Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Geografie

Groble oborskie

ksunder

Mróz ustąpił, okoliczne chodniki, ulice i łąki opanowały roztopy. Poziom wody w Jeziorce wzrośnie, wyschnięte Łęgi Oborskie znowu znajdą się pod wodą, a bagnisty teren stanie się trudno dostępny dla myśliwych i ornitologów. Lecz nie tylko oni znajdą w tym niegościnnym lesie położonym nieopodal oborskiego dworu ciekawostki warte zobaczenia. Pośród grzęzawisk znajdują się bowiem nadal zachowane, choć w coraz gorszym stanie, jedne z najstarszych pamiątek kultury materialnej tej okolicy, będące tytułowymi groblami.

wrz3
Kilkakrotnie sygnalizowałem już na blogu jak dawne jest ich pochodzenie, choć najstarsza zachowana o nich wzmianka pochodzi ledwie z XVII wieku, istnieć musiały już wcześniej. Być może ich powstanie wiązać można z przybyciem w te strony pierwszych olędrów pod koniec XVI wieku, bowiem układ i sposób usypania przypomina nieco systemy znane z rejonu Fryzji. Ale to rzecz jasna jedynie spekulacje. Na pewno kiedy powstawały nie istniały jeszcze łęgowe lasy, w owym czasie rejon między Jeziorką a Oborami zajmowało przez większość roku rzeczne rozlewisko, gdzie z rzadka znajdowały się wysepki stanowiące solidny grunt, od tego ostatniego wywodzi się nazwa istniejącej tu niegdyś miejscowości Grąd, gdzie zbudowano młyn, z czasem przekształcony w Papiernię, gdy rozlewisko zmieniono w zalew, istniejący po dziś dzień w Mirkowie. Woda przepływała jednak swobodnie, przekształcając się w “Wielki staw” pod Oborami, w miejscu którego istnieje obecny łęgowy las, następnie starorzeczem aż do Cieciszewa, skąd uchodziła ku Wiśle. Aż do końca XVIII wieku obszar był w dużej mierze niedostępny podczas roztopów i wylewów, zaczęto więc sypać groble. Najstarsza z nich zachowała się po dziś dzień, wiodła ze wspomnianego Grądu do Obór, gdzie w drewnianym dworze siedzieli Oborscy. Spisana w roku 1625 umowa między braćmi Janem i Jakubem dość jasno mówi o tym, iż “Zostawia też sobie Pan Jakub wolne wygony drogi jako po groblach do boru w do lassa wolne przejście do boru”. Wzmianka pokazuje nam, jak przebiegała komunikacja, a także ukazuje sens istnienia zapomnianej dziś drogi, która wciąż istnieje, wybrukowana kocimi łbami, ukryta za dawnym browarem w Oborach. Prócz grobli istniał tu iście przemyślny system zastawek przepuszczających wodę, umożliwiające na prowadzenie gospodarki wodnej rodem z terenów obecnej Holandii.
Znów nie obejdziemy się bez mapy, na której zaznaczyłem te najstarsze z grobli (posłużyłem się wyjątkowo mapą z lat osiemdziesiątych, choć wszystkie groble w tej samej postaci pojawiają się na mapach znacznie starszych). Znają je doskonale starsi mieszkańcy Obor, Habdzina i Łęgu, bowiem jeszcze przed wojną droga nieopodal oczyszczalni nie istniała, komunikacja odbywała się właśnie tędy. Zwróćmy uwagę na groblę wiodącą od mirkowskiego krzyża ku Oborom (oznaczona na czerwono), to właśnie najstarsza z nich, prowadząca niegdyś do Grądu, a następnie do bramy Papierni. Z kolei na niebiesko oznaczyłem groblę skrytą pośród zarośli, którą najlepiej penetrować w zimie, gdy nie porasta jej roślinność. Otóż oryginalnie wiodła ona do dworu w Czernidłach, w którym w XVII wieku mieszkał Jakub Oborski. Kolor żółty to szlak ku Habdzinowi. Poza głównym obecnie z rzadka używane, zapomniane, niegdyś usypane na rozlewiskach, które z czasem się zabagniły.

111Lecz znajdziemy tu jeszcze ciekawsze groble, ledwie widoczne, w części już nie istniejące, oznaczone na mapie kolorem bordowym. W XIX wieku znajdowała się w tym miejscu droga do dworu, którą kierowano się z Obór ku Warszawie. Otóż nie przemieszczano się przez Jeziornę Królewską, gdzie mostu nie było, a rzeka płatała figle. Wiodła właśnie od karczmy nazwanej imieniem Klarysy Braeunig, żony dziedzica Bielawy, czyli Klarysowa, wprost przez obecny Mirków, ku Oborom. Z głównej grobli odchodziła boczna, umożliwiając przejazd, a jej ślad wciąż możemy odnaleźć wśród bagna. Teraz już prawie niewidoczna, zapadnięta, nie pozwala domyślać się, iż w czasach świetności była bitą drogą, którą poruszano się powozami. Najlepiej odnaleźć ją zimą, gdy ziemia jest zamarznięta, latem teren przypomina bagna Luizjany, pośród komarów, wielkich paproci i pni drzew wyrastających z wody, ma się czasem wrażenie, iż z zielonej rzęsy wychynąć może wielki krokodyl. W przeciwieństwie do pozostałych grobli, które wzmacniano wielokrotnie, po raz ostatni już w PRLu, ta powoli znika. Niegdyś w połowie grząskiego rozlewiska skręcala do dworu, wiodąc wprost do głównej alei, którą można było dojechać do Obór. Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku podróżowano w ten sposób, skracając sobie drogę, bez konieczności docierania do głównej trasy.

wrz1Groble to miejsca niezwykle urokliwe, warto zobaczyć je zimą, nim skryją się za fasadą bujnej roślinności. Większość z nich zapomniana została w ciągu ostatniego półwiecza, nadal uczęszczaną jest jedynie główna, prowadząca do Obór. Która jest starsza od samego dworu. Są to jedne z najstarszych konstrukcji w tych stronach, warto o tym pamietać, gdy wybierzemy się na spacer poprzez Łęgi...


Źródła i literatura:

  • AGAD, Obory
  • AGAD, Zbiór Kartograficzny

 Znad Pilicy

ksunder

wpis, w którym autor opisuje swą wyprawę do niewielkiej miejscowości na Mazowszu oraz jej związki z terenami nad Jeziorką i Wisłą

Pojechałem do Rozniszewa, niegdyś Rożniszewa. To nieco zapomniana wieś, zagubiona wśród pól gminy Magnuszew. Historię ma podobną nieco do Cieciszewa, niegdyś stanowiła ważny punkt na szlaku prowadzącym do Kozienic, następnie przez Lublin w kierunku Rusi. Straciła na znaczeniu gdy szlak ten od niej się odsunął, a Warka przestała być jednym z głównych miast dawnej ziemi czerskiej. W przypadku Cieciszewa, choć szlak przesunął się na szczyt skarpy, wieś wciąż jeszcze pozostawała centrum życia dla okolicznych wsi gdyż istniał tam kościół. Wraz z jego zniszczeniem i odbudową w Słomczynie, zamienił swe role z tą właśnie miejscowością, stając się cichą i spokojną wsią. Przesunięty w kierunku Wisły szlak wiódł przez osadę Magnuszew, która wzięła swą nazwę najprawdopodobniej od komesa Magnusa, pochowanego na dziedzińcu zamku w Czersku. Wiódł także przez wieś Mniszew, gdzie znajdowała się siedziba parafii leżącej na południe od Góry i Czerska, z której prawdopodobnie wyłączono parafię rożniszewską. Jak zwykle należy użyć słowa „prawdopodobnie”, bo taka jest nasza wiedza o wczesnośredniowiecznej sieci kościelnej Mazowsza, czy to w przypadku Rozniszewa, Milanowa czy Cieciszewa.

DSC05760

Rozwój Rożniszewa nastąpił z przyczyn podobnych do rozwoju Jeziorny Królewskiej, znajdował się tu dogodny bród przez Pilicę, w XVII wieku zmieniony w most. Obecnie jego rolę przejęła piękna stalowa konstrukcja na głównej drodze w kierunku Mniszewa, z której należy zboczyć do Rozniszewa. We wsi charakterystyczna jest duża ilość kapliczek, znajdujących się praktycznie przy każdym skrzyżowaniu z polnymi drogami. Na końcu miejscowości znajduje się zaś neogotycki kościół zbudowany pod koniec XIX wieku, nieco przypominający konstanciński. Jednak jego zdobienia i dekoracje przywodzą na myśl swym bogactwem raczej te barokowe. Kościół zwraca uwagę też swoim położeniem, znajduje się na krańcu osady a nie w jej centrum, choć budowano go w miejscu dawnej świątyni. Wokół pola i piękne nasady wierzbowe.

DSC05755

Wyjaśnić pora co robiłem w Rożniszewie. Wędrując po Mazowszu odwiedzam miejsca, które związane są z historią macierzystych okolic. W przypadku Rozniszewa związki takie mamy co najmniej dwa, nie licząc innych pośrednich, których zapewne można doszukać się studiując dzieje Mazowsza. 14 maja 1863 pod Rozniszewem bitwę z Rosjanami stoczył Władysław Kononowicz, w ziemi wareckiej postać znana i ceniona, która swój los zakończyła na wareckich błoniach. Po Rozniszewie i kolejnej potyczce Kononowicz śmiałym manewrem przerzucił swe siły na północ, gdzie nieopodal mostku nad Jeziorką zaatakował rosyjski konwój usiłując odbić swych ludzi. To właśnie w tej bitwie rany odniósł Ignacy Robak, czeladnik z Papierni, pochowany na cmentarzu w Słomczynie. W oddziale Kononowicza bili się zaś także inni młodzieńcy z łurzyckich wsi (film na ten temat zobaczyć można w tym miejscu)

Z Rozniszewa przybył także Mikołaj, który zakupił w roku 1368 Chabdzino wraz z Brześcami i Kawęczynem, biorąc w ten sposób niejako w kleszcze ziemie rodu Pierzchałów. Wspomniane wsie wówczas już istniały i pozostawały pod zarządem niejakiego Krzczona, po którego bezpotomnej śmierci znalazły się w gestii książąt mazowieckich. Książę Siemowit został sowicie opłacony, aby prawo dziedziczenia przeszło na boczną linię, potomków Petronelli, będącej siostrą wspomnianego Krzczona.

DSC057521

O ile Chabdzino miało pozostać w rękach potomków Mikołaja jeszcze przez lata, a nawet rozwijać się, bowiem z czasem nad Wisłą założono osadę zwaną Małym Chabdzinem, a następnie Chabdzinkiem (dlaczego używam „Ch” zamiast prawidłowej formy „H” już kiedyś pisałem) to Kawęczyn z Brześcami wyślizgnęły się z rąk Ciołków. Na początku XV wieku weszły w posiadanie potomków Stanisława Pierzchały z Cieciszewa, którzy od pobudowanej w Kawęczynie siedziby zwanej Turowicami wzięli swe nazwisko i odtąd znani byli jako Turowscy. Z czasem w tym samym miejscu na wysokiej skarpie powstał dwór, lecz było to w czasach gdy pamięć o Turowskich w tych stronach uległa zapomnieniu.

A za Rozniszewem leży Warka. Także warta zobaczenia.

Powrót do domu

ksunder

wpis o historii żydowskiej społeczności tych stron i wieczorze szabasowym zorganizowanym przez Beit Konstancin

Dotarłem do miejsca, w którym zaczyna się właśnie dzień, choć dla mnie jest to początek nocy. Za oknami zapadła już ciemność, a pobliski park rozświetlać zaczęło światło latarni. Dla mnie nadszedł wieczór, lecz dla osób, które mnie tu zaprosiły rozpoczyna się już sobota. W tradycji żydowskiej dni kończą się wraz z zachodem słońca. Wraz z grupą osób zostałem zaproszony na wieczerzę szabasową, organizowaną przez Beit Konstancin. To reformowana gmina żydowska, należąca do Związku Postępowych Gmin Żydowskich, które otworzyły się na świat zewnętrzny, gdyż ważniejsze dla ich członków jest modlitwa i osobiste doświadczenie Boga, niż surowe przestrzeganie przepisów. „Wiesz, to trochę tacy nasi ewangelicy”, powiedział mi kiedyś z uśmiechem niepraktykujący wyznawca tej religii. Może to i uproszczenie, ale coś jest w tym porównaniu, przecież na udział w wieczerzy ortodoksyjnej nie mam szans, podobnie jak członkowie Beit Polska na msze organizowane w nieekumenicznym przedsoborowym duchu.

Nie wszyscy do końca wiemy jak się poruszać i zachowywać na tej uroczystości, jednak organizatorzy wszystko wyjaśniają i tłumaczą, co sprawia, iż uroczystość staje się wyjątkowym doświadczeniem. A ja trzymając w ręku teksty pieśni, w języku hebrajskim i polskim, słuchając wspaniałego i jednocześnie poruszającego śpiewu kantora Piotra Mirskiego, zastanawiam się nad tym o czym przed chwilą mówiłem ja sam, a po mnie inne osoby. O tym co już przeminęło.

Śpiew  Piotra Mirskiego w Beit Warszawa, do słuchania w tle podczas lektury.

Poproszono mnie o powiedzenie kilku słów na temat obecności Żydów w tych okolicach co uczyniłem, zaś po mnie o zaginionym świecie Jeziorny Królewskiej opowiadali jeszcze Adam i Tomasz. Ale to przywodzi jedynie na myśl, że naszą historię odtwarzamy jak zwykle ze skrawków, a w tym wypadku są one wyjątkowo nikłe. Nie wiemy w zasadzie nic o historii gminy wyznaniowej Jeziorna, obejmującej także teren Wilanowa i Piaseczna, zachowały się jedynie szczątki nic nie znaczących dokumentów. Jej historia dobiegła końca 25 stycznia 1941 roku, gdy wysiedlono zorganizowane tu niespełna trzy miesiące wcześniej getto, mieszczące się na niewielkim obszarze zamkniętym między rzeką Jeziorką a ulicą Bielawską, oraz tzw. Błotnicą (rejon obecnej stacji benzynowej) i osadą Konstancinek (rejon obecnego osiedla Arche). Dzień wcześniej do prezesa gminy Adama Kenigsteina i rabina Rozenwejga miał przyjść komendant tutejszego posterunku granatowej policji uprzedzając ich o tym co ma nastąpić, dzięki temu mogli pod pozorem symulowanego ataku serca wezwać karetkę i pojechać do Warszawy wraz z księgami gminy, które ukryte zostały w piwnicach kamienicy na Pańskiej. Wraz z nimi nastąpił symboliczny koniec gminy, zaś budynek przestał istnieć, być może głęboko fundamentami odbudowanej Warszawy znajduje się fragment naszej przeszłości.

W Jeziornie zostało jedynie kilka domów, trudno wyobrazić sobie jak wyglądały te okolice przez wojną. Nie jest możliwy nawet spacer duchów. (zdjęcie z forum Klubu Miłośników Historii Konstancina-Jeziorny autorstwa Adama Zyszczyka)

Nie potrafimy nawet odpowiedzieć na pytanie od jak dawna Żydzi obecni byli na tych terenach, w Płocku ich obecność notowano już w XI wieku, czyli w czasie kiedy naszą część Mazowsza porastały głównie bory, a tutejsze tereny mające z czasem zostać nazwane Urzeczem łęgowe lasy. Najstarszym zachowanym śladem jest pochodząca z roku 1663 wzmianka o ślubie jakiego udzielono w Cieciszewie niejakiej Helce, córce arcyrabina z Podola i młodzieńcowi z miejscowości Wodynie. Historia to wybitnie miłosna, bowiem wyraźniej uciekali tak długo, aż znaleźli proboszcza, który zgodził się pobłogosławić ich związek, w tym wypadku Leona Stanisława Czarnysza, jednocześnie na chrzcie nadał on dziewczynie imię Jadwiga. Żydzi umykają nam z ówczesnych akt, bowiem nikt nie notował ich obecności, nie byli poddanymi, nie odrabiali pańszczyzny, mogli być arendarzami dworu. W takim charakterze pojawiają się wraz z początkiem XVIII wieku, opisywałem niegdyś na blogu awanturę na wyspie pośrodku Wisły, która z czasem miała stać się Kępą Oborską, gdy w roku 1712 żydowski karczmarz z Obór wyciął tam pospołu z chłopami oborskimi drzewa (wpis: Historia pewnej kępy). O ile w połowie XVII wieku karczmarzami są tu jeszcze Polacy, to do końca XVIII wieku będą nimi głównie Żydzi. Prowadzone przez nich karczmy są dochodowe, jak można było przeczytać ostatnio we wpisie o Karczmarzu z Obór; są także na tyle zaufanymi osobami, że nadzorują pracę polskich przewoźników w Gassach (wpis: Na przewozie w Gassach). Jednakże prawdziwy rozwój żydowskiej społeczności przychodzi z połową XIX wieku i zniesieniem pańszczyzny, kiedy mogą zacząć nabywać ziemię, a także wraz z rozwojem tutejszej społeczności przemysłowej oraz letniska Konstancin. Choć na bramie prowadzącej do Konstacina przed wybuchem I Wojny widniał regulamin zakazujący wstępu Żydom, był on skierowany wyłącznie przeciw społeczności chałaciarzy z Jeziorny Królewskiej, bowiem nie był on wyrazem antysemityzmu, a raczej antyjudaizmu, gdyż nie dotyczył on bogatej części żydowskiego społeczeństwa, wypoczywającej w letnisku, którego goście nie życzyli sobie oglądać biedoty. Pod tym względem niewiele się zmieniło przez wiek, gdyż na strzeżone osiedla wstępu nie będzie miał biedak, wspomnieć można też oryginalne pomysły sprzed lat kandydatów na radnych, proponujących ogrodzenie willowej części Konstancina, aby wstępu nie mieli tu mieszkańcy sąsiednich bloków. W tymże letnisku nie wpuszczającym chałaciarzy w niektórych willach organizowano wierzecze szabasowe…

Krótko o rozwoju żydowskiej społeczności napisał Zdzisław Skrok na stronie WMK (artykuł: „Społeczność żydowska Jeziorny”), wkrótce będziecie mogli zapoznać się ze świetnym tekstem Adama Zyszczyka, przygotowanym na potrzeby powstającego przewodnika. Możliwe będzie wówczas podążenie śladem nieistniejących już miejsc, spacer ulicą Bielawską, niegdyś tętniącą życiem, gdzie mieszkał Sam Freiman, był sklep szewski, piekarnia, rzeźnia… gdzie w kręgu ulic Koziej, Fabrycznej kwitło życie, stały dwie synagogi, mykwa, łaźnia.  A Żydzi byli zwykłą częścią tutejszej społeczności, zaś dzieci uczyły się razem w szkołach i wspólnie bawiły, jak wspominała to dorastająca tu wówczas p. Barbara Kulińska, bohaterka Powstania Warszawskiego. I jak barwnie opisał ten zaginiony świat w swoich wspomnieniach Zbigniew Cechnicki. Wszyscy żyli obok siebie, ale taki to był świat, że pewne podziały jeszcze nie zaistniały. Nieopodal we wsiach nadwiślańskich podobnej koegzystencji żyli ewangeliccy potomkowie olędrów, którzy chrzcili swe dzieci i zawierali małżeństwa w pobliskich katolickich kościołach, gdzie prowadzono metryki stanu cywilnego, zaś  Polacy uczęszczali wraz z nimi do szkół zamienianych w niedziele na kaplice. A w Jeziornie i Konstancinku znaczny procent mieszkańców stanowili ludzie wyznania mojżeszowego, jak stwierdzano wówczas w urzędowej dokumentacji. W styczniu 1939 w spisie przeprowadzonym w gminie Jeziorna wykazano 655 Żydów. W roku 1946 ani jednego, choć była jeszcze Fajga Rotsztajn, ocalona z getta w Otwocku dzięki niesamowitemu łańcuchowi ludzi dobrej woli, począwszy od dziedzica dworu w Bielawie, na proboszczu w Słomczynie kończąc… Na miejscu jatek Rotsztajnów po wojnie wybudowano INCO, a teraz mieści się tam sklep Bomi. Oczywiście ukrywano tu nie tylko Fajgę Rotsztajn, lecz cała społeczność przepadła bezpowrotnie.

Nie ma więc już sklepu Mojsze Kozy, nie ma zegarmistrza Chaskiela, krawca Jelenia, ostała się mykwa zmieniona w prywatny dom. W piątkowe wieczory nie zobaczymy na Argentynie świec szabasowych w oknach (zresztą nazwa ta także związana jest ponoć z Żydami, którzy wyemigrowali podczas dwudziestolecia z Jeziorny do tego kraju). Nie ma także już wyznaniowej gminy Jeziorna, nie możemy nawet podążyć spacerem duchów, bowiem teren mocno się zmienił, lecz jeśli ktoś pragnie wędrować śladem historii, niech zaczeka na tekst Adama i uda się do Jeziorny z przewodnikiem w ręku. Choć Żydzi to nie tylko Jeziorna, to również historia całej gminy, której mieszkańcy wspominają ich obecność w każdej wsi, gdzie mieli swoje sklepiki, a żydowscy handlarze krązyli po łurzyckich wsiach skupując i sprzedając towary, choćby mięso wożone do rzeźni w Karczewie promem w Gassach.

Żydzi w Karczewie, którzy często docierali do tutejszych nadwiślańskich wsi.

I właśnie o tym zaginionym świecie myślałem spoglądając na dwie zapalone świecie, symbolizujące pamięć i przedstrzeganie, biorąc udział w najważniejszym żydowskim nabożeństwie, bowiem w przeciwieństwie do chrześcijaństwa, które ma święta przewyższające wagę niedzieli, w judaiźmie szabas jest najistotniejszy, pochodzi bowiem od Boga, zaś pozostałe święta płyną z tradycji. I dotarło do mnie, iż od pewnego czasu historia zatacza kręgi, a wszystko w nieco zmienionej postaci wraca do tego co już było, a dawni mieszkańcy do domów tożsamości swych przodków. Bo Konstancin-Jeziorna to taki dziwny zlepek bez tradycji miejskiej, gdzie historia sprawiła, że rozwój zmieniającej się powoli w miasto Jeziorny Królewskiej, siedziby wiejskiej gminy Jeziorna, zahamowany został przez ściśnięcie z letniskami Skolimów i Konstancin, rozdzielono je w latach dwudziestych, a potem wszystko na powrót złączono w PRL-u jeden organizm - robotniczy Mirków, burżuazyjne letniska i nadwiślańskie wsie, stanowiące na początku XX wieku wielokulturową gminę Jeziorna. I teraz to wszystko powraca, znowu mamy wielokulturową gminę, jak podpowiedziano mi z najwyższym wśród podwarszawskich gmin procentem cudzoziemców, sięgającym 6,5 %. Konstancin znowu stał się zamkniętą enklawą bogatych mieszkańców zamkniętych w swych rezydencjach, żyjących z dala od mieszkającej tu od wieków lokalnej społeczności, powrócił wreszcie region Urzecza, a tożsamość kulturowa budzi się na nowo, tworząc na nowo mozaikę mieszkańców tych stron.

To z kolei obrazek z Otwocka, lecz nazwa ulicy Koziej w Jeziornie ponoć ma związek właśnie z owymi zwierzętami hodowanymi przez Żydów.

Cieszę się więc, że miałem okazję skosztować na wieczerzy chałki i napić się wina, że zostałem zaproszony przez Beit Konstancin, tworzony przez Żydów zamieszkałych w tych stronach. Tak więc dla niektórych z naszych sąsiadów w najbliższy czwartek nadejdzie Nowy Rok 5775... Kilka miesięcy temu zaczęły się wieczerze szabasowe, lecz ta w której bralem udział była pierwszą publiczną. Po 73 latach znowu odprawiono szabas, a gmina żydowska (choć zreformowana) wróciła do domu.

 


Autor pragnie podziękować p. Grzegorzowi Gałackiemu za zaproszenie na wieczerzę, która odbyła się w Hugonówce, gdzie organizatorzy wynajęli salę. Jak wiedzą niektórzy, w przeciwieństwie do chrześcijaństwa w judaiźmie nie ma świątyni, a miejsce modlitwy uświęca Tora i modlący się Żydzi.

Ponieważ zanim tekst Adama w przewodniku ukaże się upłynie zapewne nieco wody, poniżej kilka linków, które warto poczytać, jako że zbiorczy tekst na ten temat w zasadzie nie powstał. Prócz wymienionego tekst Zdzisława Skroka zachęcam do poczytania:

Od kiedy pływa prom można także wybrać się na prawy brzeg Wisły i w lasach między Karczewem a Otwockiem odnaleźć zarośnięty kirkut, by uświadomić sobie jak wielka część tutejszej społeczności bezpowrotnie zniknęła. W przeciwieństwie do kirkutu w Górze Kalwarii jest on cały czas dostępny, a wizyta bywa mocno wstrząsająca.

Mapa Karola de Perteesa

ksunder

Od początku istnienia tego bloga planowałem zacząć pisać o mapach i kartografach okolic Konstancina i jakoś zawsze temat ten odsuwał się w nieodgadnioną przyszłość. Dzięki mapom możemy zaś prześledzić zmiany jakie zaszły w krajobrazie i ze zdziwieniem odkryć, że wiele dróg czy ulic istnieje od stuleci. A źródła pisane zestawione z tymi planami, umożliwiają nam odtworzenie dawnej topografii okolicy.

Zaczniemy od Karola de Perteesa (1739-1815), postaci niezwykle barwnej, która doczekała się w Wikipedii bardzo zdawkowego opisu. A właśnie on dał nam jedną z pierwszych map obejmujących te okolice. Nie będę tu jednak powtarzał jego życiorysu, dość że miał on tytuł królewskiego geografa Stanisława Augusta Poniatowskiego i pracował dla króla nawet po jego abdykacji, aż do jego śmierci. Jak niedawno stwierdzono nobilitację nadał sobie sam, poprzedzając z francuska brzmiące nazwisko „de”, choć sam pochodził z Drezna. Przyznam, że trudno mi jednak pisać bez „de”, z racji wieloletnich nawyków, na potrzeby tego wpisu, który nie jest naukowym, pozostaniemy więc przy tytule, który kartograf sobie sam nadał.

Fragment zachowanej fotokopii omawianej niżej mapy województwa mazowieckiego z roku 1783.  Całość można obejrzeć dzięki geopozycjonowaniu w bazie ESRI pod adresem http://mapy.geohistoria.pl/perthees/ (pozdrowienia dla zespołów geo-historii z Lublina i Warszawy)

Jego największym dziełem było opracowanie map województw, w tym również Mazowsza. Opracowując je oparł się na itinerariach (opisem dróg z podaniem odległości), relacjach ludzi znających teren i ankietach parafialnych.  Ks. Franciszek Czaykowski na potrzeby zespołu De Pertheesa przygotował ankietę, którą rozesłano do proboszczów, nakazując im udzielić odpowiedzi na poszczególne punkty. Ankieta zawierała pytania o miejscowości na terenie parafii, drogi i właścicieli dóbr ziemskich. Jak łatwo domyślić się z powyższego itineraria dawały różne odległości, wersji relacji było tyle ilu podróżnych, a niektórzy proboszczowie poza swe parafie się nie ruszali, stąd i taka a nie inna wierność map.

Na mapie województwa mazowieckiego z roku 1783 łatwo zauważyć wiele błędów w odwzorowaniu tych okolic. Habdzin (Chabdzin) wymieniono w miejscu ówczesnego Chabdzinka, pomijając w ogóle jego istnienie, w dziwnym miejscu znalazł się Łęg. Choć oznaczono istnienie dwóch odnóg Jeziorki i wsi o nazwie Jeziorna, nazwę rzeki zmieniono, a pocztę oznaczono w Jeziornie Królewskiej, miast w Oborskiej. Na mapie pojawia się także wieś Kozłów, wówczas występująca wyłącznie na papierze, w dokumentach sprzed kilkudziesięciu lat… Część nazw została przekręcona. Las w Jeziornie był już w owym czasie w dużej mierze wycięty, co poświadczają nam ówczesne źródła. Ukazano dwa szlaki, służewski i wilanowski, które w tej wsi się spotykały, jako dwie najważniejsze arterie komunikacyjne. Mapy tej nie jest studiować łatwo, bowiem znamy ją tylko z przedwojennej fotokopii, oryginał spłonął podczas powstania warszawskiego.

Druga mapa de Pertheesa jest bardziej znana, bowiem występuje ona w dwóch wersjach, kolorową z roku 1794 wyrytowali w Paryżu pracownicy firmy Tardeau. Okolica Warszawy w diametrze pięciu mil prezentuje teren nieco dokładniej. Tajemnicza nazwa rzeki „Zaskwira”, która nie pojawiła się w żadnym dokumencie, bowiem od wieków zwano ją Jeziorą, tu widoczna jest ponownie. Poczta nadal oznaczona jest w złym miejscu, a za rzeką Jeziorą w kwestii dróg i umiejscowienia Obór panuje pełna dowolność, zwróćmy jednak uwagę, że oznaczono młyn w Jeziornie Oborskiej wraz z odnogą Św. Jana. Szlaki spotykają się w okolicach Jeziorny, co ważne pojawia się tu ponownie karczma Bielawska, czyli należąca do Bielawy, usytuowana przy drodze do Warszawy. Miejsce to pół wieku później znane będzie jako Karczma Klarysów, stąd i pójdzie nazwa Klarysewa…

Mapa okolic Warszawy z roku 1794, fragment, oryginalna mapa w Archiwum Głównym Akt Dawnych

Nie są to rzecz jasna pierwsze znane mapy naszych okolic, jednakże pierwsze których autor podjął trud opracowania ich w całości, a nawet co niegdyś było niewyobrażalne, opracowania map całej Rzeczpospolitej. Król do map tych był mocno przywiązany, odmówił ich udostępnienia Tadeuszowi Kościuszce planującemu walkę z Rosjanami, nie chcąc rozstawać  się z dziełem swego kartografa. Nie wszystkie zdołały ukazać się do końca istnienia Rzeczpospolitej, część redagowali i wydawali Rosjanie, stąd i błędy w pisowni niektórych miejscowości. Dopiero zestawienie ze źródłami pisanymi pozwala nam przyjrzenie się okolicom Konstancina w przeszłości.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Zbiór Kartograficzny
  • Regestr Diecezjów Franciszka Czaykowskiego czyli właściciele ziemscy w Koronie 1783-84, red. Sławomir Górzyński, DiG W-wa 2006
  • RUTKOWSKI Henryk, Komentarz do map Pertheesa, AGAD

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci