Menu

Historia okolic Konstancina

o miejscach przeszłych oraz zaginionych, zapomnianych wydarzeniach i zawiłościach ludzkich losów

Wpisy otagowane : Jeziorna

Dwór w Jeziornie

ksunder

Mamy kolejną rocznicę istnienia bloga, bowiem zadebiutował on w sieci 29 stycznia, kiedy pojawił się tekst o młynie w Jeziornie Królewskiej. Zatem okazja dobra by napisać o istniejącym tu dworze, który już dawno przepadł bez śladu, nie zachowując się nawet w ludzkiej pamięci. Lecz w układzie topograficznym Jeziorny wciąż widnieje pewna pamiątka jego obecności, ale o tym na końcu niniejszego tekstu.

Najstarsza jak dotąd znana mapa Jeziorny z roku 1730. Na prawo od Jeziorki, w ziemi warszawskiej, widoczna Jeziorna Królewska, wówczas dzierżawiona przez niejakiego Dembowskiego. Na lewo należąca do Obór Jeziorna Oborska, na obecnej Grapie nad odnogą Św. Jana. Przy lewym nurcie i między odnogami widoczny młyn oborski, który z czasem stanie się Starą Papiernią.

Podobnie jak większość dworów został wzniesiony w miejscu istniejącego tu niegdyś centrum osady, gdzie rezydował jej właściciel. W przeciwieństwie do Cieciszewa, Bielawy czy Obor trudno jednak szukać tu śladów grodu, bądź umocnionego domostwa, które z czasem przekształci się w dwór. Ślady osadnictwa w Jeziornie z okresu średniowiecza pochodzą z wieku XII i XIII, gdy osada położona nieopodal przeprawy zaczęła się rozrastać. Usytuowano ją przy drodze wiodącej z Bielawy wzdłuż rzeki, obecnej ulicy Bielawskiej, stanowiącej wówczas główny szlak. Przeprawa znajdowała się wówczas właśnie w tym miejscu, z czasem wraz z wyprostowaniem się drogi wiodącej z Warszawy, pomijającej Bielawę, przeniosła się w rejon obecnego usytuowania mostu. Jeziorna straciła właściciela jeszcze w XV wieku, ostatnim odnotowanym był Mikołaj zwany Żądłem, po roku 1430 przeszła na właśność książąt mazowieckich. Być może Żądło zastawił ją i nie zdołał wykupić, bądź bezpowrotnie zmarł. Wkrótce nazywano ją już książęcą, a po wcieleniu Mazowsza do Korony stała się królewszczyzną, stąd jej późniejsza nazwa. Nie było więc tu znacznego dworu szlacheckiego, wybudowano jedynie dworek na potrzeby posesora lub wyznaczonych przez niego zarządców, którzy przez kolejne lata często się zmieniali. Z czasem wykształcił się folwark, w którym funkcjonował wspomniany dwór. 

Najstarsza wzmianka o nim pochodzi z roku 1565, gdy lustratorzy odnotowują, iż “Jest w tej wsi folwark i dwór dobry, dobrze zbudowany”. Ponad wiek później nie będzie już po nim śladu, gdy po Potopie “budynki przez wojska szwedzkie funditus ogniem zniesione” zostają. Zachowany opis dworu przyniesie nam dopiero wiek XVIII. W roku 1768 wiodła doń brama, jak zanotował lustrator niedawno wzniesiono ganek na słupach wraz z podłogą z tarcic, skąd przez masywne dębowe drzwi na zawiasach wkraczano do sieni. Dwór nie był w najlepszym stanie, bowiem jedno z okien miało wybitą szybę, dwa były spękane, pozostałe od lat naprawiano przy pomocy ołowianych sztab. Pułap był nadgniły, lecz rekompensował to biały, dobry piec. Dwór był spory, bowiem znajdowały się tu cztery pomieszczenia, w tym kuchnia, w której ognisko płonęło w zielonym piecu. Zaznaczmy, iż wokół pieców podłogę rzecz jasna stanowiły cegły, a dwa murowane kominy wychodziły na dach przykryty gontami. Pod dworem zaś znajdowała się piwnica, do której prowadziły schody. Wokół niego zaś znajdował się folwark, z oborą, stodołą i gumnem.

Dwór był siedzibą dzierżawcy, który zarządzał folwarkiem i dopilnowywał chłopów pańszczyźnianych z tutejszej wsi (nadmieńmy, iż pod koniec XVIII wieku wiele tu znajomych nazwisk, takich jak choćby Szewczyk czy Golik, po dziś dzień mieszkających w tej okolicy). Budowla przetrwała upadek Rzeczpospolitej, stając się siedzibą pruskich rządców, zatrudnionych w Ekonomii Lesznowola, której Jeziorna podlegała. Jego istnienie notuje jeszcze mapa z roku 1838, gdy Jeziorna Królewska wciąż należała do władz, kiedy wkrótce zakupił ją Henryk Rossman z Bielawy pozostawił tu dzierżawcę. Kres budowli przyniosło dopiero utworzenie gminy Jeziorna w roku 1867, pierwsze zebrania gminy odbywały się właśnie tu, potem urząd się przeniósł. Dwór zniknął, a ziemie folwarku zaczęto powoli wyprzedawać.

Pora więc wskazać jego lokalizację, którą był zbieg obecnych ulic Polnej i Bielawskiej, gdzie na terenie części dawnego folwarku znajdują się bloki przy ul. Narożnej i okoliczne domostwa. Właśnie ulica Polna jest zachowanym śladem jego istnienia, podobnie jak w Bielawie ulica Lipowa zostala wytyczona z warszawskiego szlaku by prowadzić do dworu, analogicznie uczyniono w Jeziornie. Ulica Polna wiodła wprost do bramy, co ujrzec możemy na poniższej mapie. 

Bez_nazwyNa zakończeniu Polnej znajdował się dwór, wybudowany w miejscu, gdzie istnienie swe rozpoczęła Jeziorna Królewska. Tu znajdowała sie dawna przeprawa, przy drodze prowadzącej w średniowieczu przez Bielawę. Nie ma już dawno po nich śladu, jedynie ulica Polna przypomina, iż wytyczono ją wprost do dworskiej bramy.

P1200443


Źródła i literatura:

  • AGAD, ASK
  • Lustracja województwa mazowieckiego 1565 r. wyd. PWN, W-wa 1965, red. I Gieysztorowa A. Żaboklicka
  • Lustracje województwa mazowieckiego XVII wieku, t. I i II, wyd. PWN i PAN, W-wa 1968, 1989, wyd. A. Wawrzyńczak

Zapomniani powstańcy

ksunder

Śledzący profil facebookowy bloga lub lokalną prasę wiedzą, iż niedawno doszło do uszkodzenia płyty nagrobnej powstańca styczniowego, Ignacego Robaka. Mam nadzieję, że uda się dokonać renowacji miejsca jego pochówku, lecz na razie to odległa kwestia. Walki styczniowe przykrył kurz historii, obecnie skupiamy się na odkrywaniu żołnierzy wyklętych, odsuwając na bok nawet żołnierzy Armii Krajowej. To relatywizm historii, która powtarza jak zawsze utarte schematy. Po odzyskaniu niepodległości w roku 1918 żyjących powstańców roku 1863 czczono jak bohaterów, nadając im stopnie oficerskie, podczas gdy oni sami kłócili się między sobą czy rację mieli biali czy czerwoni, wyzywając wzajemnie od zdrajców. Jednocześnie dyskutowano czy Powstanie Styczniowe miało sens, a niektórzy uważali za bohaterów sztyletników, z ukrycia dokonujących zamachów.

Lecz my sięgnijmy w przeszłość z innego powodu, jej ślady przywiodły nas ku kolejnym odkryciom. Dokonała ich łurzycanka p. Danuta Nowosielska (Bakalarek), ja jedynie częściowo je uzupełnię. Ignacy Robak, nie był jednak pseudonimem powstańczym, jak pierwotnie podejrzewałem. Akt jego urodzenia we Włoszczowej wskazuje, iż narodził się 28 stycznia 1846 roku jako syn Aleksego i Anny z Cielętarskich, jak zanotował tamtejszy proboszcz na świat przyszedł o północy. Koleje losu zawiodły go do Papierni w Jeziornie, gdzie podjął pracę jako czeladnik, zapewne jak mając nie mniej niż 13 – 14 lat. W wieku 17 lat zginął pod Chojnowem, na płycie napisano, iż miał ich 18, choć nie zdążył iż ukończyć. Okazuje się jednak, że nie tylko on był pracownikiem Papierni, lecz również znany już uprzednio Walenty Pindelski ze Słomczyna, zmarły w Powsinie jako podporucznik wojska polskiego. Jak się okazuje w owym czasie był on również zatrudniony w tutejszym zakładzie. Zapewne zatem jakaś grupa ludzi zorganizowała się by pójść wspólnie bić się o Polskę. Piękna to tradycja niepodległościowa, którą Papiernia powtórzyła prawie wiek później, podczas drugiej wojny.

21_1875_65_8_Robak_Ignacy_akt_urodzenia_1846Lecz to nie jedyni powstańcy z tych terenów, do walki stanęli także inni, których imion dotąd nie znaliśmy. 24 czerwca 1839 roku na świat w Bielawie przyszedł Jan Bednarczyk, który 19.stycznia 1863 roku zamieszkiwał na Kępie Okrzewskiej (wówczas jeszcze formalnie kolonii olęderskiej). Tego dnia wziął ślub z Agnieszką z Matyjasiaków panną również z rzeczonej Kępy Okrzewskiej. Powstanie styczniowe zostało ogłoszone 22 stycznia tego roku, a więc Jan zaraz po ślubie poszedł w szranki powstańców. Zesłany został na Syberię, bowiem pojawia się w imiennym wykazie ks. Ruczka, wstawiającego się za Powstańcami do władz. Z zesłania powrócił i żył jeszcze w wolnej Polsce, bowiem w roku 1923 wymieniony został w roczniku oficerskim, jako podporucznik Wojska Polskiego.

11 grudnia 1843 roku w Czernidłach na świat przyszedł Tomasz Majewski, syn Walentego i Katarzyny Śliwka (to ostatnie nazwisko jak wiadomo noszą wciąż mieszkańcy Gassów i Czernideł). Jego udział w powstaniu nie zakończył się zesłaniem, bowiem w roku 1865 poślubił Mariannę Zambrzykowską, mieszkankę części Jeziorny gdzie funkcjonowała wówczas Papiernia, co znowu prowadzi nas do tego samego miejsca. Sam Tomasz zamieszkiwał wówczas w Jeziornie Bielawskiej, jak zwano przez krótki czas Jeziornę Królewską, gdy zakupili ją Rossmanowie. W roku 1923 wymieniono go jako podporucznika weterana WP, zatem jeszcze wówczas żył.

Rocznik oficerski wskazuje jeszcze ppor. Walentego Milczarski z Konstancina. Niestety nic więcej o nim nie wiemy, być może będzie to osoba wspomniana we wspomnieniach przez Monikę Żeromską.Stary dozorca z położonej na wprost willi "Świt" willi "Pod Wieżą", z którym jej ojciec rozmawiał długie godziny na temat powstania. Tego nie dowiemy się już nigdy…

Wreszcie przejdźmy do tajemniczego powstańca o nazwisku Gut, o pseudonimie „Brun”, o którym pamięć przechowano w Słomczynie, jako żyjącego tam powstańca. Niestety rocznik oficerski na jego temat milczy, choć starsze pokolenie pamięta jeszcze jak przed II Wojną Światową na jego grobie straż trzymali harcerze. Zatem gdy Polska odzyskała niepodległość, już nie żył. Metryki podsuwają nam dwie pasujące osoby, lecz po wnikliwym przyjrzeniu się ich historii uznać należy, iż chodzi o Józefa(Gutowskiego) Gutta, który w 1842 roku ożenił się z Marianną z Pogodzińskich i w 1857 roku miał syna również o imieniu Józef. Lecz to ojciec poszedł walczyć w wieku 40 lat, przeżył je i zmarł w roku 1890. Jego syna pochowano zaś nieopodal grobu Ignacego Robaka, w kaplicy Fagońskich. Ale w akcie zgonu ojca jako świadek wymieniony jest jego sąsiad ze Słomczyna, Wojciech Pindelski. Tak się składa, że był on bratem Walentego Pindelskiego, po dziś dzień czczonego w Powsinie jako jedyny znany z imienia i nazwiska powstaniec styczniowy pochowany na tamtym cmentarzu. Ze Słomczyna pochodził również opisywany przeze mnie kiedyś sztyletnik. Jak widać do walki chodziło się wspólnie.

I teraz, tuż przed Świętem Niepodległości, przywołam jeszcze jeden aspekt w kontekście niedawnego podnoszenia, iż historia niemieckich osadników, nie jest polską historią. Łatwo w tekście można było wychwycić informacje o Kępie Okrzewskiej. Rodzina Matyjasiaków mieszkała tam już w latach dwudziestych XIX stulecia, w tej olęderskiej kolonii. Zaś Józef Gutt „ojciec” jest wnukiem Łukasza i Ewy z Mroczkowskich m. Guttów przybyłych na Urzecze ok. 1787-1788 roku. Ich synem był Jan Gutt z zawodu zdun, mularz. Rok przybycia jasno wskazuje, że przypłynęli tu wraz z drugą falą olęderskiej kolonizacji, a ich wnuk poszedł bić się pod znakiem orła w koronie. I to chyba najlepsza puenta w sprawie niemieckich kolonistów.

Za kilka dni obchodzić będziemy rocznicę odzyskania niepodległości. Nieważne w jakich okolicznościach do tego doszło, pomyślmy ile osób poszło walczyć o to, aby Polska była wolna. W roku 1812, 1830, 1846, 1863 i później, w kolejnych powstaniach i rewolucjach, a także po roku 1918. W „Siekierezadzie” Edwarda Stachury jest piękna scena, w której podczas awantury na wiejskiej zabawie Michał Kątny zwraca się do Janka Pradery, otoczonego przez miejscowych bojców. Ratuje go pytaniem o to, czy zawołać „naszych chłopaków”. Później wyjaśnia jakich chłopaków miał na myśli. Naszych. Tych z Powstania Listopadowego i Styczniowego. Z Powstań Śląskich i z Powstania Warszawskiego. Gdybyś ich zawołał, gdyby cię usłuchali, byłaby to wielka i piękna armia duchów, odpowiada Pradera.

Pomyślcie o tej nieprzeliczonej armii duchów 11 listopada, spośród których znamy imiona jedynie niewielkiej części.


Źródła i literatura:

  • ASC Słomczyn i Powsin
  • Rocznik oficerski 1923

Po powodzi

ksunder

dalszy ciąg wpisu o wylewie Wisły

Zgodnie z obietnicą dzisiaj do poczytania nieco bardziej oficjalny komunikat na temat powodzi roku 1879, niż reportaż dziennikarza wysłanego na miejsce zdarzenia.Dodam jeszcze, że społeczeństwo Warszawy pośpieszyło wówczas z pomocą mieszkańcom gmin Wilanów i Jeziorna, powołany został bowiem komitet pomocy poszkodowanym. Akta jego działalności zachowały się w Archiwum Głównym Akt Dawnych, zebrane ruble przeznaczono m. in. na uruchomienie wzmiankowanego tu poniżej szpitala polowego  w Bielawie. Warto zwrócić także uwagę na wzmiankę o zmobilizowaniu do pomocy członków "miejscowego jacht-klubu", którzy na polecenie władz użyli swych łodzi do niesienia pomocy. 

Artykuł ukazał się 20 lutego 1879 roku.

Clipboard014

Arabskie awantury

ksunder

wpis o Cieciszewie, wikingach, Arabach, potworze Grendelu i Antonio Banderasie

Jestem w trakcie lektury książki Zdzisława Skroka „Czy wikingowie stworzyli Polskę”, wydanej niecały rok temu, w której autor zastanawia się nad genezą pierwszych Piastów, nad czym ostatnimi czasy pochylać zaczęli się prócz historyków rówineż archeolodzy. Źródła historyczne zostały dość gruntownie przebadane, zaś nowe odkrycia archeologiczne, w szczególności badania DNA, mogą rzucić światło na tamte zapomniane czasy. Profesor Urbańczyk sugerował niedawno, że Mieszko mógł pochodzić z Moraw, Skrok z kolei wskazuje, iż pierwszy władca Polan zapewne przybył ze Skandynawii. Rewelacji tych nie będę komentował, bo odbyć musi się jeszcze wiele dyskusji, by którąkolwiek z tych hipotez potraktować jako coś więcej niż ciekawostkę. W książce Skroka zauważam dopasowywanie faktów do teorii, lecz wiedzy na temat rzeczywistych wydarzeń i stanu badań nie można mu odmówić. Także wtedy, gdy pisze o Cieciszewie.

Tamtejszy gród istniał już w roku 1236, gdy wzniesiono tu kościół. Jednakże osadnictwo w tych okolicach dużo starsze, a ludzie w okolicach Jeziorny, Cieciszewa i Cieciszewa osiedlali się już wiele wieków wcześniej, osady istniały tu już w okresie zwanym rzymskim, nie można przy tym zapomnieć o Czersku z jego tradycją osadnictwa. Wzdłuż Wisły prowadził szlak handlowy i nad jej dawnym brzegiem znajdowano rzymskie monety, choćby w Powsinie skąd pochodzi denar cesarza Trajana z II wieku. Szlak przetrwał upadek Imperium, a wraz z rozwojem Rusi ożył ponownie. I to z nim wiązałbym pewne znalezisko z okolic Cieciszewa, gdzie w roku 2007 na terenie Parceli odkryto monety z Samarkandy.

459a69bfef008c49

Rewers monety z czasów emira samanidzkiego Nasr II ibn Ahmada (913-942 wg.daty chrześcijańskiej). Mniejszy fragment wybity za panowania jego syna Nuh I ibn Nasr (942-954 )

Pochodzą one z pierwszej połowy X wieku, datowane są na lata rządów emirów samanidzkich, powstały zapewne między 924 a 946 rokiem, wybite prawdopodobnie ze srebra z kopalni asz-Szasz. Skrok wiąże je z wikingami płynącymi Wisłą. Sporo w tym racji, wpływali oni w ujścia rzek penetrując je do samego źródła, długie łodzie w owym okresie Sekwaną docierały do Paryża, a na Rusi Skandynawowie przyczynili się zapewne do początków państwowości. Jako Waregowie zagrozili Bizancjum. Stali się głównym partnerem handlowym nie Cesarstwa, lecz właśnie arabskich kupców, którzy przybywali do licznych emporiów handlowych. Arabska moneta stała się głównym środkiem płatnicznym, którym płacono za liczne w tych stronach skóry. Handlowano nimi choćby w grodzie w Drohobyczu. Stąd obecność monet na szlaku wiodącym do Czerska, gdzie osada istniała już w VII-VIII wieku. Trakt prowadził z chrześcijańskiej Marsylii, a początek swój biorący za Pirenejami w Al-Andalus, arabskiej Hiszpanii, prowadzący aż na Ruś. Dlatego przyjąłbym, że monety zgubili raczej nie wikingowie a Arabowie, których pozostawili liczne ślady swej obecności w ówczesnej Europie. Trasą na Ruś zapuszczali się rozmaici awanturnicy, jak choćby frankijski kupiec Samon, twórca pierwszego słowiańskiego państwa.

980d6cc3cfd5a5fc

Kolejna moneta z czasów Nuh I ibn Nasr oraz abbasydzkiego kalifa al-Mustakfi (944-946)

Tym, którym do wyobraźni nie przemawia fakt, iż monety pochodzą z czasów nim w odległej Wielkopolsce Mieszko I rozpoczął swe panowanie, proponuję wyobrazić sobie, co oznaczała taka podróż w połowie X wieku, przez Europę w większości pokrytą lasami, bez map i wiedzy co napotkać można na szlaku, zamieszkaną przez niewielkie grupki ludzi, którzy nie zawsze byli przyjaźnie nastawieni. Podróż taką opisuje Ahmed Ibn-Fadlan, który w roku 922 dotarł z Bagdadu przez Bułgarię na Ruś. Jego relacja obfituje w opisy licznych niebezpieczeństw, nie wiadomo było czy napotykani nieliczni ludzie pośród lasów pełnych dzikiego zwierza są szaleńcami, czy też reprezentują potężnych władców. Gdy drogę zastąpił podróżnikom pewnego razu odziany w skórę pustelnik żądając haraczu, twierdząc iż w lesie ukryli się jego ludzie, woleli mu zapłacić, niż sprawdzać jego słowa. Byli bowiem na obcym terytorium świadomi, że wówczas skromna eskorta nie odeprze ataku liczniejszego wroga. Na relacji Ibn-Fadlana oparł zresztą swą książkę Michael Crichton, przenosząc jej liczne partie do swego tekstu, który sfilmowano jako „Trzynastego Wojownika” z Antonio Banderasem w głównej roli. Rzecz to wyprawie dwunastu wikingów i jednego Araba na spotkanie z Grendelem, czyli opowieść o Beowulfie. Nie znającym pradawnej opowieści o tym potworze terroryzującym Heorot, biorącej swe początki w mitach skandynawskich, polecam sprawdzenie kim był rzeczony Grendel. Legendom wikingów zawdzięczamy zresztą nazwę największego polskiego półwyspu, Hel to oczywiście starogermańskie określenie piekieł (stąd angielskie Hell). W owych czasach znajdowały się tam liczne rafy i mielizny skutecznie uniemożliwiające żeglugę.

Wróćmy jednak do Ibn-Fadlana, który na Rusi napotkał wytatuowanych blondynów zwących siebie Wikingami. Spotkania dwóch kultur miały miejsce właśnie na szlakach handlowych, a my nie ustalimy czy monety utracili pod Cieciszewem Arabowie czy Skandynawowie, równie dobrze możemy przypuścić, że doszło tu do jakiejś walki, której rezultatu nie już nie poznamy. W owym czasie płynęła tędy Wisła, jej krawędzią biegła droga, po opuszczeniu istniejącej już wówczas osady w Bielawie, przejściu brodu w Jeziornie, w drugiej połowie X wieku nieopodal półwyspu w Cieciszewie i przeprawy prowadzącej na późniejsze tereny Dudy, odbyła się zapewne jakaś walka. Trudno bowiem przypuścić, by nieznany właściciel monet zagubił je i nie starał się ich odnaleźć. Nie poznamy nigdy jej rezultatu, nie dowiemy się co właściwie się tu wydarzyło. To na zawsze zapomniana tajemnica przeszłości.

Skupieni na teraźniejszości nie zapominajmy, że biegnie tędy jeden z najstarszych szlaków handlowych Europy, którym wędrowali Arabowie, napotykając na nim płynących Wisłą wikingów. Na długo nim powstało państwo Piastów w tych rejonach kwitło osadnictwo i mieszkali tu ludzie.


Dziś bez źródeł i literatury, książkę Zdzisława Skroka wydaną w roku 2013 w wydawnictwie Iskry z łatwością znaleźć można w wersji papierowej oraz elektronicznej. Zdjęcia monet zawdzięczamy pośrednio archeologom, którzy udostępnili je członkom klubu Traper, pozwoliłem je sobie przekopiować. W internecie można natrafić na pogląd, że koło Cieciszewa istniała arabska osada, co zupełnie nie odpowiada prawdzie.

Powrót do domu

ksunder

wpis o historii żydowskiej społeczności tych stron i wieczorze szabasowym zorganizowanym przez Beit Konstancin

Dotarłem do miejsca, w którym zaczyna się właśnie dzień, choć dla mnie jest to początek nocy. Za oknami zapadła już ciemność, a pobliski park rozświetlać zaczęło światło latarni. Dla mnie nadszedł wieczór, lecz dla osób, które mnie tu zaprosiły rozpoczyna się już sobota. W tradycji żydowskiej dni kończą się wraz z zachodem słońca. Wraz z grupą osób zostałem zaproszony na wieczerzę szabasową, organizowaną przez Beit Konstancin. To reformowana gmina żydowska, należąca do Związku Postępowych Gmin Żydowskich, które otworzyły się na świat zewnętrzny, gdyż ważniejsze dla ich członków jest modlitwa i osobiste doświadczenie Boga, niż surowe przestrzeganie przepisów. „Wiesz, to trochę tacy nasi ewangelicy”, powiedział mi kiedyś z uśmiechem niepraktykujący wyznawca tej religii. Może to i uproszczenie, ale coś jest w tym porównaniu, przecież na udział w wieczerzy ortodoksyjnej nie mam szans, podobnie jak członkowie Beit Polska na msze organizowane w nieekumenicznym przedsoborowym duchu.

Nie wszyscy do końca wiemy jak się poruszać i zachowywać na tej uroczystości, jednak organizatorzy wszystko wyjaśniają i tłumaczą, co sprawia, iż uroczystość staje się wyjątkowym doświadczeniem. A ja trzymając w ręku teksty pieśni, w języku hebrajskim i polskim, słuchając wspaniałego i jednocześnie poruszającego śpiewu kantora Piotra Mirskiego, zastanawiam się nad tym o czym przed chwilą mówiłem ja sam, a po mnie inne osoby. O tym co już przeminęło.

Śpiew  Piotra Mirskiego w Beit Warszawa, do słuchania w tle podczas lektury.

Poproszono mnie o powiedzenie kilku słów na temat obecności Żydów w tych okolicach co uczyniłem, zaś po mnie o zaginionym świecie Jeziorny Królewskiej opowiadali jeszcze Adam i Tomasz. Ale to przywodzi jedynie na myśl, że naszą historię odtwarzamy jak zwykle ze skrawków, a w tym wypadku są one wyjątkowo nikłe. Nie wiemy w zasadzie nic o historii gminy wyznaniowej Jeziorna, obejmującej także teren Wilanowa i Piaseczna, zachowały się jedynie szczątki nic nie znaczących dokumentów. Jej historia dobiegła końca 25 stycznia 1941 roku, gdy wysiedlono zorganizowane tu niespełna trzy miesiące wcześniej getto, mieszczące się na niewielkim obszarze zamkniętym między rzeką Jeziorką a ulicą Bielawską, oraz tzw. Błotnicą (rejon obecnej stacji benzynowej) i osadą Konstancinek (rejon obecnego osiedla Arche). Dzień wcześniej do prezesa gminy Adama Kenigsteina i rabina Rozenwejga miał przyjść komendant tutejszego posterunku granatowej policji uprzedzając ich o tym co ma nastąpić, dzięki temu mogli pod pozorem symulowanego ataku serca wezwać karetkę i pojechać do Warszawy wraz z księgami gminy, które ukryte zostały w piwnicach kamienicy na Pańskiej. Wraz z nimi nastąpił symboliczny koniec gminy, zaś budynek przestał istnieć, być może głęboko fundamentami odbudowanej Warszawy znajduje się fragment naszej przeszłości.

W Jeziornie zostało jedynie kilka domów, trudno wyobrazić sobie jak wyglądały te okolice przez wojną. Nie jest możliwy nawet spacer duchów. (zdjęcie z forum Klubu Miłośników Historii Konstancina-Jeziorny autorstwa Adama Zyszczyka)

Nie potrafimy nawet odpowiedzieć na pytanie od jak dawna Żydzi obecni byli na tych terenach, w Płocku ich obecność notowano już w XI wieku, czyli w czasie kiedy naszą część Mazowsza porastały głównie bory, a tutejsze tereny mające z czasem zostać nazwane Urzeczem łęgowe lasy. Najstarszym zachowanym śladem jest pochodząca z roku 1663 wzmianka o ślubie jakiego udzielono w Cieciszewie niejakiej Helce, córce arcyrabina z Podola i młodzieńcowi z miejscowości Wodynie. Historia to wybitnie miłosna, bowiem wyraźniej uciekali tak długo, aż znaleźli proboszcza, który zgodził się pobłogosławić ich związek, w tym wypadku Leona Stanisława Czarnysza, jednocześnie na chrzcie nadał on dziewczynie imię Jadwiga. Żydzi umykają nam z ówczesnych akt, bowiem nikt nie notował ich obecności, nie byli poddanymi, nie odrabiali pańszczyzny, mogli być arendarzami dworu. W takim charakterze pojawiają się wraz z początkiem XVIII wieku, opisywałem niegdyś na blogu awanturę na wyspie pośrodku Wisły, która z czasem miała stać się Kępą Oborską, gdy w roku 1712 żydowski karczmarz z Obór wyciął tam pospołu z chłopami oborskimi drzewa (wpis: Historia pewnej kępy). O ile w połowie XVII wieku karczmarzami są tu jeszcze Polacy, to do końca XVIII wieku będą nimi głównie Żydzi. Prowadzone przez nich karczmy są dochodowe, jak można było przeczytać ostatnio we wpisie o Karczmarzu z Obór; są także na tyle zaufanymi osobami, że nadzorują pracę polskich przewoźników w Gassach (wpis: Na przewozie w Gassach). Jednakże prawdziwy rozwój żydowskiej społeczności przychodzi z połową XIX wieku i zniesieniem pańszczyzny, kiedy mogą zacząć nabywać ziemię, a także wraz z rozwojem tutejszej społeczności przemysłowej oraz letniska Konstancin. Choć na bramie prowadzącej do Konstacina przed wybuchem I Wojny widniał regulamin zakazujący wstępu Żydom, był on skierowany wyłącznie przeciw społeczności chałaciarzy z Jeziorny Królewskiej, bowiem nie był on wyrazem antysemityzmu, a raczej antyjudaizmu, gdyż nie dotyczył on bogatej części żydowskiego społeczeństwa, wypoczywającej w letnisku, którego goście nie życzyli sobie oglądać biedoty. Pod tym względem niewiele się zmieniło przez wiek, gdyż na strzeżone osiedla wstępu nie będzie miał biedak, wspomnieć można też oryginalne pomysły sprzed lat kandydatów na radnych, proponujących ogrodzenie willowej części Konstancina, aby wstępu nie mieli tu mieszkańcy sąsiednich bloków. W tymże letnisku nie wpuszczającym chałaciarzy w niektórych willach organizowano wierzecze szabasowe…

Krótko o rozwoju żydowskiej społeczności napisał Zdzisław Skrok na stronie WMK (artykuł: „Społeczność żydowska Jeziorny”), wkrótce będziecie mogli zapoznać się ze świetnym tekstem Adama Zyszczyka, przygotowanym na potrzeby powstającego przewodnika. Możliwe będzie wówczas podążenie śladem nieistniejących już miejsc, spacer ulicą Bielawską, niegdyś tętniącą życiem, gdzie mieszkał Sam Freiman, był sklep szewski, piekarnia, rzeźnia… gdzie w kręgu ulic Koziej, Fabrycznej kwitło życie, stały dwie synagogi, mykwa, łaźnia.  A Żydzi byli zwykłą częścią tutejszej społeczności, zaś dzieci uczyły się razem w szkołach i wspólnie bawiły, jak wspominała to dorastająca tu wówczas p. Barbara Kulińska, bohaterka Powstania Warszawskiego. I jak barwnie opisał ten zaginiony świat w swoich wspomnieniach Zbigniew Cechnicki. Wszyscy żyli obok siebie, ale taki to był świat, że pewne podziały jeszcze nie zaistniały. Nieopodal we wsiach nadwiślańskich podobnej koegzystencji żyli ewangeliccy potomkowie olędrów, którzy chrzcili swe dzieci i zawierali małżeństwa w pobliskich katolickich kościołach, gdzie prowadzono metryki stanu cywilnego, zaś  Polacy uczęszczali wraz z nimi do szkół zamienianych w niedziele na kaplice. A w Jeziornie i Konstancinku znaczny procent mieszkańców stanowili ludzie wyznania mojżeszowego, jak stwierdzano wówczas w urzędowej dokumentacji. W styczniu 1939 w spisie przeprowadzonym w gminie Jeziorna wykazano 655 Żydów. W roku 1946 ani jednego, choć była jeszcze Fajga Rotsztajn, ocalona z getta w Otwocku dzięki niesamowitemu łańcuchowi ludzi dobrej woli, począwszy od dziedzica dworu w Bielawie, na proboszczu w Słomczynie kończąc… Na miejscu jatek Rotsztajnów po wojnie wybudowano INCO, a teraz mieści się tam sklep Bomi. Oczywiście ukrywano tu nie tylko Fajgę Rotsztajn, lecz cała społeczność przepadła bezpowrotnie.

Nie ma więc już sklepu Mojsze Kozy, nie ma zegarmistrza Chaskiela, krawca Jelenia, ostała się mykwa zmieniona w prywatny dom. W piątkowe wieczory nie zobaczymy na Argentynie świec szabasowych w oknach (zresztą nazwa ta także związana jest ponoć z Żydami, którzy wyemigrowali podczas dwudziestolecia z Jeziorny do tego kraju). Nie ma także już wyznaniowej gminy Jeziorna, nie możemy nawet podążyć spacerem duchów, bowiem teren mocno się zmienił, lecz jeśli ktoś pragnie wędrować śladem historii, niech zaczeka na tekst Adama i uda się do Jeziorny z przewodnikiem w ręku. Choć Żydzi to nie tylko Jeziorna, to również historia całej gminy, której mieszkańcy wspominają ich obecność w każdej wsi, gdzie mieli swoje sklepiki, a żydowscy handlarze krązyli po łurzyckich wsiach skupując i sprzedając towary, choćby mięso wożone do rzeźni w Karczewie promem w Gassach.

Żydzi w Karczewie, którzy często docierali do tutejszych nadwiślańskich wsi.

I właśnie o tym zaginionym świecie myślałem spoglądając na dwie zapalone świecie, symbolizujące pamięć i przedstrzeganie, biorąc udział w najważniejszym żydowskim nabożeństwie, bowiem w przeciwieństwie do chrześcijaństwa, które ma święta przewyższające wagę niedzieli, w judaiźmie szabas jest najistotniejszy, pochodzi bowiem od Boga, zaś pozostałe święta płyną z tradycji. I dotarło do mnie, iż od pewnego czasu historia zatacza kręgi, a wszystko w nieco zmienionej postaci wraca do tego co już było, a dawni mieszkańcy do domów tożsamości swych przodków. Bo Konstancin-Jeziorna to taki dziwny zlepek bez tradycji miejskiej, gdzie historia sprawiła, że rozwój zmieniającej się powoli w miasto Jeziorny Królewskiej, siedziby wiejskiej gminy Jeziorna, zahamowany został przez ściśnięcie z letniskami Skolimów i Konstancin, rozdzielono je w latach dwudziestych, a potem wszystko na powrót złączono w PRL-u jeden organizm - robotniczy Mirków, burżuazyjne letniska i nadwiślańskie wsie, stanowiące na początku XX wieku wielokulturową gminę Jeziorna. I teraz to wszystko powraca, znowu mamy wielokulturową gminę, jak podpowiedziano mi z najwyższym wśród podwarszawskich gmin procentem cudzoziemców, sięgającym 6,5 %. Konstancin znowu stał się zamkniętą enklawą bogatych mieszkańców zamkniętych w swych rezydencjach, żyjących z dala od mieszkającej tu od wieków lokalnej społeczności, powrócił wreszcie region Urzecza, a tożsamość kulturowa budzi się na nowo, tworząc na nowo mozaikę mieszkańców tych stron.

To z kolei obrazek z Otwocka, lecz nazwa ulicy Koziej w Jeziornie ponoć ma związek właśnie z owymi zwierzętami hodowanymi przez Żydów.

Cieszę się więc, że miałem okazję skosztować na wieczerzy chałki i napić się wina, że zostałem zaproszony przez Beit Konstancin, tworzony przez Żydów zamieszkałych w tych stronach. Tak więc dla niektórych z naszych sąsiadów w najbliższy czwartek nadejdzie Nowy Rok 5775... Kilka miesięcy temu zaczęły się wieczerze szabasowe, lecz ta w której bralem udział była pierwszą publiczną. Po 73 latach znowu odprawiono szabas, a gmina żydowska (choć zreformowana) wróciła do domu.

 


Autor pragnie podziękować p. Grzegorzowi Gałackiemu za zaproszenie na wieczerzę, która odbyła się w Hugonówce, gdzie organizatorzy wynajęli salę. Jak wiedzą niektórzy, w przeciwieństwie do chrześcijaństwa w judaiźmie nie ma świątyni, a miejsce modlitwy uświęca Tora i modlący się Żydzi.

Ponieważ zanim tekst Adama w przewodniku ukaże się upłynie zapewne nieco wody, poniżej kilka linków, które warto poczytać, jako że zbiorczy tekst na ten temat w zasadzie nie powstał. Prócz wymienionego tekst Zdzisława Skroka zachęcam do poczytania:

Od kiedy pływa prom można także wybrać się na prawy brzeg Wisły i w lasach między Karczewem a Otwockiem odnaleźć zarośnięty kirkut, by uświadomić sobie jak wielka część tutejszej społeczności bezpowrotnie zniknęła. W przeciwieństwie do kirkutu w Górze Kalwarii jest on cały czas dostępny, a wizyta bywa mocno wstrząsająca.

© Historia okolic Konstancina
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci