Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Habdzin

Tropem Turowic i Kawęczyna (1)

ksunder

Słowo się rzekło, kobyłka u płota, rzec miał imć Jakub Zaleski, szlachcic spod Łukowa, gdy zrozumiał kogo napotkał wcześniej podróżując do Warszawy, gdzie u króla wyprosić chciał starostwo po swym zmarłym bracie. W rozmowie ze spotkanym dworzaninem zapowiedział, iż jeśli król Jan nie przychyli się jego prośbie, będzie mógł w ogon pocałować jego kobyłę. Jakież więc było zdumienie Zaleskiego na audiencji, gdy ujrzał, iż ów dworzanin to nikt inny, a Jan III Sobieski. Na królewskie pytanie, co jeśli nie dostanie starostwa, Zalewski udzielił królowi takiej, a nie innej odpowiedzi. Ponoć starostwo otrzymał, bowiem króla rozbawił. Anegdotę tę zapisał na Wacław Potocki w roku 1747, nadając jej tytuł „Mazur z kobyłą”. Skoro zaś zapowiedziałem wiele miesięcy temu, iż opiszę wreszcie dwór w Turowicach, pora wreszcie spróbować zmierzyć się z powyższym tematem.

Nim jednak dotrzemy do czasów wzniesienia tam drewnianego dworu, poszukajmy początku tych miejscowości, w zasadzie stanowiącej jedną, bowiem w roku 1660 proboszcz parafii cieciszewskiej Leon Stanisław Czarnysz zapisał, iż jest to nazewnictwo w zasadzie wymienne, w kartach księgi małżeństw notując „Kawęczyn lub Turowice”. Przyczyn powyższego postaramy się poszukać w niniejszym tekście.Bez_nazwy3

 1660, dwudziesta dziewiąta i ostatnia miejscowość Parafii Cieciszewskiej, Kawęczyn czyli Turowice

Osadnictwo na terenie Kawęczyna jest równie stare jak w przypadku pozostałych miejscowości na terenie gminy, położonych wzdłuż dawnego wiślanego koryta, pradawnego szlaku handlowego prowadzącego ku Rusi. Wzdłuż skarpy znajdowano ślady osadnictwa z czasów starożytności, z wczesnej opoki brązu, liczne odłupki wskazują zresztą, iż pomieszkiwano tu już w neolicie. Osiedlano się także we wczesnym okresie rzymskim, na polach wokół Kawęczyna wprawne oko archeologa odnajdywało fragmenty ceramiki kultury przeworskiej. My jednak przenieśmy się do czasów średniowiecza, kiedy założono osadę, która przetrwała do dzisiejszego dnia. Fragmenty ceramiki wskazują, iż istniała już w wieku XIII, zatem powstać musiała w tym samym czasie gdy wzniesiono kościół w Cieciszewie, a w roku 1236 utworzono tu parafię.

Nazwa Kawęczyn wywodzić się ma od czasownika kawęczyć lub kawęczęć, które z czasem zmieni się jęczeć, niegdyś oznaczającego 'niedomagać (zwłaszcza z biedy), skarżyć się, narzekać','robić coś mozolnie'. Stąd i tak wiele Kawęczynów w Polsce, zwłaszcza na Mazowszu. Pola położone w górnej części skarpy nie należały do urodzajnych, w przeciwieństwie do zalewowych terenów położonych poniżej, na obszarze nazwanym po latach Urzeczem. Choć w dokumentach pojawi się dopiero na początku XV wieku, na arenę dziejową wkracza już w roku 1368. Położony jest bowiem na terenie ziem, które zakupuje wówczas Mikołaj z Rożniszewa, nabywając Chabdzin oraz Brzeszcze – o transakcji tej dokonanej przy użyciu ciekawej monety poczytać można w dawnym wpisie. Brześce to rozległy obszar, już wówczas w jego skład wchodzi wieś Łubna i właśnie Kawęczyn, począwszy od XV wieku wymieniane wspólnie w licznie dokonywanych wówczas transakcjach, które wpisywane są do Metryki Koronnej. Najstarsze z nich pochodzą z roku 1414 i wskazują, iż wówczas ziemie te nadal trzymali Ciołkowie. Teren ten wygląda wówczas nieco inaczej, Brześce od Kawęczyna oddziela strumień, który staje się w roku 1434 granicą podziału dóbr między braćmi Ściborem, który bierze Brześcce, a Piotrem z Kawęczyna, posiadającym ziemie położone między Wisłą a Cieciszewem. Co ciekawe Piotr wchodzi w koligacje z właścicielami Dudy. Duda dawno już nie istnieje, przetrwała na prawym brzegu Wisły jako nazwa pól i łąk między Karczewem a korytem Wisły, położonymi w kierunku Gassów. Ród Duckich zacieśniał więzy rodzinne z sąsiadami, właśnie z Cieciszewa i Kawęczyna. Części ziem przechodzą z rąk do rąk w ramach dziedziczenia, sprzedane Janowi z Dudy w roku 1436, zostają odkupione przez Ścibora. Poniżej skarpy powstają zapewne właśnie wówczas dwie niewielkie osady, które przetrwają aż do XVIII wieku stanowiąc część Kawęczyna – Piechury i Rybałty, te ostatnie będące zapewne rybacką osadą. Jeszcze w XVII wieku są one zaludnione. Kolejne wpisy we wspomnianej metryce świadczą wyraźnie o koligacjach rodzinnych między Duckimi a Ciołkami z Brześcc i Kawęczyna. W roku 1476 właścicielem Kawęczyna jest jednak Stanisław Loss, bowiem rycerza o takim imieniu wymienia dekret księcia Konrada II Mazowieckiego, przy okazji wspominając zamieszkujących wieś kmieciów. Synowie Stanisława dzielą między siebie Kawęczyn oraz Łubnę, do Brześć w tymczasie przynależy Baniocha. W roku 1514 na arenę tutejszych dziejów wkracza nowa postać – Mikołaj Turowski, podczaszy ziemi warszawskiej.

Nim jednak o tym nowym właścicielu Kawęczyna opowiemy cofnąć się będziemy musieli wstecz do XV wieku i rozwiązać zagadkę Turowic. Otóż bowiem znany skąd inąd Stanisław Pierzchała z Obór, noszący w herbie słonia bojowego pod postacią wieży szachowej, nim przyjął miano Stanisława z Obór, pisał się jako Stanisław z Turowic w ziemi czerskiej. Wyjaśnienie tej tajemnicy poznamy w kolejnym wpisie.


Źródła i literatura:

  • AGAD, Metryka Koronna
  • AGAD, Obory
  • IH PAN, Kartoteka Adama Wolffa

Wielka powódź

ksunder

wpis o wylewie Wisły

Przypominałem kilka dni temu tekst z bloga o początku łurzyckiej wiosny i nawiedzających te strony powodziach. Temat to niczym baśń o żelaznym wilku, choć do połowy XX wieku powodzie zdarzały się w tych stronach nader często. Trudno sobie wyobrazić co może stać się, jeśli wezbrana woda przerwie wały, choć rozmaite prognozy wskazują, iż wylew dojdzie aż do wiślanej skarpy. Dziś przeczytamy relację z takiej powodzi, mającej miejsce w roku 1879, gdy woda doszła zalała teren aż do Habdzina i Obór. 20 lutego 1879 na miejsce udał się dziennikarz Kuriera Warszawskiego. Za kilka dni zamieszczę jeszcze rządowy komunikat w tej sprawie. Warto przeczytać przejmujący artykuł, w którym uwspółcześniłem jedynie nazwy miejscowości. Co ciekawe powódź ta utkwiła tak w pamięci współczesnych, że wspominana jest w niektórych nadwiślańskich rodzinach po dziś dzień - opowieść o stawach "wybitych" na Dębinie, gdzie doszło wówczas do przerwania wału, słyszałem osobiście, bowiem opowiadały o tym prababcie obecnie żyjących.


"Przerwanie wału ochronnego pod Łęgiem i Gassami", Kurier Warszawski nr 41, 20 lutego 1879 roku

Przybór obecny zapewnił  sobie kartkę w historji Wisły. Wprawdzie u stóp starej Warszawy rzeka nic śmiała głośniej poswawolić, lecz za to w górze dała się ona dobrze we znaki. Wspominaliśmy już o rozlewach pod Sandomierzem— obecnie dodać należy słów parę o stronach bliższych, a mianowicie o zalani niziny moczydłowskiej i przerwaniu wału ochronnego pod Gassami.

Niezwykłe te katastrofy, interesujące ogół i budzące namieście mnóstwo wieści, naprowadziły nas na myśl zasięgnięcia na miejscu wiadomości o nieszczęśliwym wypadku. Dotarliśmy lewego wybrzeża Wisły czyli tak zwa­nych moczydłowskich nizin i stamtąd przynosimy wieści. Zanim jednak przystąpimy do opisu samej katastrofy zaznaczyć winiliśmy, że pobrzeże Wisły prawie od wzniesionej Góry Kalwarii na południe aż do Wilanowa na północ jest bardzo niskie, tak że dawnemi czasy było ono zawsze zalewane na kilka wiorst.

Otóż, dzięki staraniom dziś już nieżyjących hr[abiego Kaspra] Potulickiego i p. [Henryka] Rossmana z Bielawy, cała ta ni­zina odgrodzona została od rzeki specjalnym wałem ochronnym ciągnącym, się od Moczydłowa prawie do Wilanowa. Wał ten, datujący się od roku 1846, utrzymywany był w nadzwyczajnym porządku a stosowany przy nim systemat tam wydzierał rzece całe przestrzenie ziemi poza wałem, tak, że w jednem miejscu (na­przeciw wioski Kopyty) wał ostatniemi czasy oddalony był od rzeki prawie o dwie wiorsty, a naprzeciwko wsi Gassy powstała nawet poza wałem na nowym gruncie wieś Zieleniec.

Clipboard013

Powódź pod Wilanowem w roku 1884

Otóż w obrębie wału wynoszącego do dwudziestu wiorst długości poczęły się pod koniec zeszłego ty­godnia tworzyć zatory przy kępie położonej naprzeciwko wsi Kliczyn. Jak twierdzą, przyczyną znacznego zatoru było nagromadzenie się w korycie piasków, nawet w zwy­kłych warunkach tankujących spław. Bądź co bądź w sobotę (15 lutego) wody powyżej Kliczyna zaczęła silnie przybierać. Impet, jej  główny  skierował się na brzeg i wał w stronie wioski Łęg położonej nieopodal. Woda podnosiła się tu gwałtownie, silne budząc obawy — wał w tym punkcie począł mięknąć...

O godzinie pierwszej z północy niebezpieczeństwo stało się tak groźne, że stróż wału w Łęgu, Józef Utrata, dał znać do nadzorcy w Piaskach i starał się zgromadzić jak największą liczbę włościan, przy pomocy których usiłowano wzmocnić wał słomą, nawo­zem itd. Tymczasem całą przestrzeń przed wałem z stała za­lana, a mieszkańcy znajdującej sie tu, jak już napo­minaliśmy, wsi Zieleńca uciekli domiejsc bezpiecz­niejszych z bydłem i cala chudobą. Obeszło się przy tem bez tragicznych wypadków, oprócz jednego, który omal smutnie się nie zakończył. Syn wyjeżdżał z chaty razem z ojcem na łodzi, a gdy ostatni zasiedział się na strychu pierwszy, przypusz­czając, że Ojciec odjechał wcześniej, nie czekał nań dłużej. Biedny starzec pozostał  sam   w opuszczonym  do­mostwie. Straszliwy widok. Zrozpaczony rzucił się  w wodę dochodząca mu do ramion  i począł  zdążać  ze  strasznym wysiłkiem ku wałowi. Już groziła mu niechybna śmierć—gdy łódź wy­słana z brzegu uratowała nieopatrznemu starcowi ży­cie.

Wracając do położenia ogólnego, przez resztę nocy stawało się ono coraz gorsze — nad ranem też z Łęg i sąsiednich Gassów poczęli się wynosić mieszkańcy. Katastrofa wreszcie, pomimo wszelkich starań i usiłowań, stawała się nieuniknioną. Woda silnie parła poczęła nawet przelewać się przez wał wyjątkowo w tem miejsca niski, co silnie wpływało na jego destrukcję, rozmiękczając zie­mię... Wreszcie o godzinie dwunastej w południe dnia następnego (w niedzielo) stał się fakt... Woda wyrwała dwadzieścia sążni wału i z szalo­nym pędem wylała na okolice. Pierwszy wyłom w wale znajdował się na północ od Łęgu. Drugą mniejszą wyrwę w wale zrobiła woda o go­dzinie pierwszej bardziej na południe — po drugiej stronie Łęgu. Szerokość tego wyłomu dochodzi tylko do piętna­stu kroków. Trzeci raz, o trzeciej z południa, przerwała Wisła wał jeszcze bardziej na południe pod wsią Gassy,— tu również  na 20 sążni szerokości. Wszvstkie trzy wyłomy zrobiono zostały w miej­scu mniej od innych niebezpiecznem—i dlatego były do pewnego stopnia niespodziewane.

W innych punktach słabszych, jak np. przy wsi Kopyty), gdzie wał ostrym kątem się załamuje i prze­to więcej na działanie fal wystawiony, podatniejszy sile ich byćby winien, przygotowano nawet bardzo znaczne zapasy faszyn i innych umocnień na wypadek. Pod Moczydłami też na krańcu południowym wału było niebezpieczeństwo, które jednak dzięki energi­cznym rozporządzeniom naczelnika powiatu górno-kalwaryjskiego usunięto.

Wracając do przerwania wału pomiędzy Gassami i Łęgiem, trzy wyłomy tam zrobione znajdowały się na przestrzeni wiorsty, fale więc, które z szalonym wy­biegły pędem—płynęły po nizinach najpierw wiorstową szerokością. Straszliwy widok. Zatapiały ono wszystko!

W godzinę po utworzeniu pierwszego wyłomu głębokość wody około wału wynosiła do trzech łokci... Straty jednak zrządzone przez wylew nie były zbyt straszne, ponieważ domki w nadbrzeżnych wioskach opancerzone są zwykle płotami z gęstych a wytrzy­małych wiklin,  tamujących żywiołowi przystęp do chaty. Za to woda wpadając wśród płoty wiklowe i rozstrącając się o nie tworzy straszliwy wir. 

urzecze0167

W tle wiklinowy płotek w połowie XX wieku w Gassach. W artykule dość dobrze opisano jego praktyczną funkcję.

Domy więc w Gasach i Łęgu, pomimo  szalonej gwałtowności żywiołu, pozostały prawic nietknięte- karczma tylko stara w pierwszej z tych wiosek rozwaliła się... Szczątki jej popłynęły z prądem. Mieszkańcy zdołali się wcześnie jeszcze z wsi, o których mowa, wynieść—udali się oni do położonych wyżej Słomczyna, Jeziorny i Kawęczyna, wziąwszy ze so­bą dobytek i chudobę.Na miejsce wypadku w niedzielę jeszcze przybyło wielu okolicznych włościan i obywateli, prezes komi­tetu ochrony wału hr. Potulicki i naczelnik powiatu górno-kalwaryjskiego.

Wisła, wyrwawszy się z poza wału, zalała do pię­ciu wiorst. Pod wodą były wsie Gassy, Łęg, Piaski, Zieleniec, Czernidła, Opacz, Habdzin i Habdzinek, prócz tego pola więcej oddalonych Obór i Bielawy oraz dwa fol­warki do Obór należące, z tych jeden Anielin.

Włościanie z wiosek tych pouciekali wcześnie jesz­cze z dobytkiem i dziećmi do miejsc wyżej położo­nych. Władze miejscowe starają się im nieść pomoc W przedmiocie naprawy   i  zabezpieczenia   wału przed   dalszemi  ewentualnościami    obradować  ma wkrótce komitet ochrony wału. Przybór zaczął się już zmniejszać w niedzielę wie­czorem. Na zakończenie z ust osoby, która była na miejscu w niedzielę, czerpiemy tu opowieść o wrażeniu, jakie sprawiają porą wieczorna zapasy rozszalałych żywio­łów...

O dwie wiorsty już prawie od miejsca wypadku słychać straszny grom.. Grom ten, podobny do ryku bałwanów i głosu rozszalałej burzy, potęguje się co chwila. Idziemy wałem szerokim na cztery stopy. Po jednej stronie Wisła, szalejąca bezbrzeżna Wi­sła— po drugiej mrok...Zbliżamy się—jesteśmy już niedaleko... grzmoty coraz bardziej rosną. Nagle i po drugiej stronie wału ukazuje się pas wody. wznosi się on wciąż... W oddali i na wale błyszczą w mroku jak świę­tojańskie robaczki—latarki i światła. Słychać nawoływania. Fala po drugiej stronie wału, którym idziemy, coraz bardziej wzrasta. To Wisła, wybiegłszy przez wyłom, wydziera się z rykiem i hukiem na pola i sioła. Mamy już po obydwu stronach wodę, nad nami— mrok nieprzenikniony, a pod nami—wąski pasek zie­mi chwiejnej, bezsilnej wobec potęgi żywiołów buntu­jących się ze wszech stron. Któż zaręczy, że wiotka ta opora lada chwila nie mne z nami w wodną przepaść? Idziemy wszakże dalej... Tu wyłom. W szalonym wyścigu jedna przez druga pędzą po­tężne fale wydzierając się naprzód—naprzód. Stoimy na cyplu wału—dokoła burza i grom...

 Znad Pilicy

ksunder

wpis, w którym autor opisuje swą wyprawę do niewielkiej miejscowości na Mazowszu oraz jej związki z terenami nad Jeziorką i Wisłą

Pojechałem do Rozniszewa, niegdyś Rożniszewa. To nieco zapomniana wieś, zagubiona wśród pól gminy Magnuszew. Historię ma podobną nieco do Cieciszewa, niegdyś stanowiła ważny punkt na szlaku prowadzącym do Kozienic, następnie przez Lublin w kierunku Rusi. Straciła na znaczeniu gdy szlak ten od niej się odsunął, a Warka przestała być jednym z głównych miast dawnej ziemi czerskiej. W przypadku Cieciszewa, choć szlak przesunął się na szczyt skarpy, wieś wciąż jeszcze pozostawała centrum życia dla okolicznych wsi gdyż istniał tam kościół. Wraz z jego zniszczeniem i odbudową w Słomczynie, zamienił swe role z tą właśnie miejscowością, stając się cichą i spokojną wsią. Przesunięty w kierunku Wisły szlak wiódł przez osadę Magnuszew, która wzięła swą nazwę najprawdopodobniej od komesa Magnusa, pochowanego na dziedzińcu zamku w Czersku. Wiódł także przez wieś Mniszew, gdzie znajdowała się siedziba parafii leżącej na południe od Góry i Czerska, z której prawdopodobnie wyłączono parafię rożniszewską. Jak zwykle należy użyć słowa „prawdopodobnie”, bo taka jest nasza wiedza o wczesnośredniowiecznej sieci kościelnej Mazowsza, czy to w przypadku Rozniszewa, Milanowa czy Cieciszewa.

DSC05760

Rozwój Rożniszewa nastąpił z przyczyn podobnych do rozwoju Jeziorny Królewskiej, znajdował się tu dogodny bród przez Pilicę, w XVII wieku zmieniony w most. Obecnie jego rolę przejęła piękna stalowa konstrukcja na głównej drodze w kierunku Mniszewa, z której należy zboczyć do Rozniszewa. We wsi charakterystyczna jest duża ilość kapliczek, znajdujących się praktycznie przy każdym skrzyżowaniu z polnymi drogami. Na końcu miejscowości znajduje się zaś neogotycki kościół zbudowany pod koniec XIX wieku, nieco przypominający konstanciński. Jednak jego zdobienia i dekoracje przywodzą na myśl swym bogactwem raczej te barokowe. Kościół zwraca uwagę też swoim położeniem, znajduje się na krańcu osady a nie w jej centrum, choć budowano go w miejscu dawnej świątyni. Wokół pola i piękne nasady wierzbowe.

DSC05755

Wyjaśnić pora co robiłem w Rożniszewie. Wędrując po Mazowszu odwiedzam miejsca, które związane są z historią macierzystych okolic. W przypadku Rozniszewa związki takie mamy co najmniej dwa, nie licząc innych pośrednich, których zapewne można doszukać się studiując dzieje Mazowsza. 14 maja 1863 pod Rozniszewem bitwę z Rosjanami stoczył Władysław Kononowicz, w ziemi wareckiej postać znana i ceniona, która swój los zakończyła na wareckich błoniach. Po Rozniszewie i kolejnej potyczce Kononowicz śmiałym manewrem przerzucił swe siły na północ, gdzie nieopodal mostku nad Jeziorką zaatakował rosyjski konwój usiłując odbić swych ludzi. To właśnie w tej bitwie rany odniósł Ignacy Robak, czeladnik z Papierni, pochowany na cmentarzu w Słomczynie. W oddziale Kononowicza bili się zaś także inni młodzieńcy z łurzyckich wsi (film na ten temat zobaczyć można w tym miejscu)

Z Rozniszewa przybył także Mikołaj, który zakupił w roku 1368 Chabdzino wraz z Brześcami i Kawęczynem, biorąc w ten sposób niejako w kleszcze ziemie rodu Pierzchałów. Wspomniane wsie wówczas już istniały i pozostawały pod zarządem niejakiego Krzczona, po którego bezpotomnej śmierci znalazły się w gestii książąt mazowieckich. Książę Siemowit został sowicie opłacony, aby prawo dziedziczenia przeszło na boczną linię, potomków Petronelli, będącej siostrą wspomnianego Krzczona.

DSC057521

O ile Chabdzino miało pozostać w rękach potomków Mikołaja jeszcze przez lata, a nawet rozwijać się, bowiem z czasem nad Wisłą założono osadę zwaną Małym Chabdzinem, a następnie Chabdzinkiem (dlaczego używam „Ch” zamiast prawidłowej formy „H” już kiedyś pisałem) to Kawęczyn z Brześcami wyślizgnęły się z rąk Ciołków. Na początku XV wieku weszły w posiadanie potomków Stanisława Pierzchały z Cieciszewa, którzy od pobudowanej w Kawęczynie siedziby zwanej Turowicami wzięli swe nazwisko i odtąd znani byli jako Turowscy. Z czasem w tym samym miejscu na wysokiej skarpie powstał dwór, lecz było to w czasach gdy pamięć o Turowskich w tych stronach uległa zapomnieniu.

A za Rozniszewem leży Warka. Także warta zobaczenia.

Diabły Urzecza

ksunder

wpis o mieszkańcu wierzbowych dziupli

Speak of the devil and he appears, jak mawiają Anglosasi, a prastare to, sięgające zapewne jeszcze czasów indoeuropejskich przysłowie, na polski tłumaczymy jako “o wilku mowa, a wilk tuż tuż”. Nie dojdziemy już zapewne jak doszło do tego, że w znacznej części świata mówimy o wilku lub psie, a w pozostałej o diable. W średniowiecznej Europie panowało przekonanie, że jeśli wspomni się o tej postaci, może ona pojawić się przynosząc ze sobą wszystkie tego konsekwencje. Poprzez wieki znaczenie to z naszego życia zniknęło, podobnie jak sam diabeł. Jak pisał Carl Lewis największym osiągnięciem diabła w XX wieku było przekonanie wielkiej rzeszy osób, iż nie istnieje. Diabeł odszedł także tym samym z Urzecza i innych okolicznych wsi, gdzie jeszcze do niedawna był stałym mieszkańcem.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m02

Od dawna w tych stronach zadomowił się bowiem we wszechobecnych nad starorzeczami wierzbach. Opowiedzą wam o tym jeszcze najstarsi mieszkańcy nadwiślańskich miejscowości, pamiętający, że kapliczki na granicy wsi odganiały złe moce. Niestety historie te w dużej mierze pozostają niezapisane, lecz wiążą się z kojarzonym z ziemią kaliską diabłem Rokitą i będącą jego siedzibą wierzbą. Rokita zresztą jest dawną nazwą wierzby, być może dlatego wierzbowe dziuple stały się jego domem. Badacze wiążą go z lechickim bogiem podziemi zwanym Nyją, w wierzbach zamieszkał zapewne później, bo na nasze tereny być może przyszły one dopiero z olędrami, rozpowszechniając się po całym Mazowszu. Czy diabeł był tu już wcześniej nie jest jasne. Lecz jeszcze do niedawna był tu obecny, pod różnymi postaciami.

Do dziś zdarza się, że starsze pokolenie niechętnie spogląda na wierzby. Miały być one siedzibą złego ducha, bądź strzygi. Tak przynajmniej określano ją w rozmowach ze mną, mówiąc iż jeszcze w latach pięćdziesiątych mieszkać miała ona w wierzbach porastających starorzecze nieopodal Habdzina. Lecz przekonanie o istnieniu mieszkańca wierzbowych dziupli zdaje się najbardziej było rozpowszechnione w Opaczy. Być może dlatego, że znaczna część wsi ciągnie się wzdłuż drogi położonej nad starorzeczem, a być może mam takie przekonanie z powodu faktu, iż przyszło mi tam spędzić sporo czasu w mym dzieciństwie i słuchać rozmaitych historii. W latach siedemdziesiątych mieszkała tam zresztą ostatnia w Opaczy znająca dawne sekrety kobieta, a jak mi przekazano gdy leżałem w kołysce miała dawnym zwyczajem przybyć i poczynić nade mną jak nad każdym urodzonym dzieckiem z tej wsi urok strzegące od złego. Zwyczaj ten w kolejnych latach przepadł. Ale dorośli zawsze ostrzegali nas przed wierzbami, które były wspaniałym miejscem zabaw. Gdy zapadała zima po lodzie przeprawialiśmy się na drugi brzeg, który porastały spróchniałe drzewa, przywodzące na myśl twierdze i domostwa, z wielkimi dziuplami. Dorośli woleli jednak byśmy bawili się na lodzie, choć do domów było blisko wołali nas zawsze gdy zapadała ciemność. To wtedy po raz pierwszy usłyszałem o strzydze, mało kto miał ochotę nocą samotnie rowerem przemierzać drogę do Ciszycy. Oświetlenie było słabe, a na zakręcie panowała ciemność. Ktoś tam kiedyś zginął, a kobiety powtarzały, że w wierzbach czai się strzyga.

Cieciszew_2013_publKomosa_fotKwireg_bw_m03

Przed Rokitą ostrzegł mnie kiedyś dziadek. Nie mogłem mieć niż 10 lat i miałem wrócić PKSem do Konstancina. Czasy były inne, więc niczym dziwnym nie było, iż pójdę samotnie na przystanek i wsiądę do autobusu. Musiała być jesień, bo było kompletnie ciemno, choć w Opaczy już od dawna świeciły latarnie, były jednak rozstawione rzadko i dawały słabe żółte światło, oświetlając jedynie obszar położony bliżej słupa. Dziadek opowiedział mi wówczas, jak jeszcze kilkanaście lat temu trzymali we wsi stróżę dawnym zwyczajem (po latach odkryłem, że obyczaj ten trwał od czasów średniowiecza, spisany szczegółowo przez Wielopolskich w roku 1790, odszedł do lamusa wraz z rozwojem elektryczności i przejęciem tych kompetencji przez Milicję Obywatelską). Wówczas wzdłuż starorzecza, nad wierzbami zdarzało się, że strażnicy widywali Rokitę, który gasił latarnie, gubił tropy, sprawiał że stróżujący gubili się w doskonale znanej im wsi i omal nie wpadali do starorzecza, gdzie chciał ich doprowadzić. Idąc na przystanek z duszą na ramieniu zorientowałem się, że latarnie gasną. Świeciły jedynie okna położonych przy drodze domostw, a gdy stanąłem przy wiacie i obejrzałem się, dostrzegłem idącą w mym kierunku kulejącą i chrząkającą ciemną postać. Wówczas nadjechał autobus a ja doń szybko wsiadłem i tak zakończyło się moje jedyne spotkanie z Rokitą. Do dziś go nie zapomniałem.

On wciąż tu gdzieś jest. Nieco zapomniany, ale wciąż mieszka w tych dziuplach, jest elementem naszego dziedzictwa. Zapytajcie starszych mieszkańców, opowiedzą wam wiele ciekawych historii o tutejszych wierzbach, które nigdy nie zostały zapisane. Napisałem o nim dlatego, że na profilu blogowym facebooka licznik wybił 666. No i od razu zepsuł mi się samochód. Speak of the devil and he appears.

rok


Literatura:

O Rokicie i jego związkach z Nyją poczytać można w tym artykule.

Początki Habdzina

ksunder

wpis, w którym zgodnie z tytułem czytelnik poznać będzie mógł początki miejscowości goszczącej obecnie imprezę sportową „Habdzinman”, a także dowiedzieć się skąd wzięła się jej nazwa oraz poznać tajemnice ekonomii Kazimierza Wielkiego

Przyznam, że wpis ten miał na blogu pojawić się już dawno, acz jakoś było z nim nie po drodze. Habdzin to kolejna stara miejscowość położona na terenie dóbr oborskich. Pierwotnie jednak do rodu Pierzchałów nie należał, nie znajdował się więc we władzy protoplasty Oborskich i Cieciszewskich, Stanisława z Cieciszewa.

Zacznijmy jednak od nazwy, bowiem na stronie internetowej sołectwa w Habdzinie pojawia się informacja, iż pochodzić ma ona od Turków, choć jak zaznacza sam autor notki, miano to pojawia się na długo przed ich sprowadzeniem w okolice Wilanowa, co miał uczynić Jan III Sobieski. Jest to kolejna wersj lokalnej legendy, a kto czytał książkę o Łurzycu ten wie, że po obu stronach Wisły mieszkańcy tutejszych wsi uważają się za potomków Turków. Trudno dociec jakie źródła ma ta opowieść, bowiem ani król Jan nie osadzał tu Turków, ani dokumenty nie potwierdzają aby na terenie tutejszych ziem się pojawiali, ani co najważniejsze nie potwierdziły tego dotąd badania DNA. Tematowi temu jednak poświęcę kiedyś odrębny wpis, na razie wróćmy jednak do Habdzina, czy też Chabdzina. Uważni czytelnicy tego bloga zauważyć mogli, że zazwyczaj pisząc o tej miejscowości posługuję się taką formą, bowiem przez większość swej historii właśnie tak zapisywano nazwę tej miejscowości. Upraszczając nieco i mając nadzieję, że nie narażę się na zbytnią furię językoznawców wyjaśniam, iż niegdyś w języku polskim istniało miękkie „h”, stąd właśnie nieubłagana ortografia każe nam posługiwać się „ch”, choć wymowa z czasem zanikła – posługują się nią jeszcze niektórzy urodzeni przez II Wojną Światową. Począwszy od XIX wieku wskutek rusycyzmu stosować zaczęto odmianę Habdzin, przenosząc na język polski zapisy cyrylicą, choć jeszcze przez lata wymiennie używano obu wersji, do czasu reformy języka polskiego w roku 1936, gdy obowiązywać zaczęła tylko jedna. Stąd i dzisiejsza nazwa miejscowości, co oczywiście nie znaczy, że w ramach patriotyzmu nakazującego nam jeść jabłka, pisać winniśmy ją z błędem.

hab

Chabdzin w roku 1933 i Habdzin pod koniec XX wieku. Warto zwrócić uwagę, iż na pierwszej mapce nie istnieje jeszcze obecna droga z Mirkowa, bowiem ze wsi szlak prowadził do Obór, zaś od strony łąk oborskich znajduje się grobla. To pozostałość ochrony przeciwpowodziowej łąk oborskich, zabezpieczanych w ten sposób od wylewów Wisły, z którą starorzecze było połączone.

Nazwa ta powstała na podobnej zasadzie do Cieciszewa czy Skolimowa, które wywodzą ją od zapomnianych rycerzy Ciecisza i Skolima. W tym wypadku był to Chebda, posiadacz słowiańskiego imienia, od którego dział ziemi nazwano początkowo Chebdzino, a potem Chabdzino, zaś z czasem zmienił się w Chabdzin. Chebda nie pojawia się w źródłach, jednakże domniemywać możemy, iż był członkiem książęcej drużyny, bądź też w jego imieniu zarządzał tymi ziemiami i osadą założoną nad wiślanym korytem. Z czasem w XIV wieku ziemie poszerzyły się, gdy koryto rzeki częściowo odsunęło się od wsi, płynąc w nowym miejscu, gdzie obecnie znajduje się wieś Opacz. Był to czas, gdy ziemia nad Wisłą zaczęła się powoli wymykać z rąk książąt mazowieckich. Początkowo zwarte terytorium, podlegające parafii w Cieciszewie (a jak duży pierwotnie był to obszar możecie przeczytać tutaj), zaczęło się rozdrabniać. W połowie wieku Stanisław Pierzchała posiadał ziemie od Brześc aż do rzeki Jeziorki wraz z Cieciszewem i Oborami, księciu pozostał wciśnięty między grunta Pierzchałów, a rzekę Wisłę niewielki skrawek zwany Chabdzinem, graniczący przez Jeziorkę z Bielawą należącą do Ciołków, być może wówczas połączony jeszcze z Okrzeszynem wraz z Jeziorną stanowiącymi domenę książęcą. Poszukujący ciągłego dopływu gotówki książęta sprzedawali  kolejne ziemie. Ich nabywcami okazali się znowu Ciołkowie.

W Sochaczewie 25 lipca 1368 roku książę Siemowit Chabdzino sprzedał. Jego nabywcą stał się Mikołaj z Rozniszewa,  miejscowości położonej nieopodal Warki, a wraz z Chabdzinem zakupiona została także znaczna część ziem podległych parafii cieciszewskiej położonych na południe od Cieciszewa, sięgających aż po terytorium obecnego Moczydłowa. Stąd Ciołkowie wzięli w posiadanie Kawęczyn wraz z Brześccami. Wróćmy jednak do Chabdzina, który jako zapisano Mikołaj nabył wspólnie z żoną Petronellą, siostrą Krzczona za niebagatelną sumę 112 i pół groszy krakowskich (choć suma to wraz ze wspomianym Kawęczynem i Brześccami). Wzmiankowany Krzczon był poprzednim właścicielem wsi, który zmarł bezpotomnie, wskutek czego jego dobra wróciły do księcia. Na prośbę Wojciecha, syna Mikołaja, miejscowości zostały przeniesione na prawo niemieckie, co de facto równało się ich ponownemu założeniu, bowiem umożliwiło sprowadzenie osadników. Nowi oraz już osiedli otrzymali zwolnienie na rok ze wszelkich obciążeń, po tym okresie zaś obowiązek opłacenia 12 groszy z łana. Wyraźnie ziemie był żyzne, bowiem w sąsiednim Cieciszewie lokując w roku 1363 Wolę Cieciszewską, wolniznę przyznano na lat 10. Lecz w końcu większość stanowiły tu zapewne żyzne mady wiślane, będące pozostałością po ustąpieniu rzeki. Tak rozpoczął się rozwój tej części ziem.

Warto zwrócić uwagę na walutę, w której dokonano transakcji. Grosze krakowskie były bite dość krótko, w latach 1367 - 1370, z inicjatywy Kazimierza Wielkiego. Była to głównie prestiżowa próba podniesienia znaczenia odrodzonego Królestwa, bowiem na obecnych ziemiach polskich brak było wspólnej waluty, zazwyczaj rozliczano się przy użyciu grosza praskiego. Grosz krakowski nie miał szans konkurować ze srebrną monetą opartą na kopalniach kruszcu w Kutnej Horze, powstał wskutek przeprowadzonej przez króla reformy monetarnej. Jak widać była ona udana, skoro na Mazowszu, jedynie częściowo wówczas podległym Koronie, posłużono się miast praskiego gorsza walutą Polski. Zwłaszcza, że była ona rzadka, jako iż bicie jej było całkowicie nieopłacalne, z uwagi na konieczność wytapiania srebra na monetę z innych stopów. To najcenniejszy polski numizmat, ocenia się, iż zachowało się mniej niż 50 sztuk. I przeprowadzono nim właśnie transakcję zakupu Habdzina i Kawęczyna...

220px-Grosi_cracoviensess_reverse

Mosiężna kopia grosza krakowskiego

Źródła i literatura:

  • Nowy Kodeks Dyplomatyczny Mazowsza, wyd. S. Kuraś i I. Sułkowska Kuraś, część III dokumenty z lat 1356-1381, Warszawa 2000 (dokument opublikowany również w Kodeksie Dyplomatycznym Księstwa Mazowieckiego ale tej wersji nie polecam, z uwagi na błędne podanie do druku)
  • o krakowskim groszu warto poczytać w tym miejscu LINK

Jak wiadomo na blogu niczego nie reklamuję, ale lokalny patriotyzm sprawia, że przy okazji Habdzina wspomnieć muszę o Polu Ruchu. Tym czym dla Cieciszewa jest Tęczowa Pasieka, tym dla Habdzina Pole Ruchu, czyli jedyny w swoim rodzaju sklep ze zdrową żywnością i nie tylko. Sprawdźcie sami.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci