowicza Sireliusa, w skład którego wchodziła 23 dywizja haubic stacjonująca w Górze Kalwarii osłaniana przez batalion saperów i brygady piechoty, w tym dowodzony przez generała-majora Konstantina Konstantinowicza Schildbacha Lejb-Gwardyjski Litewski Pułk, stacjonujący w Warszawie, który po bitwie nad jeziorami Mazurskimi wycofywał się na południe, by ostatecznie wziąć udział w bitwie pod Łodzią. Część żołnierzy spoczęła w Słomczynie, a imion ich nie poznamy już ze znanych już powodów.


1915. Niemiecka armia w Warszawie.

Na granicy wsi Piaski i Cieciszew znajdziemy jeszcze niewielką mogiłę, usypaną w kształt okręgu. Również tu złożono niemieckich żołnierzy, poległych podczas walk nieopodal przeprawy przez starorzecze. Jak chce miejscowy przekaz polegli oni w roku 1914, choć w żaden sposób nie możemy tego potwierdzić. Walki w tej okolicy były krwawe, kościół w Słomczynie górujący nad okolicą z wiślanej skarpy został ostrzelany, a częściowemu zniszczeniu uległa dzwonnica. Poległych pochowano w zbiorowej mogile i być może to właśnie wskutek ostrzału artyleryjskiego nieśmiertelniki uległy zniszczeniu, a być może informacje te przepadły z innych powodów. Żołnierze byli częścią wymienionych już w tych wpisach pułków.

Na zakończenie przywołam epitafium nagrobne widniejące na jednej z mogił poległych podczas walk I Wojny na południu Polski, które wydaje mi się niezwykle trafne w tym wypadku:

Ziemia na której walczyliście / Nie dla wszystkich była ojczyzną / Teraz was obejmuje / I jest waszą matką

 


Dziś wyjątkowo bez bibliografii, bo korzystałem z opracowań ogólnych, które wymieniałem już w innych wpisach zamieszczonych na blogu, dotyczących I Wojny Światowej.

Żołnierze zapomnianych bitew (1)

ksunder

wpis o poległych podczas Wielkiej Wojny

Mija właśnie stulecie od wybuchu Wielkiej Wojny i bitwy toczonej na tych terenach jesienią 1914 roku, która zmieniła teren obecnego powiatu piaseczyńskiego w miejsce rozlicznych pochówków. Wiele z mogił już nie istnieje, niektóre nie przetrwały czasów dwudziestolecia, jak w wypadku Czarnowa, gdzie dopiero niedawno odkryliśmy, iż nieistniejące już krzyże, oznaczone w latach trzydziestych na wojskowych mapach, skrywały szczątki poległych w tutejszych lasach. W kilkadziesiąt lat później nie pozostał po nich żaden ślad, a po latach wybudowano w tym miejscu domy. Większość żołnierzy złożono do grobów bezimiennie i utarło się uważać, że I Wojna nie była wojną Polaków. Niesłusznie, bowiem pomijając fakt, iż z wojny tej wyłoniła się odrodzona Polska, walczyło w niej wielu żołnierzy wcielonych do zaborczych armii, którzy stracili podczas niej życie.

1385948_443954689058170_1422025349_nDywizja haubic z Góry Kalwarii okopana na skarpie między Moczydłowem a Górą Kalwarią, jesień 1914. O tej jednostce w kolejnym wpisie.

Miejsca pochówku rozsiane są w całym kraju, najczęściej na zbiorczych nagrobkach podana jest liczna poległych. Spróbujmy więc sprawić, aby żołnierze stali się w rocznicę tych wydarzeń mniej nieznani i anonimowi. Na początku powrócę do Marynina, gdzie znajduje się miejsce pochówku poległych podczas krwawej bitwy toczonej wokół Warszawy równo sto lat temu, podczas której w tych stronach apogeum przypadło na dni 14 – 18 października 1914. Opisał powyższe wydarzenie Stefan Żeromski w opowiadaniu „Pomyłki”, opis wydarzeń oraz samego starcia przedstawiałem już w kilku wpisach na blogu, wraz z okolicznościami powstania mauzoleum (linki zamieszczam poniżej), dziś więc je pominę. Tym razem równo wiek od tamtych wydarzeń pora zamieścić listę poległych, których nazwiska udało się odcyfrować z zatartych kamieni. W Maryninie pochowano 29 żołnierzy pruskiej armii i 37 rosyjskiej, jednakże z wielu nagrobków nie sposób odczytać nazwisk,  nie znajdziemy tu także informacji na temat rosyjskich żołnierzy. Ich nazwisk nie doszukamy się na kamieniach, bowiem walczący w armii carskiej w przeciwieństwie do armii cesarskiej nie nosili nieśmiertelników, umożliwiających ich identyfikację. Poniżej powtórzę zestawienie poległych za portalem do broni (przy okazji zaznaczając, iż istnieje spora szansa na pełną identyfikację poległych, bowiem trwają właśnie poszukiwania w niemieckich archiwach wojskowych, których wyników jeszcze nie otrzymałem)[ uzupełnienie z 16 października: listę uzupełniono w oparciu o dane MWKZ):

A. FABIAŃSKI (FABINSKI?) 3 KP. INF. REG. 141 GEF 13 OKTOBER 1914

REKOWSKI GEF. 13. OKT. 1914   -  

Gefrajter PAUL ZEIDLER ? 7 KP. INF. REG. 150 ? 18 OKTOBER 1914

R. LIPMANN ? 7 KP. INF. REG. 150 GEF 18 OKTOBER 1914

Unter Offizier FRIEDR. LEHMANN ? 7 KP. INF. REG. 150 GEF. 18 OKTOBER 1914

MOCZINSKI (?) ? 3 KP. INF. REG. 150 ? 18 OKTOBER 1914

H. KEMNITZ ? 7 KP. INF. REG. 150 ? 18 OKTOBER 1914

Gefr. FRANK ? 7 KP. INF. REG. 150 ? 18 OKTOBER 1914

Vizefeldfebel EMIL R. KRATZKE ? 3 KP. INF REG. 141 ? 18 OKTOBER 1914

...OELTZE ? INF. REG. 141 ? 18 OKTOBER 1914

STICKLORAT 7 KP. INF. REG. 150 GEF. 18 OKT. 1914

EIN DEUTSCHER KRIEGER INF. REG. 150

EIN DEUTSCHER KRIEGER INF. REG. 176

H. KENNITZ

EIN TAPFEREK DES. INF. REG. 141 OKT. 1914

ROGOZINSKI 5 KRUNF. REG. 336 CEF.5.AUGUST.15

...AMPKE ? INF. REG. 336 ? AUGUST 1915

Pułk 150 (1. Ermlandisches Infanterie-Regiment Nr. 150), do którego większość poległych w roku 1914 przynależała wchodził w skład 75 Brygady stanowiącej część 37 Dywizji Piechoty z XX Korpusu pod dowództwem generała Friedericha von Scholtza. Siedzibą macierzystą tego pułku był Olsztyn, skąd wiódł szlak bojowy po odrzuceniu rosyjskiego ataku na Tannenberg w sierpniu 1914 roku. Z kolei chełmiński pułk 141 (Kulmer Infanterie-Regiment Nr. 141), którego żołnierze stacjonowali w Grudziądzu i Brodnicy wraz z wojakami z innego pułku, który znajdziemy jeszcze na jednym z nagrobków [to jest zachodniopruskim pułkiem 176 (9. Westpreußisches Infanterie-Regiment Nr. 176) z Chełmna i Grudziądza] należał do 35 Dywizji, wchodzącej w skład XVII Korpusu dowodzonego przez generała Augustusa von Mackensena. Utarło się jednak błędnie podawać, że pod Warszawą walczyła armia Mackensena i jako taka funkcjonuje w literaturze, sam zresztą kiedyś do druku taką pomyłkę podałem. Jednak jej dowódcą August von Mackensen dowódcą zostać miał dopiero 1 listopada. De facto dowodził on wydzieloną grupą operacyjną z 9 Armii, w skład której wchodziły wymienione wyżej pułki, których zadaniem było zajęcie Warszawy. Pochowani w Maryninie pochodzą w większości z tej armii, choć nie jest do końca pewne, czy rzeczywiście polegli w dniu 18 października, czy też datę taką wypisano na krzyżach pierwotnie znaczących miejsce pochówku, bowiem natężenie walk na linii rzeki Jeziorki przypadło kilka dni wcześniej. Oczywiście mogli polec także podczas odwrotu, choć tego już obecnie się nie dowiemy.

macken

Augustus von Mackensen, zwany długowiecznym. Postać niezmiernie ciekawa, przeżył lat 96, umierając w roku 1945, po klęsce hitlerowskich Niemiec, jako ostatni feldmarszałek z czasów Wielkiej Wojny. Od roku 1938 w wyraźnej opozycji do nazizmu i Hitlera, ale również zwolennik rewizji granic z II Rzeczpospolitą.

Jak łatwo zauważyć pochowano tu również poległych w roku 1915. O nich, a także o rosyjskich żołnierzach, których tu złożono oraz pochowanych w Słomczynie i Cieciszewie opowie druga część tego wpisu.

A na blogu opisano również wydarzenia, wskutek których pochowano poległych w opisanych miejscach:

Zaś mającym czas w dniu 16 października podrzucę jeszcze, iż Towarzystwo Miłośników Piękna i Zabytków Konstancina organizuje wycieczkę do Marynina, na którą zaprasza chętnych. Wycieczka rozpocznie się o godz. 11.00 z udziałem przewodnika. Zbiórka w Starej Papierni na placu przy bankomacie- sklepie z winami.

Zaginione miejsca: lotniska oborskie

ksunder

wpis o miejscach, w których lądowały samoloty podczas wojny

Za chwilę wrzesień, pora więc powoli reaktywować bloga. Po powrocie z mazurskiej wędrówki szlakiem Wielkiej Wojny dowiedziałem się, że mój kolega przygotowuje do druku książkę o wydarzeniach roku 1939. Już wkrótce będziecie mogli przeczytać jej fragment w postaci artykułu traktującego o lotnisku istniejącym w Oborach tuż przed wybuchem wojny. Bardzo się cieszę, bowiem historia ta nie została dotąd należycie opisana, a temat lotniska o ile kojarzę nie pojawił się w druku, znany jest jedynie zdawkowo ze wspomnień kilku pilotów oraz Teresy Potulińskiej-Łatyńskiej. Jak mówiła zresztą niedawno w wywiadzie radiowym oficerowie mocno zżyli się z Potulickimi mieszkającymi wówczas w dworze w Obach i latem 1939 roku w niedziele podejmowani byli na obiadach w dworze, podawano wówczas kurczaka z mizerią. W trakcie wojny do oflagu posyłano im paczki.

Kiedy artykuł ujrzy światło dzienne niezwłocznie o nim poinformuję, na razie jedynie zasygnalizuję o jakie lotnisko chodzi, bowiem temat jest praktycznie nie znany. Nie jest tu mowa bynajmniej o niewielkim lotnisku funkcjonującym na terenie dawnego folwarku Imielin, znanego przez wieki jako Jemielino. Jakiego rodzaju prowadzona jest tam działalność lotnicza nie wiem, dość że jak wszyscy miejscowi zwróciłem uwagę, na dziwną przypadłość kilkunastu starych topoli, rosnących na drodze startujących samolotów, które uschły naraz pewnego lata i zostały wycięte. Zapewne zbieg okoliczności. Skupmy się więc na wspomnianym roku 1939.

Lokalizacja lotniska wskazana na forum wertrew przez użytkownika antka - jak się okazuje prawidłowa. W pobliżu straszą ruiny wojskowego obiektu radiowego dawnego Biura T MSW, wzniesionego tam w roku 1962.

Zacznijmy od wzmiankowanych wspomnień pani Teresy, która wychowywała się we dworze w Oborach: „Przez trzy ostatnie lata była u nas taka szkoła lotnicza na łąkach dla podoficerów. Wynajmowali po prostu jedną łąkę. Kiedyś jakiś samolot polski zabłąkał się na tereny niemieckie i zobaczył na mapie niemieckiej - już nie wiem, jakim cudem, nie pamiętam - że to lotnisko w Oborach jest oznaczone na ich mapach.” Lotnisko to do września 1939 funkcjonowało za oborskimi groblami, przy często uczęszczanej drodze do wsi Łęg i Czernidła. Następnie zostało ewakuowane po wybuchu wojny. Lokalizacja lotniska była swego czasu przedmiotem dyskusji na forum wertrew, jak wynika jednak ze wspomnień okolicznych mieszkańców została ona ustalona poprawnie. Właśnie o tym lotnisku będzie można przeczytać we wspomnianym artykule, dodam jedynie, iż samoloty ewakuowano bardzo szybko, pozostawiając paliwo lotnicze. Szybko okazało się ono przydatne, gdy kilka dni później na łąkach niedaleko Słomczyna wylądował „Łoś”. Osiadł na łąkach nieopodal lasu, w miejscu obecnej szkoły podstawowej. Mieszkańcy okolicznych wsi przykryli go najpierw gałęziami, aby był niewidoczny z powietrza, następnie przetransportowali paliwo z lotniska szkoleniowego. Jak podpowiedział mi wspomniany kolega, „Łoś” jako nowoczesny samolot tankowany był podciśnieniowo od dołu, więc zapewne bak napełniono przy użyciu pompy straży pożarnej w Słomczynie. „Łoś” po napełnieniu baku odleciał w nieznane.

 "Łoś" z wikicommons

Wspomnę jeszcze, iż w czasie wojny działało tu także przez krótki czas drugie lotnisko uruchomione przez Niemców. Miało to miejsce w roku 1942 lub 1943, gdy na froncie wschodnim toczyły się ciężkie walki. Samoloty transportowe przewoziły wówczas rannych nad Donem do Kosntancina, którego wille zaczęto zmieniać w szpitale. Operowali w nich polscy chirurdzy przewiezieni z Warszawy, którzy zaczęli wykorzystywać szybko te warunki do leczenia rannych członków podziemia. Lotnisko polowe wyznaczono nieopodal cmentarza w Maryninie, gdzie samoloty do lądowania podchodziły od strony Łyczyna kołując w kierunku drogi prowadzącej do Obór. Nota bene najciemniej pod latarnią, więc w Łyczynie w dworku Plebańskich kwitła działalność niepodległościowa i swe spotkania odbywali w tym czasie członkowie Batalionu Krawiec.

Takaż to i krótka historia tutejszych lotnisk polowych, po których nie pozostał żaden ślad. Ale można wybrać się na spacer, by zobaczyć łąkę w miejscu dawnego lotniska. O którym szczegółowo opowie wzmiankowany artykuł i książka.

[EDIT - 3 września - Artykuł już jest. Przeczytać go można na stronie WMK - Lotnisko w Oborach]


Źródła:

Gasnące latarnie

ksunder

Prom w Gassach już działa, powrócił na miejsce po ponad pół wieku nieobecności. Mam nadzieję, że przetrwa, zaś ja, podobnie jak wielu tutejszych mieszkańców, muszę przyzwyczaić się do tego, iż drugi brzeg znowu jest na wyciągnięcie ręki. A to co zostało rozdzielone, na nowo się zrasta. Wiele kontaktów rodzinnych osłabło gdy zniknął, przestano odwiedzać wsie leżące za Wisłą, mimo iż były na wyciągnięcie ręki. A gdy dochodziło już do spotkań, czasem nawet co kilkanaście lat, wymieniano nowiny. Bywało, że z zaskoczeniem w Nadbrzeżu słuchano, iż kościół w Słomczynie, niegdyś często odwiedzany przez mieszkańców tej miejscowości, jest teraz siedzibą niewielkiej parafii, bowiem starsi mieszkańcy pamiętali jeszcze czasy, gdy sięgała aż po Opacz czy Ciszycę.

Znana pocztówka. Niemcy wkraczają do Warszawy. 1915.

Niewiele jednak brakowało, aby prom zastąpił most. Historia to zupełnie zapomniana, natrafiłem na nią w trakcie kwerendy związanej z wydarzeniami Wielkiej Wojny na tych terenach. Wiosną 1915 rosyjskie władze zaplanowały w Gassach budowę mostu. Położenie było dogodne i zapewne ułatwić miało logistykę zaopatrzenia wojennego, jednak plany zweryfikowało życie. Gdy w maju przełamano front pod Gorlicami, Rosjanie rozpoczęli ewakuację Królestwa. Wówczas przyśpieszono realizację projektu. W archiwum zachowała się gruba teczka związana z budową podjazdów i rozpoczęcia wbijania pali mostowych w Gassach, do których zwożono w lipcu materiały. Tędy miała przebiegać jedna z dróg ewakuacyjnych, którymi Rosjanie wywozili maszyny fabryczne i strategiczne materiały. Mostów i przepraw brakowało, gdyż szlaki zostały zapchane uchodźcami. Gorącą atmosferę tamtych dni oddała świetnie Maria Rodziewiczówna, w „Lecie 1915” opisująca wyjazd z Warszawy i oczekiwanie na przyjście Niemców w dworku na Polesiu, przez który przewinęło się wielu włościan. Rosyjska propaganda zrobiła swoje, wielu mieszkańców Królestwa utożsamiało się jeszcze wówczas z carską Rosją. Gdy jesienią 1914 roku arcybiskup Kakowski dziękował za ocalenie Warszawy miłościwie panującemu, był wyrazicielem woli większości. Nic więc dziwnego, że wiele osób uciekało przez pruskimi wojakami, zwłaszcza iż przemarsz wojska nigdy nie zwiastował nic dobrego. Powtórzyła się sytuacja jaka miała miejsce od wieków, jak notowano choćby w roku 1794: „Wielu włościan porzuciwszy swe domy uchodziło za Wisłę” – właśnie przeprawą w Gassach. W roku 1915 Kozacy przeganiali ludzi z promu nahajkami. Pierwszeństwo miał kto inny, ewakuacja była kompletna. Z Królestwa wywieziono w zasadzie cały przemysł, w Fabryce Papieru w Mirkowie zdemontowano wszystkie urządzenia, pozostawiając gołe ściany. W ciągu ostatniego roku do Rosji wysiedlono potomków olęderskich osadników, podejrzanych z racji niemieckich konotacji. Na odchodnym Rosjanie zniszczyli istniejące mosty. Tego w Gassach nie skończyli, ale pozostał po nim solidny utwardzony podjazd, z czasem wykorzystany jako przedłużenie drogi prowadzącej do promu. Przetrwał do dzisiaj, na jego pozostałościach oparto podjazd w kierunku ostrogi.

Sierpień 1915. Ludność nadwiślańskich wsi na Solcu, drogi zapchane są uchodźcami, Rosjanie wysadzili mosty i nie sposób uciec przed pruską armią.

Podczas ewakuacji doszło do potyczek i starć, które znaczą liczne cmentarzyska. Jedna z nich musiała mieć miejsce w tej okolicy, bowiem poległych złożono w Maryninie, w utworzonym w latach 1915-18 mauzoleum. Mało kto o tym pamięta, bowiem pierwotny napis na kamieniu uległ zatarciu [o mauzoleum szerzej w tym wpisie]. W ciekawym materiale wspomnieniowym zarejestrowanym w Hugonówce wspominano bombę, która spadła wówczas opodal willi, wrzuconą z pobliskiego mostu do Jeziorki przez kuracjuszy. Ewakuacja sprawiła, że akta poprzedzające rok 1915 w gminie Jeziorna zachowały się w stanie szczątkowym. Prócz ich spalenia ewakuowano również gminną kasę. Przetrwało jedynie kilka ksiąg. Mija właśnie 99 rocznica tych wydarzeń, już 2 sierpnia podjazdy niemieckie biły się w tych okolicach, 5 sierpnia zajęto Warszawę, ówczesne gazety wspominają o zajęciu w tym dniu Konstancina.

Takiego obrotu wydarzeń nie przewidział rok wcześniej nikt. Zaczynała się właśnie wojna, nie przewidziano także, iż wskutek efektu domina wystąpią przeciw sobie kolejne państwa, choć gdy patrzymy z perspektywy czasu wydawać się może to oczywiste. Dla historyków rok 1914 zakończył wiek XIX i wprowadził Europę w okres, który trwał mniej więcej do roku 1991 lub 2001. Lubimy datować okresy w historii nieco inaczej. Ale skutkiem, o którym marzyła tylko garstka szaleńców, było to co stało się później. W sierpniu 1914 jedynie grupa szaleńców marzyła o Polsce, nikomu nie roiło się niepodległe państwo, gdy 6 sierpnia Piłsudski wyruszał na kielecczyznę uważany był za nieszkodliwego szaleńca, ani on ani Roman Dmowski, ani ktokolwiek inny nie liczył się nawet z myślą, iż możliwa jest pełna autonomia, myśleli o kadłubowym państwie bądź prowincji w ramach Niemiec czy Rosji. Większość społeczeństwa popierała rządy państw zaborczych. Entuzjazm dla armii carskiej był szczery, co notował ze zdziwieniem pewien rosyjski generał późnym latem 1914 roku w Warszawie. Jeśli prześledzimy ówczesne gazety dostrzeżemy proces nieco inny, niż nauczana w szkołach wersja wydarzeń, zgodnie z którą kolejne rządy licytować się deklaracjami w sprawie Polski. Idea zaczyna sączyć się wątłą strużką, która zmienia się w rwący potok. Gdy Niemcy zajmują Królestwo, tama pęka. Święto 3 maja 1916 roku obchodzone w Warszawie staje się wielką manifestacją, pierwszą jego publicznie obchodzoną rocznicą od XVIII wieku. To na co pozwolili Niemcy, mające być zjednaniem dla nich poparcia, zmienia się w powszechną świadomość i przekonanie, że Polska musi powrócić. I właśnie z tej perspektywy wspominamy Wielką Wojnę, choć jak udało się zjednoczyć tereny trzech zaborów, trzech administracji, różnych torów kolejowych i odrębnych biurokracji w jedno państwo, nikt chyba do końca nie wie. Tymczasem na zachodzie Wielka Wojna jest pokoleniową traumą, taką jak dla nas Powstanie Warszawskie, czymś co wykuło nową Europę, Powstanie stworzyło inną Polskę. Latem 1914 roku z entuzjazmem do wojska zaciągały się całe roczniki abiturientów, co tak świetnie opisali Junger i Remarque. Nie inaczej było w innych krajach, syn Rudyarda Kiplinga do armii dostał się podstępem, chcąc jak jego koledzy z roku pokonać Niemców. Zaginął nad Marną, los jedynego dziecka autora „Księgi Dżungli” pozostaje po dziś dzień nieznany. Entuzjazm panował także na Urzeczu, gdzie koniec lipca był czasem żniw. 30 lipca rozpoczęła się powszechna mobilizacja, a w zachowanej księdze meldunkowej gminy Jeziorna odnotowano, iż stawiano się chętnie i bez wahania. Tradycyjny odpust w Wilanowie na początku sierpnia był ostatnim świętem spokoju.

Akt mobilizacji z okolic Olkusza. Identyczne wieszano w tych stronach.

W poniedziałek 3 sierpnia 1914 roku w Londynie zmierzchało się. Brytyjski minister spraw zagranicznych sir Edward Grey sporządzał właśnie ultimatum skierowane do Niemiec. Nikt do końca nie pojmował co się stało, najwięksi politologowie wykazywali od lat, że wojna jest niemożliwa. Słynne było dzieło Jana Blocha, w którym pisał, iż kraje i narody Europy zjednoczone są w stopniu sprawiającym, że wojna jest całkowicie nieopłacalna. Postęp miał to uniemożliwić, Europa triumfowała w każdej dziedzinie, dopiero co w dniu 1 sierpnia się Ernest Shackleton wyruszył na wyprawę na Antarktydę. Patrząc na zapalane latarnie gazowe sir Edward Grey miał wypowiedzieć słynne słowa: „W całej Europie gasną latarnie. Wątpię czy doczekamy dnia, w którym znów się zapalą”.

4 sierpnia gdy Niemcy odrzuciły ultimatum, wraz z Wielką Brytanią wojna ogarnęła jej dominia, stając się tym samym światową. Belle epoque dobiegło końca, rodził się porządek, którego skutki i konsekwencje trwać miały aż do końca zimnej wojny. Jeszcze nie tak dawno w roku 1913 balet „Święto Wiosny” budził skandal, po wojnie nie był niczym szczególnym. Europa wkroczyła w okres zaćmienia.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Zarząd warszawskiego okręgu komunikacji
  • APW oddz. w Grodzisku Mazowieckim, akta gminy Jeziorna

Opracowań jest dość sporo, polecam "Samobójstwo Europy" Andrzeja Chwalby, książka jest nowa i to jej główna zaleta, bo o Wielkiej Wojnie mało kto w Polsce pisał. Absolutnie zaś niezbędna aby zrozumieć co zaszło między 1914 a 1918 rokiem w społeczeństwie jest lektura "Święta Wiosny" Modrisa Eksteinsa. Genialna książka, polecam.

W strefie mroku: Diabelski kamień

ksunder

Szanowny czytelniku znalazłeś się na blogu traktującym przede wszystkim o historii. Ponieważ jednak mamy wakacje, chętnych do eksplorowania zwyczajowej zawartości strony odsyłam do spisu treści, dziś pisać będę bowiem o tematach nieco mniej historycznych. W ubiegłym roku były groźne bestie czy poradniki jak odpoczywać w letnisku doby belle epoque, a ja narzekałem , że sezon ogórkowy aż się prosi, aby opisać historię aligatora wynurzającego się z jednego z tutejszych starorzeczy w celu pożerania kurcząt. No i doczekałem się, opisywana w dniu dzisiejszym historia jest dużo ciekawsza, choć dotyczy czasów bardzo bliskich. A przy okazji nadaje się aby odpowiadając na zapotrzebowanie społeczne reaktywować prowadzony przeze mnie lata temu na jednym z tutejszych portali i w jednej z lokalnych gazet dział „strefa mroku”. To dla wszystkich tych, którzy dopominali się o niego do momentu powstania bloga.

Na zdjęciu tytułowy kamień, klątwa okolic Konstancina

UFO w Emilcinie wylądowało w dniu 10 maja 1978 roku. Jest to jeden z najbardziej znanych w PRL-u faktów odwiedzin przybyszy z kosmosu, którzy zabrali na pokład swego statku rolnika Jana Wolskiego i poddali badaniom. Całość tej historii rzetelnie opisuje artykuł w wikipedii (TUTAJ), a na miejscu lądowania ustawiono obecnie pomnik. Ufolodzy po dziś dzień zawzięcie na ten temat dyskutują. Nas jednak interesować będzie poboczny wątek tej historii, tajemniczego kamienia, który miał znajdować się na polanie, a później zniknął. Fora internetowe pełne są związanych z nim opowieści, o tym iż Jan Wolski miał go zabrać z polany, odwieźć z powrotem, gdy prześladował go sen związany z tym głazem, miał tam zostać znaleziony jego martwy syn, miały się na nim łamać kosy. Ufolodzy dowodzą, iż zabierając kamień Jan Wolski ocalił ziemię przed inwazją z kosmosu, bowiem jak wszystkie pozostałe diabelskie kamienie w Polsce służy jako znacznik nawigacyjny dla UFO.  W każdym razie Wolski postanowił sprzedać kamień za przysłowiową złotówkę. Na początku lat osiemdziesiątych zakupili go naukowcy z zakładu doświadczalnego w SGGW-u. Oczywiście kamień bronił się przed zabraniem, stalowe liny pękały. W końcu jednak trafił do tajnej placówki doświadczalnej SGGW i wówczas rozpoczął się – nie omieszkam zacytować pewnego śródtytułu – „Horror w Oborach”.

Diabelski kamień z Emilcina.

Jak wspominają świadkowie, głaz do zakładu SGGW-u został przywieziony Fiatem 125P Kombi, gdzie poddano kamień badaniom. Choć nie wykryto dziwnego promieniowania, rozpoczął się ciąg niepokojących wydarzeń. Padło kilka krów i zdechło stado królików, a co gorsza jak rozpisują się liczne fora internetowe „Obory i pobliskie miejscowości” stały się sceną wielu morderstw i niewytłumaczalnych wydarzeń. Wreszcie wystraszeni miejscowi utopili go w roku 1986 w pobliskim jeziorze Goździe. Tam też w 2011 roku odnaleziony został przez członków projektu NPN – na zakończenie wpisu link do ich szczegółowej relacji. Niestety przeklęty głaz wciąż pozostaje na dnie jeziora i wywiera swój mroczny wpływ na mieszkańców tej gminy, co wiele tłumaczy…

Tu czai się zło. Kto wie czym jest to, co wystaje z wody.

O kamieniu dowiedziałem się po raz pierwszy w roku 1990, kiedy przeczytałem ze zdumieniem, iż Konstancin po przewiezieniu doń głazu stał się miastem często odwiedzanym przez UFO (niestety nie mogę sobie przypomnieć tytułu gazetki o takiej tematyce, jakich wówczas sporo wydawano). Dziś wiem, że zapewne chodziło o odwiedziny w Oborach w roku 1982, o których opowiada naoczny świadek na zamieszczonym poniżej na youtube filmiku - TUTAJ. Przybysze krążyli nad cmentarzem niemieckich żołnierzy nad Maryninem. Kto wie jakich głazów użyto do jego budowy…

  

Marynin. To zapewne nie przypadek, że cmentarz znajduje się planie okręgu.

Na zakończenie dodam jedynie, iż na temat kamienia wypowiedział się nawet dr Jan Pająk, znany na całym świecie twórca teorii dipolarnej grawitacji i totalizmu. Niestety choć znajduję masochistyczną przyjemność w internetowych dyskusjach z rozmaitymi propagatorami dziwnych teorii, bowiem zazwyczaj smutno mi, że nikt z nimi nie dyskutuje, co utwierdza ich w przekonaniach że Gibraltar nie istnieje, z dr Janem Pająkiem dyskutować nie sposób, z uwagi na zawiły język naukowy użyty w jego koncepcie totalizmu. Przytoczę jedynie, iż zdaniem tego badacza na kamieniu znajdowały się liczne odbicia dłoni Ufonautów, ponadto wydzielał on regularne impulsy promieniowania, dające się zarejestrować na kliszy. Kamień został wykradziony przez grupę fanatyków z Warszawy i gdzieś zatopiony, najpewniej dlatego, iż Ufonauci hipnotyzują ludzi, zlecając im wykonanie określonych zadań. Wpisuje się to w ciąg dowodowy dra Jana Pająka, iż zatopienie kamienia, śmierć twórców programu Sonda, atak na WTC i katastrofa budowlana na Śląsku są częścią wielkiego planu skierowanego przeciwko ludzkości.

Przyjeżdżający do Konstancina i okolic zastanówcie się dwa razy, jak widać okolica znajduje się pod wpływem mrocznych sił. Kamień wciąż tu jest zatopiony w jeziorze, pozostaje tylko wypatrywać kręgów w zbożu. Choć one już tu są, jeden z nich na zdjęciu wykonanym poniżej.

 

Charakterystyczne znaki na trawie w okolicach Jeziorny, czyli konstancińskie kręgi w trawie.

Literatura:

- nic z powyższego nie jest wynikiem twórczości autora, do poczytania strona projektu NPN. Polecam poglądową lekturę komentarzy. Także tam film z wyprawy do Obór w poszukiwaniu kamienia. Nie mam siły linkować Jana Pająka, znajdziecie go bez problemu dzięki linkom z wikipedii.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci